Reklama

Europa

Kard. Tamkevičius: w łagrze Mszę św. odprawiałem w futerale od okularów

Franciszek ustanowi dziś kardynałem abp. Sigitasa Tamkevičiusa, legendarnego litewskiego opozycjonistę czasów komunizmu, tajnego jezuitę, więźnia łagrów, wydawcę „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie”, która była jednym z najbardziej znanych samizdatów w ZSRR. Kard. Tamkevičius jest jedynym kardynałem z Europy środkowo-wschodniej, który otrzyma biret na obecnym konsystorzu. Publikujemy przeprowadzony specjalnie z tej okazji wywiad z nim.

[ TEMATY ]

wywiad

Hans/pixabay.com

Kard. Sigitas Tamkevičius: Żadnych sygnałów, było to absolutne zaskoczenie. Mam 81 lat, i nie zabiegam o zaszczyty. Ale jeśli Pan Bóg chce, abym był kardynałem, to ma w tym plan - bardziej dla Kościoła na Litwie, niż dla mnie. Franciszek zapewne pragnie zwrócić uwagę światu na Kościół na Litwie, który jest Kościołem męczenników, przez ponad 50 lat prześladowanym. Ludzie wierzący, całe ich masy, byli poddawani represjom. Odważnie nieśli krzyż i przyjmowali męczeństwo. Tylko spośród księży - 360, czyli co trzeci, było więzionych bądź zesłanych. A spośród biskupów niemal wszyscy zostali aresztowani lub internowani. Zlikwidowano zakony. Nawet trudno jest podać pełną statystykę represji.

KAI: Życiorys Księdza Kardynała nadaje się na pasjonującą książkę, gdyż streszcza nie tylko osobistą drogę, ale ważny i dramatyczny fragment historii Kościoła na Litwie. Zacznijmy od powołania kapłańskiego i studiów w kowieńskim seminarium. Jak wyglądały studia w seminarium na terenie ZSRR, kontrolowanym przez władze komunistyczne?

- Kiedy przyszedłem na świat 7 listopada 1938 r. w wiosce Gudonys byłem bardzo słaby, a moje życie było zagrożone. Dlatego zostałem szybko ochrzczony, a mama ofiarowała mnie Najświętszej Maryi Pannie - z myślą, że jeśli dziecko przeżyje, to pragnie, aby zostało księdzem. Dowiedziałem się o tym znacznie później, gdyż mama zmarła gdy miałem 11 lat. Ale kiedy jeszcze żyła, pragnęła, abym był ministrantem. Służba przy ołtarzu miała duże znaczenie dla dojrzewania mojej wiary. Posługiwałem często ks. Altanasowi Skieltisowi, przełożonemu salezjanów litewskich, który po likwidacji zakonu ukrywał się przed prześladowaniami w naszej parafii. Jego przykład, to w jaki sposób się modlił i traktował nas, miał znaczenie dla mojej decyzji o kapłaństwie. Dawał mi książki o św. Janie Bosko. Po ich lekturze chciałem być podobny do Don Bosco i tak jak on pracować z młodzieżą. Po zdaniu matury w 1955 r. nie miałem wątpliwości i zapukałem do furty seminarium w Kownie.

- Było to jedno z dwóch katolickich seminariów duchownych działających na terytorium ZSRR. Jak to wyglądało?

- Czas bezpośrednio po śmierci Stalina był okresem kilkuletniej odwilży wobec Kościoła, nie było też otwartego werbowania kleryków do KGB. Później ostry antykościelny kurs wprowadził Nikita Chruszczow, sekretarz KPZR. Limit przyjęć kleryków – wyznaczany przez komunistów - wynosił kiedy studiowałem - 25. rocznie, a w późniejszych latach mniej.

- Po dwóch latach studiów zostałem wcielony do Armii Czerwonej i 3 lata spędziłem w „Stroj batalionie” (wojskowe bataliony budowlane). Pracowałem na Kaukazie przy wybrzeżu Morza Czarnego. Po powrocie zainteresowało się mną KGB. Spotkał się ze mną oficer KGB, zaznaczając na początku rozmowy, że muszę o niej zachować milczenie. Odpowiedziałem, że z natury jestem plotkarzem i poinformuję o niej mojego proboszcza oraz władze seminarium. Wówczas oficer wygłosił mi wykład z ”teologii moralnej” KGB, która zakazuje kogokolwiek informować o kontaktach ze służbami. Dowodził, że nie popełnię żadnego kłamstwa. A kiedy z tym się nie zgodziłem, zagroził, że jako ksiądz nie znajdę pracy w mieście i będę klepać biedę na najbardziej odległej prowincji. Odpowiedziałem, że nie chcę kariery i marzę o pracy na wsi. Wyprowadziłem go z równowagi. Sądząc, że coś ze mną nie jest w porządku, zrezygnował z nagabywania.
Obawiałem się, że nie zostanę dopuszczony do święceń, gdyż ci, co odmawiali współpracy z KGB, nie byli święceni. Jednak święcenia otrzymałem w 1962 r. Natychmiast potem znów zostałem wezwany przez KGB. Zaproponowano mi wyjazd do Rzymu na studia, ale pod warunkiem podpisania zgody na współpracę. Odpowiedziałem, że studia mnie nie interesują i chcę być zwykłym parafialnym księdzem. Wówczas zapewniono, że KGB wpłynie na biskupa, aby wyznaczył mnie do najlepszej parafii w Kownie, pod warunkiem zgody na dalsze rozmowy. Po raz kolejny powiedziałem: "NIE!". Usłyszałem, że jestem fanatykiem. Po pewnym czasie pracy w parafii w Simnie na zachodniej Litwie, nastąpiła kolejna próba werbunku, ale ta była już ostatnią. Potem zaczęły się pierwsze represje.

- Na jakim tle?

- Rozpocząłem pracę z młodzieżą i prowadziłem grupową katechizację, co w ZSRR było zabronione i zagrożone karą roku w łagrze. Wielu księży jechało za to na Syberię. Ponadto w 1969 r. byłem jednym z inicjatorów petycji 69 księży do biskupów, aby wystąpili do władz z prośbą o zwiększenie limitu przyjęć do kowieńskiego seminarium, gdyż limit ograniczono do pięciu. Petycję napisaliśmy na prośbę bp. Vincentasa Sladkevičiusa MIC (późniejszego kardynała). Przebywał on na zesłaniu na terytorium Litwy, w małej wiosce nad granicą łotewską i stamtąd w sposób tajny kierował Kościołem. W odpowiedzi na petycję władze nałożyły sankcje na mnie i ks. Jozuasa Zdebskisa. Na rok odebrano nam prawo do posługi kapłańskiej i przymusowo skierowano do fizycznej pracy przy melioracji. Miałem okazję do pooddychania świeżym powietrzem.

- Podejmuje Ksiądz Kardynał w tym czasie decyzję o wstąpieniu do jezuitów. Dlaczego? Jak wyglądała ich praca, skoro zakon został zlikwidowany?

- Decyzję podjąłem w 1968 r. Pod wrażeniem duchowości św. Ignacego z Loyoli pozostawałem już od czasów seminaryjnych. Należałem do tajnego koła kleryków, gdzie byliśmy formowani w duchu ignacjańskim, pod kierunkiem ks. Pranciškusa Masilionisa. Był słynnym kaznodzieją, ukrytym jezuitą. Był też założycielem zgromadzenia sióstr eucharystek, które na Litwie odegrały ważną rolę.
Innym ważnym motywem wstąpienia do jezuitów był brak zaufania do administratorów apostolskich, kierujących diecezjami, którzy musieli prowadzić dwuznaczną grę z komunistami. Jezuici byli od tego wolni, gdyż działali w podziemiu. Pracowali jako zwykli księża w parafiach, a o tym, że są zakonnikami wiedzieli jedynie wtajemniczeni. Natomiast po owocach ich pracy było widać, że mają duchowe wsparcie ze strony zakonu, czego ja też pragnąłem. Na Litwie było wówczas ok. 30 jezuitów. Kiedy otrzymałem informację, że przyjmują nowych kandydatów, na motocyklu pojechałem do ks. Jonasa Danyli, o którym wiedziałem, że jest przełożonym jezuitów. Wyraził zgodę, wyznaczył czas i miejsce 30-dniowych rekolekcji ignacjańskich. Odbyłem je podczas wakacji w malutkiej parafii Tilžė, nad jeziorem Drūkšiai, które graniczy z Białorusią. Dziś jest tam elektrownia atomowa.
Zbiegło się to z moją pracą przy melioracji, a jednocześnie dla mnie był to czas nowicjatu u jezuitów. Odbywałem go indywidualnie, pod kierunkiem utajnionego ojca duchowego. 15 sierpnia 1970 r. w święto Wniebowzięcia, złożyłem pierwsze śluby i zostałem jezuitą.

- W 1972 r. inicjuje Ksiądz wydawanie „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie”, jednego z najbardziej znanych czasopism dysydenckich w ZSRR. Jak zrodził się ten pomysł? W jaki sposób wydawana była Kronika, jak zbierane były informacje?

- Pracowałem wtedy na parafii Simnas w diecezji wyłkowyskiej. Miałem dobrego proboszcza, ks. Juozasa Matulevicziusa i dość dużo wolnego czasu. Spotykaliśmy się regularnie w grupie około 15 bardziej aktywnych księży: starszych i młodszych. Doszliśmy do wniosku, że potrzebne jest wydawnictwo, które budziłoby świadomość religijną oraz prezentowałoby prześladowania katolików. Nie było bowiem żadnej publikacji na ten temat.
Tak się złożyło, że w latach 1970 -1971 trzech księży zostało ukaranych więzieniem za prowadzenie katechizacji wśród dzieci: Antanas Szeszkeviczius, Juozas Zdebskis i Prosperas Bubnys. Postanowiliśmy informacje o ich procesie wydać w formie samizdatu. Chodziło nam o powołanie czasopisma zawierającego zarówno informacje jak i różne interesujące artykuły. Podjąłem się to robić wraz ze świeckim współpracownikiem Petrasem Plumpą, który też miał za sobą więzienie. Na tytuł wybraliśmy słowa: "Vivos voco" (Zwołuję żywych). Nawiązaliśmy do starożytnego hasła: „Vivos voco, mortuos plango” - „Żywych zwołuję, martwych opłakuję”, powtórzonego w zbiorze wierszy: „Šaukiu aš tautą” przez Bernardasa Brazdžionisa, znanego poetę litewskiego przebywającego na emigracji. Był on dla nas symbolem walki o wolność.
Z pierwszym numerem „Vivos voco" pojechałem do znajdującego się na zesłaniu biskupa Sladkevičiusa, chcąc uzyskać jego błogosławieństwo. Biskup przekartkował, zastanowił się, pochwalił pomysł i zaproponował nazwę: "Kronika". A to pewnie dlatego, że na stole leżało polskie podziemne czasopismo o takim tytule. Doradził, aby skoncentrować się na opisie bieżących wydarzeń kościelnych, także represji wobec katolików, z krótkim redakcyjnym komentarzem. W ten sposób przyszły nasz kardynał został ojcem chrzestnym "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie".
Po otrzymaniu błogosławieństwa, z przerobioną w świetle rad bp. Sladkevičiusa publikacją przybyłem do o. Jonasa Danyli SJ, który jako prowincjał jezuitów był moim bezpośrednim zwierzchnikiem. Wyraził wątpliwość czy uda mi się znaleźć materiały do następnych numerów, ale generalnie zgodził się na pomysł. Nigdy w jego pokoju nie rozmawialiśmy głośno, podejrzewając, że może być podsłuch. Pisaliśmy na kartkach.
Zawartość pierwszego numeru przepisał na maszynie w 7 egzemplarzach Petras Plumpa. Miał on format zeszytu o 50 stronach. W ten sposób w pierwszej połowie marca 1972 r., w pokoiku na plebani w Simnach, ujrzał światło dzienne pierwszy numer "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". Rozprowadziłem go wśród znajomych księży.
Kolejne pięć numerów zostało wydrukowanych na powielaczu w 100 egz. Po ich wydaniu doszliśmy do wniosku, że warto te informacje szmuglować na Zachód. Nie mieliśmy jednak kontaktów z litewską emigracją. Wiedziałem tylko, że w Chicago mają swoje czasopismo. Nawiązaliśmy więc kontakty z dysydentami moskiewskimi, przede wszystkim z Siergiejem Kowaliowem. Zawieźliśmy mu egzemplarz "Kroniki" z prośbą, aby przekazał go akredytowanym w Moskwie zagranicznym korespondentom.
Później do Moskwy zawoziliśmy dwa egzemplarze "Kroniki". Pierwszy był potrzebny moskiewskiej, wydawanej przez dysydentów "Kronice bieżących wydarzeń", której redaktorzy nasze materiały tłumaczyli na rosyjski i włączali do swego wydawnictwa, a drugi przekazywany był na Zachód. Podróże do Moskwy były bardzo niebezpieczne: w dowolnym miejscu można było wpaść w oko KGB i zostać zatrzymanym. Nie można było korzystać z samolotu, gdyż wymagano okazania paszportu. Równie ryzykowny był pociąg z Wilna do Moskwy. Pozostawało jedno wyjście: wsiąść do pociągu moskiewskiego, ale nie na Litwie. Ktoś z przyjaciół, np. ks. Alfonsas Svarinskas, jechał na Białoruś, a tam łapał auto-stop i tak docierał do Mińska. Tu kupował bilet i około godziny 20-tej wsiadał do pociągu, a wczesnym rankiem już był w Moskwie. Podróżowanie taką trasą wydawało się dość bezpieczne.
Zachodni korespondenci wysyłali „Kronikę” z Moskwy na Zachód, na ogół pocztą dyplomatyczną. W późniejszym okresie wysyłaliśmy „Kronikę” w postaci mikrofilmów, które przekazywaliśmy bezpośrednio z Litwy. Wykonywałem je za pomocą radzieckiego aparatu Zenit. Nauczono mnie robić zdjęcia kiedy byłem w Armii Czerwonej. Mikrofilmy w jakimś specjalnym opakowaniu (np. w formie prezentu z Litwy) przekazywaliśmy księżom lub siostrom zakonnym z zagranicy, którzy czasami się tu pojawiali.
W tej postaci „Kronika” trafiała do naszych emigrantów m. in. w USA. W Nowym Jorku był to ks. Kazimieras Pugevičius, który założył tam litewskie centrum informacyjne. Tłumaczyli kolejne numery „Kroniki” i przekazywali je ambasadom, Radiu Watykańskiemu, Głosowi Ameryki i innym mediom na Zachodzie. Mniej więcej po dwóch miesiącach od wydania kolejnego numeru, informacje te docierały z powrotem na terytorium ZSRR - za pośrednictwem Radia Watykańskiego i Głosu Ameryki. Były zagłuszane, ale udawało się je odbierać. Gorzej było ze słyszalnością Wolnej Europy.
Oprócz tego, inna grupa litewskich emigrantów wydawała „Kronikę” w formie książkowej, w języku litewskim, angielskim oraz hiszpańskim. Z Zachodu płynęła też pomoc. Otrzymywaliśmy środki, , m. in. od Kirche in Not, dzięki czemu wspomagaliśmy ludzi prześladowanych i ich rodziny.

- Ile numerów „Kroniki” zostało wydanych?

- W sumie ukazało się 81 numerów, każdy o objętości 70-80 stron. Pismo wychodziło od marca 1972 r. do marca 1989 r. z częstotliwością raz na dwa – trzy miesiące. W lapidarnej formie dokumentowało przypadki naruszania wolności sumienia i wyznania, publikowało relacje z procesów sądowych – nie tylko na terenie Republiki Litewskiej ale też na innych terenach ZSRR, relacjonowało też antykościelną politykę oświatową. Ponadto prezentowało ważniejsze wydarzenia diecezjalne. Tekstom informacyjnym towarzyszył komentarz redaktora naczelnego.
Pierwszym redaktorem naczelnym byłem ja, a po moim aresztowaniu w 1983 - ks. Jonas Boruta, również podziemny jezuita. Pismo działało dzięki olbrzymiemu zaangażowaniu wielu współpracowników: księży, sióstr zakonnych i świeckich, którzy zbierali relacje, zajmowali się powielaniem i kolportażem. Do tego grona należeli ks. Juozas Zdebskis, ks. Alfonsas Svarinskas, Juozas Grażys, Vladas Lapienis, Povilas Buzas, Anastazas Janulis oraz zakonnice, głównie siostry eucharystki: s. Gerarda Elena Šuliauskaitė, Ona Vitkauskaite, Genovaite Navickaite, Ona Pranckunaite, Nijole Sadunaite, Bernadeta Maliszkaite, Ona Kavaliauskaite, Biruta Briliute.

- Jak to możliwe, że komuniści nie wykryli redakcji, nie namierzyli drukarni, gdzie drukowana była „Kronika” oraz nie wpadli na to, kto był jej redaktorem naczelnym?

- KGB w pewnym momencie namierzyło tych, którzy zajmowali się stroną techniczną i kolportażem. W 1974 r. odbył się proces 5 kolporterów „Kroniki”, a w następnym roku Nijolė Sadūnaitė. W mowie obronnej, którą opublikowaliśmy w "Kronice", powiedziała: „To jest najszczęśliwszy dzień mojego życia, ponieważ pracuję dla Kroniki Kościoła litewskiego, która walczy przeciw wszelkim fizycznym i duchowym prześladowaniom”. Skazana została na 3 lata łagru i 3 lata zesłania.
Obecnie, kiedy czytamy dokumenty KGB w archiwach, wynika z nich, że już w rok od rozpoczęcia wydawania „Kroniki”, KGB zorganizowała szeroko zakrojoną operację, polegającą na rewizjach w domach u około 50 osób podejrzewanych o współpracę z pismem. Podczas rewizji u mnie, znaleziono dwa wydrukowane numery „Kroniki”. A kiedy zapytali skąd mam te dwa numery, odpowiedziałem, że ktoś mi przyniósł, ale nie zdążyłem nawet przeczytać. Nie przechowywałem w domu ani matryc, ani rękopisów, co mogłoby stanowić dowód, że redaguję pismo. Mieliśmy zasadę, że kiedy numer został wydany, rękopisy paliliśmy w piecu.
Kronika wydawana była przez 18 lat. A mając na uwadze jak potężna struktura pracowała nad tym, aby ją rozpracować, to fakt, że istniała i rozwijała się, mogę interpretować wyłącznie w kategoriach cudu.

- Jednak w 1983 r. Ksiądz zostaje aresztowany i skazany na 6 lat łagrów i 4 lata zesłania. Pod jakimi zarzutami, jak wyglądał ten proces?

- Proces odbywał się w 1983 r. przed Sądem Najwyższym Republiki Litewskiej w Wilnie. Więziony byłem w jednoosobowej celi w podziemiach katowni KGB, w celi, którą w ubiegłym roku odwiedził papież Franciszek.
Nie postawiono mi zarzutu wydawania „Kroniki”, gdyż nie było na to dowodów. Motywem aresztowania była moja działalność w Katolickim Komitecie Obrony Praw Wierzących, powstałym w 1978 r. W odróżnieniu od „Kroniki” - która była całkowicie anonimowa - działalność Komitetu była jawna i wraz ze mną pod jego oświadczeniami podpisywało się pięciu księży. Spośród nich aresztowano mnie i ks. Svarinskasa. Oficjalnym zarzutem był udział w pracach Komitetu i wydanie 52 różnych dokumentów, między innymi zawierających petycje w obronie prześladowanych. Kolejnym zarzutem były moje homilie, w których otwarcie potępiałem ateizm. Starano mi się również udowodnić pracę nad „Kroniką”, np. dokonano analizy językowej artykułów, która wykazała, że co najmniej pięć ja napisałem. Do niczego się nie przyznałem. Wyrok wydano na postawie Kodeksu Karnego, który orzekał, że przestępstwem jest „szerzenie propagandy mającej na celu obalenie władzy radzieckiej”. Skazano mnie na 6 lat łagru i 4 lata zesłania.
Po wyroku natychmiast odwieziono mnie do łagru. Najpierw byłem przez 3 lata w łagrze nr 37 dla dysydentów w Permie. KGB spodziewało się, że po naszym aresztowaniu Kronika nie będzie już się ukazywać. Nie przestała jednak wychodzić, aczkolwiek tego nie wiedziałem. Dowiedziałem się, że „Kronika” istnieje od oficera śledczego, który – już po wyroku - odwiedził mnie w łagrze. W rozmowie, którą nazwał „towarzyską”, zapytał: "No teraz, tak między nami, powiedz, kto był naprawdę naczelnym redaktorem Kroniki? Odpowiedziałem: "Skoro redaktor został aresztowany i skazany, to Kronika chyba już nie wychodzi?" Odpowiedział: "Nie, niestety wychodzi nadal".
Po zakończeniu kary w Permie z powrotem przywieziono mnie do Wilna. Namawiano, abym napisał prośbę o ułaskawienie. Rozpoczynały się czasy pierestrojki i władze szukały możliwości uwolnienia więzionych. Wystarczyło podpisać zobowiązanie do przestrzegania prawa sowieckiego. Skoro jednak odmówiłem, to wysłano mnie do łagru nr 35 w Mordowii na Powołżu. Był to jeden z ostatnich łagrów dla więźniów politycznych.

- Proszę opowiedzieć o latach spędzonych w łagrze. Jak wyglądało tam życie, jak przebiegała posługa kapłańska, którą Ksiądz pełnił nielegalnie?

- Było tam mało katolików. Większość stanowili niewierzący, prawosławni oraz muzułmanie. Mszę św. zacząłem odprawiać potajemnie jeszcze w więzieniu KGB w Wilnie, a kontynuowałem w łagrze. Miałem Pismo Święte oraz modlitewnik z tekstami liturgii. KGB wydawało pozwolenia więzionym kapłanom na posiadanie Pisma Świętego, pewnie dlatego, żeby Zachód nie dowiedział się, że prześladowania są aż tak silne.
W obozie, wieczorem po pracy, kiedy większość więźniów oglądała telewizję, siadałem przy stoliku koło mojej pryczy, a na nim kładłem Pismo Święte oraz futerał od okularów. W nim ukrywałem malutkie naczynie z winem oraz hostię. Był to miniaturowy ołtarz, który w razie czego można była natychmiast zamknąć. Wino wytwarzałem z rodzynek. Mieliśmy prawo otrzymać w ciągu roku 5 kg artykułów spożywczych. Moi przyjaciele wiedzieli, co jest mi potrzebne jako księdzu. Jeśli przysłali mi kilogram rodzynek, wystarczało to na rok. Fermentowałem rodzynki w małej butelce, którą przechowywałem pod materacem. W ten sposób powstawało wino. W łagrze był mały sklepik, w którym można było kupić „oblaty”, okrągłe wafle ze zboża. Wykorzystywałem je jako hostie.
A kiedy w trakcie odprawiania Mszy św. w polu widzenia pojawiał się strażnik, zamykałem futerał od okularów. Nie mógł się więc niczego domyślać. Raz tylko, kiedy wszedł niespodziewanie, a ja z hałasem zatrzasnąłem futerał z winem i hostią, zapytał: Coś tu robisz dziwnego? Odpowiedziałem: Modlę się. Poszedł dalej.

- A czy w łagrze miały miejsce nawrócenia?

- Niewiele, ale zdarzały się. Przypominam sobie pewnego młodego człowieka z Kaukazu. Kiedy trafił do łagru był niewierzący. Jako niepokorny więzień przetrzymywany był często w karcerze. Któregoś dnia po wyjściu z karceru zapytał czy nie mógłbym go ochrzcić. Opowiedział, że pod zakratowanym okienkiem zauważył tam znak krzyża, zrobiony jakimś ostrym przedmiotem. Wtedy doświadczył jakiegoś wewnętrznego światła… Dotarło do niego, że Bóg jest.
Wyjaśniłem że choć księża prawosławni chrzczą natychmiast, to w Kościele katolickim wymaga to solidnego przygotowania, znajomości zasad wiary i zobowiązania do życia według nich. Zgodził się poprosił, abym go tego nauczył. Przez wiele dni, wieczorami po powrocie z pracy przechadzaliśmy się wśród baraków. Objaśniałem mu prawdy wiary. W końcu przyjął chrzest.
Ochrzciłem także innego więźnia, który był lekarzem z Łatgalii na zachodniej Łotwie. Ten z kolei był tak pilnym uczniem, że nawet nauczył się pacierza po łacinie.

- A czy obecność Boga Ksiądz Kardynał odczuwał silniej niż na wolności?

- Kiedy byłem na 30-dniowych rekolekcjach ignacjańskich po wstąpieniu do jezuitów, wtedy bardzo silnie odczuwałem obecność Boga. Na Syberii było to coś podobnego. Pamiętam, jak wieczorami chodziłem miedzy barakami i odmawiałem różaniec. Wtedy odczuwałem bardzo bliską obecność Boga.

- A czy był taki moment, w którym Ksiądz Kardynał obawiał się, że nie wytrzyma?

- Nie, nie pamiętam takiego momentu. W tym okresie nie było już tak ostrych represji. Pracowaliśmy w zakładzie metalurgicznym, który specjalizował się w produkcji wierteł. Obsługiwałem tokarkę, segregowałem złom oraz pracowałem w obozowej pralni i w kuchni. W sumie nabyłem wiele praktycznych umiejętności, dzięki temu jestem „specjalistą” w wielu zawodach.

- Wolność Ksiądz Kardynał odzyskuje w 1988 r., w okresie pieriestrojki. Była to już chyba zupełnie inna Litwa niż kilka lat wcześniej. Jak wyglądała odbudowa Kościoła na Litwie?

- W 1989 r. zostałem ojcem duchownym seminarium w Kownie, a w 1990 r. jego rektorem. W rok później biskupem pomocniczym kowieńskim u boku kard. Sladkevičiusa, który udzielił mi święceń biskupich. A po przejściu kardynała na emeryturę Jan Paweł II mianował mnie w 1996 r. arcybiskupem kowieńskim. Był to bardzo ciekawy okres dla Kościoła. Cechował go wielki entuzjazm. Obserwowaliśmy powszechne odrodzenie wiary.
Natomiast struktury trzeba było tworzyć niemal od początku. Kiedy rozpoczynałem pracę w Kurii, był tam ksiądz kardynał, ja jako biskup pomocniczy, kanclerz, siostra pisząca na maszynie i kierowca. Stworzenia wymagały kurialne wydziały, sąd i inne agendy. Na całej Litwie odtwarzaliśmy katechizację w szkołach, Caritas, itd. Bardzo wiele wysiłku wymagało odzyskiwanie i remonty świątyń. Jednym z priorytetów od samego początku była rodzina, gdyż widzieliśmy w jak głębokim kryzysie jest ona po czasach sowieckich. Nowym pomysłem było tworzenie diecezjalnych centrów rodziny.
Jeździliśmy też do Polski, Niemiec, Włoch, USA czy innych krajów, aby przypatrzeć się jak funkcjonuje tam Kościół, jak reaguje na nowe problemy i wyzwania.
Dla przykładu powiem, że duże wrażenia zrobiła na mnie rozmowa z kard. Jean-Marie Lustigerem w Paryżu, który pokazał, jak przy tamtejszym seminarium funkcjonuje rok propedeutyczny. Zaadaptowaliśmy ten pomysł. Okazał się zbawienny, gdyż młodzi ludzie na Litwie – pozbawieni wcześniej katechizacji - nie byli dostatecznie przygotowani do studiowania w seminarium.
Bardzo dobre relacje mieliśmy z biskupami z Polski. Stworzyliśmy polsko-litewską grupę współpracy, dzięki czemu mogliśmy skorzystać z wielu doświadczeń.

- A czy Kościół na Liwie, katolicyzm litewski jest bardziej podobny do polskiego czy do tego, co widzimy na Zachodzie Europy?

- Myślę, że nasz Kościół jest znacznie bliższy doświadczeniu polskiemu. Podobnie zorganizowane są parafie. Zupełnie co innego widzieliśmy wizytując parafie w Niemczech. Tam parafiami kierują rady parafialne. Proboszcz nie rządzi a raczej przysłuchuje się dyskusjom rady oraz wykonuje jej decyzje. Nie chcieliśmy tego modelu przeszczepiać na Litwę.

- A jak wyglądały kontakty Księdza Kardynała z Janem Pawłem II? Od kiedy Ksiądz spotykał się z papieżem Wojtyłą?

- Po raz pierwszy spotkałem Jana Pawła II jako młody biskup w Łomży podczas pielgrzymki do Polski w 1991 r. Cały episkopat litewski wówczas przyjechał do Łomży i tysiące wiernych. Papież poprosił, abym pomógł mu prawidłowo wymawiać tekst homilii, jaką miał przygotowaną po litewsku.

- Czy okazał się zdolnym uczniem?

- Całkiem zdolnym. Pokazał to jeszcze bardziej podczas pielgrzymki na Litwę w 1993 r., kiedy poprawnie czytał homilie po litewsku. Pielgrzymka ta miała zresztą olbrzymie znaczenie dla naszego Kościoła, także dla Litwy jako kraju.

- Jaka dziś jest kondycja Kościoła na Litwie? Jakie są mocne jego strony a jakie są największe problemy?

- Największym wyzwaniem dziś jest silnie odczuwalny sekularyzm. Drugim poważnym wyzwaniem jest sytuacja rodziny, która nie jest dostatecznie dowartościowana w społeczeństwie. Towarzyszy temu głęboki kryzys demograficzny, tym groźniejszy, że Litwa wyludnia się również na skutek masowej emigracji młodych ludzi na Zachód.
Kryzys demograficzny oraz sekularyzacja skutkuje także zmniejszającą się liczbą powołań kapłańskich. Dziś jest ich znacznie mniej niż po odzyskaniu niepodległości. Kiedy byłem rektorem seminarium w Kownie na początku lat 90-tych, miałem 250 seminarzystów. Rocznie przychodziło ok. 50 nowych kandydatów. Dziś we wszystkich seminariach na Litwie na roku propedeutycznym mamy 50 kandydatów. Jest to trzykrotny spadek. Na przyszłość patrzymy z niepokojem.
Ale na szczęście papież Franciszek jest z nami solidarny i dodaje nadziei. Podczas wizyty na Litwie w ubiegłym roku powiedział, że nie powinniśmy się zbyt niepokoić liczbami. Mówił, że musimy być „solą ziemi” i tak widzi rolę Kościoła. Zwraca uwagę, że najważniejsza jest jakość naszego świadectwa, które musi być na tyle wyraziste, by trafić do poszukujących i niewierzących. Przypominał, że chrześcijanie we współczesnym świecie muszą pełnić rolę ewangelicznej soli. Podkreślał, że Kościół musi być wspólnotą „transparentną, gościnną, uczciwą, atrakcyjną, radosną, przyjmującą i interaktywną”.
Ostrzegał, byśmy przypadkiem nie „przysnęli” w wierze. Zachęcał do pielęgnowania naszych korzeni, gdyż bez nich wiara łatwo może zostać wykorzeniona. A młodych zachęcał – jak podkreślał: do udziału w najwspanialszej przygodzie życia, jaką może być spotkanie z Jezusem.

- A jaka jest sytuacja młodzieży, czy odchodzi od wiary?

- Chociaż mamy w szkole religię, to w młodszych klasach uczestniczy w niej 60 – 70 proc., a w starszych o wiele mniej. Młode pokolenie podlega silnej sekularyzacji. Co prawda na początku lat 90-tych, przeżyliśmy kilka lat silnego zainteresowania młodych wiarą, ale później proces ten znacznie osłabł.

- Jak Ksiądz Kardynał widzi przyszłość Kościoła na Litwie?

- Przyszłość jest w rękach Boga. Żyjemy w zlaicyzowanej kulturze, odrzucającej wartości duchowe, w kulturze, gdzie dominują wartości materialne. A ludzie z łatwością poddają się ich pokusie. Litwa leży w Europie, która pod względem demograficznym umiera. 10 lat temu uczestniczyłem w spotkaniu różnych religii w Astanie w Kazachstanie. Wrażenie zrobiło na mnie wystąpienie jednego z liderów muzułmańskich, który w oparciu o statystyki dowodził, że za kilkadziesiąt lat Europa będzie w dużej mierze islamska. Trudno więc sobie dziś wyobrazić co będzie dalej i w jakim kierunku pójdzie Europa.

- A czy Ksiądz Kardynał nie ma nadziei, że Europa środkowo-wschodnia - w tym Litwa - nie musi podążać drogą tak silnej sekularyzacji jak zachodnia część kontynentu?

- Mam nadzieję, że Litwa, Polska, Słowacja i inne kraje regionu zjednoczą siły dla przeciwstawienia się tym negatywnym tendencjom, jakie płyną z niektórych nurtów obecnych we współczesnej kulturze.

- Wejście do Kolegium Kardynalskiego oznacza stanie się bliskim współpracownikiem Ojca Świętego. Kim jest dla Księdza Kardynała Franciszek i jak postrzega jego pontyfikat?

- Jest to papież niestandardowy, który realistycznie, ale i krytycznie patrzy na sytuację Kościoła. Nie chce aby Kościół opierał się wyłącznie na ustabilizowanych strukturach. Akcentuje rolę świadectwa.
Dostrzegam, że papieżowi nie jest łatwo, gdyż pewne nurty w Kościele chcą iść w jedną, a inne w drugą stronę. Trudno jest zachować jedność w mądry sposób. Do tego dochodzi kwestia nadużyć seksualnych. Niezbędne jest odważne zmierzenie się z tym problemem, w tym także z błędami czy zaniedbaniami przełożonych, w tym biskupów. Potrzebna jest droga oczyszczenia Kościoła - o czym Franciszek wciąż mówi.

- A czy na Litwie jest to duży problem?

- Nie powiedziałbym, że jest to duży problem. Za czasów mojej posługi jako arcybiskupa, zdarzyły się tylko nieliczne przypadki molestowania małoletnich przez księży. Mam wrażenie, że - paradoksalnie -pomogła nam w tym władza sowiecka. Każdy ksiądz wiedział, że jeśli w jego życiu moralnym będzie coś nie w porządku, to natychmiast stanie się to pretekstem do szantażowania przez KGB.

- Ostatnie pytanie: Od soboty będzie Ksiądz kardynałem świętego Kościoła rzymskiego. Jaki Ksiądz Arcybiskup ma pomysł na swój Kardynalat?

- Pomysłów nie mam, raczej staram się odczytać co Bóg chce mi przez to powiedzieć. Myślę, że papież Franciszek ze względu na mój wiek nie oczekuje jakiejś wielkiej pracy. Oczekuje natomiast wiernego, zdwojonego świadectwa Ewangelii. Czuję się do tego powołany - zarówno w mojej posłudze kapłańskiej jak i w aktywności na zewnątrz. Mam nadzieję, że Bóg da mi siły.
Rozmawiał Marcin Przeciszewski, tłum. Kanstantas Lukenas
*** Sigitas Tamkevičius SI, arcybiskup-senior Kowna, urodził się 7 listopada 1938 w Gudonys na dzisiejszym pograniczu polsko-litewskim. Po ukończeniu jedynego w owym czasie na Litwie seminarium duchownego w Kownie przyjął 18 kwietnia 1962 święcenia kapłańskie, po czym do 1969 pracował jako wikariusz w zachodniej części kraju. W 1968 wstąpił potajemnie do zakazanego wówczas w ZSRR zakonu jezuitów. Jednocześnie angażował się w działalność na rzecz wolności religijnej i wyzwolenia Litwy spod okupacji sowieckiej, za co przez rok (do 1970) nie mógł wykonywać swej posługi duchownej i musiał pracować jako robotnik. Po cofnięciu tego zakazu znów działał jako kapłan. W 1972 był jednym z pomysłodawców i pierwszym redaktorem naczelnym "Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie". W 1975 został proboszczem w Kybartai. W listopadzie 1978 był współzałożycielem Katolickiego Komitetu Obrony Praw Wierzących, za co w 1983 skazano go na 6 lat łagrów i 4 lata zesłania. Wolność odzyskał w 1989 i w rok później został rektorem seminarium w Kownie. 8 maja 1991 Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym archidiecezji kowieńskiej (sakrę przyjął w 11 dni później). 4 maja 1996 papież powołał go na arcybiskupa kowieńskiego. W latach 1999-2002 i 2005-14 przewodniczył Konferencji Biskupów Litwy. Z urzędu arcybiskupa ustąpił 11 lipca 2015.

2019-10-05 15:29

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Życie dla wszystkich

2020-05-26 18:07

Niedziela warszawska 22/2020, str. I

[ TEMATY ]

wywiad

antykoncepcja

życie poczęte

Magdalena Wojtak

Grażyna Rybak

O przemilczanych skutkach antykoncepcji, Służbie Zdrowia w czasie koronawirusa i ochronie dzieci nienarodzonych z doktor Grażyną Rybak rozmawia Magdalena Wojtak.

Magdalena Wojtak: Jaka panuje atmosfera w środowisku medycznym w związku z koronawirusem?

Dr Grażyna Rybak: Epidemia pokazała, co jest istotą lekarskiego powołania. Troska o zdrowie i życie mobilizują Służbę Zdrowia do wspólnego działania: lekarze, pielęgniarki poświęcają swoje zdrowie i chronią swoje rodziny, niosąc pomoc chorym. Wzruszają mnie postawy młodych lekarzy, którzy zdecydowali się nawet na kilkutygodniową rozłąkę z najbliższymi po to, żeby ich nie narażać na zakażenie. Nie spotkałam się w swoim otoczeniu z osobami, które unikałyby pracy w tym trudnym czasie.

CZYTAJ DALEJ

Abp Nossol o kard. Wyszyńskim: Był wielki w tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej

2020-05-28 10:19

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Archiwum rodziny Michnowiczów z Tomaszówki

kard. Stefan Wyszyński

- Miałem do niego zaufanie. Wiedziałem, że komu jak komu, ale jemu zależy na Kościele w Polsce, na wprowadzaniu reformy soborowej, na pojednaniu. Był wielkim człowiekiem a jego wielkość polegała również na tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej – tak o kard. Stefanie Wyszyńskim mówi abp Alfons Nossol, biskup senior diecezji opolskiej. Abp Nossol w rozmowie z KAI dzieli się wspomnieniami związanymi z Prymasem, opowiada o jego realizmie we wprowadzaniu reformy soborowej, o stosunku do ekumenizmu oraz roli, jaką odegrał w procesie polsko – niemieckiego pojednania. Dziś przypada 39. rocznica śmierci Prymasa Tysiąclecia.

KAI: Czy są jakieś wspomnienia związane z Prymasem Wyszyńskim, którymi chciałby się Ksiądz Arcybiskup podzielić?

- Tak. Pamiętam, jak wezwał mnie do siebie, by przekazać mi wiadomość o nominacji biskupiej. Byłem bardzo zaangażowany na KUL-u, mieszkałem tam. To było dla mnie niełatwe spotkanie. Prymas bez żadnych specjalnych wprowadzeń oświadczył, że Ojciec Święty życzy sobie, żebym przejął służbę biskupią w Opolu, bo tam potrzebny jest ktoś, kto z tych ziem pochodzi i zna ich swoistość. Powiedziałem mu – „Księże Prymasie, proszę wybaczyć, ale ja nie jestem kimś, kto jest w stanie sprostać wymogom takiej pracy. Przecież to musi przyjść duszpasterz, z pogłębionym doświadczeniem kapłańskim. Ja jestem teoretykiem, nie mam żadnych praktycznych doświadczeń. Nigdy nie byłem nawet wikarym, nie byłem proboszczem. Po święceniach zostałem skierowany na dalsze studia, bo nasze seminarium potrzebowało wykładowców”.

A on mi na to: „Oo, ja przeżywałem to samo. Przecież byłem w Lublinie, studiowałem. Raptem przyszło wezwanie, że mam zostać biskupem Lublina. I wszystkie moje założenia teoretyczne, ewentualne plany naukowe – wszystko się skończyło. Trzeba było pójść, bo takie było wezwanie Kościoła”.

Pozbawił mnie argumentów. Pozwolił mi się tylko wypowiedzieć. Widać było, że mu na tym bardzo zależy i muszę przyznać, że od czasu moich święceń biskupich – on mi właściwie w dużej mierze zawierzył.

Trzy dni przed jego śmiercią byłem w Warszawie, musiałem coś załatwić. My, biskupi, gdy przyjeżdżaliśmy do Warszawy, zawsze zostawialiśmy samochód na podwórzu Księdza Prymasa. To było pewne miejsce. Wyszła siostra, zapytałem o jego zdrowie. Powiedziała mi: „Księże biskupie, ostatnie chwile nadchodzą. A jakby tak ksiądz zajrzał do niego na chwileczkę?” Mówię „Dobrze, ale to trzeba go wpierw zapytać”. Spytała. Oczywiście, jak najbardziej, mam przyjść.

I on wtedy nawiązał do tamtego spotkania, do tych wątpliwości, obaw, że się nie ma doświadczenia duszpasterskiego, jest się teoretykiem. „No, widzisz, chłopcze” – powiada (byłem wtedy najmłodszym biskupem i dlatego on mnie tak tytułował: „chłopcze”). – „Tak żeś się wtedy bał, a przecież w Kościele opolskim się jakoś układa. Nie trzeba się było wtedy tak bardzo bać”. Powiedział też: „Wiesz, ja muszę powoli przygotować się do odejścia”. I jeszcze kilka pytań mi zadał. A potem: „Chłopcze, bardzo cię proszę, proszę mi udzielić swojego biskupiego błogosławieństwa”. Ja mówię: „Księże Prymasie, dobrze, ale proszę, niech najpierw Ksiądz Prymas mnie pobłogosławi”. Uczynił to, potem ja, pożegnałem się, wyszedłem.

Za dwa dni bodajże zmarł. Takie było to nasze ostatnie spotkanie, wspaniałe, kapłańskie, z jego głęboką troską ale i radością, że przynajmniej częściowo udało mi się tę moją teoretyczność przezwyciężyć.

KAI: Szczęśliwie udało się Księdzu Arcybiskupowi z tą teorią jednak całkowicie nie zerwać.

- Już jako biskup co drugi tydzień dojeżdżałem do Lublina, gdzie miałem 14 wykładów i seminarium. Mogłem więc nadal trochę teoretyzować ale też miałem szansę wprowadzać tę teorię, teologię Soboru Watykańskiego II w życie Kościoła.

KAI: A jak ocenia Ksiądz Arcybiskup wprowadzanie reformy soborowej w Polsce? Wobec kard. Wyszyńskiego pojawiały się zarzuty, że tę reformę opóźnia.

- On był wielkim realistą. Znał naszą polską mentalność. Wiedział, jak to jest ważne i że tu chodzi o przyszłość Kościoła na tych ziemiach. My w tamtym czasie byliśmy tak bardzo zajęci nasza zagrożoną politycznie egzystencją, że trzeba było odnowę soborową przyjmować bardzo roztropnie. Sobór to był swego rodzaju nowy początek. Ważne było, by przyjmować go w taki sposób, pogłębiony, duchowy, by był wsparciem dla Kościoła, zastrzykiem nowych sił.

Prymas faktycznie nie spieszył się z wprowadzaniem decyzji Soboru, zwłaszcza w obszarach duszpasterskich, ale nie dlatego, że się bał, albo był w jakimś sensie przeciwny tym reformom, tylko dlatego, że działał rozważnie. Kard. Wyszyński był przecież jednym z Ojców Soborowych. On te reformy uchwalał i miał świadomość, czym Sobór jest dla Kościoła, dla przyszłości Kościoła, zwłaszcza u nas, na Wschodzie.

Pamiętam, że na temat nauki soborowej miałem okazję rozmawiać z nim jeszcze w czasie studiów. Bardzo interesował się tym, jak my, studenci i młodzi księża na KUL-u przyjmujemy tę nową naukę, w jaki sposób jest nam przekazywana, jaki jest wpływ uczelni i czy studia na KUL pomagają nam być „ludźmi soborowymi”. Te pytania zadawał zresztą też później, gdy już byłem biskupem. W przerwach w czasie spotkań Episkopatu przechadzaliśmy się po jego ogrodzie i on często ze mną rozmawiał na temat Soboru i odbioru nauki soborowej.

Ja miałem to szczęście, że byłem uczniem ks. prof. Granata, który jeszcze w trakcie pracy Soboru omawiał z nami studentami każdy nowy dekret. Wyjaśniał je w sposób bardzo pogłębiony z perspektywy teologicznej oraz podawał praktyczne wskazówki odnośnie wprowadzania ich w życie na gruncie polskim. Tak więc ja osobiście byłem Soborem po prostu zachwycony. Dzięki niemu mogłem próbować w sposób radośniejszy nie tylko być w Kościele ale i być Kościołem.

KAI: Czy zatem w tamtym czasie nie przeszkadzało Księdzu Arcybiskupowi, że Prymas Wyszyński się nie spieszył?

- Nie. Ja wiedziałem, że komu jak komu, ale jemu na Kościele w Polsce bardzo zależy. Miałem do niego zaufanie. Poza tym, też byłem przekonany, że w pewnych sprawach nie należy się spieszyć, nie warto działać na siłę, spektakularnie. Trzeba to robić powoli. I skutecznie. To np. dotyczyło tematów ekumenicznych.

KAI: A jak wyglądało zaangażowanie ekumeniczne kard. Wyszyńskiego, jego stosunek do ekumenizmu?

- Gdy rozmawialiśmy prywatnie podczas moich pobytów u niego, czy podczas zebrań Episkopatu, o czym już wspominałem, on bardzo często mnie pytał właśnie o sprawy ekumeniczne. W wielu wypadkach ja nieco inaczej widziałem te problemy, akcentowałem, że nie trzeba się bać wpływów innych wyznań chrześcijańskich na nasz polski sposób patrzenia na Kościół. Trzeba podkreślić, że w czasach, gdy Prymas studiował teologię o ekumenizmie za wiele się nie mówiło. Natomiast nawet jeśli miał jakieś wewnętrzne obawy, czy opory, on dekret o ekumenizmie przyjął i go w Kościele w Polsce realizował.

Muszę zresztą przyznać, że nawet mnie pod tym względem zaskoczył. Nabożeństwa w czasie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan zawsze kończyły się w jednym z kościołów warszawskich i kazania w czasie tych nabożeństw głosili na przemian raz ksiądz katolicki raz duchowny z Kościoła reformacyjnego lub prawosławnego. A nasz Prymas, który się nie spieszył, który nie był nowinkarzem - temu się nie sprzeciwiał. Nie było to normą w polskich diecezjach. W wielu nie było zgody na to, by ktoś z niekatolickiego Kościoła głosił kazanie w świątyni katolickiej, podobnie, jak nie pozwalano, by ksiądz katolicki przemawiał w świątyni należącej do innego wyznania. W wielu miejscach nawet samo wstąpienie do świątyni niekatolickiej, by zobaczyć, jak wewnątrz wygląda, traktowane było jako coś niewłaściwego. Tymczasem Prymas, może nie zachęcał do tych wzajemnych kazań, ale zezwalał.

Sam pomysł był autorstwa bp Władysława Miziołka, biskupa pomocniczego warszawskiego, ówczesnego przewodniczącego Komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu, z którym ja zresztą też w ramach tej komisji współpracowałem. Gdy już byłem biskupem w Opolu, w czasie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan też modliliśmy się w ten sposób. Mogę więc powiedzieć, że przejąłem to z diecezji Księdza Prymasa.

KAI: A czy Prymas Wyszyński sam brał udział w tych nabożeństwach?

- Nie, on sam nie brał udziału, natomiast wspierał działalność bp Władysława Miziołka. Doskonale wiedział, że jest to człowiek, który się na ekumenizmie zna, któremu na ekumenizmie zależy. I jego właśnie uczynił swoim biskupem pomocniczym. Prymas był zresztą w sprawach ekumenizmu na bieżąco. Bp Miziołek mu referował, jak układają się relacje z Polską Radą Ekumeniczną, jak wypadają te nasze dialogi, czy to postępuje naprzód, czy się wzajemnie ubogacamy, czy dochodzi do kłótni…

KAI: Dochodziło do kłótni?

- Do kłótni może nie, ale czasem niektóre sprawy stawiane były w sposób obsesyjnie jednoznaczny, bez otwartości konfesyjnej. Trzeba było działać systematycznie, wolno, nie na siłę. Tak właśnie pracował bp Miziołek i później również ja, jako przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu.

Natomiast kard. Wyszyński widział, że ekumenizm się w Warszawie rozwija i że na tych spotkaniach, modlitwach o jedność, my, chrześcijanie się jednak zbliżamy.

KAI: Ma Ksiądz Arcybiskup ogromne zasługi i doświadczenie w pracy na rzecz pojednania polsko – niemieckiego. Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup rolę kard. Wyszyńskiego w tym procesie?

- Można śmiało powiedzieć: wielkim przyjacielem Niemiec nie był. Miał do Niemców i nawet do Kościoła w Niemczech stosunek krytyczny, choć to był krytycyzm twórczy. Ale wiedział, że razem musimy być Kościołem. Wspaniały list biskupów polskich do biskupów niemieckich - „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” – w istocie zapoczątkował proces pojednania. Zachwyciło mnie, gdy widziałem, wobec nagonki, która się wówczas rozpętała, jak kard. Wyszyńskiemu na tym pojednaniu zależało.

Oburzenie, w dużej mierze inspirowane politycznie i ideologicznie, było ogromne. Jak można Niemców prosić o przebaczenie? Ze strony władz komunistycznych pojawiały się oskarżenia, że biskupi zdradzają Ojczyznę. Ale oburzonych było też wielu starszych księży. Widziałem to też na KUL-u. Jak można? To, że my przebaczamy Niemcom, to jeszcze możemy zaakceptować. Ale, że my prosimy o przebaczenie?! To było dla wielu ludzi po prostu za dużo… Trzeba było sens tego orędzia przybliżyć ludziom duszpastersko. I to podjęto.

A podczas uroczystości millenijnych, 3 maja 1966 r. na Jasnej Górze, Prymas, wobec prawie milionowej rzeszy słuchaczy nawiązał do tej sprawy. Wyjaśniał to, przybliżał i wreszcie postawił pytanie. – Musimy się zdecydować, jako chrześcijanie. I dlatego muszę się was zapytać, jako wasz prymas: przebaczamy, czy nie przebaczamy?

Minutowa, okrutna cisza…

Proszę sobie to wyobrazić. Prymas się na to zdobył. Mógł ktoś przecież krzyknąć „Nie przebaczamy!”. Ale trwała cisza. I w końcu: „Przebaczamy!”.

W tym momencie krok na drodze do pojednania został postawiony. A cała sprawa z perspektywy duszpasterskiej ale i politycznej została rozwiązana. Po mistrzowsku.

Kard. Wyszyński był wielkim patriotą ale jego patriotyzm był zakorzeniony w świadomości jedności chrześcijańskiej. Patriotyzm związany z niechęcią, nieżyczliwością wobec innych – odrzucał. Była to postawa bardzo realistyczna, perspektywiczna i twórcza. Patrzył w ten sam sposób, co Jan Paweł II, który mówił, że „patriotyzm jest czymś wzniosłym, ale musi być on kształtem miłości a nie nienawiści”.

KAI: Kim był kard. Wyszyński dla Księdza Arcybiskupa?

- Był naprawdę prymasem. Miał świadomość swojej roli, tego, kim jest. Ale był też wielki w tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej. Miałem doświadczenie takich dialogów z nim, np. dotyczących ekumenizmu, o czym wspominałem. Nie żądał, by myśleć dokładnie tak, jak on. Byleby tylko mieć na względzie czynienie prawdy w miłości. „Veritatem facere in caritate” – to hasło tak ważne było na KUL-u, do czego też Prymas Wyszyński bardzo się przyczynił. Czynić prawdę w miłości, nie tylko głosić prawdę, ale ją czynić. To właśnie hasło wybrałem sobie na moją dewizę biskupią.

Rozmawiała Maria Czerska.

CZYTAJ DALEJ

Żyją według wiary i działają

2020-05-29 09:44

[ TEMATY ]

Częstochowa

Akcja Katolicka

Beata Pieczykura/Niedziela

26 członków liczy obecnie oddział parafialny, na początku istnienia ta liczba sięgała 40 osób.

Nie mów, że wierzysz, ale żyj według wiary. Nie mów, że jesteś katolikiem, ale kochaj i działaj. To zadanie od 25 lat z zapałem realizuje oddział Akcji Katolickiej przy jednej z parafii w Częstochowie.

Dzieła parafialne podejmowane przez członków Parafialnego Oddziału Akcji Katolickiej przy kościele pw. Wojciecha BM w Częstochowie i ich modlitwa od ćwierć wieku tworzą wizerunek tej wspólnoty. Żyją wiarą, która motywuje ich do aktywności, w swoich środowiskach są znakiem Miłości, wyrażającej się także w konkretnym czynie dla dobra drugiego człowieka.

Oblicza aktywności

Jakie działania podejmują? – Dużo jest dzieje – mówi prezes Janina Kawecka i wymienia najważniejsze, takie jak: uczestnictwo w życiu parafii i archidiecezji, wykładach, pielgrzymkach i nabożeństwach, poradach prawnych i duchowych, modlitwa się za kapłanów w ramach róży różańcowej pw. św. Wojciecha przy POAK, adoracja Najświętszego Sakramentu w pierwszy czwartek miesiąca w kościele i kaplicy adoracyjnej. Ponadto zaangażowanie w liczne akcje charytatywne, m.in. prowadzenie punktów wydawania żywności i odzieży, przygotowywanie i wydawanie świątecznych paczek żywnościowych, udział w akcjach Caritas, zbiórka okularów dla Afryki i różańców na Wschód, organizacja wspólnie z Rycerzami Kolumba pomocy dla hospicjum „Dar serca”, prowadzenie Klubu Seniora we współpracy z Zarządem DIAK, biblioteki parafialnej, punktu zielarskiego we współpracy z Fundacją Czyn Katolicki oraz sklepiku parafialnego, w którym można kupić dewocjonalia, książki i prasę katolicką, np. „Niedzielę”.

Odpowiedzialność za parafię, wsparcie duszpasterzy w ich pracy i zapał członków budzi nadzieję na kolejne lata owocnej działalności oraz raduje proboszcza i parafialnego asystenta kościelnego ks. prał. Stanisława Iłczyka, który podkreśla: – Akcja jest świadkiem. Akcja się modli. Akcja podejmuje uczynki względem bliźnich. W tym miejscu warto wspomnieć, że pierwszym asystentem kościelnym POAK przy kościele pw. Wojciecha (powstał 18 maja 1995 r.) był proboszcz i budowniczy świątyni ks. prał. Józef Słomian, pierwszym prezesem była Maria Barucka, a kolejnymi: Krystyna Brandt, Aleksandra Wer, a obecnie od 2014 r. Janina Kawecka.

Te działania zostały zauważone i nagrodzone: POAK otrzymał nagrody Caritas i medal bp. Teodora Kubiny, medal Ubi Caritas otrzymała Irena Heluszka, nagrodę Ubi Caritas – statuetkę św. Siostry Faustyny – Aleksandra Wer, medal bp. Teodora Kubiny trafił do rąk ks. prał. Stanisława Iłczyka i Janiny Kaweckiej; członkowie otrzymali wiele wyróżnień, dyplomów i podziękowań. Ostatnie z nich odebrali w dniu jubileuszu z rąk Zarządu DIAK.

Są nogami Jezusa

W duchu wdzięczności 17 maja wspólnota POAK uczestniczyła we Mszy św. w intencji Bożego błogosławieństwa dla żyjących członków i życia wiecznego dla zmarłych, którą odprawił i homilię wygłosił ks. prał. Marian Duda, wikariusz tej wspólnoty w latach 1976-79. Przypomniał on, że Jezus obiecał swoją obecność przez wszystkie wieki wśród ludzi, spełnił obietnicę i pozostał w tajemnicy Kościoła, w swoim Słowie i sakramentach, przede wszystkim w Eucharystii. Ta Boża pewność jest zachętą do aktywności i życia według wiary nie tylko dla członków. – Istotą AK jest wierzyć Jezusowi, kochać Go całym sercem i w Jego imię działać, apostołować, to na naszych nogach Jezus wychodzi do naszych domów. Istota AK to chęć, by być nie tylko wyznawcą, ale świadkiem, misjonarzem, a dziś nawet męczennikiem. Przyszedł taki czas, kiedy wiara musi kosztować, a gdy milczymy, stajemy się wspólnikami zła – podkreślił kaznodzieja. Wspólnie z POAK świętowali członkowie różnych grup parafialnych oraz Zarząd DIAK z ks. Radosławem Rychlikiem, diecezjalnym asystentem kościelnym, i prezesem Arturem Dąbrowskim.

Jakie plany na przyszłość? Regularne spotkania nadal będą się odbywać w każdy pierwszy wtorek miesiąca, początek o godz. 18.00 Mszą św. – To wszystko mobilizuje nas do dalszej pracy – mówi pani prezes, według słów św. Jana Pawła II: „Musicie wymagać od siebie, choćby inni od was nie wymagali” – tak się dzieje, to czynimy na chwałę Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję