Reklama

Nawrócenie

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pochodził z niewielkiej wioski, położonej na krańcach naszej diecezji. Tempo i rytm życia wyznaczały tu, jak to na wsi, kolejne pory roku, a o pomyślności i rozwoju decydowały cienkie snopy żyta wydarte nieurodzajnym płachetkom ziemi. Półsierota wcześnie oddany na służbę zamożnym krewnym za kromkę ciemnego chleba i miskę cienkiej ziemniaczanki. Częściej czuł na grzbiecie razy sękatej łapy pryncypała niż sytość w żołądku. Tak wzrastał: posłusznie, boleśnie i dziko. Jasne momenty życia to niedzielna Suma w kościele parafialnym, gdzie nieporadnie powtarzał zasłyszane pacierze i do woli pasł oczy złoconym splendorem świątyni. Do woli też folgował wiecznemu łaknieniu dopuszczany na równi do tłustego stołu gospodarza z okazji rzadkich świąt. Smak wielkanocnej maślanej bułki i wędzonej kiełbasy pamięta do dziś.

Edukację skończył na trzeciej klasie podstawówki, bo ważniejsze były gęsi, świnie i inny żywy inwentarz, który obrabiał. Nie zaznał serca i ciepła rodzinnego domu, właściwie od razu był dorosły. Wybuchła wojna. Młody wówczas chłopak został powołany do junaków. Uciekł z transportu i przez dwa lata wałęsał się po okolicy, śpiąc po brogach i przygodnych stodołach, unikając ludzkich oczu. Przywykł do niewygód i niebezpieczeństwa, stał się zadziorny i agresywny. Później, już po wyzwoleniu, jako ochotnik milicji obywatelskiej, nie rozstawał się z bronią, utrwalając władzę ludową. Jej atrybutem była kabura z pistoletem i wymierzana w różnych akcjach ludowa sprawiedliwość, dość często stąpająca po krawędzi przemocy. Pierwszy raz w życiu poczuł się ważny. Jednak długo nie zagrzał tam miejsca, zwolnił się i wrócił na ojcowiznę. Zdobyty prestiż pozostał. Rozpoczął się nieokiełznany okres kawalerstwa znaczony głównie szklankami bimbru pitego powszechnie przy byle okazji. Ot, taki koloryt siermiężnej powojennej rzeczywistości. Młodość miała swoje prawa, lubił się zabawić, wyszumieć, zaimponować. Szła za nim fama zawadiaki i duszy towarzystwa. W sąsiedniej wsi poznał dziewczynę z bogobojnej, zacnej rodziny, osiadłej na niemałym gospodarstwie. To mogłaby być dobra partia - pomyślał - i ruszył w konkury. Miał powodzenie, był przystojny, podszyty egzotyką kawalerskich wyczynów, więc rozkochał ją bez trudu. Wkrótce byli małżeństwem. Jednak mieszkanie w kilkanaście osób pod dachem rodziców żony nie należało do najciekawszych chwil ich życia. Tymczasem zaczęły na świat przychodzić dzieci. Roboty było co niemiara, więc dotychczasowy hulaka i rozrabiaka harował od świtu do nocy. Nie było lepszej osoby do wyładowywania swojej agresji jak własna żona, która dla niego przestała być już piękną, atrakcyjną dziewczyną. Była matką trojga dzieci, które należało obrobić, więc zalatana, zaniedbana nie miała czasu na nic. Poza tym on, nadal przystojny i ponętny, zaczął wracać do kawalerskich czasów. Inne kobiety były mu pociechą w trudnej sytuacji życiowej. Ich małżeństwo dosięgnął kryzys. Wina? Teściowie. Trzeba stąd uciekać. Wyprowadzili się więc na peryferie wielkiego miasta.

Przez długie lata miejskie życie było trudne i ubogie, ale brnęli naprzód rozpędem i siłą młodości, pokonując przeszkody. Już od dłuższego czasu pracował w fabryce jako robotnik sumienny i lojalny. Powoli piął się w zakładowej hierarchii. Zdobywał doświadczenie i uznanie. Był prostolinijny i pomysłowy. Dostrzegli go jako dobry materiał, którym należało się zająć. Czasy ostrej indoktrynacji komunistycznej, wymagały licznych zastępów. Efekty pracy najskromniejszego sekretarzyny oceniano na podstawie ilości skaperowanych do partii członków. Najważniejsza była ilość. Czerwoną legitymację przyjął jako wyróżnienie. Towarzyszu, pokładamy w was nadzieję, nie zawiedźcie organizacji. Nie zawiódł. Nosił pierwszomajowe szturmówki, regularnie płacił składki, dyskutował na operatywkach. Powoli też nasiąkał ideologią jedynie słuszną dla dobra ludzi i socjalistycznej ojczyzny. Z opłotków podstawowej organizacji partyjnej wszedł na wyższy piedestał miejski, później powiatowy. Zaczął pełnić odpowiedzialne funkcje w aparacie, decydować. Prosty, bezkrytyczny umysł łatwo było zbałamucić. Wszystkie komunistyczne doktryny zasłyszane na szkoleniach politycznych czy w uległych mediach przyjmował jako prawdy oczywiste i ostateczne. Nieustępliwą walkę Państwa z Kościołem traktował jako konieczną reakcję na zakusy czarnego kleru, który gmatwa jasną, socjalistyczną rzeczywistość, a szerząc religijny zabobon ogłupia i zniewala umysły, co zagraża ideologicznej suwerenności kraju. Boga nie było w jego sercu. Odrzucił wszystko, co trochę pamiętał z dzieciństwa i to, czego nauczył się we wczesnym etapie małżeństwa od żony i jej rodziny. A ona? Cierpiała, płakała, ale mimo to darzyła miłością. Męczennica - powtarzał z ironią. Był trudny we współżyciu, gwałtowny i porywczy. Wszyscy drżeli, gdy wracał do domu, ponieważ pewna była awantura właściwie o wszystko. Nikt nie śmiał nawet oczu podnieść, gdy był rozwścieczony. Zbliżało się jakieś niesamowicie ważne święto partyjne. Odwiedziny kolegów-towarzyszy. Wielka biba zakrapiana duża ilością alkoholu, ale co oni pomyślą, że u nas tyle świętości. "Zdejmiemy ze ścian krzyże i obrazki" - zaproponował żonie. I to była ta kropla, która przerwała milczenie całej rodziny. "Za nic w świecie. Choćbyś mnie zabił, tego nie zrobisz! - krzyczała. Zaskoczenie taką postawą - to jedyne co wówczas czuł. Sam się nie ważył. Przestraszył się skrzyżowanych drewienek, ściągnął rękę, zrezygnował. Walka z krzyżem zakończyła się fiaskiem. Jednak on nadal nie zmienił swojej postawy. Kolejne zebrania partyjnych kolesiów, popijawy, zamroczenie, powrót do domu, kłótnie, awantury, sen i... na nowo. Pojawiają się już wnuki, z których wydaje się być zadowolony, ale gdy jedna z jego córek po raz trzeci zachodzi w ciążę, bardzo mu się to nie podoba. "Po co tyle dzieci, kto je wykarmi?" Podszeptuje żonie pomysł o skrobance. Tutaj znowu przegrywa. Przychodzi na świat kolejny wnuk.

Okazuje się jednak, że wszystko jest do czasu. I dla twardzieli Bóg ma swoje plany. Coraz gorsze samopoczucie, osłabienie, mniejsza ochota na imprezy, więcej czasu spędza przed telewizorem, pojawiają się bóle. Trzeba w końcu pójść do lekarza. Jestem zdrowy, całe życie byłem. Ale bóle stają się nie do wytrzymania. Mija kolejny rok. Wreszcie badania, wizyta u najlepszego specjalisty. A diagnoza brzmi jak wyrok - nowotwór złośliwy żołądka. Cała rodzina zamarła, chory - żyje w nieświadomości. Kolejne pobyty w szpitalu, powrót do domu, atak bólu i do szpitala. Coś jest nie tak! Łagodnieje, wypytuje o wnuki, o ich sukcesy, o to co w domu, bo przez ostatnie tygodnie nie rozstaje się ze szpitalnym łóżkiem. "Ja już chyba z tego nie wyjdę" - mówi najbliższym, choć nadal zarzeka się, że nie chce księdza na swoim pogrzebie. Mijają kolejne dni. Starania rodziny o to, aby kapelan pojawił się w jego pokoju, skutkują. Nawet rozmawiają ze sobą. "Wiesz, przychodzi tu czasem ksiądz. Fajny facet. Można z nim pogadać" - wyznaje pewnego dnia swojej żonie. "To może byś się wyspowiadał, przecież całe życie tego nie robiłeś". Nieśmiałe podpowiedzi żony przerywa kolejny, potworny atak bólu. MLeży kilka godzin nieprzytomny, jednak jest twardy. Bierze już morfinę, ale harda dusza w nim jeszcze gra. Dwa dni przed śmiercią dostępuje łaski sakramentu spowiedzi św. i przyjmuje Pana Jezusa do swojego serca. Jednak zapragnął Boga, a ten przyszedł do niego w śnieżnobiałym, małym opłatku. "Na ten moment czekałam całe życie" - tylko tyle, a może aż tyle mogła wydusić z zaciśniętego gardła ta, która autentycznie go kochała.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2001-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ekspertka od kobiecego serca

Niedziela warszawska 9/2024, str. I

[ TEMATY ]

św. Edyta Stein

Archiwum Dom Edyty Stein

Maria Kromp-Zaleska

Maria Kromp-Zaleska

O mądrej Edycie, kultywowaniu pamięci współpatronki Europy oraz o etosie i geniuszu kobiety, z Marią Kromp-Zaleską rozmawia Monika M. Zając.

Monika M. Zając: Przyjeżdża Pani z Wrocławia do Warszawy, aby głosić wykład o św. Edycie Stein. Jak „poznała się” Pani ze współpratronką Europy? Maria Kromp-Zaleska: Osobiste zaproszenie od Edyty Stein otrzymałam w Paryżu, w parafii Notre-Dame de Bonne Nouvelle, na lekcji-katechezie w cyklu przygotowań dzieci do I Komunii św. Doświadczyłam wówczas niezwykłości tej formacji. Chyba nawet tego samego wieczora obejrzałam „Siódmy pokój” Márty Mészáros i rzeczy zaczęły się dziać bez mojej inicjatywy.
CZYTAJ DALEJ

Jan Paweł II o św. Edycie Stein: symbol dramatów Europy XX stulecia

2026-08-09 12:59

[ TEMATY ]

Edyta Stein

Vatican Media

Doświadczenie tej kobiety, która musiała stawić czoło wyzwaniom burzliwego stulecia, staje się dla nas wzorem. Współczesny świat zwodzi nas kuszącą wizją otwartej bramy, która ma oznaczać, że wszystko jest dozwolone. Nie chce zarazem dostrzec ciasnej bramy rozeznania i wyrzeczenia - wskazał św. Jan Paweł II w homilii z okazji kanonizacji św. Teresy Benedykty od Krzyża, Edyty Stein. 9 sierpnia to dzień jej poświęcony - przypomina Vatican News.

CZYTAJ DALEJ

Abp Depo modlił się za dar beatyfikacji ks. Romana Kotlarza

2026-08-09 17:50

[ TEMATY ]

abp Wacław Depo

Karol Porwich/Niedziela

Abp Wacław Depo

Abp Wacław Depo

O dar rychłej beatyfikacji ks. Romana Kotlarza - niezłomnego kapłana i męczennika czasów komunizmu - modlił się 9 sierpnia abp Wacław Depo. Tego dnia celebrował Mszę świętą w kościele pw. św. Zygmunta w Szydłowcu. To była pierwsza placówka duszpasterska ks. Kotlarza po święceniach kapłańskich. W tym roku mija 98. rocznica jego urodzin oraz 50. rocznica śmierci.

W homilii metropolita częstochowski zwrócił uwagę, że przygotowanie do kapłaństwa Romana Kotlarza przebiegało w trudnym czasie dla Kościoła, że przeżywał swoją formację seminaryjną jako przyszły męczennik komunistycznego systemu. Nawiązał też do pobytu ks. Kotlarza w szydłowieckiej parafii. - Świadectwa jego oddanego Bogu i ludziom życia, były i są dowodem heroicznej wiary i licznych opracowań. Dlatego dzisiaj modlimy się w intencji jego beatyfikacji - podkreślił ksiądz arcybiskup. W dalszej części homilii nazwał ks. Kotlarza „skromnym księdzem, który głosił Ewangelię, bronił religii w szkole i życia moralnego narodu”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję