Reklama

Polska

Biskupi Ziemi Świętej do Trumpa: zachowajmy międzynarodowy status Jerozolimy

Zwierzchnicy wspólnot chrześcijańskich w Ziemi Świętej wspólnie zareagowali na decyzję prezydenta Stanów Zjednoczonych o przeniesieniu amerykańskiej ambasady do Jerozolimy i faktycznym uznaniu tego miasta za stolicę Izraela. W liście do Donalda Trumpa przypominają oni o szczególnym znaczeniu Jerozolimy dla wszystkich religii monoteistycznych.

[ TEMATY ]

Ziemia Święta

Donald Trump

Grzegorz Jakubowski/KPRP

Zwierzchnicy wspólnot chrześcijańskich w Ziemi Świętej, zarówno katoliccy, jak i prawosławni i protestanccy, wystosowali wspólny list do prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda J. Trumpa. Piszą w nim o szczególnym statusie Jerozolimy, miasta tak ważnego dla trzech religii monoteistycznych. Choć Jerozolima jest określana miastem pokoju, to niestety staje się ona coraz częściej miejscem nowych konfliktów i cierpienia jej mieszkańców.

Na wstępie listu pasterze Kościoła w Ziemi Świętej przypominają rozmowy w Camp David w 2000 roku, które podtrzymały międzynarodowy status Jerozolimy. Jednocześnie wyrażają zaniepokojenie możliwością uznania Świętego Miasta za stolicę państwa Izrael i przeniesieniem tam amerykańskiej ambasady. W opinii hierarchów takie postępowanie może doprowadzić do wzmożonego napięcia, nienawiści, konfliktów i cierpienia zarówno w samej Jerozolimie, jak i w całej Ziemi Świętej. Takie działanie oddali proces pokojowego zakończenia konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Reklama

Na zakończenie listu hierarchowie zwracają się do prezydenta Trumpa z prośbą o zachowanie dotychczasowego międzynarodowego statusu Świętego Miasta i niepozbawianie Jerozolimy pokoju w tym szczególnym okresie jakim jest Boże Narodzenie.

2017-12-07 19:21

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Śmierć, która podpaliła Amerykę

2020-06-30 18:57

[ TEMATY ]

USA

Donald Trump

zamieszki

"Foto by: "Niepoprawny Dyplomata" - kanał YouTube

8 minut i 46 sekund – tyle czasu potrzebował Derek Chauvin, były już policjant z Minneapolis w stanie Minnesota, by udusić 46-letniego czarnoskórego Amerykanina George’a Floyda.

Około 2 i pół minuty ofiara funkcjonariusza pozostawała nieprzytomna, a mimo tego kontynuował on duszenie poprzez nacisk swoim kolanem na tętnicę szyjną zatrzymanego. Całość zarejestrował jeden z cywilnych świadków zajścia przy pomocy telefonu komórkowego, a udostępnione nagranie to wstrząsający obraz skrajnej niekompetencji oficerów policji, którzy brali udział w feralnym zatrzymaniu. W materiale widzimy człowieka leżącego twarzą do ziemi i trzymanego przez czterech funkcjonariuszy. Jeden z nich – Derek Chauvin, policjant z 19-letnim stażem – poddusza zatrzymanego, który chwilę przed utratą przytomności zdąży jeszcze rozpaczliwe zawołać: „Nie mogę oddychać!”. Słowa te staną się później hasłem przewodnim masowych protestów, które swym zasięgiem szybko ogarnął całą Amerykę.

Joe Biden, były wiceprezydent w administracji Baracka Obamy, a obecnie kandydat na prezydenta z ramienia partii demokratycznej stwierdził, że zabójstwo Floyda wywołało w Ameryce większe reperkusje i silniejsze reakcje społeczne, niż morderstwo Martina Luthera Kinga 4 kwietnia 1968 roku.

W Waszyngtonie na Kapitolu amerykańscy kongresmeni rozpoczęli prace nad wprowadzeniem prawa reformującego funkcjonowanie policji, pomiędzy republikanami i demokratami brak jest natomiast jednomyślności w wielu kwestiach dotyczących tego, jak ulepszyć działanie służb porządkowych. Konserwatyści zarzucają liberałom uleganie przestępcom i niszczenie policji poprzez obcinanie jej budżetów, a w skrajnych przypadkach nawet głosowanie za rozwiązaniem lokalnych departamentów policji tak, jak miało to miejsce w Minneapolis w stanie Minnesota.

Na antenie prawicowej telewizji Fox News, prezydent Donald Trump zabójstwo Floyda nazwał „hańbą” i zapowiedział, że zreformuje amerykańską policję. Trump przedstawił swój specjalny plan „Siła ze współczuciem”, który zakłada m.in. większe inwestycje w treningi funkcjonariuszy oraz szkolenia dla pracowników socjalnych, by ci mogli uczestniczyć w niektórych akcjach służb mundurowych.


Koniec duszenia

Widoczny na nagraniu z zatrzymania George’a Floyda zastosowany typ duszenia, jest standardową procedurą policyjną stosowaną w sytuacji, gdy zatrzymany stawia zdecydowany opór i stanowi zagrożenie – dla funkcjonariuszy lub osób postronnych. W tym przypadku nie było o tym mowy, bowiem George Floyd leżał na ziemi z rękami skutymi kajdankami. W dodatku, gdy podejrzany krzyczy, że nie może oddychać, policjanci zobowiązani są reagować. Niezależnie od wyroku sądowego, z przekonaniem graniczącym z pewnością, można stwierdzić, że procedury zostały złamane, a stróże prawa ignorując zasady i ludzkie życie doprowadzili do tragedii.

„Patrząc na policjanta który założył duszenie to oprócz duszenia swoim kolanem jest w stanie złamać mu kark (procedura swojego bezpieczeństwa). Jednak bez względu na to, które duszenie założymy na przeciwniku, nigdy nie wyczujemy momentu kiedy on zostaje uduszony. I tak to się właśnie zadziało w tym przypadku. Adrenalina robi swoje”. – mówi „Niedzieli” trener JUDO i polski weteran wojny w Afganistanie, który pragnie zachować anonimowość.

„Żadne duszenie nie jest bezpieczne bo każdy ma inną budowę ciała, jednej osobie można założyć duszenie i bardzo szybko się podda a z inną można "walczyć” i się podda po dłuższym czasie albo i wcale.” – dodaje.

Prezydent USA podpisał specjalny dekret, który wzywa departamenty policji do zaprzestania stosowania techniki duszenia, chyba że wymaga tego ochrona życia funkcjonariusza. Dokument zachęca także do zwiększenia treningów dla oficerów oraz wzywa służby mundurowe, by współpracowały z pracownikami socjalnymi oraz psychiatrami i psychologami, gdy odpowiadają na wezwanie do osoby bezdomnej, cierpiącej na problemy psychiczne czy uzależnionej od alkoholu, leków lub narkotyków.

Republikański kongresmen ze stanu Ohio Jim Jordan nazwał prezydencki dekret mianem ogromnego kroku w kierunku poprawy działania policji oraz polepszenia relacji pomiędzy funkcjonariuszami a lokalnymi społecznościami, którym służą.

Przemoc policji?

Na prezydenta Donalda Trumpa spadła fala krytyki po tym, jak opublikował on na swoim profilu na Twitterze kontrowersyjny wpis odnoszący się do incydentu z udziałem policji z miasta Buffalo w stanie Nowy Jork. Dwóch jej funkcjonariuszy zostało przez lokalną prokuraturę oskarżonych o napaść na 75-letniego Martina Gugino, aktywistę społecznego obecnego na protestach w Buffalo. Na nagraniu zamieszonym w Internecie widać, jak mężczyzna podchodzi do policyjnego kordonu trzymając w ręku najprawdopodobniej hełm policyjny, który miał chcieć oddać w ręce oficerów. Słychać, jak ci krzyczą do niego, by odszedł od linii policyjnego kordonu, a po chwili jeden z policjantów popycha starszego człowieka, który w wyniku tego czynu upada i rozbija sobie głowę o chodnik. Zdaniem prokuratury, drugi z funkcjonariuszy przeszedł obok leżącego człowieka nie udzielając mu pomocy, dlatego również usłyszał zarzuty. Wcześniej policjanci zostali zawieszeni. W geście solidarności ze swoimi kolegami, z pracy w jednostce reagowania specjalnego zwolniło się 57 funkcjonariuszy, pozostali jednak na służbie w policji oddając się do dyspozycji swoich przełożonych.

Prezydent Trump stwierdził za pośrednictwem Twittera, że całe zdarzenie mogło być prowokacją ANTIFY, skrajnie lewicowej organizacji anarchistycznej, która odpowiada w Stanach Zjednoczonych za liczne akty przemocy i wandalizmu, podsycanie niepokojów społecznych oraz organizowanie pełnych przemocy zamieszek i burd ulicznych.

Trump stwierdził w swoim wpisie, że 75-letni mężczyzna mógł być członkiem ANTIFY i prowokatorem, który upadł „teatralnie”, zdaniem amerykańskiego prezydenta, zdecydowanie bardziej poważnie, niż wynikałoby to z siły z jaką został pchnięty przez policjantów. Donald Trump został oskarżony o rozpowszechnianie teorii spiskowych, na które nie przedstawił żadnych dowodów. Andrew Cuomo, demokratyczny gubernator stanu Nowy Jork, wezwał gospodarza Białego Domu do przeprosin stwierdzając, że jest zniesmaczony komentarzem prezydenta.

Tymczasem policjanci pozostają w stanie oskarżenia, chociaż wielu ekspertów zaznacza, że tak naprawdę wykonywali oni swoją pracę i działali zgodnie z procedurami. Kiedy na ulicach panują zamieszki i chaos, a do linii policyjnego kordonu zbliża się niepożądany człowiek, którego intencji policjanci nie znają, krzyczą do niego, by się oddalił. Kiedy obywatel nie reaguje na polecenia funkcjonariuszy, nie tylko mogą oni czuć się zagrożeni, ale także zaczynają stosować tzw. przymus bezpośredni. Wówczas łatwo o wypadek. Pchnięty przez policjantów 75-latek z Buffalo nie reagował na krzyki policji wzywające go do odsunięcia się od kordonu. Samo odepchnięcie mężczyzny nie miało wyrządzić mu krzywdy i zdaniem części komentatorów było w takiej sytuacji uzasadnione, a jego groźnie wyglądający upadek miał być wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a nie wypadkową siły z jaką popchnęli go funkcjonariusze. Konserwatywny dziennik „The Wall Street Journal” na swoich łamach cytował opinie ekspertów, którzy bronili reakcji policjantów z Buffalo twierdząc m.in., że policjanci reagują w taki sposób często z tego powodu, że są notorycznie demonizowani, antagonizowani, a także atakowani. Tylko na przełomie maja i czerwca rannych zostało ok. 300 policjantów z Nowego Jorku.

Jednocześnie, ci sami eksperci byli bardzo krytyczni wobec funkcjonariuszy z Minneapolis, którzy doprowadzili do śmierci George’a Floyda.

Jak twierdzi Maria Haberfeld, ekspertka od szkolenia policji z nowojorskiej szkoły John Jay College of Criminal Justice, funkcjonariusze działają tak, jak są szkoleni – wydają jasne polecenia niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa sobie i innym ludziom, a gdy ktoś nie reaguje i np. nadal się do nich zbliża, odpychają go, a gdy zagrożenie jest poważniejsze stosują ostrzejsze formy przymusu bezpośredniego – w skrajnych przypadkach z użyciem broni palnej włącznie.

Masowe protesty w USA wywołały ogromną falę hejtu na tamtejszą policję, powszechne wśród części protestujących i skrajnej lewicy stało się obrażanie policjantów, demonizowanie ich oraz wrzucanie wszystkich do jednego worka za grzechy pojedynczych oficerów. Przedstawiciele służb policyjnych apelują, by pamiętać, że ogromna większość funkcjonariuszy to uczciwi patrioci, którzy robią co mogą, by służyć społeczeństwu, a obelgi i zarzucanie im potwornych intencji są niegodne i nieuzasadnione.

W Ameryce zdarzają się co jakiś czas pojedyncze przypadki, gdy funkcjonariusz policji przekroczy swoje uprawnienia lub złamie prawo, doprowadzając np. do morderstwa niewinnego człowieka. Często jednak, osoba kontrolowana przez policjanta ginie w wyniku policyjnej interwencji z powodu własnego zachowania i niestosowania się do poleceń oficerów.

Taki los spotkał w 2014 roku czarnoskórego Michaela Browna z Ferguson w stanie Missouri, który w trakcie akcji zatrzymania za podejrzenie kradzieży w sklepie, nie zatrzymał się, gdy policjant krzyczał w jego kierunku: stój! Zamiast tego Brown zbliżał się do funkcjonariusza, który w takiej sytuacji był zmuszony strzelać.

Mężczyzna mógł przecież posiadać broń, choćby nóż. Śmierć Michaela Browna również wywołała w Ameryce wielką falę protestów. Tymczasem sąd w tym przypadku uniewinnił policjanta przyznając, że działał on w obronie własnej, zgodnie z procedurami.

Niedawno w Atlancie w stanie Georgia policjant śmiertelnie postrzelił 27-letniego czarnoskórego Rayshard’a Brooksa. Wywołało to kolejną falę protestów, dolewając oliwy do trapiących Amerykę niepokojów społecznych. Ze strony wielu środowisk lewicowych posypały się słowa krytyki i zarzuty pod adresem policjanta, który pociągnął za spust. Zdaniem przedstawicieli ruchu Black Lives Matter i jej podobnych organizacji, śmierć Brooksa to kolejny przykład systemowego rasizmu w amerykańskiej policji. Tymczasem, funkcjonariusz zachował się dokładnie tak, jak w takiej sytuacji przewidują to procedury. Najpierw rozpoczął pościg za uciekającym mężczyzną, a na strzał w jego kierunku zdecydował się dopiero wówczas, gdy ten wyszarpał mu policyjny paralizator i wycelował go w jego stronę. Mieliśmy zatem jasną sytuację bezpośredniego zagrożenia życia policjanta. Niestety w Ameryce, tego typu uzasadnione przez prawo postrzelenia również wywołują protesty i są wykorzystywane do narzucania narracji o rzekomym instytucjonalnym rasizmie oraz do podgrzewania w społeczeństwie sporów na tle rasowym. Dlaczego? Jest to bowiem opłacalne politycznie – partia demokratyczna zbija na tym konkretny kapitał wyborczy.

„W USA każdy wie, że polecenie policjanta trzeba wykonać, a jeśli jest ono bezpodstawne, to potem najwyżej adwokat wymusi dla nas odszkodowanie. Natomiast z policjantem podczas zatrzymania się nie dyskutuje i wykonuje dokładnie wszystkie jego polecenia.” – mówi „Niedzieli” Bogumił Olewiński, ekspert od USA, członek amerykańskiej Polonii mieszkający wiele lat w New Jersey.

„Policjant w USA to osoba, która zawsze Ci pomoże. Kiedy jednak złamiesz prawo i będziesz się rzucał, to bardzo szybko pożałujesz, że go poznałeś i przekonasz się, że może on być także twoim najgorszym wrogiem. To jak z Toba postąpi zależy tylko od tego jak zaczniesz z nim rozmowę i czy będziesz stosował się do jego poleceń.” – dodaje.


Geneza uprzedzeń

W Stanach Zjednoczonych istnieje zjawisko uprzedzenia do osób czarnoskórych oraz powiązana z tym obawa przed wchodzeniem do tzw. „czarnych dzielnic”, które są zamieszkane głównie przez Afroamerykanów. Czarnoskóra społeczność Ameryki boryka się bowiem z poważnym problemem wysokiego wskaźnika przestępczości.

Stanowiąc zaledwie 13 proc. amerykańskiego społeczeństwa, czarni odpowiedzialni są za 53 proc. wszystkich morderstw oraz 60 proc. kradzieży. Republikanie często zwracają uwagę, że ruch Black Lives Matter zamiast skupiać się wyłącznie na amerykańskiej policji powinien w większym stopniu akcentować problem zabijania czarnych przez czarnych. Dane są bezlitosne – 93 proc. Afroamerykanów ginie z ręki innych Afroamerykanów.

Wysoką przestępczość wśród czarnych Amerykanów należy w dużym stopniu tłumaczyć biedą, która bardzo często ma charakter dziedziczny, powodujący zjawisko tzw. „szklanego sufitu” i braku perspektyw. Głównymi przyczynami takiego stanu rzeczy są niewolnictwo i lata dyskryminacji rasowej, a także uzależnienie czarnoskórych obywateli od zasiłków socjalnych i pomocy państwa, co nastąpiło w latach 60-tych XX wieku za kadencji demokratycznego prezydenta Lyndona B. Johnsona. Arcyważnym problemem jest tutaj także poważny kryzys rodziny, który obserwujemy w Ameryce wśród Afroamerykanów. Dane są tragiczne. Aż 64 proc. czarnych dzieci wychowuje się bez ojca, a 72 proc. rodzi się w związkach niemałżeńskich. Amerykańskie badania dowodzą, że takie dzieci są 4 razy bardziej narażone na biedę, 7 razy bardziej narażone na zajście w ciążę w wieku nastoletnim, kiedy nie są jeszcze gotowe na rodzicielstwo oraz mają większe ryzyko wkroczenia na drogę przestępczości, trafienia do więzienia, a także wpadnięcia w szpony uzależnień od alkoholu i narkotyków. Tak tworzy się błędne koło, z którego niezwykle trudno się wyrwać. Kiedy instytucja rodziny jest rozbita, czarna młodzież często wpada w ręce licznych gangów, które okradają ją z szansy na lepsze jutro. Kluczem do poprawy sytuacji Afroamerykanów jest zatem odbudowa wśród tej społeczności tradycyjnych wartości społeczeństwa amerykańskiego – przywrócenie zdrowego modelu rodziny.

Rozmawiam ze znanym polskim jutuberem i byłym urzędnikiem chicagowskiego ratusza.

„Oczywiście absolutnie nie bronię policyjnych oprawców, ale gdybym na miejscu chicagowskiego policjanta dostał zgłoszenie na interwencję poniżej 71-ej Alei, czułbym się uprzedzony. Nie dlatego, że są tam gangi czarnoskórych bandytów tylko dlatego, że po prostu są tam gangi.” – tłumaczy „Niedzieli” Mikołaj „Vonsky” Teperek, ekspert od stosunków międzynarodowych i twórca popularnego kanału na YouTube „Niepoprawny Dyplomata”.

„Myślę, że tak samo czułbym się przerażony, gdybym 20 lat temu musiał pojechać na interwencję policyjną na warszawską Pragę. Czy to dlatego, że mieszkali tam czarnoskórzy Amerykanie? Nie. Dlatego, że były tam gangi i tzw. "dresiarze". – dodaje.

Mikołaj Teperek przyznaje, że problem rasizmu istnieje w Ameryce, jednak jest to sprawa bardzo złożona, której nie rozwiążą ani agresja, ani akty wandalizmu.

„W ostatni majowy weekend w Chicago spłonął historyczny i najstarszy sklep ze sprzętem fotograficznym, w którym niegdyś kupiłem zabytkowy aparat z 1944 roku.” – opowiada nam Mikołaj Teperek.

„Nie chcę nawet myśleć, jakie jeszcze antyki tam spłonęły. Czekam tylko, aż tym bandytom przyjdzie do głowy rabować muzea z dzieł sztuki. Dla wielu, te aparaty właśnie nimi były.” – dodaje.

W wyniku masowych protestów, które szybko przeradzały się także w pełne przemocy uliczne zamieszki i rozróby, amerykańskie miasta zaczęły przypominać strefy działań wojennych, a mieszkańcy i właściciele lokalnych biznesów robili co mogli, by zabezpieczyć swój majątek. Bogatsze dzielnice, jeden za drugim, w popłochu opuszczały drogie, sportowe samochody – ich posiadacze wywozili je daleko za miasto, gdzie nie było ryzyka zamieszek. Obawy te były w pełni uzasadnione, bowiem obrazki spalonych i zdewastowanych aut obiegły cały kraj, stając się jednym z symboli protestów.

Na niektórych zabarykadowanych witrynach sklepowych pojawiały się napisy sugerujące, że właściciel biznesu jest czarnoskóry. Miało to uchronić lokal przed dewastacją i włamaniami dokonywanymi przez rozwścieczony tłum i wszelkiej maści kryminalistów żerujących na wybuchu masowych protestów.


Kryzys wartości?

„To, czego jesteśmy świadkami, jest wynikiem destrukcji oraz zinfiltrowania naszych instytucji. To się zaczęło dwa pokolenia temu. Osłabiono naszą kulturę. Nasze instytucje straciły legitymizację i szacunek. Rodzina, Kościół, rząd. Marksizm i Teoria Krytyczna urosły niczym nowotwór. Kościół został zastąpiony religią "budzenia się". – mówi w rozmowie z „Niedzielą” Amerykanin Garrett Monti, członek partii republikańskiej i były elektor stanu Luizjana, który w 2016 roku w głosowaniu Kolegium Elektorów poparł kandydaturę Donalda Trumpa.

„Stany Zjednoczone walczą teraz z tymi samymi wrogami wolności, których tak niedawno pokonały kraje byłego bloku sowieckiego. Bardzo martwię się o moją ojczyznę.” – dodaje.

Mój rozmówca zdaje się być nie tylko zatroskany o przyszłość swojego kraju, ale także wyraźnie przygnębiony. Staram się podbudować go na duchu. Zwracam uwagę, że Ameryka to silny kraj i wielki naród, który z Bożą pomocą przezwyciężał w swojej historii wiele problemów. Stwierdzam, że i tym razem będzie podobnie.

„Tym razem na to nie wygląda. Wyobrażam sobie, że tak właśnie musiał wyglądać upadek Rzymu.” – studzi mój optymizm Garrett Monti.

Zapewnia mnie, że na jesieni prezydent Trump odniesie zwycięstwo i zagwarantuje sobie reelekcję, ale mimo to nie pozwolą mu rządzić i reformować kraju w spokoju. Zdaniem mojego rozmówcy, społeczne niepokoje, chaos i rzucanie kłód pod nogi prezydenta będzie trwało do końca jego drugiej kadencji w Białym Domu.


Wojsko na pomoc

Prezydent Donald Trump w specjalnym orędziu do Narodu, które wygłosił na początku czerwca z Ogrodu Różanego znajdującego się na terenie Białego Domu, wezwał władze stanowe, by wyprowadziły na ulicę Gwardię Narodową i w ten sposób opanowały chaos i dantejskie sceny rozgrywające się na ulicach amerykańskich miast. Żołnierze Gwardii Narodowej USA są częścią amerykańskich sił zbrojnych wchodzącą w skład Armii Stanów Zjednoczonych, jednak w przeciwieństwie do zwykłych żołnierzy podlegają bezpośrednio pod stanowych gubernatorów, a nie władze federalne – Pentagon i prezydenta.

Jednocześnie Trump zagroził użyciem armii do stłumienia zamieszek, władze samorządowe nie będą podejmować niezbędnych kroków, by zażegnać niepokoje społeczne.

„Jeśli miasto lub stan odmówi podjęcia niezbędnych działań, by chronić życie swoich mieszkańców oraz ich własność prywatną, wtedy rozlokuję wojsko Stanów Zjednoczonych i szybko rozwiążę dla nich ten problem” – oznajmił prezydent USA.

Zgodnie z amerykańskim prawem z 1878 roku „Posse Comitatus Act”, zabronione jest wykorzystywanie federalnych sił zbrojnych USA do przywracania porządku publicznego lub innego działania noszącego znamiona typowych zadań policyjnych na terytorium Stanów Zjednoczonych np. dokonywać zatrzymań oraz aresztowań. Amerykańscy żołnierze nie mogą być także wykorzystywani do tłumienia zamieszek czy walki z obywatelami USA stanowiącymi zagrożenie np. rebelianci, zadymiarze. Aby to umożliwić prezydent musi powołać się na specjalne prawo „Insurrection Act” z 1807 roku. Wyjątkiem są właśnie żołnierze Gwardii Narodowej, którzy na rozkaz stanowego gubernatora mogą działać w charakterze policji, gdy jej zwykli oficerowie nie dają sobie rady z utrzymaniem porządku i bezpieczeństwa. Mogą oni jednak operować wyłącznie w obrębie swojego stanu lub stanu z nim sąsiadującego, gdy jego gubernator poprosi o taką pomoc i zaprosi do siebie gwardzistów. Powołując się na „Insurrection Act”, prezydent Donald Trump mógłby nie tylko użyć armii USA w charakterze służb policyjnych, lecz także przejąć kontrolę nad całą Gwardią Narodową i nadać jej tymczasowo charakter jednostek federalnych, zdolnych operować na terenie całego kraju i podlegających bezpośrednio pod rozkazy prezydenta.

W amerykańskich warunkach taki scenariusz, z uwagi na zasady poszanowania wolności i niezależności poszczególnych stanów, uchodzi za ostateczność. Nie jest to jednak prawo ani martwe, ani archaiczne – również w najnowszej historii USA mamy przykłady, gdy sytuacja z zamieszkami wymykała się spod kontroli, a prezydent przywołał „Insurrection Act”. Ostatnim razem miało to miejsce w Kalifornii w maju 1992 roku za kadencji prezydenta George’a H.W. Busha, kiedy w następstwie absurdalnego werdyktu sądowego, 4 funkcjonariuszy departamentu policji z Los Angeles zostało uniewinnionych po pobiciu czarnoskórego Rodney’a Kinga zatrzymanego wcześniej do kontroli drogowej. Ówczesne protesty, podobnie jak ma to miejsce dzisiaj w Ameryce, szybko przerodziły się także w uliczne zamieszki, atakowanie ludzi, włamania i niszczenie prywatnego mienia. Prezydent Bush był zmuszony działać, by przywrócić porządek na ulicach Los Angeles. Ostatecznie, dwóch policjantów biorących udział w pobiciu zostało skazanych, a poszkodowany Rodney King otrzymał prawie 4 miliony dolarów odszkodowania.

„Gubernatorzy ze stanów kontrolowanych przez demokratów robią co w ich mocy, by zablokować użycie Gwardii Narodowej do tłumienia zamieszek. Prezydent Trump będzie krytykowany w przypadku, gdy wykorzysta żołnierzy Gwardii Narodowej, ale także wówczas, gdy nie zdecyduje się na ten krok”. – tłumaczy "Niedzieli" Garrett Monti.

W skrócie: i tak źle i tak niedobrze. Po drugiej stronie Atlantyku, relacje na linii Biały Dom - opozycja przybierają formę bezrefleksyjnej krytyki wszystkiego, co zrobi Trump. Demokraci przywdziali szaty opozycji totalnej, a ich narracja coraz rzadziej przypomina konstruktywną krytyką, czy faktyczną kontrolą władzy. Partia demokratyczna demonizuje administrację USA, w szczególności Donalda Trumpa, na każdym niemal kroku. W takich warunkach prowadzenie debaty politycznej, sprawne rządzenie krajem i wspólne rozwiązywanie jego problemów, stają się znacznie utrudnione, a niekiedy niemalże niemożliwe.

„Jeżeli [Donald Trump] wyśle gwardzistów, będzie panem sytuacji. Jeffery Shaun King (amerykański pisarz i aktywista społeczny walczący z rasizmem – przyp. red.) skomentował na Twitterze, że głosowanie na demokratów nie rozwiązało problemów czarnych Amerykanów. Trump ma tutaj zatem okazję, by wypaść całkiem dobrze”. – dodaje Monti.

Faktycznie, wielu komentatorów w Stanach Zjednoczonych zauważa, że czarnoskórzy wyborcy popierając od dekad partię demokratyczną, niewiele na tym zyskali. Chodzi przede wszystkim o to, że nadal wielu z nich tkwi w biedzie, mając ograniczone perspektywy poprawy swojej sytuacji zawodowo-społecznej. Zdaniem dużej części republikanów, powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że partii demokratycznej, obiecującej większe zasiłki socjalne, opłaca się nie walczyć z biedą wśród czarnych Amerykanów, ponieważ w ten sposób stają się oni niejako uzależnieni od głosowania na lewicę, czyli tę opcję polityczną, która po drugiej stronie Atlantyku gwarantuje zasiłki socjalne, kartki żywnościowe i budowę państwa opiekuńczego, któremu sprzeciwiają się republikanie. Tymczasem, amerykańska prawica akcentuje walkę z biedą w zupełnie inny sposób. Jej przedstawiciele postulują obniżanie podatków i zmniejszanie regulacji, tak by stwarzać ludziom szanse na lepszą pracę, by sami, niezależnie od pomocy polityków, budowali swój dobrobyt. Wówczas stają się bardziej wolni i niezależni, a tego, zdaniem republikańskich komentatorów, obawiają się demokraci w coraz większym stopniu zdominowani przez ideę socjaldemokracji – do niedawna marginalną filozofię społeczno-polityczną w USA.


Więźniowie na wolności?

Czy część z osób, które wykorzystują dzisiaj protesty i zamieszki w USA, by dokonywać aktów wandalizmu, włamań, pobić, a nawet zabójstw, mogą stanowić kryminaliści, których z zakładów karnych wypuściły niedawno lewicowe władze samorządowe?

Szalejąca za oceanem epidemia chińskiego koronawirusa SARS-Cov-2 spowodowała, że wielu więźniów z amerykańskich więzień zostało wypuszczonych do tzw. „aresztu domowego”. Była to polityka praktykowana przez stany i miasta, w których władzę sprawowali demokraci. Jednocześnie działania te zdecydowanie krytykowała partia republikańska, której przedstawiciele alarmowali, że może to doprowadzić do utraty kontroli nad osadzonymi, którzy uciekną ze swoich domów i wrócą na ulice amerykańskich miast. Założenie było takie, by ochronić więźniów przed możliwością zakażenia się koronawirusem.

„Z medycznego punktu widzenia jest to oczywisty absurd, bo przecież cela więzienna i szpital więzienny są najwygodniejszymi miejscami dla odseparowania chorych od zdrowych.” – mówi „Niedzieli” Zygmunt Staszewski, znany działacz polonijny w USA, członek zarządu krajowego organizacji Coalition of Polish Americans, dyrektor krajowy Kongresu Polonii Amerykańskiej i współprzewodniczący Komitetu Dialogu Polsko-Żydowskiego w Nowym Jorku.

„Tu oczywiście chodziło o coś całkiem innego – więcej kryminalistów na ulicach to znakomita okazja do wywołania rozruchów.” – dodaje.

Mój rozmówca zwraca uwagę, że w stanie Nowy Jork w styczniu tego roku demokratyczne władze wprowadziły prawo, które nakazuje, by wszyscy aresztowani byli wypuszczani na wolność bez konieczności wpłacenia kaucji. Nawet wówczas, gdy mowa o ciężkich przestępstwach takich jak gwałty i pobicia. Natomiast w Kalifornii, jak twierdzi, policja miała dostać rozkaz, aby nie aresztować drobnych złodziei.

„Te trzy fakty wyraźnie wskazują na to, że zamieszki w roku wyborów prezydenckich w USA były z góry zaplanowane.” – uważa Zygmunt Staszewski.


Rasista Trump?

Wielu komentatorów w USA podkreśla, że w całej sprawie tak naprawdę nie chodzi o walkę z rzekomym instytucjonalnym rasizmem obecnym, zdaniem protestujących, w szeregach amerykańskiej policji, Jak twierdzą, masowe protesty, które wybuchły w Ameryce po śmierci czarnoskórego George’a Floyda są wykorzystywane przez przeciwników prezydenta Donalda Trumpa do obalenia jego prezydentury. Na szeroko rozumianej amerykańskiej lewicy pojawiło się, jednoczące te środowiska, zjawisko silnej niechęci do obecnego gospodarza Białego Domu. Na kanwie tego procesu zwiększyła się także aktywność ANTIFY – niezwykle groźnej, skrajnie lewicowej organizacji anarchistycznej. Po drugiej stronie Atlantyku jej aktywność przybrała na sile zwłaszcza po wygranych przez Trumpa wyborach prezydenckich z 2016 roku. Przeciwnicy republikańskiego prezydenta są oskarżani o granie kartą rasową i podgrzewanie sporów rasowych oraz antagonizmów obecnych wśród części społeczeństwa amerykańskiego. Przeciwnicy często obarczają Donalda Trumpa winą za pojedyncze przypadki skandalicznych i nielegalnych działań niektórych funkcjonariuszy służb policyjnych, którzy dopuszczą się przestępstwa wobec czarnoskórych obywateli amerykańskich. Część środowisk lewicowych w USA ma także skłonność do niesprawiedliwej generalizacji, gdy chodzi o amerykańską policję. Tak oto odpowiedzialność za niewątpliwe grzechy i zbrodnie kilku funkcjonariuszy jest zrzucana na całą społeczność policyjną, którą w większości, co szczególnie podkreślają republikanie, tworzą przecież uczciwi i praworządni oficerowie – patrioci oddani swoim społecznościom i codziennie ryzykujący dla nich własnym życiem. Według danych udostępnionych przez FBI, w 2018 roku na służbie życie straciło 106 funkcjonariuszy amerykańskiej policji, co oznacza 13 proc. wzrost względem roku poprzedniego. Brutalnie zamordowanych przez bandytów zostało 55 oficerów, a 51 zmarło w różnego rodzaju wypadkach. Średni wiek zabitych policjantów to 37 lat.

Trudno winić prezydenta Trumpa za przypadki nieuzasadnionych przez prawo zabójstw czarnych Amerykanów przez pojedynczych policjantów. Tego typu tragedie zdarzały się również za kadencji Baracka Obamy, a statystyki dowodzą, że wówczas było ich nawet więcej, niż obecnie. Słowem, prezydent urzędujący w Waszyngtonie nie ponosi żadnej odpowiedzialności za przestępstwa popełnione przez poszczególnych funkcjonariuszy. I nie ma tu znaczenia, czy jest to republikanin czy demokrata.

CZYTAJ DALEJ

Już jest w dobrych rękach. Śp. ks. Wojciech Szlachetka

2020-07-06 13:30

Paweł Wysoki

Nagła i przedwczesna śmierć ks. Wojciecha Szlachetki, proboszcza parafii pw. Matki Bożej Szkaplerznej w Abramowie, okryła żałobą Rodzinę Zmarłego, duchownych i wiernych, którym gorliwie służył.

Uroczystości pogrzebowe z licznym udziałem kapłanów i świeckich miały dwie stacje: 3 lipca Mszy św. żałobnej w kościele parafialnym w Abramowie przewodniczył bp Mieczysław Cisło, a 4 lipca Mszy św. pogrzebowej w rodzinnej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kraczewicach przewodniczył bp Adam Bab. Ciało Zmarłego spoczęło na miejscowym cmentarzu parafialnym.

- Módlmy się o to, by Pan przyjął do siebie śp. ks. Wojciecha. Niech jego kapłańska służba zostanie zwieńczona radością życia wiecznego - mówił bp Adam Bab, zachęcając zgromadzonych do modlitwy za Zmarłego, a także za pogrążoną w żalu rodzinę, zwłaszcza Rodziców i Brata z Rodziną. - Tak, jak przez ponad 32 lata ks. Wojciech sprawował Eucharystię, tak my chcemy mu służyć modlitwą i ofiarą Mszy św. Przed Bogiem chcemy dziękować za wszelkie dobro, które uczynił jako kapłan - mówił biskup. Zwracając się do Rodziców Zmarłego, bp Bab podziękował im za to, że swojego syna podarowali Bogu, za wiarę przekazaną dzieciom i za stworzenie dobrych warunków do odczytania woli Bożej i jej wypełniania. - Chcemy Was pocieszyć nadzieją życia wiecznego. Nie martwcie się, ks. Wojciech jest w dobrych, ojcowskich, kochających, Bożych rękach. Nie został powołany po to, by na wieki spocząć w grobie, ale by żyć życiem wiecznym w szczęściu, które nie będzie zagrożone żadnym cierpieniem - zapewniał. Pasterz podziękował Zmarłemu za to, co najcenniejszego podarował ludziom jako ksiądz: za sprawowane Msze św. - Dziś prosimy dla Niego o nagrodę życia wiecznego, w które wierzył i o którym tyle razy nauczał - mówił bp Bab. Zachęcał również do modlitwy za śp. ks. Wojciecha i podkreślał, że i On na pewno modli się u Boga za nami i czeka na nas w niebie. - Za śp. ks. Wojciechem idźmy do domu Ojca, już tu na ziemi, troszcząc się o nasze życie wieczne - apelował pasterz.

Przed złożeniem ciała Zmarłego do grobu przyszedł czas na podziękowania i świadectwa. Za posługę dobrego i gorliwego kapłana, którego Pan w tak nieoczekiwany sposób zabrał do siebie, dziękował ks. Piotr Petryk, dziekan dekanatu opolskiego. Marek Kowalski, wójt gminy Abramów, z wdzięcznością wspominał 8 lat kapłańskiej pracy śp. ks. Szlachetki w Abramowie. - Był niezwykle lubianym i cenionym kapłanem, świetnym duszpasterzem i dobrym gospodarzem. Tyle razem przeżyliśmy, tyle dobrego na płaszczyźnie duchowej i materialnej udało nam się osiągnąć - dzielił się wójt. Jak zapewniał, za dar słowa i sakramentów mieszkańcy Abramowa będą mu zawsze wdzięczni.

Ks. Janusz Zań, dziekan z Bełżyc i kolega z roku, z żalem wyliczył, że śp. ks. Wojciech jest już 6 kapłanem spośród 38 z roku święceń, który przeszedł do domu Ojca. - Mimo tego, że chorował, a nawet bardzo cierpiał, nie sądziliśmy, że tak szybko Go pożegnamy. On kochał kapłaństwo, kochał drugiego człowieka. Należał do tych osób, które z dystansem podchodzą do wielu spraw. Miał doskonałe poczucie humoru, był pełen wewnętrznej pogody ducha. Był bardzo lubiany. Będzie nam go brakowało - podkreślał. Ks. Jan Brodziak, dziekan dekanatu michowskiego, podziękował za 8 lat pięknej kapłańskiej pracy w Abramowie i dekanacie. Zapewnił o duchowej łączności i trwałej pamięci.

Śp. ks. Wojciech Szlachetka przez kilka lat był archidiecezjalnym moderatorem Ruchu Światło-Życie. - Ważnym rysem jego kapłańskiej służby było zaangażowanie w sprawy ewangelizacji. Ci, który znali go najlepiej i najbliżej, podkreślali, że jego serce było pochłonięte dziełem ewangelizacji - powiedział ks. Jerzy Krawczyk, obecny moderator Ruchu. - Bardzo troszczył się o formację oazowych kapłanów, zachęcał ich do udziału w rekolekcjach w sercu oazy w Krościenku; dla dzieci i młodzieży stwarzał jak najlepsze warunki na wakacyjne oazy w Bychawce, Słodyczkach k. Zakopanego, a nawet w Rzymie. Z jego inicjatywy przy archikatedrze lubelskiej powstało Centrum Ruchu Światło-Życie. Kochał św. Jana Pawła II i troszczył się, by jak najwięcej młodych osób mogło poznać Ojca Świętego m.in. poprzez udział w papieskich pielgrzymkach i Światowych Dniach Młodzieży - wyliczał moderator. Jak podkreślał, chociaż śp. ks. Wojciech podejmował nowe odpowiedzialności w Kościele w Lublinie i nie był ostatnio bezpośrednio zaangażowany w oazę, zawsze pytał o kondycję ruchu i starał się, by dzieci i młodzież z parafii, w których pracował, mogła kształtować wiarę i charakter w oparciu o ponadczasowy program sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego.

Niezwykłe świadectwo o wierze i odwadze śp. ks. Szlachetki dał ks. prał. Józef Dziduch, jego katecheta z czasów szkolnych. Gdy był wikarym w Kraczewicach, wówczas Poniatowa nie miała jeszcze swojej parafii, młody Wojciech był uczniem w miejscowym liceum. To były czasy, gdy w szkołach nie było religii, ani krzyży. - Wojtek zainicjował powieszenie krzyża w klasie. Sam go wykonał, wystrugał figurkę Pana Jezusa i w tajemnicy przyniósł do mnie, abym poświęcił. Krzyż zabrał ze sobą do szkoły i przy akceptacji wszystkich kolegów powiesił w klasie. Tej akcji towarzyszył niepokój ze strony nauczycieli i dyrekcji, ale ostatecznie uczniowie obronili krzyż. Watro o tym pamiętać, że to za sprawą Wojtka w liceum w Poniatowej pojawił się pierwszy krzyż - wspominał ksiądz prałat. - To wydarzenie już wówczas wskazywało, jakim człowiekiem jest i będzie Wojtek - podkreślał.

Ks. Jerzy Wesołowski, proboszcz z Kraczewic, przywołując artystyczne zainteresowania śp. ks. Wojciecha, przypomniał, że przed laty to właśnie on z ekipą konserwatorów odnowił kościół w rodzinnej parafii. - Śp. ks. Szlachetka był z tą ziemią mocno związany. Często głosił tu słowo Boże, udzielał sakramentów, interesował się parafią. Bardzo cieszył się z obchodzonego w tym roku 100-lecia parafii w Kraczewicach i wyrażał pragnienie uczestnictwa w jubileuszowych uroczystościach - dzielił się proboszcz. - Nosiłeś nazwisko Szlachetka i byłeś szlachetnym człowiekiem, kapłanem według Bożego serca - podkreślał ks. Wesołowski. Proboszcz zaprosił wiernych do udziału w Mszy św. w intencji śp. ks. Wojciecha, która będzie sprawowana w kościele Kraczewicach 30 lipca o godz. 17.30.

Śp. ks. Wojciech Szlachetka, kanonik honorowy Kapituły Lubelskiej, urodził się 20 kwietnia 1963 r. w Poniatowej. Święcenia prezbiteratu przyjął 12 grudnia 1987 r. w Lublinie. Podczas niespełna 33-letniej kapłańskiej służby pracował w Markuszowie, Lublinie, Sernikach, Wólce i Abramowie. Był m.in. archidiecezjalnym moderatorem Ruchu Światło-Życie, dyrektorem Muzeum Archidiecezjalnego i Ośrodka Renowacji Dzieł Sztuki, kapelanem szpitala PSK 1 w Lublinie i domów pomocy społecznej oraz duszpasterzem rolników i mieszkańców wsi. Zmarł 30 czerwca 2020 r.

CZYTAJ DALEJ

Uratowali dla przyszłych pokoleń

2020-07-06 23:10

Łukasz Michalak

Tkaniny zdobiące ściany kapitularza Krakowskiej Kapituły Katedralnej odzyskały pierwotne piękno! Realizatorem projektu UPJPII. 6 VII 2020

6 lipca 20202 r.  - ten dzień trzeba zapamiętać! Nastąpił finalny odbiór trwających trzy lata prac konserwatorskich, których zadaniem było uratowanie przed całkowitą degradacją obić ściennych reprezentacyjnego pomieszczenia w katedrze na Wawelu.

Próby ratowania zabytkowych tkanin przez lata nie przynosiły większego efektu. Dopiero otwarty trzy lata temu projekt dał szansę zachowania obiektu. Dzięki finansom Unii Europejskiej, wkładowi Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, który stał się jego beneficjentem oraz pomocy Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa dziś można mówić o wielkim sukcesie!

Nad realizacją projektu czuwała dr Natalia Krupa z Wydziału Historii i Dziedzictwa Kulturowego UPJPII, pracę specjalistów z Krakowa, Warszawy, Wrocławia organizowała Sabina Szkodlarska, nadzorem konserwatorskim zamierzenie ze strony UPJPII objęła Anna Drzewiecka.

Już na pierwszym etapie prac – badań od strony historycznej spotkano się z wielkim zaskoczeniem. Obicia ścian okazały się historycznie starsze niż uprzednio przypuszczano. Datowano je bliżej XVIII wieku, a pochodzenia upatrywano na Bliskim Wschodzie. Zespół Archiwum Krakowskiej Kapituły Katedralnej podjął się zrekonstruowania historii pomieszczenia i tkanin. Kompozycja wzorów, naleciałości stylowe, naśladownictwo układów kompozycyjnych pochodzących z okresu renesansu z II poł. XVI wieku pozwoliły określić wiek tkanin na początek XVII stulecia. Prace badawcze ukazały też, że jest to dzieło włoskie, weneckie. Trudno jednak je z jakimikolwiek porównać, takie same nie są znane!

- To, że pochodzą z takiego źródła nałożyło na konserwatorki tkanin jeszcze większe zobowiązanie – mówi ks. prof. dr hab. Jacek Urban, dziekan Krakowskiej Kapituły Katedralnej – dzięki melanżowi zainteresowanych tym pomieszczeniem stron (UE, UPJPII, SKOZK) udało się ten cały proces przeprowadzić… To pomieszczenie jest używane zgodnie z jego założeniem najwyżej kilkanaście razy w roku. Tu spotyka się kapituła, udostępniane jest w celach badawczych studentom polskim i zagranicznym, ks. proboszcz spotyka się tu z pracownikami katedry. Na co dzień bywają tu jedynie pracownicy Archiwum…

Od dłuższego czasu miejsce jedwabnych, zdobnych, zabytkowych obić zastępował współczesny len. Trzy lata pracy to także przeanalizowanie remontów kapitularza na przestrzeni lat czemu służyła także istniejąca dokumentacja fotograficzna, świadcząca, podobnie jak analiza ścian pod tkaninami, o wielu remontach, przebudowaniach, choćby zmianach ogrzewania, które nie służyły tkaninom obiciowym.

- Ukazały nam się prace konserwatorskie niestety o różnym stopniu profesjonalizmu, wtedy dopiero mogliśmy zaobserwować stopień zniszczeń faktyczny. Pod odjęciu dawnych napraw, cerowań, przeszyć okazało się, że obiekt jest w 80% stopniach zniszczony, z ubytkami całkowitymi, ze zniszczonymi osłonami, z wykruszonymi fragmentami wątków. Musieliśmy podjąć decyzję jak ten program naprawczy poprowadzić, by tkaniny mogły wrócić na ściany. Zadecydowaliśmy później, by przy instalowaniu tych tkanin były one od siebie niezależne, jako układane panele, a każdy wykonany na osobnym krośnie. Tym samym pozyskaliśmy efekt na kształt ekspozycji muzealnej. To daje też możliwość zareagowania w każdej chwili, gdyby z czasem cokolwiek mogło się przydarzyć jakiemuś fragmentowi obić - mówi dr Natalia Krupa, kierownik projektu.

Konserwatorki intensywnie pracowały dwa lata.

- Taki fragmencik, ot 10 centymetrów – pokazuje Sabina Szkodlarska – to parę dni pracy, niezwykle precyzyjnej. Podziwiam cierpliwość, wytrwałość konserwatorek. Większość odbywała się w Pracowni Konserwacji Tkanin Zabytkowych UPJPII, pozostałe panie pracowały w swoich pracowniach. One pracowali nad jedną sprawą w wielu miejscach. Podziwiam.

W pracowni UPJPII przeprowadzane były badania techniki wykonania i technologii.

- W pracowni na UPJPII dysponujemy bardzo nowoczesnym sprzętem – mówi dr Natalia Krupa - m.in. zautomatyzowanym mikroskopem cyfrowym z oprogramowaniem 3D, co bardzo dokładnie pozwoliło zdiagnozować stan zachowania tkanin, a przy usuwaniu każdej z warstw aparat cyfrowy na sliderze nad stanowiskiem pracy konserwatorów pozwalał na rejestrowanie wszystkich elementów prac w czasie.

- Mimo tak ogromnych zniszczeń chcieliśmy by była to jednak konserwacja a nie retusz estetyczny. Jestem pełna podziwu dla pań, które się tym zajmowały, bo to ogromna praca…a efekt jest fantastyczny. Tkaniny są dobrze zabezpieczone, należy teraz, co jest sprawą kluczową, ochrona tego wnętrza, by zapewnić stabilne warunki mikroklimatyczne, jest to w trakcie badań - podkreśla Anna Drzewiecka.

- My od dziesiątków lat jesteśmy przekonani, że tu jest mikroklimat, dlatego, że tu znakomicie się zachowują zarówno skóra, pergamin, papier, klisza fotograficzna. A przecież każde z nich potrzebuje innych warunków. Dlatego tu wykonaliśmy jakiś czas temu szafy na te archiwalia, które nie czują się dobrze w innych pomieszczeniach Archiwum. W tym wyjątkowym miejscu, będąc obok siebie, nic złego im się nie dzieje - dodaje ks. prof. Jacek Urban, przekonany, że dziś jest prawdziwie wielki dzień.

Część historii udało się przebadać, przywrócić jej świetność, uratować dla przyszłych pokoleń.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję