Reklama

Kościół

Ks. Adam Żak SJ: Nie chrońmy instytucji Kościoła kosztem ofiar!

- Musimy mieć jasną skalę wartości. Nie możemy stosować odwróconej, czyli nie chronimy sprawców, na pierwszym miejscu stawiamy ofiary i ich kosztem nie chronimy instytucji. – wyjaśnia ks. Adam Żak SJ, koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży z ramienia Konferencji Episkopatu Polski. Oceniając watykański szczyt przyznaje, że „może być to milowy krok dla zmiany świadomości ludzi Kościoła w kierunku przejrzystości, odpowiedzialności, jasnej komunikacji z wiernymi i ze społeczeństwem”.

[ TEMATY ]

wywiad

pixabay.com

Marcin Przeciszewski, KAI: Jak możemy ocenić, już z pewnego dystansu, znaczenie watykańskiego szczytu nt. ochrony małoletnich w Kościele? Jakich reform możemy się spodziewać?

Ks. Adam Żak SJ: Jestem przekonany, że znaczenie tego wydarzenia będzie rosło. Nie tylko dlatego, że ze strony Watykanu będzie przybywać coraz więcej konkretów w formie np. Motu Proprio, Vademecum dla biskupów, ale poprzez silne oddziaływanie tego szczytu na episkopaty krajowe.
Już dziś widzimy w Polsce ogromne zainteresowanie opinii publicznej, które odnośnie do tego tematu nie będzie maleć. Pojawiają się liczne komentarze ofiar jak i sensowne komentarze świata mediów. Ze strony mediów będzie olbrzymi nacisk na zmiany i to chyba dobrze.
Może być to milowy krok dla zmiany świadomości ludzi Kościoła w kierunku przejrzystości, odpowiedzialności, jasnej komunikacji z wiernymi i ze społeczeństwem. Czyli także w kierunku uznania błędów jakie zostały popełnione. Błędy te miały miejsce nie tylko w Ameryce, Irlandii czy Australii, ale nie można wykluczyć, że bardzo podobne były popełniane również w Polsce. Na szczycie przewijało się często słowo „accountability", czyli odpowiedzialność. Ci, którzy są odpowiedzialni muszą zdawać sprawę z tego, za co są odpowiedzialni i jak wykonują tę odpowiedzialność. Chodzi o kontrolę np. poprzez audyt czy o kontrolę instancji wyższej nad niższą.

- Mówi Ksiądz o błędach popełnianych przez struktury Kościoła. Dotąd Kościół w Polsce przyznaje, że miały miejsce bolesne i przestępcze fakty wykorzystywania małoletnich przez księży, ale nie towarzyszy temu przyznanie się , że pewne procedury kościelne działały niestety wadliwie.

- W opublikowanym jesienią „Stanowisku KEP” jest mowa o błędach w formie cytatu z papieża Franciszka. W ten dość pośredni sposób polscy biskupi przyznają, że takie błędy jednak były popełniane. Nie ma żadnych przesłanek, żeby uznać, że u nas nie popełniono podobnych błędów jak gdzie indziej, w Irlandii czy w USA. Mam na myśli tzw. zamiatanie pod dywan czy uciszanie ofiar, bo to się zdarzało.
Jestem przekonany, że przyznanie się do winy jest zawsze wyzwalające. Ale mówienie o błędach, popełnianych w diecezjach czy zgromadzeniach zakonnych nie należy do mnie, choć znam ich wiele, tylko do tych ludzi, Kurii czy środowisk, którzy je popełniali. Każdy ma swój czas, po to, żeby mógł zrozumieć. A jeśli sam nie zrozumie, to po szczycie w Watykanie media mu w tym dopomogą.

- Jakie decyzje – w sensie konkretnych rozwiązań - zostały podjęte na watykańskim szczycie? Mówi się o motu proprio, vademecum dla biskupów, task forces, o ograniczeniu stosowania tzw. sekretu papieskiego , itd. Na czym konkretnie działania te będą polegać i co mają przynieść?

- Vademecum dla biskupów jest praktycznie gotowe i ma zostać ogłoszone w najbliższym czasie. Będzie to rodzaj kodeksu zachowań ukazujących w bardzo konkretny sposób: jak mają postępować biskupi i wyżsi przełożeni zakonni wobec ujawnionego przypadku przestępstwa. Rozmowy z ofiarami czy ich rodzinami nie należą do łatwych, i już na tym etapie można popełnić wiele błędów.

- Podczas watykańskiego szczytu kilkakrotnie zwracano uwagę na konieczność większego zaangażowania świeckich, zarówno w prewencję jak i działania „ratunkowe”. Chodzi tu zarówno o pomoc psychologiczną i prawną dla ofiar jak i wszelkie działania dochodzeniowe. Czy nie uważa Ojciec, że włączenie świeckich jest niezbędnym warunkiem skuteczniejszego działania na tych polach ale też warunkiem utrzymania wiarygodności przez Kościół instytucjonalny? A jeśli tak: czy Kościół w Polsce gotowy na tak otwartą współpracę ze świeckimi?

- To fakt, że na szczycie była wyraźnie podkreślana rola ludzi świeckich. Ona powinna być większa, zarówno jeśli chodzi o specjalistów, tak aby brali udział już w dochodzeniu wstępnym, czy również w kanonicznym postępowaniu administracyjnym bądź karnym. Zresztą już dziś świeccy biorą udział w procesach w roli biegłych. Dochodzenie wstępne w niektórych diecezjach i zgromadzeniach zakonnych jest prowadzone przez komisje, które są mieszane, są w nich i duchowni i świeccy.
Chodzi o to jednak, żeby udział świeckich stał się znacznie większy. Obecność świeckich w ramach kościelnych procedur może być uspakajająca i ważna dla ofiary oraz dla opinii publicznej. Polskie wytyczne już wiedzą o tym, że ofierze może być trudno rozmawiać o swojej krzywdzie z delegatem, który jest księdzem. Dlatego zostało zapisane, że ofiara może przyjść z osobą towarzyszącą, której ufa i której obecność zwiększy jej bezpieczeństwo.

- Ofiary mówią, że mają wrażenie, iż sprawcy przestępstw pozostają często bezkarni. Jakie znaczenie dla ofiar ma kwestia ukarania przez Kościół sprawcy przestępstwa?

- Akt sprawiedliwości bardzo często jest wyzwalający dla osoby pokrzywdzonej. Umożliwia jej to wejście na drogę pojednania z Kościołem czy odbudowania zaufania do Kościoła. Jest także wyzwalający do podjęcia nierzadko zaburzonego dialogu z Bogiem. Instytucje kościelne, które przeprowadzają procesy, muszą być tego świadome. Te przestępstwa dotykają ofiary bardzo głęboko, ich rany trwają przez dziesięciolecia, od dzieciństwa czy wczesnej młodości - przez całe dorosłe życie. Rzutuje to na poczucie wartości i zdolność do nawiązywania relacji, zaburza postrzeganie własnej tożsamości. Tych wszystkich kwestii kościelni prawnicy powinni się uczyć. Chodzi bowiem o to, aby prawo było narzędziem przywracania sprawiedliwości i miłości, umożliwiającej pojednanie.

- A kwestia tzw. sekretu papieskiego? Czy nie powinien zostać on ograniczony?

- Sekret papieski na swoją wartość, jeśli idzie o tajemnicę towarzyszącą np. podejmowaniu decyzji o nominacjach papieskich. Sekret chroni wolność papieża. Podczas szczytu kard. Marx postulował organicznie sekretu papieskiego w toczących się przed trybunałami kościelnymi sprawach karnych związanych z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich. Bo czym innym jest, że dana sprawa odbywa się przy drzwiach zamkniętych, a czym innym jest sekret, który sprawia, że ci co prowadzą postepowanie, nie dają dostępu osobie pokrzywdzonej ani do akt ani do informacji o toczącej się sprawie.
Ten sekret, również w Polsce, bywa stosowany w taki sposób, że ofiara czasem nawet nie ma pewności czy przedstawione przez nią dowody w ogóle zostały uznane. Albo, że może je jeszcze uzupełnić, bądź przedstawić dodatkowe wnioski dowodowe. Są to słabości kościelnego procesu karnego wynikające z bardzo restrykcyjnej interpretacji sekretu papieskiego.
Przy takim traktowaniu sekretu papieskiego ofiara może się nawet nie dowiedzieć, czy i jaki zapadł wyrok. Abp Scicluna podawał przykład, że ofiary zwracały się do Kongregacji Nauki Wiary z zażaleniem, że nic w ich sprawie się nie dzieje, pytały w jakim punkcie się ona znajduje i czy w ogóle została zgłoszona do Watykanu, a po sprawdzeniu okazywało się, że wyrok dawno zapadł i że sprawca został ukarany. Tymczasem ofierze nie podano tego do wiadomości. Wymaga to więc poważnej zmiany.

- Na czym mają polegać „task forces”, czyli watykańskie siły szybkiego reagowania?

- Chodzi o pomoc tym Kościołom lokalnym, które są na początku drogi. Ja sam niedawno byłem w dwóch takich miejscach: w Nowosybirsku w Rosji i na Ukrainie. W Nowosybirsku na Syberii przeprowadziłem szkolenie dla całego personelu diecezji: pracowników kurii, księży diecezjalnych i zakonnych, dla sióstr zakonnych, tak aby ich zapoznać z tą problematyką.
Z kolei na Ukrainę zostałem zaproszony na wspólne posiedzenie konferencji episkopatów obydwu obrządków – rzymskokatolickiego i greckokatolickiego, które w są na etapie zatwierdzania wytycznych. Stolica Apostolska już w 2011 r. prosiła wszystkie krajowe konferencje biskupie o opracowanie wytycznych. Biskupi na Ukrainie dopiero teraz je zatwierdzili. Istnieją takie opóźnienia w różnych miejscach globu i niezbędna jest specjalistyczna pomoc z zewnątrz. Podobnie jest z merytoryczną pomocą sądom biskupim, szczególnie tam gdzie katolicy są w mniejszości. Sądy kościelne zajmują się głównie sprawami o uznanie nieważności małżeństwa. A sprawy karne zdarzają się rzadko i sądy nie są dostatecznie przygotowane. Przestępstwa seksualne na szkodę małoletnich wymagają specjalistycznej wiedzy. Sam dyplom z prawa kanonicznego może nie wystarczyć.

- Pytanie ważne dla polskiego czytelnika: co można powiedzieć o wkładzie polskiej delegacji w obrady watykańskiego szczytu? Co napisano w ankiecie jaka poprzedzała obrady, a którą musiał wypełnić każdy przewodniczący episkopatu?

- Na temat wkładu polskiej delegacji nic nie wiem bo nie brałem udziału w obradach. A o tym co napisał w ankiecie przewodniczący polskiego Episkopatu nie mam wiedzy.

- W przeddzień szczytu przedstawiciele Fundacji „Nie Lękajcie Się” wręczyli papieżowi raport, zawierający listę 24 polskich biskupów, którzy rzekomo ukrywali te przestępstwa. Co z takim raportem dzieje się dalej, skoro trafił na tak wysoki szczebel?

- Raport to za duże słowo, w praktyce była to „prasówka”. Ale papież będzie miał obraz, jaką percepcję tych spraw ma cześć polskich mediów i o czym była informowana opinia publiczna. Ma to swoje znaczenie. Co z tym papież zrobi, nie wiem. Nie sądzę, żeby Stolica Apostolska miała publicznie reagować, ale prawdopodobnie będzie chciała doprowadzić do wyjaśnienia znajdujących się tam zarzutów. Sądzę, że może zadać pytania zainteresowanym diecezjom i poprosić o wyjaśnienia. Jest to jakiś przyczynek do tego, aby wyjaśnić jakie zaniedbania miały miejsce.
Natomiast na temat wiarygodności stawianych tam zarzutów nie mogę się wypowiadać, bo nie mam wiedzy źródłowej o tym, co się działo w poszczególnych diecezjach. Ponad połowa wymienionych w „raporcie” biskupów to emeryci, a niektórzy już nie żyją. Są tam sprawy z przeszłości, natomiast mało jest aktualnych, co może świadczyć o tym, że ustanowione przez nasz episkopat procedury faktycznie działają.

- Rodzi się pytanie: co rzymskie spotkanie wniesie do Kościoła w Polsce, co może zmienić u nas?

- Teologicznym tłem dla całości rozważań w Rzymie była zasada kolegialności i synodalności. Zasada kolegialności w Kościele oznacza m. in., że biskupi ponoszą kolegialną (wspólną) odpowiedzialność za Kościół, razem z papieżem. Nie są odpowiedzialni tylko za swoją diecezję. Kolegialność oznacza znacznie więcej niż tylko fakt stowarzyszenia w konferencji episkopatu. Oznacza, że cała konferencja jest kolegialnie odpowiedzialna za to, żeby Ewangelia nie była przyćmiewana takimi przestępstwami.
Myślę, że zasada kolegialności stosuje się do sprawy ks. Henryka Jankowskiego z Gdańska. To nie jest tylko odpowiedzialność arcybiskupa gdańskiego lecz całej konferencji biskupów. Dlatego ja i inni wierzący mamy prawo domagać się, aby biskupi działali według zasady kolegialności oraz kolegialnej odpowiedzialności. Kolegialność nie polega tylko na wspólnym sprawowaniu liturgii. Oznacza ona, że żadna sprawa tego rodzaju nie jest sprawą wyłącznie jednej diecezji czy jednego biskupa. Wynika to z tego, jak rozumiemy Kościół. Jako wierzący, jako członek Kościoła i jako kapłan oczekuję, żeby pasterz diecezji i pasterze diecezji działali kolegialnie. Jest to przecież odpowiedzialność kolegialna.

- Co więc w Gdańsku powinno zostać zrobione, co powinno się zdarzyć?

- Powinno zostać wszczęte badanie historyczne zmierzające do tego, aby znaleźć prawdę. Aby zdjąć z ludzi wierzących i z Kościoła ten ciężar niewiedzy i niepewności o przeszłości nieżyjącego już ks. Henryka Jankowskiego. Badanie powinien wszcząć metropolita gdański jako działanie dla dobra całego Kościoła w Polsce. A tym bardziej, że wpłynęło już zgłoszenie od osoby poszkodowanej przed wielu laty. Ale nawet gdyby nie wpłynęło, to osoby te były znane z imienia i nazwiska z wypowiedzi dla mediów. Osoby te należy wysłuchać w ramach wyjaśniania i przebadać archiwa.
Domniemanie niewinności nie oznacza, że nie badamy prawdy, dopóki ona sama nie wypłynie. Prawdy trzeba szukać i jest to nasz obowiązek. Podstawowa zasada teologii moralnej jest taka, że każdy grzech ma swoje skutki społeczne. A największym skutkiem grzechu była męka Chrystusa. Naśladując Chrystusa dźwigamy nasz krzyż. To znaczy, że dźwigamy skutki własnych i cudzych grzechów. Musimy domagać się poznania prawdy, aby stąd wyciągać wnioski dla dalszego życia Kościoła.

- A generalnie mówiąc o Polsce, to gdzie jesteśmy jeśli chodzi o kwestię reagowania na przestępstwa wykorzystywania seksualnego małoletnich przez osoby duchowne? Na początku, w pół drogi, czy mamy już ją za sobą?

- Równocześnie jesteśmy na początku, w środku i znacznie dalej. Tak jak w Kościele powszechnym występuje nierównoczesność działań Kościołów lokalnych, podobnie jest i w Polsce. Są różnice pomiędzy diecezjami. A spowodowane jest to różnicą postaw poszczególnych pasterzy czy przełożonych zakonnych. Maja oni różne horyzonty, mają też różne mechanizmy obronne i słuchają różnych doradców. Teraz, po watykańskim szczycie, trzeba dążyć do wyrównania kroku aby była wspólna linia, realizowana konsekwentnie i w sposób kolegialny.
Nie zapominajmy, że prawda nas wyzwala i prawda nas buduje. Bardzo potrzebna jest przejrzystość, a wynika ona z odpowiedzialności. Nie może to być reagowanie dopiero, jeśli ktoś mnie na czymś złapie. Winna być to odpowiedzialność, która przewiduje i wykazuje troskę, aby takie rzeczy się nie działy. Każdy przełożony kościelny wie, że „zda sprawę z włodarstwa swego” - po części tu na ziemi, ale również przed Bogiem.

- W Rzymie centralnym punktem obrad była troska o ofiary. Jak relacja na linii Kościół – ofiary winna wyglądać w Polsce? Co się powinno zmienić?

- Organizatorzy rzymskiego szczytu poprosili, aby przewodniczący episkopatów spotkali się przed wyjazdem z ofiarami. Uczestniczyłem w spotkaniach z ofiarami wraz z abp Stanisławem Gądeckim. Był to szereg indywidualnych spotkań. Ofiary przychodziły same bądź z osobami towarzyszącymi. Mam nadzieję, że inni biskupi też nawiążą bezpośredni kontakt z ofiarami i będą tę więź kontynuować. Inaczej mówiąc, będą mieć na uwadze tę grupę ludzi, ludzi skrzywdzonych przez niektórych księży. Ci ludzie na mocy Chrztu też są ich synami i córkami w wierze, jak księża.
Z danych jakie niektóre diecezje ujawniły wiemy, że w każdej z nich jest kilka lub kilkanaście osób pokrzywdzonych, a jeżeli sięgniemy w dalszą przeszłość, to będzie ich jeszcze więcej. Są też takie przypadki, gdzie sprawca już zmarł i żadnej sprawiedliwości na drodze sądowej już się nie dojdzie, ale ofiary pozostają wraz ze swoim cierpieniem. Przełożeni kościelni powinni wyciągnąć do nich rękę.

- Jak to było z p. Lisińskim, przewodniczącym Fundacji „Nie Lękajcie Się”, który twierdzi, że chciał się spotkać od 5 lat? To prawda?

- Spotkałem się z nim w tym okresie 3 razy i zawsze miałem mandat od przewodniczącego bądź sekretarza episkopatu. Jeśli chodzi o Fundację „Nie Lękajcie Się” to nie wiemy ile ofiar utożsamia się z tą organizacją. Na pewno nie reprezentuje ona wszystkich pokrzywdzonych. Wielu pokrzywdzonych nie podziela strategii, jaką reprezentuje Fundacja. Nie chcą odgrywać przypisanej im przez Fundację roli. Wśród tych ofiar odczuwam lęk, że zostanie im przypisany ten styl myślenia i działania, jaki prezentuje Fundacja. To tez utrudnia niektórym osobom ujawnianie się. Mamy do czynienia z ryzykiem wtórnego krzywdzenia ofiar, które nie identyfikują się z Fundacją. Jest to ryzyko opisane w psychologii pod nazwą „trójkąta dramatycznego”. Nawet w Fundacji „Nie Lękajcie Się” tylko Marek Lisiński, przewodniczący Fundacji, wypowiada się w imieniu pokrzywdzonych. Nikt inny nie zabiera głosu tylko jej przewodniczący. Uprawnione jest pytanie, co sygnalizuje ich milczenie.

- Od jesieni ub. r. jest mowa o publikacji statystyk ukazujących skalę przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich w ramach Kościoła w Polsce: poszczególnych diecezji i zgromadzeń zakonnych? Czy te statystyki polska delegacja na szczyt zawiozła do Rzymu? Kiedy zostaną one opublikowane i konkretnie co będą zawierać (w sensie kryteriów metodologicznych)?

- Statystyki są przygotowywane i opracowywane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w sposób poważny na bazie ankiety, która została rozesłana do diecezji i zakonów przez Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski. Dadzą one pewien obraz tego, co kurie diecezjalne i zakonne wiedziały od 1990 r. czyli na co znalazły dokumenty w swoich archiwach.
Dowiemy się ile było zgłoszeń, kiedy zostały one dokonane, jak zostały one potraktowane, ile postępowań kanonicznych zostało przeprowadzonych oraz jak zostały zakończone. Dowiemy się jakie kary zostały nałożone na sprawców. Dowiemy się o procesach i o prawomocnych wyrokach jakie zapadły w sądach państwowych. Będą też różnice jeśli chodzi o postępowania kanoniczne oraz przed sądami powszechnymi. Wedle prawa państwowego ochrona dotyczy osób do 15 roku życia a kościelnego do 18 roku.
Nie wiem, kiedy opracowanie statystyczne zostanie ogłoszone, ale nie powinno to zbyt długo trwać.

- Czy nie powinno się pomyśleć o raporcie znacznie szerszym, tak jak w innych krajach?

- Na wszystko musi przyjść swój czas. Wcześniej czy później pasterze będą pragnąć szerszej wiedzy o sytuacji. A to dlatego, że skutki tych grzechów i przestępstw będą trwały przez dziesięciolecia.

- Na czym powinna polegać strategia informacyjna Kościoła w tak trudnej i skomplikowanej materii?

- Mówić prawdę! O. Peter Hans Kolvenbach, generał jezuitów, którego asystentem byłem przez pięć lat, kiedy w jednej z korespondencji pojawiła się sprawa niezbyt pochlebna dla zakonu, zapytany o to, jaką odpowiedź przygotować, powiedział: proszę napisać prawdę. Niezwykle mnie to zbudowało wewnętrznie i do dziś jestem przekonany, że – jeśli chodzi o Kościół – nie ma miejsca na jakiejś gry czy manipulacje, albo na krycie niewygodnej prawdy.
Mówmy więc prawdę! Szukajmy prawdy! To jest rzecz podstawowa i winna obowiązywać na każdym szczeblu Kościoła, od Konferencji Episkopatu poczynając a na każdej parafii czy domu zakonnym kończąc. Musimy mieć też jasną skalę wartości. Nie możemy stosować odwróconej, czyli nie chronimy sprawców, na pierwszym miejscu stawiamy ofiary i ich kosztem nie chronimy instytucji. Trzeba Boga prosić, byśmy w tym byli wierni.
Benedykt XVI powiedział, że zło spenetrowało wewnętrzny świat wiary. Polega to na tym, że zło dobrym ludziom przewróciło skalę wartości. Coś innego stało się ważniejsze od dóbr, które powinny być na pierwszym miejscu. Najważniejszy jest szacunek dla człowieka i godność osoby, bo to człowiek jest drogą Kościoła, a nie instytucja. Oczywiście instytucja też jest wartością, ale nie może być ona stawiana ponad dobrem osoby.

- Dziękuję za rozmowę.

2019-03-05 08:35

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Włochy: epidemia, która trwa ponad 40 lat…

2020-03-26 13:02

[ TEMATY ]

epidemia

koronawirus

PAP

Świat zamierał z przerażenia, gdy słyszał, że w ciągu jednej doby z powodu COVID-19 zmarło ponad 600 osób. Gdy każdego dnia, od ponad 40 lat we Włoszech zabija się kilkaset dzieci w łonach matek, wszyscy śpią spokojnie…

Od ponad miesiąca świat z niepokojem patrzy na Włochy dotknięte epidemią COVID-19.Okazuje się jednak, że mimo tak kryzysowej sytuacji, w której naturalnie zmienia się sposób myślenia o wartości ludzkiego życia a kolejne zgony wprowadzają niepokój o życie własne i najbliższych, Włosi wciąć nie podejmują refleksji o trawiącej ich od dziesięcioleci epidemii… Można by rzec, że do jednej plagi dodają drugą, wykonywaną „na życzenie”…

Aborcja - pilny przypadek...


Obowiązujące obecnie we włoskich szpitalach restrykcje, mające na celu ograniczenie kontaktów i udostępnianie miejsc najbardziej dziś potrzebującym, nie dotyczą jednak „przypadków pilnych”. Do takich, obok poważnych obrażeń, problemów sercowych, konieczności wykonania przeszczepu oraz innych sytuacji klinicznych związanych z bezpośrednim zagrożeniem życia, zalicza się także wykonywanie aborcji. A zatem, odraczane są zabiegi pacjentów z dolegliwościami ortopedycznymi, okulistycznymi, nawet pacjentów onkologicznych, jeśli zabieg można przełożyć bez ryzyka dla chorego. Ale kiedy chodzi o zabijanie dziecka w łonie matki, to jest to już „przypadek pilny”.

Jak słusznie podkreśla autorka jednego z włoskich portali, pośpiech wywodzi się w tym przypadku nie z niebezpieczeństwa o życie, ale raczej z woli śmierci, tzn. woli uniknięcia narodzin dziecka za wszelką cenę i na wszystkie sposoby. Okropny wyrok śmierci wobec niewinnego bez obrony…

Walka o miejsca i personel w walce z COVID-19 w tej sytuacji już nie obowiązuje… Czyli na jednym łóżku umiera kolejna osoba na koronawirusa, której nikt nie udziela pomocy, bo trzeba zająć się zabójstwem kolejnego człowieka… Chorzy nie są leczeni, ale zabijanie maleńkich dzieci nadal się dokonuje! W wyniku aborcji 500 dzieci dziennie, czyli 22 dzieci na godzinę traci we Włoszech życie.

Prezes Stowarzyszenia “Ora et Labora in Difesa della Vita” podkreśla, że wiele szpitali znajduje się pod ogromną presją, przede wszystkim w Lombardii w innych regionach północy, gdzie skoncentrowana jest największa liczba zakażeń COVID-19. Poszukiwane są nowe źródła finansowania a wystarczyłoby, aby pieniądze przeznaczone na aborcje (każdy region płaci za każdą aborcję nawet do 5 tys. euro!) skierować na obecne ogromne potrzeby związane z zarządzaniem kryzysowym. Podobnie także cały personel zatrudniony do przeprowadzania tych zbrodni, które wołają o pomstę do Boga i do przyszłych pokoleń, mógłby służyć jako pomoc w powstrzymaniu epidemii.

Domowa aborcja na życzenie?

„Na pomoc” w tej sytuacji spieszą panie ze Stowarzyszenia AMICA (Associazione Medici Italiani Contraccezione e Aborto), powstałego w 2015 r. w celu zapewnienie wszystkim kobietom dostępu i wolności wyboru w zakresie różnych możliwych technik aborcji. Związani z tą organizacją ginekolodzy Anna Pompili i Mirella Parachini w liście zamieszczonym na portalu „Quotidiano Sanità” zauważyły, że to bardzo nieekonomiczne w obecnej sytuacji, aby dokonywać aborcji w szpitalach, zamiast zlecać aborcję farmakologiczną. Autorki listu są oburzone niemożliwością bądź zablokowaniem możliwości dostępu do procedury aborcji farmakologicznej w Lodi w Lombardii, gdzie praktykowane jest prawie wyłącznie chirurgiczne przerywanie ciąży. Domowa aborcja farmakologiczna jest przecież bezpieczna, wymaga mniejszej liczby kontroli, co jest zaletą nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale także z punktu widzenia możliwości zarażenia się COVID-19 czy innymi.

Wzywają zatem do rozsądku: nieuzasadniona hospitalizacja zdrowych ludzi to marnotrawstwo zasobów gospodarczych, zajęcie łóżek odbieranych tym, którzy naprawdę tego potrzebują. Ta wybitna troska o życie i bezpieczeństwo człowieka wyrażana przez osoby, które dążą do ułatwienia procedur zabójstwa człowieka razi chyba każdego…

Panie ubolewają, że ta „trudna i złożona sytuacja” [tzn. poczęte dziecko – przyp. MZ] wciąż jeszcze napotyka się z antynaukowymi uprzedzeniami, ideologią, która czyni ludzi tak ślepymi i nierozsądnymi, prowadząc do wyborów mających na celu pokazanie, że we Włoszech kobiety muszą się dobrze zastanowić przed aborcją.

Alerty bezpieczeństwa, wyjątkowe środki ostrożności, ogłaszanie stanów epidemiologicznych, wzywanie do zachowania kwarantanny, szacowanie strat gospodarczych… Świat a wraz z nim także nasze „małe światy” w przeciągu kilku dni wirus postawił na głowie… Odebrał życie ludziom, których śmierć jest dramatem dla wielu rodzin, zaskoczonych nagłą utratą bliskiej, kochanej osoby.

Gdy każdego dnia setki dzieci pozbawia się życia „zgodnie z prawem” i politycznie poprawną wolnością, każdy idzie spać spokojnie, nie myśląc o tym, że wciąż dokonuje się plaga niszczenia ludzkości i cywilizacji, która w zatrważającym tempie pozostawia ślady okrutnej śmierci na obliczu naszego świata… W obliczu koronawirusa władze państw działają błyskawicznie. Kiedy politycy równie sprawnie wezmą się za ratowanie abortowanych dzieci?

CZYTAJ DALEJ

„Matka Angelika – życie i dziedzictwo”

2020-03-30 00:35

www.medjugorje.ws

Matka Angelica

To tytuł nowego filmu dokumentalnego o założycielce telewizji Eternal Word Television Network (EWTN). Film został opublikowany w czwartą rocznicę śmierci Matki Angeliki. W polskiej wersji dostępny jest w serwisie Youtube.

Rita Antoinette Rizzo – późniejsza Matka Angelika, założycielka EWTN – urodziła się w rodzinie włosko-amerykańskiej 20 kwietnia 1923 r. w miasteczku Canton w stanie Ohio. Wychowywała się w trudnych warunkach – w części miasta, którą stanowiły slumsy. Gdy miała 7 lat, rodzice rozwiedli się, zaś niestabilna psychicznie matka została bez środków do życia i to Rita musiała się nią zaopiekować. To, że Rita została zakonnicą, było konsekwencją dwóch niezwykłych wydarzeń w jej życiu. Uleczenie z przewlekłej choroby żołądka i ocalenie spod kół samochodu uznała za cuda i z wdzięczności postanowiła poświęcić się Bogu jako zakonnica.

W 1944 r. wstąpiła do zakonu Ubogich Klarysek od Wieczystej Adoracji w Cleveland, przyjmując imię Angelica. W 1953 r. złożyła śluby wieczyste. W 1961 r. założyła nowy dom zakonny – Matki Bożej od Aniołów w Irondale, na przedmieściach Birmingham w stanie Alabama na południu USA, który 20 lat później stał się pierwszą siedzibą telewizji EWTN, czyli Sieci Telewizyjnej Wiecznego Słowa – jak ją nazwała. Pierwsze programy nowo powstałej stacji były nadawane w 1981 r. z garażu klasztornego. Początkowo kanał był dostępny na terenie Stanów Zjednoczonych, ale w kolejnych latach powstawały jego lokalne wersje w różnych krajach. Obecnie EWTN to największa na świecie międzynarodowa katolicka sieć medialna, która dociera do ponad 150 krajów. Polska wersja ruszyła 19 października 2018 r. we Wrocławiu. Dyrektorem generalnym został ks. Piotr Wiśniowski.

Na całą sieć składają się: satelitarny kanał telewizyjny, programy radiowe oraz działalność wydawnicza. Głoszą one nauczanie Kościoła katolickiego przez transmisje Mszy św., katolickich wydarzeń, serwisów informacyjnych, programów publicystycznych, wywiadów, filmów fabularnych oraz programów katechetycznych.

Za swoją działalność Matka Angelica była wielokrotnie wyróżniana przez Stolicę Apostolską i przez kolejnych papieży. Zmarła w wieku 92 lat w Wielkanoc 2016 r. – Umrzeć w Wielkanoc to dar Boży – powiedział wówczas papież senior Benedykt XVI na wiadomość o śmierci założycielki EWTN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję