Kalendarium bł. Ojca Michała Czartoryskiego
Reklama
Jan Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 r. w Pełkiniach koło Jarosławia. Do 1910 r. pozostawał w domu. Później uczył się w Starej Wsi koło Warszawy.
Na początku I wojny światowej był wcielony na cztery miesiące do wojska austriackiego. Egzamin maturalny w II szkole realnej w Krakowie zdał w 1916 r.
W latach 1917-1926 studiował na Politechnice Lwowskiej. Studia przerwał na czas służby wojskowej i pracy plebiscytowej na Śląsku w latach 1918-1920. W czasach
studenckich był jednym z organizatorów „Odrodzenia” we Lwowie oraz założycielem „Stowarzyszenia Świętego Dominika”, którego zadaniem było organizowanie rekolekcji
zamkniętych. W roku akademickim 1926/27 studiował w seminarium duchownym obrządku łacińskiego we Lwowie. Jan Czartoryski wstąpił do dominikanów i 18 września
1927 r. przyjął habit tego zakonu razem z imieniem Michał. Śluby wieczyste złożył 25 września 1931 r., święcenia kapłańskie otrzymał 20 grudnia 1931 r. Mianowano go w 1933 r.
magistrem nowicjatu w Krakowie, w 1936 r. kierownikiem budowy klasztoru w Warszawie na Służewie, w 1937 r. w tym samym klasztorze magistrem
studentatu. Przed wybuchem wojny ponownie skierowano go do Krakowa, mianowano magistrem nowicjatu i studentatu. Wiosną 1944 r. po zwolnieniu z funkcji wychowawcy kleryków, skierowano
do klasztoru na Służewie pod Warszawą. Powstanie Warszawskie zastało go na Powiślu. Wtedy został kapelanem powstańców i duszpasterzem ludności cywilnej. 6 września 1944 r. na Powiśle wkroczyli
Niemcy. O. Michał Czartoryski OP, pozostał z rannymi powstańcami nie nadającymi się z powodu ran do ewakuacji. Razem z nimi został zamordowany. Za heroizm służby
bliźniemu, Papież Jan Paweł II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie zaliczył go w poczet Błogosławionych razem z innymi męczennikami II wojny światowej.
Pokolenie bł. Michała Czartoryskiego OP było wygłodniałe i spragnione własnego państwa. Z jednej strony Polacy niezatartą jeszcze mieli w pamięci przynależność do wielkiej własnej Rzeczypospolitej, z drugiej doskwierała im nieraz upokarzająca podległość państwom stworzonym i kierowanym przez obce nacje. To wszystko wzbudzało odruch buntu i nieustanne oczekiwanie na zmianę sytuacji. „Wybuch Polski” w 1918 r. uskrzydlał naród do wszelakich ofiar na rzecz obrony i utrzymania własnego państwa. Przykładem takiej postawy jest list Jana Czartoryskiego, późniejszego o. Michała, pisany z wojska do matki Jadwigi Czartoryskiej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Lwów, 17 IV 1919 r.
Droga Mamo!
Zbliżają się Święta Wielkanocne, które poprzedzone Wielkim Tygodniem zawsze wywierały na moją duszę silne wrażenie, a które zawsze spędzaliśmy dotąd razem. A tegoroczne Święta
Zmartwychwstania Pańskiego są pierwsze w Zmartwychwstałej Polsce!
I te właśnie Święta będę spędzał osobno, nie razem z Wami. Mimo to jednak nie czuję żadnego przykrego smutku, który bym czuł, gdyby nas rozdzieliły jakieś głupie okoliczności, lub jakiś
przypadek, przed którym czułoby się niemoc, lub gdybym nawet miał czas choć na krótko przyjechać do domu - a nie mógł.
Dziś jestem na pierwszej służbie Ojczyzny. I ta właśnie służba, która prawie w każdym szczególe, jest dla mnie świętą, trzyma mnie od Was z dala - że ta właśnie
służba nas dzieli - czuję się dumnym. Niech nam wystarczą myśli i uczucia wzajemne, które z pewnością będą gorące. A w chwili, gdy Mama jajkiem się będzie
dzielić - wiem, że nie zapomni o mnie, a nasze życzenia, które bez słów zwykle wyrażaliśmy sobie, nie stracą na wartości, bo odległości myśl nie zna. Nie mogę napisać tych
dwóch słów tradycyjnych, ale nie są one u mnie banalne, oznaczają tę prawdziwą radość, to podniesienie ducha, które chyba każdy wierzący odczuwa i w pełni na nich używa,
a w pierwszej chwili, gdy usłyszy te, niesłychaną moc mające słowa: „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Otóż z wszystkimi Wami Kochanymi się łączę i życzę:
„Wesołych Świąt”.
Robotę mam teraz podwójną, bo drugi i jednoroczny pojechał na kilkanaście dni do Warszawy i wróci po świętach. Wskutek tego jestem jeszcze bardziej przykuty do kancelarii.
Mimo, że tę służbę gorliwie pełnię, chętnie i z przyjemnością (choć z wyjątkami), nie mogę się doczekać przeniesienia do W. choć tam będzie ciężej, bo praca umysłowa;
jest ona moim obowiązkiem, a teraz tu całkiem wykluczona. Kończę, bo b. już późno.
Jaś
Po czasach gotowości do walki i poświęcenia własnego życia na rzecz powstającej ojczyzny, przyszedł moment dźwigania z ruin, ożywiania z martwoty, odnawiania i sklejania
tego wszystkiego, o co się z zapałem walczyło.
Wielkość narodu mierzy się właśnie sukcesami z tego drugiego okresu. Teraz nie wystarczy się uporać z obcą, wrogą nacją. Teraz wróg jest inny i inne ma imię: zachłanność,
pieniactwo, „słomiany zapał”, brak kompetencji tych, którzy dorwali się do władzy i ich demoralizacja. O zjawiskach społeczno-politycznych, gospodarczych pojawiających
się w nowym państwie, oczywiście dyskutowano w rodzinie Czartoryskich z Pełkiń. Linię postępowania wytyczył o. Michał - dominikanin. Nim ją przekazał ojcu księciu
Witoldowi - streścił ją w swoim notatniku.
10.10.1929
Ojcu napisać, że źródłem i mocą dla wprowadzenia w życie zasad etyki katolickiej jest Wiara. Wiary żywej nie podobna utrzymać bez modlitwy. Ważność wspólnej (a choćby takiej
samej) modlitwy.
Prawdomówność;
Uczciwość w interesach;
Dotrzymywanie słowa;
Sprawiedliwość i słuszność;
Przeciwników miłować;
Odwaga przekonań.
Polakom nie było dane zbyt długo cieszyć się swoją niepodległą Ojczyzną. Daleko im też było do stworzenia państwa prawa i sprawiedliwości społecznej. Rozpoczęta w 1939 r. II
wojna światowa dla Polski była inna niż wszystkie dotychczasowe. Najeźdźcom nie chodziło tylko o zdobycie terytoriów czy zwykłych łupów. Założyli i precyzyjnie wykonywali plan eksterminacji
ludności żyjącej nad Wisłą. Aresztowania, egzekucje, tortury, wywózki do obozów zagłady i na Syberię stały się tu codziennością. Tych, których nie objęły jeszcze tryby zagłady, niszczył głód,
zimno, epidemie. Wielu obserwując rozszalałe piekło, traciło wiarę w istnienie Boga i w Jego Miłosierdzie. Czasy wielkiej próby dla obywateli państwa polskiego i Kościoła
polskiego wydały jednak wielu, którzy przy Bogu trwali i byli wsparciem dla swych braci.
O. Michał Czartoryski OP, pisał do swej rodzonej siostry Marii Weroniki (Anny) Czartoryskiej (1891-1951), wizytki w Warszawie:
Kraków, 29.10.1939
Droga i Kochana Siostro!
...
Z wielkim przejęciem, ale też w duchu Bożym czytałem wiadomości o Waszych przeżyciach i okropnościach. Przypominam sobie jak to św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła,
że nie tego Bóg kocha komu dużo daje, ale tego od kogo wiele żąda. To też jest wielkie dobrodziejstwo, że Bóg nie żądał od Was tyle, abyście znieść nie mogły - a przecież wiele. Nie jesteśmy
w stanie, bo ludźmi jesteśmy, podejmować każdą ofiarę, aby była tak świadoma i ze zrozumieniem aktualnym czyniona - jak wtedy, kiedy mamy czas i spokój
i codzienne życie koło siebie. Trzeba pamiętać, że miłość Boża i gotowość do ofiary, nie odwołana, ma swoją pełną wartość, choć zewnętrzne niebezpieczeństwo i przewrót
wszystkiego odbiera nam ten normalny stan, w którym nauczyliśmy się składać codzienne ofiary. To tak ważne umieć w takich wyjątkowych chwilach zgodzić się na ich wyjątkowość i nie
raz tylko raz po raz wzbudzać akty miłości, ofiary, zgody z wolą Bożą itd. Bóg doskonale wie, że na normalne skupienie nas nie stać i właśnie to jest mu miłe i tego wymaga.
Może najtrudniej w okresach, kiedy napięcie minie, kiedy przyjdzie fala refleksji, obawy, braku ufności, cichej odwagi itd. Wtedy trzeba niekoniecznie starać się o powrót do normalnych
stosunków, kiedy był spokój i wypoczęcie - tylko stosować się do tych nowych warunków - znowu aktami krótkimi, strzelistymi, starać się o nastrój miłości, ofiary, gotowości
na wszystko. - Kiedy „ciało mdłe”, to nie trzeba się temu dziwić, ani go popędzać - ale właśnie dać mu wypocząć po Bożemu. I to jest doświadczenie Boże, któremu trzeba
się poddać - ale duchem nie upaść - nie pozwalać, aby napięcie nerwów, czy ich nieporządne zaabsorbowanie, czy też ich opadnięcie i nie działanie - nie mąciło ducha miłości,
gotowości, poddania, pokory i ofiary. Tak cudowna rzecz to dziecięctwo duchowe. To poczucie maleńkości przed Panem Jezusem, przez prostotę i rzewność przed Nim, przez całkowite oddanie
się Jemu we wszystkim. (Mówię o tym naszym siostrom na Gródku).
To wielka jest pomoc i wartość w naszym życiu, aby umieć zająć całą duszę naszą wielkimi sprawami Bożymi (a nie drobiazgami swoimi własnymi) i w nich
trwać. To daje moc i podtrzymanie w chwilach trudnych, a zwłaszcza, gdy siły duchowe i fizyczne opadają.