Reklama

Niedziela Wrocławska

Rozmowy z Niedzielą

Chopin w ciele kobiety

Miała 25 lat, kiedy opuściła Wrocław i wyjechała do Włoch. Dziś coraz częściej wraca do Polski, bo właśnie tutaj chce promować niezwykłą płytę, na której nagrała zapomniane pieśni Chopina. O miłości do Polski i muzyki w rozmowie z Agatą Iwanek opowiada światowej sławy sopranistka Dominika Zamara

Agata Iwanek: – Skąd miłość do muzyki?

Dominika Zamara: – Śpiewałam od zawsze. Mój dziadziuś grał na organach i od małego inspirował mnie do sztuki. Inspirował mnie także kościół. Śpiewałam w kościele Świętego Krzyża, pamiętam pierwsze schole, w których byłam solistką.

– Jak Dominika Zamara stała się gwiazdą opery?

– Byłam dobrą studentką wrocławskiej Akademii Muzycznej na wydziale wokalnym. Od drugiego roku zawsze miałam stypendium naukowe, już wtedy koncertowałam. W końcu moja pani profesor, Barbara Ewa Werner powiedziała, że jest możliwość wygrania stypendium do Włoch. Zupełnie w to nie wierzyłam, ale wzięłam udział w konkursie. Po miesiącu dostałam telefon, że się udało! To było marzenie mojego życia i faktycznie całkiem je odmieniło. Miałam 25 lat, kiedy wyjechałam. We Włoszech nauczyłam się bel canto – śpiewu wybitnych mistrzów opery, który do dzisiaj jest moją pracą.

– Czy polskie realia odbiegały od włoskiej rzeczywistości?

– Śpiewu uczył mnie maestro Enrico De Mori, niezwykły dyrygent, pianista Marii Callas. To on odkrył biedną studentkę z Polski. Realia były na początku bardzo ciężkie. Miałam stypendium, ale to były niewielkie pieniądze, a mistrz tak uwierzył we mnie, że udzielał mi lekcji za darmo. Uczył mnie oper i całej techniki śpiewu włoskiego, której używa się w Teatro alla Scala, czyli najważniejszych teatrach na świecie. W ramach odpracowania lekcji koncertowałam z jego orkiestrą. To była moja zapłata, a tak naprawdę wspaniała szkoła i prestiż. Pod mistrzowską batutą mogłam śpiewać w Weronie czy Mediolanie. Zadebiutowałam w roli Mimi w operze Pucciniego pt. „Cyganeria”. W ten sposób nauczyłam się, jak pracować nad operą profesjonalnie: wokalnie, interpretacyjnie i z włoską wymową.

– Co ze znajomością języka?

– Na wrocławskiej Akademii Muzycznej mieliśmy bardzo dobry poziom języka włoskiego. Szkoliła nas pani Tołłoczko, bardzo wymagająca. Mimo że ktoś doskonale śpiewał, mógł „wylecieć” z wokalistyki przez włoski! Wiele jej zawdzięczam. Nieustannie przepytywała, krzyczała, ale była świetna. Dzięki niej, gdy wyjeżdżałam z Polski, znałam praktycznie całą włoską gramatykę. Jak ktoś z mojego roku nie zrobił kariery wokalnej, to miał szansę mieć drugi zawód, ponieważ szedł na italianistykę.

– Ulubione miejsce we Wrocławiu?

– Ostrów Tumski. To jest takie metafizyczne, duchowe miejsce, które inspiruje. Serce Wrocławia. Mieszkam dwa kroki stąd na ul. św. Marcina przy siostrach zakonnych i kiedy jestem w Polsce, odbywam tu długie, nocne spacery. Mój ulubiony kościół, to kościół Matki Boskiej na Piasku. Za każdym razem, gdy tam się modlę, czuję niesamowitą duchową więź.

– Skąd pomysł na nagranie płyty z utworami Chopina?

– To mój ukochany polski kompozytor. Mało kto zna twórczość wokalną Chopina, mało kto wie, że kochał operę. Nigdy sam jej nie napisał, ale stworzył te piękne pieśni. Postanowiłam je zaśpiewać i wydać na płycie. Pomysł zrodził się głównie z sentymentu i nostalgii za Polską. Chopin też wyemigrował. Też po to, żeby zrobić karierę. Poza tym lubię promować kulturę polską. Często przemycam pieśni Chopina, Moniuszki, Paderewskiego czy Szymanowskiego na światowe sceny. Płyta cieszy się już dużą popularnością. Jest przetłumaczona na trzy języki: polski, angielski i włoski.

– Czy Chopin za życia był w Polsce doceniany?

– Na początku nie, wcześnie wyemigrował. Sytuacja była tutaj bardzo ciężka. Po nieudanych próbach zaistnienia w Wiedniu wyjechał na szczęście do Paryża, gdzie spotkał węgierskiego kompozytora Fereca Liszta, wirtuoza fortepianu. Dzięki niemu został zauważony.

– Wyjazd z kraju. Kariera międzynarodowa, odkrycie przez mistrza… Wiele analogii. Czy niedocenienie w ojczyźnie też się do nich zalicza?

– Dobre pytanie. Nie wiem jak na nie odpowiedzieć. To stypendium było moim wyborem i przeznaczeniem. Dzięki niemu mogłam rozwinąć karierę międzynarodową, a w Polsce nie miałabym takiej możliwości, jednak z perspektywy czasu bardzo tęsknię za ojczyzną – stąd ten ukłon i wydanie płyty z utworami Chopina. Teraz widzę, że jestem coraz częściej zapraszana do Polski, polskich filharmonii. Jestem tu coraz bardziej doceniana.

– Czy możemy dowiedzieć się więcej o współpracy z Watykanem?

– Od lat nieoficjalnie współpracuję z Watykanem. To najważniejszy mecenat kultury we Włoszech. Księża, kardynałowie, sam Papież, to wspaniali ludzie wspierający kulturę i kochający ją, szczególnie muzykę sakralną. W tym roku zadzwonił do mnie kard. Jean Marie Gervais i zaprosił mnie do Watykanu. Tam zaproponował mi stałą współpracę. To ogromne wyróżnienie.

– Gdzie rodacy mogą Panią usłyszeć?

– Płytę można kupić internetowo, mam też zaplanowane koncerty w Polsce. 21 września będę po sąsiedzku w Czechach, 27 września w jeleniogórskiej Filharmonii, a 5 października w Warszawie. Serdecznie zapraszam.

2018-09-12 10:44

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Rzymskie okno światowej dyplomacji

Niedziela Ogólnopolska 26/2019, str. 40-41

[ TEMATY ]

wywiad

Watykan

Rozmowy z Niedzielą

Agnieszka Gałązka

Uroczystość wręczenia odznaczeń państwowych w Ambasa-dzie RP w Rzymie, 11 czerwca 2019 r. Od lewej: Grzegorz Gałązka, ambasador Janusz Kotański z małżonką Anną i Włodzimierz Rędzioch

Z Januszem Kotańskim – ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej i przy Zakonie Maltańskim – rozmawia Lidia Dudkiewicz

LIDIA DUDKIEWICZ: – Trwają obchody 100. rocznicy przywrócenia relacji dyplomatycznych między Polską a Stolicą Apostolską. Jak tę wyjątkową rocznicę postrzega się w Rzymie?

JANUSZ KOTAŃSKI: – Rok 2019 jest wielce znaczący dla wzajemnych relacji między Rzecząpospolitą Polską a Stolicą Apostolską. Uroczystościom i wydarzeniom upamiętniającym tę rocznicę, organizowanym w Wiecznym Mieście i w Warszawie, obie strony nadały specjalną rangę. Jestem niezmiernie rad, że Stolica Apostolska tak czynnie, z ogromną życzliwością włączyła się w organizowane przez naszą ambasadę obchody. To dobitny dowód na to, że te dwustronne relacje stale się pogłębiają, a rola Polski w świecie jest przez Santa Sede doceniana. Chcę podkreślić, że tu, w Rzymie, zostało to wyraźnie zauważone przez przedstawicieli korpusu dyplomatycznego, tak licznie obecnych na kolejnych uroczystościach rocznicowych: w Ogrodach Watykańskich, w Pałacu Laterańskim i w Bazylice św. Piotra. Historyczne znaczenie ma data 6 czerwca 1919 r., kiedy to nuncjuszem apostolskim w II Rzeczypospolitej został abp Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. 100 lat później – 6 czerwca br. w Bazylice św. Piotra została odprawiona uroczysta Msza św. koncelebrowana, której przewodniczył abp Paul Richard Gallagher – Sekretarz ds. Relacji z Państwami Stolicy Apostolskiej, a współkoncelebransami byli m.in.: abp Stanisław Gądecki – Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski i Monsignore Joseph Murphy – Szef Protokołu Dyplomatycznego Stolicy Apostolskiej. Na uroczystej Liturgii obecni byli też m.in. nasi dwaj kardynałowie: Zenon Grocholewski i Stanisław Ryłko. W homilii abp Gallagher wskazał na wielowiekowe więzi łączące Polskę ze Stolicą Piotrową, wspomniał św. Jana Pawła II oraz przekazał osobiste życzenia dla Polaków od Ojca Świętego Franciszka. Po Mszy św. zeszliśmy do podziemi bazyliki, gdzie złożyłem kwiaty na grobie Piusa XI. Większość ambasadorów była przy tym grobie po raz pierwszy. Ta modlitewna celebracja stanowiła ukoronowanie obchodów 100. rocznicy wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską a Stolicą Apostolską.

– Powróćmy do Piusa XI. To on umieścił w rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo obraz Matki Bożej Częstochowskiej...

– Moim zdaniem, trudno znaleźć równie wielkiego polonofila jak Pius XI. Tę kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej ofiarowali mu polscy biskupi, gdy wracał do Rzymu po zakończeniu misji w Polsce. Pius XI ozdobił też papieską kaplicę w Castel Gandolfo historycznymi kompozycjami malarza Jana Henryka Rosena, które przedstawiają obronę Jasnej Góry przed Szwedami z 1655 r. i Cud nad Wisłą z 1920 r.

– Spektakularnym wydarzeniem związanym z jubileuszem wznowienia stosunków dyplomatycznych było zasadzenie w Watykanie polskiego dębu.

– Symboliczne znaczenie miało wydarzenie w Ogrodach Watykańskich 28 marca br. Wspólnie z kard. Giuseppe Bertello – Prezydentem Gubernatoratu Państwa Watykańskiego zasadziliśmy polski dąb, noszący imię Franciszek. W obecności wielu gości, w tym licznie przybyłych ambasadorów, min. Adam Kwiatkowski – Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP odczytał list od Prezydenta Andrzeja Dudy, który napisał m.in.: „Umowa konkordatowa, łącząca Polskę i Stolicę Apostolską, pozostaje ważnym elementem polskiej polityki zagranicznej, a także gwarantem wolności religijnych w naszym kraju oraz podstawą partnerskiej współpracy państwa i Kościoła”. Po uroczystości delegacja z Polski udała się na modlitwę do Bazyliki św. Piotra, gdzie również złożyła kwiaty na grobie św. Jana Pawła II.
Młody dąb pięknie się przyjął, rośnie w cieniu Bazyliki św. Piotra. Niech jego mocne korzenie przypominają o silnych więzach łączących Polskę i Stolicę Apostolską.

– W Księdze pamiątkowej Ambasady RP w Rzymie zauważyłam wpis słynnego pianisty Rafała Blechacza.

– W ramach jubileuszu zorganizowaliśmy też wydarzenie artystyczne najwyższej rangi – w maju br. gościliśmy Rafała Blechacza, jednego z najwybitniejszych naszych pianistów. Jego koncert odbył się w Pałacu Laterańskim, historycznej papieskiej siedzibie. Występ był doprawdy na miarę mistrza! Dodajmy, że nasz wirtuoz fortepianu to człowiek oddany Polsce, oddany Kościołowi i niezwykle skromny.

– Cieszy również fakt, że rzymski korespondent „Niedzieli” Włodzimierz Rędzioch oraz watykański fotograf Grzegorz Gałązka, który od lat też współpracuje z „Niedzielą”, zostali zauważeni przez polskie władze i odznaczeni w siedzibie Ambasady RP w Rzymie...

– Uhonorowanie współpracowników „Niedzieli”: Włodzimierza Rędziocha i Grzegorza Gałązki odznaczeniami państwowymi, nadanymi przez Pana Prezydenta Andrzeja Dudę, także wpisuje się w obchody 100. rocznicy wznowienia stosunków dyplomatycznych między Stolicą Apostolską a Rzecząpospolitą Polską. Wydarzenie miało miejsce 11 czerwca br. w naszej ambasadzie i spotkało się z szerokim odzewem medialnym, przez obecność m.in. dziennikarzy Polskiego Radia, Telewizji Polskiej i włoskich mediów. Cenimy sobie tutaj także rolę Pani Redaktor i współpracę z Tygodnikiem Katolickim „Niedziela”, który wspiera wiele naszych działań. Staramy się zawsze szeroko informować polską opinię o naszych poczynaniach za pośrednictwem mediów i jesteśmy wdzięczni, zwłaszcza prasie katolickiej, że to odnotowuje.

– Ważne jest mieć stałych korespondentów w Watykanie, aby móc na bieżąco informować, co się tutaj dzieje...

– Oczywiście. A dzieje się naprawdę wiele, nie tylko w sferze sacrum. Trzeba o tym uczciwie informować opinię publiczną, przekazywać rzetelne wiadomości, podkreślać aktywność i zaangażowanie Polski w projektach i konkretnych działaniach, które wspiera Stolica Apostolska. Wreszcie – trzeba też informować o znaczącej obecności polskiego duchowieństwa w Wiecznym Mieście, również – co cieszy – w strukturach watykańskich. A informować można i słowem, i obrazem, stąd tak ważna jest dokumentacja fotograficzna tego, co się dzieje tu, w Rzymie. Istotna jest też pamięć – przypominanie minionych wydarzeń oraz historycznego pontyfikatu św. Jana Pawła II.

– Jak wygląda życie w ambasadzie i jakie jest znaczenie dyplomatycznej misji Pana Ambasadora?

– Polska placówka jest niewielka, ale spoczywa na niej wiele odpowiedzialnych zadań i obowiązków, pracujemy na pełnych obrotach. Realizujemy cele i zadania polskiej polityki zagranicznej, starając się pogłębiać i zacieśniać relacje dwustronne z Santa Sede i Zakonem Maltańskim. Dla współpracy bilateralnej ważne są kontakty bezpośrednie na różnym szczeblu. Warto tu podkreślić, że w minionym roku, gdy świętowaliśmy 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, z papieżem Franciszkiem spotkali się zarówno Pan Prezydent Andrzej Duda, jak i Pan Premier Mateusz Morawiecki. Podejmujemy wiele działań z zakresu dyplomacji kulturalnej. Organizujemy międzynarodowe konferencje naukowe we współpracy z uczelniami i instytucjami papieskimi. Troszczymy się o dziedzictwo św. Jana Pawła II. Utrzymujemy też kontakty z Polonią, szczególnie z polskim duchowieństwem pracującym i przebywającym w Wiecznym Mieście i w ogóle we Włoszech.
A dyplomacja watykańska – zaangażowana w pokojowe rozwiązywanie konfliktów na całym świecie – jest niezwykle aktywna. Podkreślmy, że to Jan Paweł II, wielki Apostoł pokoju, dał jej w tym względzie wielce znaczący impuls. Pamiętamy dobrze o roli, którą odegrał, jeśli chodzi o uwolnienie Europy Środkowo-Wschodniej spod jarzma komunizmu. Warto też przypomnieć, że zapobiegł m.in. wojnie między Chile i Argentyną, doprowadził do upadku dyktatury na Filipinach. Dziś papież Franciszek nie ustaje w wysiłkach i dźwiga ciężar tej walki o pokój na świecie. O skali problemów, które wspólnota międzynarodowa winna rozwiązać na drodze dialogu, świadczy dobitnie nasze spotkanie, czyli ambasadorów akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej, z nuncjuszami apostolskimi, którzy w tych dniach przybyli do Rzymu na spotkanie z Ojcem Świętym. Spektrum spraw i działań, które są tu na bieżąco podejmowane przez dyplomatów, jest więc bogate i zróżnicowane.

– Można powiedzieć, że tutaj jest jakby centrum naszego świata...

– Rzym, Watykan to nadal serce cywilizacji chrześcijańskiej. Brzmi to może nieco patetycznie, ale taka jest prawda. A w obecnym świecie dla milionów ludzi Ojciec Święty jest już chyba ostatnim autorytetem. Jestem dumny, gdy słyszę od ambasadorów słowa wielkiego uznania dla Jana Pawła II, dla roli, którą odegrał w historii Kościoła i świata. Jestem dumny, gdy słyszę, że doceniają rolę Polski jako kraju, który w zagrożonej, coraz bardziej laicyzującej się Europie jest wspaniałym przykładem wierności chrześcijańskim korzeniom. Naprawdę doceniają nasz rozwój i osiągnięcia. I patrzą na nas z nadzieją.

– Widać tutaj, w gościnnym polskim domu na placówce dyplomatycznej w Rzymie, dużo zapału, energii, mądrości, ufajmy więc, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku, chociaż nieraz pod prąd. I Polska również przez swoją ambasadę w Rzymie będzie zawsze miała szeroko otwarte okno na świat.

CZYTAJ DALEJ

Kapłan w drodze - jubileusz o. bp. Jacka Kicińskiego

2020-05-27 10:45

Krzysztof Wowk/Wowk Digital

O. bp Jacek Kiciński CMF w czasie Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej na Jasną Górę w 2019 r.

Miał być ślusarzem i tokarzem. Chyba, że po ukończeniu Technikum Mechanicznego w Turku zdecydowałby się na Politechnikę i wydział budowy mostów. Ale – mimo, że był laureatem olimpiad z wiedzy technicznej – jakiś głos zapraszał go w inne miejsce, niż studia inżynierskie. I on tego głosu posłuchał.

W archidiecezji wrocławskiej znają go chyba wszyscy. Odkąd w 2016 r. został biskupem odwiedził już niemal wszystkie parafie, chociaż nie są to jego rodzinne tereny, bo na Dolny Śląsk przyjechał z Wielkopolski. O. bp Jacek Kiciński urodził się w Turku a mieszkał w parafii Boleszczyn, niewielkiej wiosce niedaleko Dobrej. – Nawet nie byłem ministrantem – mówi – bo do kościoła było 2,5 km, więc małemu nie łatwo było dotrzeć. – Zresztą, wtedy proboszcz nie był zainteresowany ministrantami, wolał mieć większą przestrzeń przy ołtarzu. To był bardzo dobry człowiek, dziś już nie żyje. Ciekawostką jest fakt, że razem z abp. Gołębiewskim byli w jednym czasie wikarymi w Ślesinie.

Ojciec biskup najpierw chodził do trzyletniej szkoły we wsi, potem, od czwartej klasy, dojeżdżał do oddalonej o ponad 6 km szkoły w Dobrej. - W klasie było nas siedmioro, więc każdy z nas był codziennie pytany, nawyk pracy wyrobił się sam. Kiedy od czwartej klasy poszedłem do szkoły zbiorowej, gdzie było nas już ponad 30, to na początku byłem zdziwiony czemu mnie pani nie pyta! Te pierwsze lata ukształtowały we mnie to, że na każde wydarzenie muszę być przygotowany i bardzo je przeżywam. Myślenie: „jakoś to będzie” nie wchodzi w grę. Zresztą, życie na wsi jest trudne, trzeba było dobrze się zorganizować, aby oprócz przygotowania do szkoły i pomocy rodzicom mieć czas dla siebie. Dziś ta umiejętność bardzo pomaga w kapłaństwie – dodaje.

Ksiądz. Ale jaki?

Myśl o kapłaństwie pojawiła się dość wcześnie i dojrzewała w nim długo. - W trzeciej klasie technikum zaczęła się krystalizować. Najpierw myślałem o seminarium we Włocławku. Tam był mój o dwa lata starszy kuzyn, ale odkryłem, że jednak szukam czegoś innego. Tyle, że nie do końca wiedziałem co to miałoby być. Do mojej parafii często byli zapraszani zakonnicy – głosili rekolekcje, misje - coś mnie w nich pociągało. Wybrałem się na Pielgrzymkę Sieradzką, do dziś ją pamiętam, szliśmy trzy dni: 35, 37 i 52 km. Gdy doszedłem na Jasną Górę miałem sztywne nogi, ale szczęście było wielkie. Czekaliśmy pod Szczytem dwa dni, żeby ruszyć pieszo z powrotem. I na tym polu namiotowym moja znajoma przyniosła mi mały folder reklamowy: Misjonarze Klaretyni. Gdy ja to zobaczyłem, przeczytałem, to zrozumiałem, że przecież o to mi chodzi! Głosić Słowo Boże, wyjeżdżać na misje, uczyć się na uczelni papieskiej, być w zakonie, który pracuje na całym świecie. Tego szukałem! – mówi wzruszony.

Co był dalej? Po powrocie z pielgrzymki Jacek, uczeń klasy czwartej napisał do zgromadzenia we Wrocławiu. - Przyjazd do Wrocławia to była wielka wyprawa. Z mojej wioski dojechałem rowerem do Dobrej, stamtąd do Turku autobusem, z Turku, znów autobusem, do Wrocławia na stary dworzec PKS, potem tramwajem na Dworzec Świebodzki, a stamtąd do Wołowa i dopiero z Wołowa do Krzydliny. To było ogromne przeżycie! Jeden z braci dał mi biografię o. Klareta. W drodze do domu przeczytałem ją całą i byłem urzeczony. Wtedy byłem już pewien, że wstąpię – mówi.

To były czasy komunistyczne, mądrze było nie ogłaszać, że po maturze planuje się seminarium, ale decyzja zapadła. Rodzice przyjęli decyzję z radością, powołaniu nie byli przeciwni. - Niepokój budziła tylko odległość. Wrocław, Krzydlina – dla rodziców były to miejsca nieznane, a na dodatek informacja, że pierwszy rok to nowicjat i wtedy przez cały rok nie ma spotkań z rodziną, trochę ich zmartwiła – wspomina.

Machina ruszyła

Nowicjat rozpoczął 26 sierpnia 1988 r. To było jeszcze przed przełomem politycznym, więc do klasztoru zabrał kartki żywnościowe. Wspomnienie z tamtego czasu? Ponury Wrocław, zniszczone i zaniedbane zabudowania w Krzydlinie, raczej przygnębiające, niż podnoszące na duchu. - W Wielkopolsce było zupełnie inaczej. To na Dolnym Śląsku pierwszy raz w życiu zobaczyłem nieużytki. Byłem z wioski, moi rodzice ciężko pracowali, pomagałem im w pracach na polu. Potrafię orać, ręcznie kosić, żadna praca nie jest mi obca – mówi raźno.

Do Krzydliny przyjechało ich 17 i jego umiejętności z gospodarstwa od razu się przydały.

- Krzydlina nie wyglądała tak, jak dziś. Budynek rekolekcyjny był w budowie. Prawie każda kostka brukowa przeszła przez moje ręce, każdy kaloryfer, każda niemal dachówka. Ale to był też piękny czas budowania wspólnoty, co w życiu zakonnym jest niezwykle ważne.

W trakcie nowicjatu spotkał się z bliskimi tylko ten jeden raz. - Mama została w domu, przyjechał tato z bratem, ale gdy jechali do mnie to zamiast wysiąść w Wołowie, pojechali do Głogowa i w ten sposób stracili kolejne godziny – wspomina. Tęsknił, ale wiedział, że tak trzeba. W 1989 r. złożył pierwsze śluby, dostał sutannę i pas. Przyjechali rodzice, babcia, która bardzo się z niego i z tego wyboru drogi cieszyła. Po nowicjacie pojechał do domu.

- Wszyscy wreszcie mogli zobaczyć, że noszę sutannę, że to dzieje się naprawdę. Dużo wzruszających rozmów, pamiętam je do tej pory – mówi.

Techniczny specjalista od duszy

- Jeśli chodzi o obróbkę skrawaniem, to mamy trzy etapy: obróbka wstępna, zgrubna i wykańczająca – mówi biskup z dyplomem technika. - W formacji zakonnej i duchowej też są wszystkie trzy. Najpierw musimy usunąć zewnętrzną warstwę materiału z przedmiotu obrabianego, potem nadać kształt i wreszcie szlifujemy to, co ukształtowaliśmy – tłumaczy.

- Patrzę na życie duchowe jak na pewnego rodzaju konstrukcję, budowlę wznoszoną etapami, na wysiłek wkładany w budowanie – mówi.

Odkąd jest biskupem ta techniczna wiedza przydaje mu się jeszcze w innej dziedzinie. Gdy przyjeżdża na wizytację do parafii widzi, gdzie odchodzi blacha, dachówka, gdzie rynna cieknie – patrzy fachowym okiem. Czy księża o tym wiedzą? - Kiedyś jeden z proboszczów mówi: A co tam biskup w ciągu jednego dnia zobaczy? Proszę Księdza Proboszcza, drugi żyrandol od końca, żarówka się nie pali! – mówi rozbawiony.

Kapłan od 25 lat

Święcenia kapłańskie przyjął 27 maja 1995 r. - W dniu prymicji było gorąco, 31 stopni. To było w naszej wiosce historyczne wydarzenie, pięknie przygotowane, mnóstwo ludzi, orkiestra. Chyba ze 170 osób było zaproszonych do świętowania. Na 25-lecie muszę sobie kasetę video obejrzeć, bo mam takie nagranie, dużo wzruszeń – mówi.

A pierwsza parafia to była Łódź. Duża, 21 tys. wiernych i ciekawostka: proboszczem był ksiądz diecezjalny, a wikariuszami czterech Klaretynów. - Tworzyliśmy wspólnotę, atmosfera była kapitalna. To nauczyło mnie współpracy z księżmi diecezjalnymi – dodaje.

Pani Kicińska, mama, jeszcze jako panna, pojechała do Łodzi szukać pracy. - Pracy nie znalazła, ale spędziła w mieście dwa, trzy tygodnie i właśnie do tego kościoła chodziła na Mszę św. Gdy byłem dzieckiem często wspominała to miejsce: W Łodzi jest taki piękny kościół Wniebowzięcia, takiego kościoła to ja w życiu nie widziałam…! I tak się stało, że to była moja pierwsza parafia – mówi kapłan z 25 –letnim stażem.

CZYTAJ DALEJ

Liceum Sióstr Pijarek gotowe do przyjęcia uczniów

2020-05-27 21:53

[ TEMATY ]

Szkoła Sióstr Pijarek w Rzeszowie

ks. Janusz Sądel

Szkoła Sióstr Pijarek w Rzeszowie

Rok szkolny powoli dobiega końca i mimo, że od blisko dwóch miesięcy nic nie wygląda tak samo, to kadra pedagogiczna Liceum Sióstr Pijarek robi wszystko, aby jak najlepiej wypełniać swoje zadania w czasie kwarantanny spowodowanej epidemią koronawirusa. Uczniowie od samego początku zamknięcia placówek odbywają lekcje online, nauczyciele kontaktują się z nimi poprzez komunikatory internetowe, a zadania domowe wysyłane są przez Internet. Mimo trudnej dla wszystkich sytuacji, nauczyciele starają się służyć uczniom swoim czasem, dyspozycyjnością i rozmową.

Dwa lata temu siostry Pijarki otworzyły w Rzeszowie, na ulicy Sanockiej 70 Liceum Ogólnokształcące. W tym roku serdecznie zapraszają do liceum wszystkich ósmoklasistów.

Dlaczego warto wybrać tę szkołę? Po pierwsze to kameralne liceum, gwarantujące indywidualne podejście do każdego ucznia, gdyż klasy są nie tak liczne, jak w większości polskich szkół. Tutaj nauczycie mają dla ucznia czas, a kadrę wzbogaca wykwalifikowany pedagog.

Po drugie- to liceum z wartościami, gdzie oprócz edukacji stawia się też na rozwój duchowy młodzieży. Jest to idealne miejsce dla tych, którym nieobojętna jest wiara. W szkole dzieje się wiele: są wymiany międzynarodowe, współpraca z Uniwersytetem Rzeszowskim i częste uczestnictwo w wykładach, np. na Wydziale Historii, wyjścia na spektakle teatralne, liczne wyjazdy, wycieczki, lekcje terenowe... a czasem po prostu relaks podczas nocy filmowych i dyskotek. W każdym razie - dzieje się dużo.

Liceum Sióstr Pijarek gwarantuje edukację na wysokim poziomie w klasach o profilach: językowo -prawnym, matematyczno- turystycznym i medycznym. Grupy profilowe są bardzo mało liczne, dlatego uczeń ma gwarancję indywidualnego podejścia, możliwości rozwijania swoich mocnych stron, a także podciągnięcia się z tych słabszych. Szkoła jest doskonale wyposażona- ekrany multimedialne, komputery, laboratorium chemiczne, biblioteka, ścianka wspinaczkowa, ogromna hala sportowa, boisko do koszykówki, profesjonalna bieżnia outdoorowa oraz siłownia pozostają do dyspozycji uczniów. Metodą live streaming odbędzie się również Dzień Otwarty, podczas którego będzie można bliżej zobaczyć szkołę (póki co- przez ekran komputera, a w przyszłości na żywo). Nauczyciele będą odpowiadać na wszystkie pytania uczniów, którzy zastanawiają się na wyborem liceum. Zainteresowani będą mogli wirtualnie pospacerować po szkole, poznać kadrę pedagogiczną, zasady rekrutacji i przekonać się, że to idealna szkoła dla wszystkich.

Wejdź na naszego Facebooka i Instagrama (Liceum Sióstr Pijarek) i śledź nas na bieżąco, a dowiesz się szczegółów odnośnie Dnia Otwartego. Bądź z nami, zobacz naszą szkołę.... i zostań. Zostań naszym uczniem. Nie będziesz żałował.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję