Reklama

Wszystko dla Polski

Inż. mjr Kazimierz Bogacz z Nowej Dęby, ps. „Bławat”, ur. w 1914 r. w Ocicach k. Tarnobrzega, był uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 r., żołnierzem ZWZ-AK, szefem Referatu VI Obwodu Tarnobrzeg, od marca 1943 r. szefem Kedywu Obwodu, w latach 1943-44 dowódcą oddziału partyzanckiego w Budzie Stalowskiej. Po rozwiązaniu AK kontynuował działalność konspiracyjną w strukturach WiNu. W 1949 r. skazany został jako członek sztabu WiN w Katowicach i Krakowie na sześć lat więzienia. Przeszedł piekło więzień ubeckich i karnych obozów pracy w kopalniach i kamieniołomach.

Niedziela sandomierska 46/2008

Całe swoje życie, męstwo, zapał, umysł i serce oddał w służbie Ojczyzny. Inż. mjr Kazimierz Bogacz z Nowej Dęby w 1949 r. skazany został jako członek sztabu WiN w Katowicach i Krakowie na 6 lat więzienia. Przeszedł piekło więzień ubeckich i karnych obozów pracy w kopalniach i kamieniołomach. Za swoją bohaterską postawę odznaczony został Krzyżem Armii Krajowej i Medalem Wojny 1939 r. Od wielu lat jest działaczem Światowego Związku Żołnierzy AK.

Na wojnie, w konspiracji i partyzantce

Reklama

Służbę wojskową odbył p. Bogacz w Szkole Podchorążych Rezerwy w Przemyślu w latach 1934/5. Zmobilizowany 30 lipca 1939 r. w stopniu podporucznika, mianowany został dowódcą kompanii zwiadowczej. 18 września znalazł się w ugrupowaniu piechoty pod Łuckiem, które zostało zmuszone do poddania się przez sowieckie wojska pancerne. Pod groźbą kary śmierci wszyscy oficerowie musieli zarejestrować się w koszarach wojskowych w Łucku. Tylko on jeden wymknął się oprawcom, pozostali oficerowie zostali wywiezieni do Katynia.
Po powrocie w rodzinne strony rozpoczął działalność konspiracyjną. Z narażeniem życia wydawał pismo „Odwet” i organizował jego kolportaż, aby informować społeczeństwo o osiągnięciach polskiego podziemia, a niemieckich niepowodzeniach i krzepić ducha w Narodzie. Informacje zdobywał z nasłuchu radiowego.
Na wiosnę 1944 r. założył obóz partyzancki w lesie stalowskim i wraz ze swoją grupą przeprowadzał akcje dywersyjne. Starał się otaczać opieką uciekinierów z Kresów. Gdy w 1944 r. front przeszedł za Wisłę, chciał już jako dowódca obwodu iść z grupą pięćdziesięciu chłopców na pomoc powstańczej Warszawie, lecz Sowieci do tego nie dopuścili. Oddziały, które przez Jarosław, Przemyśl, Leżajsk doszły do Rozwadowa, zostały otoczone przez sowieckie wojska i wywiezione na Sybir.
Jak wspomina p. Bogacz, po upadku Powstania Warszawskiego, od pierwszych dni października 1944 r., rozpoczął się na terenie obwodu tarnobrzeskiego atak wszystkich służb policyjnych przeciwko członkom Armii Krajowej. Sowieckie NKWD jeździło po terenie i wyłapywało ważniejszych akowców, którzy ginęli bez śladu. Pod koniec października w Tarnobrzegu nie było już akowców. Część ludzi wyłapało NKWD, część - UB, a reszta uciekła w tereny, gdzie ich nie znano. P. Bogacz jako dowódca dywersji AK znalazł schronienie w domu państwa Franciszki i Władysława Żarowów, przybyłych z Kresów, z Chodorowa w marcu 1944 r. Dom tej rodziny pod opieką oficera śledczego UB i równocześnie zastępcy szefa UB Henryka Pietrzyka, zakochanego w ich córce Władysławie Żarów, ps. „Mała”, wolny był od podejrzeń i rewizji. Obydwoje działali na Wschodzie w AK, w Tarnobrzegu zaś Henryk stał się zdeklarowanym komunistą. - Nie mogłem mieć lepszego wywiadu. Władysława, bardzo zaangażowana w pracę organizacji jako łączniczka, kolporter, a w czasie działań na froncie wschodnim jako dzielna sanitariuszka, od zakochanego w niej ubeka wydobywała wszystkie informacje o aresztowanych akowcach oraz nazwiska tych, którzy są poszukiwani.
Gdy dzięki niej 30 października dowiedział się, że wszyscy akowcy, trzymani w tarnobrzeskim więzieniu UB, będą wywiezieni 4 listopada do Rzeszowa, później do Przemyśla i na Sybir, postanowił ich uwolnić. Opracował plan i 2 listopada, uzbrojony w pistolet Vis, po udanej akcji wypuścił 15 akowców, którzy pod osłoną ciemnej nocy powrócili szczęśliwie w swoje rodzinne strony. - Cześć i chwała śp. wspaniałej rodzinie Żarowów, a w szczególności „Małej”, późniejszej mojej żonie, której wywiad umożliwił mi wykonanie tego przedsięwzięcia - podkreśla ze wzruszeniem p. Kazimierz.
Akcją na więzienie zainteresowały się sowieckie władze NKWD, które nadzorowały organy bezpieczeństwa w likwidacji polskich elementów patriotycznych. Władza, nie mogąc ująć odpowiedzialnego za to, zemściła się, mordując jego dwóch współpracowników z organizacji.
- Wdzięczny jestem Bogu, że miałem szansę walczyć za Ojczyznę i pracować dla niej i że ją wykorzystałem. Gdy spojrzę na całą moją działalność niepodległościową, muszę stwierdzić, że parasol Opatrzności Bożej był rozciągnięty nie tylko nade mną, ale nad wszystkimi, żołnierzami AK, którym wydawałem rozkazy i wysyłałem na akcje - ocenia inż. K. Bogacz. Żaden nie zginął. Od podwładnych wymagałem zachowania moralnego i etycznego. Pilnowałem w oddziale modlitwy porannej i wieczornej, a Pan Bóg nad nami czuwał. Ocalenie zawdzięczam codziennemu odmawianiu Różańca św. w intencji powrotu z wojny przez moją matkę i pięcioro młodszego rodzeństwa.

Więzień UB

Poszukiwany przez UB w Tarnobrzegu K. Bogacz wyjechał do Krosna, a następnie do Zabrza, gdzie został zwerbowany do sztabu Okręgu Śląsko-Dąbrowskiego WiN. W październiku 1946 r. p. Kazimierz, na skutek zdrady, został aresztowany przez katowickie UB i osadzony w więzieniu w Katowicach. - Przez tyle lat byłem ścigany - najpierw przez jednych, później przez drugich. Wiedziałem, jak przygnębiająco podziała to na naszych ludzi w Tarnobrzegu i okolicy, na tych, którzy nie poddawali się komunistom, a dla których byłem może symbolem kontynuowania walki o wolność... Jak przyjmą ci, tak drodzy mojemu sercu, którzy na moje wezwanie nie wahali się narażać życia i ci, którzy mieszkali razem ze mną w lesie...
Podczas długich przesłuchań zadano mu ciosy w twarz, tak że miał ją straszliwie zmaltretowaną i z tego powodu ma uszkodzenie słuchu. Giętkimi, gumowo-stalowymi pałkami obito strasznie krzyże i nogi, że do dziś ma ślady. Głowę, dla stłumienia krzyku owijano dywanem. Okropny był też stosunek służby więziennej do więźniów. Z więzienia wyszedł w marcu 1947 r. na podstawie amnestii.
Powrócił więc do Tarnobrzega. Musiał zameldować się w tutejszym UB i nie miał prawa opuszczać miejsca zamieszkania bez specjalnego zezwolenia. W kwietniu zawarł związek małżeński z Władysławą Żarów i rozpoczął pracę w lasach państwowych w Budzie Stalowskiej. W grudniu 1948 r. został niespodziewanie aresztowany przez UB w Tarnobrzegu, głównie z powodu rozbicia tam więzienia 2 listopada 1944 r. i osadzony w więzieniu, gdzie panowała nieludzka, pełna nienawiści do więźniów atmosfera. Nie było żadnego tłumaczenia, że czyn ten podlega amnestii. Śledztwo trwało osiem miesięcy, skazany został na pięć lat więzienia za posiadanie broni, gwałtowny zamach. Te oskarżenia nie dawały więcej niż dziesięć lat, ale UB uznał, że dla niego jako dowódcy dywersji to za mało. Spreparowano więc fałszywe oskarżenie o zabójstwo Feliksa Pięty ze Stalów w 1945 r. i rabunek jego mienia. Dalsze śledztwo w sprawie p. Bogacza prowadziło przez trzy miesiące UB w Rzeszowie. Podczas głównie nocnych przesłuchań żądano, aby podał nazwiska wszystkich akowców, którzy szli na odsiecz Warszawie. Domagano się, żeby wyjawił nazwiska tych, którzy rzekomo współdziałali ze nim w akcji na więzienie UB w Tarnobrzegu. - Przesłuchania doprowadzały mnie do duchowej i fizycznej ruiny - mówi p. Bogacz. - Dorzucono jeszcze sprawę magazynu broni, który urządziłem w Chmielowie u Józefa Gładysza. Stwierdziłem, że broń została zdana Sowietom, ale to niczego nie zmieniło. Potem doszło przestępstwo za magazyn broni ze zdemobilizowanego mojego oddziału partyzanckiego. Straszono, że już więcej nie zobaczę swojej żony - dodaje.
W sądzie oskarżenie o zabójstwo zostało obalone, dostał wyrok skazujący na 6 lat więzienia. Przeniesiono go do więzienia rzeszowskiego zamku, gdzie panował terror, a potem do Przemyśla. - Więzień był tu trochę człowiekiem, bo w Rzeszowie był z tego odarty całkowicie - podkreśla p. major. Nie lepiej było w więzieniu karnym w Raciborzu, kolejnym miejscu przebywania. - Atmosfera tu była pod każdym względem okropna, zakład pogrzebowy miał pełne ręce roboty, a i tak jakaś komisja ministerialna po inspekcji w zakładzie stwierdziła, że śmiertelność więźniów jest zbyt niska - wspomina.
W 1950 r. p. Bogacza przeniesiono do prac górniczych na Śląsku. - Radość moja była ogromna, bo wydostałem się z cmentarnego przedsionka - stwierdza. Znalazł się w obozie w rejonie w starej i niebezpiecznej kopalni Czeladź-Piaski. Po roku przeniesiono go do ośrodka karnego i kopalni w Sośnicy, gdzie liczne były wypadki kalectwa i śmierci. Więźniowie pracowali tu jak w kieracie, m. in. fedrując węgiel, budując tory i przebudowując rozjazdy. Wyrabiał 200% normy, był przodownikiem pracy. Po trzech latach pracy w kopalni sprawdzono w kartotece, że jest „groźnym przestępcą”, bo skazanym nie z art. 4., jak podał, tj. za posiadanie broni, lecz z art. 3 - napad z bronią w ręku. Znalazł się więc w obozie o niezwykle ostrym rygorze obowiązkowej pracy więźniów i silnym nadzorze. Więźniowie zmuszani byli do pracy ponad siły w kamieniołomach w Pionkach. Bardzo wysoki był tu wskaźnik śmiertelności, co osiągano narzucając wysokie normy pracy na każdego więźnia. Musiał on np. załadować 20 wózków półtoratonowych blokami kamiennymi ważącymi od 30 do 70 kg, a leżącymi w różnej odległości od toru. - Odarty tam byłem nie tylko z wszelkich praw obywatelskich, ale i ludzkich - mówi p. Kazimierz. Gdybym nie był zabrany do kopalni, lecz od razu do kamieniołomów, wykończono by mnie w ciągu jednego roku.
Myśląc nad tym, przez jakie ręce przechodził w Katowicach, Tarnobrzegu, Rzeszowie i innych miejscach, stwierdza: - Wśród nich nie spotkałem ani jednego Sowieta. Byli to sami bracia - Polacy... Jakże biedni byli oni w swym człowieczeństwie! Bijąc mnie i maltretując nie wiedzieli, co czynią. Nie karali mnie za moje przestępstwa - chodziło im tylko o nowe nazwiska i adresy...

Powrót do życia

Dramatyczny był też los rodziny p. Bogacza: matki, żony, córeczek. Do domu wrócił z więzienia w 1953 r. Długo nie mogli otrząsnąć się z cierpienia spowodowanego kilkuletnią rozłąką. - Rodzina przeszła gehennę z tego powodu, że byłem „nieprawomyślny” w ustroju stalinowskim, że uniemożliwiłem władzom PRL dokonanie zbrodni na kilkunastu niewinnych Polakach - stwierdza p. Kazimierz.
Mimo czynionych mu przez członków PZPR trudności w uzyskaniu pracy, otrzymał ją w Rejonie Lasów Państwowych w Tarnobrzegu w 1954 r. Wrócił do lasu, który tak ukochał w czasach partyzantki. W 1955 r. w tajemnicy zapisał się na studia zaoczne dla pracujących w Wyższej Szkole Rolniczej w Lublinie. W 1960 r. uzyskał dyplom inżyniera rolnika, przywrócono mu też wreszcie prawa obywatelskie. W uznaniu zasług położonych dla Leśnictwa Regionu Południowo-Wschodniej Polski otrzymał wiele odznaczeń oraz został wpisany do Księgi Zasłużonych Pracowników Okręgu Lasów Państwowych w Krośnie.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Prenumerata Tygodnika Katolickiego "Niedziela"

JAK ZAMÓWIĆ PRENUMERATĘ „NIEDZIELI”

CZYTAJ DALEJ

Księżna i zakonnica

[ TEMATY ]

święci

św. Kinga

Grzegorz Czarnic/pl.wikipedia.org

CZYTAJ DALEJ

Łódź: Wspólne dobro

2021-07-24 09:09

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Artem Kniaz

Już w najbliższą niedzielę we wszystkich kościołach i kaplicach archidiecezji łódzkiej przeprowadzona zostanie zbiórka do puszek na wsparcie charytatywnej działalności Caritas Archidiecezji Łódzkiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję