Reklama

Kultura

Robert Gliński: Liczę na to, że film „Zieja” zostawi pragnienie spotkania i dialogu

Liczę na to, że mój obraz ks. Ziei pozostawi pragnienie spotkania i dialogu ponad podziałami – mówi Robert Gliński w rozmowie z KAI. Reżyser filmu „Zieja” opowiada o kulisach powstania produkcji, wyzwaniach jakie stały przed twórcami, przybliża postać ks. Ziei oraz odnosi się do aktualnej sytuacji w polskim społeczeństwie i Kościele.

[ TEMATY ]

wywiad

film

ks. Jan Zieja

pl.wikipedia.org

Dawid Gospodarek (KAI): Czy znał Pan historię ks. Jana Ziei, zanim pojawiła się propozycja zrobienia o nim filmu?

Robert Gliński: O ks. Ziei słyszałem, bo był kapelanem Szarych Szeregów. Nie znałem go. Inicjatywa tego filmu wyszła od ks. Aleksandra Seniuka, rektora kościoła sióstr Wizytek w Warszawie. Ksiądz Zieja również był rektorem tego kościoła, od 1950 do 1959 roku, dlatego ks. Seniuk czuje się trochę takim spadkobiercą myśli, kazań, tego wszystkiego, co jego poprzednik reprezentował. Wiem, że stara się też o jego proces beatyfikacyjny.

-Jak przygotowywał się Pan do realizowania filmu o księdzu Ziei?

- Zawsze, gdy się robi film, trzeba zdobyć jak najwięcej informacji o postaci i jej biografii, czyli przede wszystkim przeczytać jak największą ilość książek. W związku z tym przeczytałem co się dało. Z pomocą przyszedł również ks. Aleksander Seniuk, który dostarczył mi sporo poświęconych ks. Ziei artykułów z różnych pism z ostatnich trzydziestu lat, bardzo duży materiał - dość obszerne teksty w „Więzi”, „Znaku”, nawet w tygodnikach kulturalnych. Obejrzałem też filmy dokumentalne, które powstały o ks. Ziei. Oczywiście przeczytałem jego kazania, które są szalenie interesujące, poruszają różne zagadnienia, wartości, postawy. To wszystko jest naprawdę kopalnią wiedzy o tym, co ks. Zieja myślał, jaki miał stosunek do wiary, do religii, do człowieka, no i przede wszystkim do Ewangelii.

- A spotkał się Pan z kimś, kto pamięta jeszcze ks. Zieję?

- Tak, rozmawiałem z kilkoma osobami, które go znały. Zależało mi na tym, by poznać jego, nazwijmy to „energię”, jego osobowość, charakter, nawet pewne zewnętrzne charakterystyczne cechy.

- Ogromny materiał. Jak z niego wybrać to, co sensownie zmieści się w filmie?

- Rzeczywiście długo myślałem, jak to wszystko zebrać i ile włączyć do filmu, bo to w końcu jest film fabularny. Pierwotnie ks. Seniuk, gdy przyszedł do producenta Włodzimierza Niderhausa z pomysłem na ten film, myślał o filmie dokumentalnym. Niezbyt był zadowolonych z filmów, które powstały do tej pory. Producent powiedział, że są już filmy dokumentalne, więc pora zrobić fabułę. No i wtedy się zaczęło, ponieważ nie było łatwo wymyślić scenariusz filmu fabularnego, którego bohaterem byłby ksiądz Zieja. Jak? On był człowiekiem świętym, dobrym, otwartym. Jak robić film o człowieku, który się nie zmienia i jest cały czas taką „chodzącą świętością”?

- W filmie fabularnym bohater musi przeżywać jakiś dramat, musi się zmieniać, musi mieć jakieś upadki, żeby mógł się podnieść. U Ziei nic takiego nie było. Gdy propozycja realizowania tego filmu trafiła do mnie, na początku myślałem sobie - fantastyczny z niego gość, ale to nie jest materiał na film fabularny, który ma jakiś przebieg, który ma interesującą dramaturgicznie narrację, napięcie, punkty zwrotne. Zaczęliśmy się głębiej przyglądać zebranemu materiałowi i w końcu okazało się, że coś ważnego jest jednak w tej postaci. Otóż wydarzenia, w które Zieja się angażował, w których brał czynny udział, mają bardzo wiele wspólnego z naszymi współczesnymi czasami. I to tak mnie złapało, że uznałem, że będzie z tego materiał na film-moralitet o dniu dzisiejszym.

- Jak wypracowaliście tę dramaturgię?

- W prosty sposób - wprowadziliśmy antybohatera. Mamy księdza Zieję, który jest spiżowym pomnikiem wartości. Skontrastowaliśmy go z „diabłem”, który go próbuje osaczyć, kupić, ugryźć, oczywiście przedstawiając różnego rodzaju argumenty, typu: „musi ksiądz dla dobra swoich przyjaciół tak zrobić”, „w imię wyższych racji musi ksiądz zrobić coś niezbyt moralnego”... To był nasz pomysł na konflikt, spór, polemikę o wartości i dyskusję o historii. Te rozmowy, a właściwie taki pojedynek słowny, pomiędzy SB-kiem, którego gra Zbigniew Zamachowski, a księdzem Zieją, którego gra Andrzej Seweryn, stanowią fundament narracyjny filmu. Z tego fundamentu robimy wycieczki w historie, które się zdarzyły w życiu naszego bohatera. A więc wędrujemy do wojny bolszewickiej i do lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy ks. Zieja działał aktywnie na polu duszpasterskim. Potem okupacja, kampania wrześniowa, powstanie warszawskie, lata 50. i aresztowanie kard. Wyszyńskiego. Pokazujemy, jaką reprezentował wtedy postawę, jakie wygłaszał wtedy kazania.

- Wspomniał Pan, że materiał o ks. Ziei, jaki zebrał, był duży. Czy pojawiły się jakieś konkretne dylematy, co z tej bogatej historii i osobowości zamieścić w filmie?

- Bardzo, bardzo wiele takich trudnych wyborów. Ks. Zieja pakował się we wszystko, w co się dało w historii XX wieku. Sporo wydarzeń, które już były opisane w scenariuszu, zdecydowaliśmy się potem usunąć. Ba, niektóre nawet nakręciliśmy, ale nie zmieściły się w filmie, bo to już trzeba by robić długi serial.
Na przykład bardzo ciekawy motyw - ks. Zieja zawsze chciał mieć swoją parafię. Zdarzało się, że miał je przez krótki czas, jednak przez swoje działania i realizację wizji duszpasterskiej te parafie tracił. Na przykład - to bardzo piękny epizod - przybył do parafii na wschodzie i chciał w tej parafii zrobić nabożeństwo dla kilku wyznań, czyli dla prawosławnych i dla gminy żydowskiej, bo akurat nie mieli gdzie się modlić. Chciał ich wszystkich zaprosić do kościoła. Czyli chciał wprowadzić w życie formę ekumenizmu w duchu Jana Pawła II, a działo się to w latach 20-tych ubiegłego wieku. Oczywiście to spotkało się z niechęcią parafian. Nie wiem, jak hierarchowie się do tego odnosili...

- Przed II Soborem Watykańskim raczej też sceptycznie. Można powiedzieć, że to bardzo prorocze intuicje i działania ks. Ziei...

- Tak, to było piękne i tę scenę też nakręciliśmy. Jest dość ciekawa filmowo, takie obrazki ludowe troszkę wystylizowane, ale już było za dużo materiału i scena poszła do kosza.
Albo, na przykład, jak obejmował inną parafię, to powiedział, że nie będzie zbierać ofiary na tacę w czasie Mszy. Konsternacja zapadła przede wszystkim wśród wiernych, zostało to bardzo źle odebrane. Pamiętam, że biskup ordynariusz tej diecezji nawet bardzo dobrze to przyjął, ale społeczność parafialna nie.
Takich „wyskoków” ks. Ziei było bardzo dużo, ale nie ze wszystkiego skorzystaliśmy.

- W filmie przewija się też nauczanie ks. Ziei, jego kazania...

- Te kazania to naprawdę bardzo ciekawy materiał. Jest ich sporo, w filmie oczywiście mogliśmy dać tylko kilka wybranych fragmentów. Przecież byłby to nudny film, gdyby ksiądz Zieja ustami Andrzeja Seweryna głosił kazanie trwające 15 minut... Przygotowaliśmy więc takie syntezy jego kazań, które są włożone w kontekst konkretnych scen. Kazanie o prawdzie, o miłości, o przebaczeniu… Mam nadzieję, że jak ktoś zainteresuje się tymi treściami, może sięgnie do kazań, bo naprawdę warto.

- W jednym z kazań zaprezentowanych w filmie, tuż po uwięzieniu prymasa Wyszyńskiego, ks. Zieja zaczyna przypominać postać o. Ludwika Wiśniewskiego OP, wypowiada jego słowa... Była tu jakaś inspiracja tym dominikaninem?

- Przyznam, że tak. To, co powiedział o. Wiśniewski na pogrzebie prezydenta Pawła Adamowicza, jest uniwersalne, odnosi się do różnych epok. Ja bym spojrzał na to jeszcze szerzej - musimy zatrzymać fale nienawiści, musimy zacząć rozmawiać, musimy być otwarci i nie możemy się zgodzić na nienawiść, która czasami prowadzi do tragicznych rozwiązań… Ale potem z tej tyrady wyłania się część druga, która mówi o przebaczeniu - że należy wszystkim przebaczyć, nawet wrogom.
W tym kazaniu jest jeszcze taki fragment, w którym ks. Zieja mówi – i to jest dosłowny cytat - „Prymasa opuścili wszyscy, został mu tylko wierny Niemiec i pies”. Niemiec to był ks. prałat Wojciech Zink, ówczesny rządca diecezji warmińskiej, który jako jedyny nie podpisał listu lojalności biskupów wobec władz PRL. A pies, co pokazaliśmy w filmie - ugryzł UB-ka, który przyszedł aresztować prymasa.

- W tych kazaniach są rzeczywiście słowa z tekstów ks. Ziei, czy skomponowane na potrzeby filmu?

- Trochę skomponowałem. Zamieściłem na przykład cytat Bonawentury, żołnierza AK Batalionu „Zośka”, o przebaczeniu. Akurat w temacie powstania siedzę od lat i bardzo mi to pasowało. Było dwóch braci Romockich - Jan „Bonawentura” i Andrzej „Moro”, obaj zginęli w powstaniu, ich matka została sama. Bonawentura był poetą o bardzo prawicowych poglądach, ale jednocześnie w swojej wrażliwości uważał, że to obciążenie, jakie przeżywali Polacy, wywodzące się z nienawiści do Niemców i z chęci zabijania wroga, bardzo niszczy psychikę, duszę. I napisał piękny wiersz o wybaczeniu: „Na przebaczenie im przeczyste. Wlej w nas moc, Chryste!”.

- Co dzisiaj ks. Zieia może mówić dziś polskiemu Kościołowi?

- Jest w filmie scena o prawdzie, którą jak zauważyłem, obecni na widowni duchowni często odbierają osobiście. Rozmowa o prawdzie, związana z tymi zakrętami, które dziś zdarzają się Kościele. „Tylko prawda może nas oczyścić, tylko prawda może nas wyzwolić” - mówił w kazaniach Jan Paweł II, bazując oczywiście na słowach Chrystusa, który mówił o oczyszczającej sile prawdy. Cała idea spowiedzi przecież polega na tym, że wyzwalamy się z mętnej wody, w której jesteśmy zanurzeni, bo prawda nas oczyszcza. Na tym polega siła prawdy i myślę, że to jest dla Kościoła dzisiaj bardzo ważne. Sprawa miłości i wybaczania swoim prześladowcom – wyimaginowanym czy prawdziwym – jest w każdej epoce bardzo ważna. W naszych czasach, pełnych napięć, konfliktów, nienawiści z jednej i z drugiej strony, musimy o tym właśnie pamiętać, mieć to przed oczami.

- Scena z rekolekcji dla biskupów, w bibliotece na Jasnej Górze...

- To jest piękne miejsce. Ta biblioteka jest wspaniała, stara, ma kilkaset lat. Czuje się w niej wielkość tradycji, siłę historii. Myśmy tam nic nie dodawali scenograficznie tylko weszliśmy, wprowadziliśmy statystów, którzy grali biskupów, ustawiliśmy krzesła. Cała reszta została.

- I tam widzieliśmy, że mowa ks. Ziei była trudna dla biskupów...

- Ksiądz Zieja mówi, że prawdę trzeba postawić ponad wszystko, ponad nas, ponad nasze obyczaje, przyzwyczajenia, ale również ponad Kościół – myślę, że mówi to o instytucji, że prawda jest taką wartością, która jest najwyższa i musimy na nią spojrzeć jak na absolut. Rzeczywiście na twarzach niektórych biskupów widzimy reakcje zaniepokojenia.

- A co ksiądz Zieja, a może Pan tym filmem, chce powiedzieć polskiemu społeczeństwu, politykom?

- Nie jestem działaczem politycznym, więc trudno mi komentować. Tym co uderza mnie w życiu politycznym, jest ciągła niemożność rozmowy i dogadania się. Myślę, że to wszystko się nam bardzo zaostrzyło. Dziwi mnie to. Dlaczego nie możemy rozmawiać, nawet jeśli mamy inne poglądy, nawet jeśli reprezentujemy zupełnie inne wartości? To co ks. Zieja sobą wniósł do naszego życia, to właśnie taka otwartość. On był współzałożycielem Komitetu Obrony Robotników i to, że ten komitet istniał przez cztery lata - tak też uważają niektórzy członkowie KORu - jest zasługą ks. Ziei, który potrafił zneutralizować napięcia, kłótnie. Tam było bardzo dużo różnych osobowości. I gdyby nie ks. Zieja, to pewnie po trzech miesiącach ten komitet rozpadłby się. Mieliśmy tam pana Macierewicza i pana Michnika, można sobie wyobrazić, że tam następowały ostre spięcia, które ks. Zieja rzeczywiście potrafił rozładować.

- Patrzę na czasy obecne i czuję, że taka postać na pewno byłaby potrzebna. Mamy jakieś przekonania, wartości, więc powinniśmy rozmawiać, nie rezygnując z tego, co nas tworzy, nie rezygnując z naszej tożsamości, osobowości, charakteru. Powinniśmy okazywać sobie szacunek i umieć się spotkać, dialogować. Bo czy nie byłoby piękne, gdyby np. pan Kaczyński z panem Tuskiem spotkali się i kulturalnie porozmawiali przy kawie, oczywiście nie rezygnując ze swoich poglądów i postaw...

- Świat polityczny to jedna rzecz, ale te zjawiska, czasem może kreowane, mają poważny i bolesny wpływ na napięcia i podziały w społeczeństwie, w rodzinach…

- Tak, a to przecież byłaby piękna scena, może nawet można powiedzieć „rekolekcje narodowe” - taki program w telewizji publicznej, gdzie pokazuje się rzeczywiście realny dialog, gdzie przedstawiciele różnych stron umieliby pokazać też co ich łączy, a nie tylko kłótnie i różnice. To są smutne kłótnie, zwłaszcza gdy wiemy, że dziś skłóceni politycy przed laty potrafili się kolegować i współpracować.

- Z pewnością są wartościowe wszelkie inicjatywy, które mogłyby namacalnie pokazać, że dialog i spotkanie są możliwe, mimo różnic. I jestem przekonany, że to da się robić. Ale nie trzeba patrzeć na politykę, szukając podziałów – wśród polskich katolików, wyznających przecież tę samą wiarę, mających jeden cel – też są czasem nawet bardzo ostre podziały...

- W filmie „Dwóch papieży” bardzo trafnie ukazano ten wewnątrzkościelny podział. Teraz w Watykanie spór pomiędzy opcją „benedyktyńską”, a „franciszkańską” jest dosyć wyraźny, czasem obserwujemy jak kardynałowie i biskupi wojują. Byłem jakiś czas temu na Mszy w bazylice św. Piotra w Rzymie, gdzie jeden z biskupów mówił w kazaniu językiem dość mocno odbiegającym od narracji papieża Franciszka, miałem wrażenie, że go krytykuje i dziwiłem się, że nawet pod nosem papieża nie ma oporów...
Mamy teraz w Kościele konflikt o wartości, o obyczaj, o różne sposoby realizowania misji. W „Dwóch papieżach” akurat pięknie pokazano, że Benedykt rozmawia z Franciszkiem, chociaż są pomiędzy nimi diametralnie różnice. I to jest piękne w tym filmie, dające nadzieję. Liczę na to, że mój obraz ks. Ziei pragnienie takiego spotkania i dialogu ponad podziałami pozostawi.
***
Robert Ignacy Gliński (ur. 1952) – reżyser filmowy i teatralny, dokumentalista, scenarzysta i pedagog, profesor sztuki filmowej. W latach 2008–2012 był rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. W latach 2011-2014 dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie. Członek Polskiej Akademii Filmowej.

- Wyreżyserował m. in.: Niedzielne igraszki (1983), Superwizja (1990), Wszystko, co najważniejsze... (1992), Kochaj i rób co chcesz (1997), Cześć Tereska (2000), Święta polskie (2004), Homo.pl (2007), Kamienie na szaniec (2014), Czuwaj (2017), Zieja (2020).

Reklama

***


Film “Zieja” został wyprodukowany przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w koprodukcji z Telewizją Polską, przy współfinansowaniu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oraz Miasta Lublin. Reżyseria: Robert Gliński. Scenariusz: Wojciech Lepianka. Obsada: Andrzej Seweryn (ks. Jana Zieja), Mateusz Więcławek (ks. Jan Zieja młody), Zbigniew Zamachowski (Adam Grosicki), Sławomir Orzechowski (Pułkownik Adamiec), Sonia Bohosiewicz (Krystyna Żelechowska), Redbad Klynstra (kpt. Szafrański), Tadeusz Bradecki (prymas Stefan Wyszyński). Film trafi do kin 13 marca.
Jednym z patronów medialnych jest Katolicka Agencja Informacyjna.

2020-02-29 09:12

Ocena: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dowód na istnienie

Niedziela warszawska 24/2020, str. VI

[ TEMATY ]

film

ks. Jan Zieja

Materiały prasowe

Kadr z filmu Zieja. Nie zabijaj nigdy nikogo w reżyserii Roberta Glińskiego

Ksiądz Jan Zieja przeżył niemal cały XX wiek, i choć nigdy nie chciał być w centrum wydarzeń, był świadkiem i uczestnikiem najbardziej dramatycznych momentów stulecia.

Choć zmarł już prawie 30 lat temu, to pamięć o wybitnym kapłanie jest wciąż żywa, ludzie odkrywają go na nowo. Niedawno odkryli go twórcy filmu Zieja. Nie zabijaj nigdy nikogo. Reżyser Robert Gliński doczekał się premiery filmu, ale nie jego rozpowszechniania. Tuż po premierze pandemia koronawirusa na kilka miesięcy zamknęła kina. Może teraz postać Jana Ziei będzie miała szansę trafić do kolejnego pokolenia?

Kilka życiorysów

Życiorysem ks. Jana Ziei można obdzielić kilka osób. I na ogół nie był biernym uczestnikiem wydarzeń, ale także czynnie na nie wpływał. Widział wydarzenia rewolucji 1905 r., brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, w kampanii wrześniowej.

Był kapelanem przy Komendzie Głównej AK, Szarych Szeregach oraz Batalionach Chłopskich. Blisko współpracował z ratującą Żydów „Żegotą”. W Powstaniu Warszawskim został kapelanem pułku „Baszta”.

Ale przede wszystkim była praca duszpasterza, kapelana w czasach spokoju i pokoju. – W życiu ks. Ziei działo się tyle, że nie da się o tym opowiedzieć w dwugodzinnym filmie – mówi scenarzysta Wojciech Lepianka. – To, co chcieliśmy powiedzieć o ks. Janie, zasygnalizowaliśmy widzom. Wielu nie będzie miało pojęcia o tej postaci. Jak na pierwszy kontakt z nią – wystarczy. I tak chyba zmusi do myślenia i dyskusji.

Entuzjazm od Mickiewicza

Twórcy filmu nie pominęli wojny polsko-bolszewickiej, którą widział z perspektywy okopu i pola walki. I która miała przemożny wpływ na młodego księdza. Został pacyfistą. „Mój wzięty od Mickiewicza entuzjazm malał, gdy przechodziłem przez kolejne pola walk i potyczek. Widziałem, czym naprawdę jest wojna” – wspominał.

Całkowicie się wtedy nawrócił – jak mówi – na przekonanie, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy nigdy nikogo, że udział w wojnie jest przeciw woli Bożej.

– Postawa ks. Ziei wynika z Ewangelii, ale także doświadczeń wojennych – mówi reżyser Gliński. – To, co widział w czasie wojny polsko-bolszewickiej, krew, zwłoki, rany – odbiło się na jego postrzeganiu świata, na jego pacyfizmie.

Doktor Judym

Autorzy filmu musieli pominąć pobyt i działalność kapłana na Polesiu. W latach 30. XX wieku ks. Zieja działał tam jak Doktor Judym, pomagając urszulankom w działalności apostolsko-oświatowej. Dojeżdżał w różne zakątki Polesia pozbawione kościoła, z posługą kapłana i nauczyciela. Zasłynął jako ukochany pasterz rozległej „parafii”.

Był utalentowanym nauczycielem. Miał w Mołodowie swoje dzieła: gimnazjum, uniwersytet ludowy dla gospodarzy. Miejscowi byli spragnieni wiedzy o świecie, o życiu, o Bogu. Znał to, pochodził z biednej chłopskiej rodziny z okolic Opoczna.

Zanosiło się, że będzie chłopem. Ale chęć nauki, zawziętość, potem powołanie przeważyły. Po nauce w domu, na plebanii, w warszawskiej szkole, w 1915 r. wstąpił do seminarium w Sandomierzu. Tam w 1919 r. otrzymał święcenia kapłańskie i rozpoczął studia teologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Ale przyszedł 1920 r.; do wojska, w którym służył jako kapelan, zgłosił się sam.

W zgodzie z pacyfizmem

Po wojnie był prefektem szkół podstawowych m.in. w Zawichoście. W końcu został wikariuszem w Kozienicach. Włączył się również w działalność lewicującego Związku Młodzieży Wiejskiej RP. Przyciągnął go program społeczny.

– Miał swój system wartości i żył według niego. Ale nie był lewicowy ani prawicowy. Był natomiast wyczulony społecznie, na ludzką biedę – zaznacza Gliński. Uważał, że jeżeli komuś brak chleba, to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar!

Gdy wybuchła wojna, ks. Zieja znów poszedł do wojska – jako kapelan. Po kapitulacji trafił w końcu się do podwarszawskich Lasek, gdzie został w zastępstwie ukrywającego się ks. Władysława Korniłowicza kapelanem Zakładu dla Ociemniałych. Trafił na bliskie sobie środowisko. W czasie Powstania Warszawskiego miał przenosić rannych, nierzadko spod pola ostrzału. Godził to z pacyfizmem.

Ksiądz ubogich

Nieżyjący prof. Stefan Swieżawski mówił, że ks. Zieja urzeczywistniał w swoim życiu kapłańskim ideę Kościoła ubogiego. Darzył wielką miłością św. Franciszka z Asyżu, który był dla ks. Jana niedościgłym ideałem.

Kolejne wydarzenia pokazały, że serce ma bardziej po lewej, niż po prawej stronie. Był szczególnie wyczulony na krzywdę. Mówiąc o siódmym przykazaniu, stwierdzał, że Bóg, zaopatrzył ziemię w wystarczającą ilość środków żywności dla ludzi każdej epoki. „Jeżeli komuś brak chleba – wołał z uniesieniem – to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar! Biada tym złodziejom, co nie z głodu, a z chciwości okradają bliźnich! Nie znajdą miłosierdzia u Pana!”.

Bali się

W czerwcu 1945 r. rozpoczął pracę duszpasterską w Słupsku, gdzie początkowo był jedynym księdzem katolickim, obsługującym cztery kościoły w mieście oraz kilka następnych w powiecie. Pracę musiał przerwać ze względów zdrowotnych. Do Warszawy ściągnął ks. Zieję prymas Stefan Wyszyński, chcąc mieć blisko długoletniego przyjaciela. Od 1950 r. ks. Zieja został rektorem kościoła Wizytek.

Publicznie bronił uwięzionego kard. Wyszyńskiego. UB chciała go aresztować, ale górę wziął strach władz przed społecznymi konsekwencjami represji wobec charyzmatycznego kapłana.

Po aresztowaniu kard. Wyszyńskiego, usunął się z Warszawy. Najpierw udał się do Nowej Wsi pod Warszawą, a następnie – gównie dla podreperowania zdrowia – wyjechał do Zakopanego.

Empiryczny dowód

Od 1963 r. aż do śmierci żył i pracował w domu Sióstr Urszulanek Szarych na warszawskim Powiślu. Tam też zmarł 19 października 1991 r. W ostatnich latach życia poświęcał się pracy pisarskiej i duszpasterskiej. Przesłał na ręce polskich uczestników II Soboru Watykańskiego memoriał dotyczący piątego przykazania, wskazując w nim, iż przykazanie „Nie zabijaj” należy rozumieć jako: „Nie zabijaj nigdy nikogo”.

Gdy w czasach PRL trzeba było dać świadectwo, nie chował głowy w piasek. Był sygnatariuszem protestu przeciwko zmianom w Konstytucji PRL w 1975 r., choroba nie przeszkadzała mu w działalności w KOR. W 1976 r. znalazł się wśród założycieli apelu Komitetu Obrony Robotników.

Przesłuchiwany w związku z tym stwierdził, że związał się z nim, bo jawnie wystąpił w obronie słabszych, prześladowanych, poniżanych, pozbawianych pracy, niosąc im pomoc materialną i prawną. Wzywany na przesłuchania ks. Zieja zaczął… ewangelizować esbeków. Osoby związane z nim w tamtym czasie nazywały go z pewną przesadą „empirycznym dowodem na istnienie Boga”, nie myśląc tylko o działalności w KOR.

CZYTAJ DALEJ

Wiara na medal

2020-07-21 12:05

Niedziela Ogólnopolska 30/2020, str. 46-47

[ TEMATY ]

sport

świadectwo

świadectwo wiary

www.mt1033.pl

Robert Lewandowski: jestem katolikiem i nie wstydzę się Jezusa

Wielu polskich sportowców publicznie przyznaje się do wiary. W czasach, gdy w przestrzeni publicznej słyszymy najczęściej wyznania osób odrzucających Boga, postawa naszych zawodników jest bardzo budująca.

Pan Jezus jest u mnie na pierwszym miejscu (...). Wiary uczyłem się najpierw w domu – od dziadka i taty. Dzisiaj jest ona czymś zupełnie naturalnym. Pan Bóg był i zawsze będzie dla mnie kimś wyjątkowym – powiedział Bartosz Zmarzlik, mistrz świata na żużlu w sezonie 2019 i polski sportowiec 2019 roku, gdy dołączył do akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Podczas gali, w czasie której odebrał statuetkę dla najlepszego sportowca, ujął wszystkich ogromną skromnością i pokorą. Trener polskiej kadry żartuje, że jest on taki grzeczny, ponieważ codziennie chodzi do kościoła. Żużlowiec doprecyzowuje: – Do kościoła chodzę w każdą niedzielę. To nie jest dla mnie żadna ujma ani utrudnienie. To bardzo mi pomaga. Kiedyś spodobały mi się słowa, które powiedział Kamil Stoch: „Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu”. Staram się to wdrażać w życie.

Stoch pięknym świadectwem wiary dzieli się już od lat. Wielokrotnie publicznie dziękował Bogu za swoje różne osiągnięcia, np. po zdobyciu złotych medali olimpijskich, medali mistrzostw świata, a także po innych sukcesach. O tym, jak ważną rolę w jego życiu odgrywa Bóg, opowiadał w wielu wywiadach oraz pokazywał, wspierając różne inicjatywy katolickie, m.in. w 2017 r. zachęcał do udziału w „Różańcu do granic”. – Wiara jest dla mnie fundamentem życia, fundamentem bycia. Stale, w każdym momencie, odczuwam obecność Boga i Jego wsparcie. Bez wiary trudno byłoby mi cokolwiek osiągnąć – deklaruje.

Obaj sportowcy każdy swój start powierzają Bogu. Przed każdym wyjazdem na tor lub wejściem na skocznię wykonują znak krzyża. – To mnie uspokaja i dodaje mi siły. Uświadamiam sobie, że nie jestem sam, że Bóg jest przy mnie i na pewno będzie nade mną czuwał – tłumaczy skoczek.

Zmarzlik i Stoch nie są bynajmniej jedynymi sportowcami, którzy mają odwagę przyznawać się do Boga. Tak postępuje prawie cała dziesiątka najlepszych sportowców 2019 r.!

Cotygodniowa ewangelizacja

W minionym sezonie zimowym dość regularnie powtarzał się następujący obraz: Dawid Kubacki żegna się przed skokiem, po czym frunie po kolejne miejsce na podium. To piękne świadectwo dla milionów Polaków, którzy zasiadają przed ekranami telewizorów. Znak krzyża, który zawsze czyni nasz zawodnik, nie wszystkim się jednak podoba. Dwa lata temu Wojciech Kuczok w felietonie dla Gazety Wyborczej stwierdził, że obraża on jego „uczucia ateistyczne”, i kpił, że nie wróży Dawidowi pozytywnych efektów współpracy z psychologiem, „dopóki to nerwowe «Wymię ojca» będzie poprzedzało każdy dojazd do progu”. Skoczek wówczas odpowiedział: „Wiara w moim życiu jest bardzo ważna. Żegnam się przed skokiem, bo to jest symbol wiary, z którym się identyfikuję. Znak krzyża pomaga mi być lepszym zawodnikiem. Dzięki temu czuję, że mam na skoczni dodatkowe wsparcie. Ze spokojem podchodzę do pewnych rzeczy, mając świadomość, że mam wsparcie z góry”. Znaku krzyża przed każdym skokiem robić nie przestał. A od tamtego czasu sięgnął po mistrzostwo świata, wygrał Turniej Czterech Skoczni i zaczął kolekcjonować kolejne miejsca na podium w zawodach Pucharu Świata.

Znak, który nie jest na pokaz

Znak krzyża przed startem czynią też inni nasi sportowcy. Marcin Lewandowski, brązowy medalista mistrzostw świata 2019 r. w biegu na 1500 m, przyznaje: – Gest ten wyniosłem z młodości i gry w piłkę: przed wejściem na boisko dotykałem murawy i się żegnałem. Teraz tak samo jest na tartanie. Nie robię tego na pokaz. Modlę się codziennie. Lewandowski podkreśla, że wiara w Boga jest dla niego bardzo ważna: – Moje całe życie to rodzina. Ona, obok wiary w Pana Boga, daje mi siłę (...). Bóg i rodzina to dla mnie najważniejsze wartości. Za nimi jest bieganie.

Wymodlone dziecko

Wilfredo Leon, jeden z najlepszych siatkarzy świata, który dołączył do naszej reprezentacji w minionym roku, przyznał po udanych kwalifikacjach olimpijskich, że modlił się w ich kluczowym momencie. – Pan Bóg chyba trochę pomógł – stwierdził. To, że wiara dla Leona jest bardzo ważna, na pewno w dużej mierze wynika z jego osobistego doświadczenia – żyje dzięki modlitwie rodziców. – Lekarze bardzo długo mówili mojej mamie, że jest bezpłodna i nie może mieć dzieci. Rodzice bardzo długo starali się o dziecko. Pragnęli potomka, mama zaczęła więcej chodzić do kościoła. Prosiła Boga o dobrą nowinę. I nagle stał się cud – zaszła w ciążę! Można więc powiedzieć, że byłem wymodlonym dzieckiem, darem od Boga dla moich rodziców – wyznał w jednym z wywiadów.

Z Kościołem za pan brat

Nasz znakomity piłkarz Robert Lewandowski do akcji „Nie wstydzę się Jezusa” dołączył już w 2012 r. – Jestem katolikiem i nie wstydzę się Jezusa ani swojej wiary. Wiem, że Pan Bóg na pewno cały czas nade mną czuwa. Wiara pomaga mi na boisku, ale też poza nim, aby być po prostu dobrym człowiekiem i popełniać jak najmniej błędów – powiedział wówczas w nagraniu.

Medalista mistrzostw świata w skoku o tyczce Piotr Lisek przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia przyznał, że święta są dla niego bardzo ważne ze względów religijnych: – Z Kościołem jesteśmy za pan brat. Kolędujemy, idziemy na Pasterkę. Jest chwila wyciszenia, refleksji. Biegaczka Justyna Święty-Ersetic podczas spotkania z kibicami w Raciborzu podzieliła się tym, że w czasie mistrzostw świata w Ad-Dausze w ub.r., zanim zdobyła z koleżankami brązowy medal w sztafecie 4 × 400 m, przechodziła kryzys i wzywała Boga na ratunek. I On pomógł. Z kolei koszykarz Mateusz Ponitka zapewniał jakiś czas temu, że codziennie dziękuje Bogu za to, iż tak potoczyła się jego kariera sportowa.

Najważniejsze wartości

O Bogu i wierze publicznie mówią także inne nasze gwiazdy sportu. – Wierzę w Boga, kocham Go, jestem Mu oddana. Wierzę, że moje istnienie ma sens i nie skończy się śmiercią fizyczną. W moim życiu było wiele sytuacji, w których szczególnie odczuwałam obecność Boga i w wielu przypadkach wiedziałam, że mi pomógł – wyznała kilka lat temu Anita Włodarczyk, nasza najbardziej utytułowana sportsmenka ostatnich lat, która w czołowej dziesiątce sportowców 2019 r. nie znalazła się tylko przez kontuzję.

Pięknym świadectwem niezłomnej wiary, wyrażanej nie tylko przez słowa, lecz także przez konkretną postawę, dzieli się w ostatnich miesiącach medalistka olimpijska i mistrzyni świata w windsurfingu Zofia Klepacka. Gdy w marcu wyraziła swój sprzeciw wobec warszawskiej Karty LGBT+, spotkała ją lawina hejtu. Zawodniczka się tym jednak nie zraziła i jeszcze wyraźniej zaczęła się sprzeciwiać seksualizacji dzieci. Ponadto często zamieszcza ewangelizujące posty w mediach społecznościowych oraz upomina się o prawo do życia dla wszystkich nienarodzonych dzieci. Niemal na każdym kroku podkreśla, że najważniejsze dla niej wartości to Bóg, Honor i Ojczyzna.

CZYTAJ DALEJ

Uczelnie: w nowym roku akademickim sporo zajęć - zdalnie

2020-08-10 07:29

[ TEMATY ]

szkoła

Adobe. Stock.pl

Uczelnie przygotowują różne scenariusze tego, jak zorganizować pracę w nowym roku akademickim. Często decydują się na zajęcia w trybie mieszanym: wykłady - online, a ćwiczenia i warsztaty - stacjonarnie. Część uczelni ostateczną decyzję odkłada jednak na wrzesień.

W październiku rozpoczyna się nowy rok akademicki. Do 30 września obowiązuje rozporządzenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Zakłada ono - w dużym skrócie - że zajęcia dla studentów i doktorantów powinny odbywać się zdalnie wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe.

Resort nauki zapowiedział, że w drugiej połowie sierpnia wyda wytyczne – wskazówki dotyczące organizacji zajęć na uczelniach w związku z epidemią COVID-19. W rozmowie z PAP rzecznik resortu Katarzyna Zawada zaznaczyła jednak, że uczelnie są autonomiczne i nie powinny czekać na ostatnią chwilę z przygotowaniami do zajęć.

Uczelnie szykują więc różne scenariusze. Dominuje jednak podejście, że wykłady prowadzone będą zdalnie, przez internet, natomiast ćwiczenia, warsztaty czy zajęcia praktyczne będą się odbywały w trybie stacjonarnym, przy zachowaniu rygorów sanitarnych. Planowane są też zajęcia w tradycyjnej formie dla studentów pierwszego roku, które pozwolą im poznać działanie uczelni.

I tak np. rektor elekt UJ prof. Jacek Popiel pod koniec czerwca mówił, iż nie wyobraża sobie, aby od 1 października 35 tys. studentów UJ pojawiłoby się w murach uczelni. „To nadal jest kwestia zagwarantowania bezpieczeństwa” - powiedział. Od października 2020 r. część zajęć będzie się odbywać wciąż zdalnie, a część tradycyjnie.

Na Uniwersytecie Warszawskim w semestrze zimowym ma być podobnie - wykłady będą się odbywać w formie online, a zajęcia praktyczne – stacjonarnie, ale w małych grupach - zapowiedziała uczelnia. Zajęć w murach UW spodziewać się mogą studenci pierwszego roku. "To nie jest internetowa szkoła organizująca różnego rodzaju kursy. To uniwersytet. Życie uniwersyteckie formuje tych, którzy w nim uczestniczą" - powiedział cytowany na stronie swojej uczelni rektor prof. Marcin Pałys.

Również rektor Politechniki Opolskiej dr hab. Marcin Lorenc zapowiada mieszany tryb studiów i zajęć dla doktorów. "Część zajęć - wykłady - będą prowadzone w trybie online, czyli z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość, a w przypadku zajęć typu ćwiczenia czy laboratoria - będą one prowadzone w trybie normalnym, czyli w budynku Politechniki Opolskiej" - zaznaczył.

Kształcenie w trybie mieszanym planuje też w nowym roku akademickim Politechnika Śląska w Gliwicach. Jak podała gliwicka uczelnia, taki tryb jest "najbardziej prawdopodobny" i "rekomendowany", choć ostateczny przebieg kształcenia zależy od sytuacji epidemicznej.

Z kolei rektor elekt Uniwersytetu Śląskiego prof. Ryszard Koziołek poinformował, że większość zajęć w zbliżającym się semestrze prowadzona będzie zdalnie. W formie zajęć stacjonarnych natomiast odbywać się będą laboratoria, ćwiczenia terenowe, praktyki i warsztaty. Rektor podkreślił jednak, że np. w przypadku osób z grup wysokiego ryzyka (wśród pracowników i studentów uczelni) UŚ przewiduje możliwość pracy i studiowania wyłącznie w formie zdalnej.

Natomiast Szkoła Główna Handlowa w Warszawie zapowiedziała, że zajęcia ze studentami, doktorantami i uczestnikami studiów podyplomowych będą prowadzone w formie kształcenia na odległość. Uczelnia zaoferowała przy tym swoim pracownikom i studentom możliwość wypożyczenia sprzętu, aby mieli dostęp do zajęć.

Z kolei rektor PWSZ w Nysie dr inż. Przemysław Malinowski w piątek ogłosił, że o ile nie pojawią się obostrzenia resortu nauki, to studenci wrócą na uczelnię. "Wypracowanie odpowiedniego poziomu wiedzy, umiejętności, kompetencji na studiach o profilu praktycznym wymaga realizacji zajęć w warunkach bezpośredniego kontaktu z nauczycielami akademickimi oraz wykorzystania infrastruktury dydaktycznej uczelni" - pisze w komunikacie na stronie uczelni rektor. Zapewnia, że zajęcia będą się odbywać z zachowaniem obowiązujących wytycznych sanitarnych.

Część uczelni nie podjęła jednak ostatecznej decyzji, jak wyglądać będą studia i zajęcia dla doktorantów w nowym roku i decyzję jeszcze odkłada. Utrudnieniem jest choćby zmiana kadencji rektorów, którzy swój urząd obejmą 1 września.

I tak np. na Uniwersytecie Łódzkim decyzja ma zapaść we wrześniu. Anna Rolczak z Centrum Promocji uczelni zapowiada jednak, że UŁ szykuje się do rozpoczęcia zajęć w formie mieszanej. "Większość wykładów oraz seminariów zapewne prowadzona będzie online. Mamy nadzieję, że zajęcia praktyczne, w małych grupach, przy zachowaniu rygoru sanitarnego uda się przeprowadzić w tradycyjnej formie" - informuje PAP.

Podobna sytuacja jest w Wojskowej Akademi Technicznej w Warszawie. "Nie wiemy, czy od października zajęcia będą odbywać się stacjonarnie – na uczelni, zdalnie czy w formule mieszanej" - tłumaczy rzecznik prasowa Ewa Jankiewicz. Najbardziej prawdopodobny wariant to jednak formuła mieszana.

Politechnika Białostocka przygotowuje się na wszystkie scenariusze, ale - jeśli nie będzie kolejnego "lockdownu" - najbardziej prawdopodobny jest jednak scenariusz hybrydowy. "Zajęcia laboratoryjne, zamiast odbywać się raz w tygodniu przez cały semestr, byłyby zorganizowane i przeprowadzone intensywnie, wszystkie w ciągu 2-3 tygodni, w grupach odpowiadających bieżącym zaleceniom Ministerstwa Zdrowia" - tłumaczy p.o. rzecznik prasowej PB Aleksandra Toczydłowska. I dodaje, że dla danej grupy studentów byłby to jedyny czas fizycznej obecności na uczelni w ciągu semestru

Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach też jeszcze rozważa różne drogi, ale już wykluczył całkowity powrót studentów na uczelnie. "UE Katowice rozważa teraz dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze. Pierwszy scenariusz zakłada formułę hybrydową (...) . A drugi scenariusz, który w związku z rosnącą liczbą zakażeń nabiera mocy, to pełny powrót do zajęć zdalnych, jak w poprzednim semestrze" - poinformował PAP pełnomocnik rektora UEK ds. kontaktu z mediami dr Bartłomiej J. Gabryś. Uczelnia chce jednak, by studenci pierwszego roku - z zachowaniem wszelkich obowiązujących rygorów bezpieczeństwa - mieli kilka tradycyjnych spotkań, które wprowadzą ich w życie uczelni.

PWSZ w Chełmie z kolei nastawia się, że wszystkie zajęcia będą się odbywać online. Nie jest to jednak jeszcze oficjalna decyzja. (PAP)

Autorka: Ludwika Tomala

lt/ agt/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję