Po ciężkiej i długiej pracy związanej ze żniwami radość ludzka była ogromna. Kończył się czas całodziennego pobytu na polu, w żarze letniego słońca, ręce kosiarzy były obolałe od kosy, kobiet od podbierania zboża i kręcenia powrósła. Wszystko pod presją czasu, aby zdążyć przed deszczem lub letnią burzą, która mogła położyć zboże lub uszkodzić kłosy. Gdy nadszedł więc wreszcie upragniony koniec żniwowania, świętowała cała wieś. Śpiewano i tańczono tam gdzie były dwory, włościanie organizowali dla pracujących, przygotowując dla wszystkich obfity poczęstunek – tak zwane okrężne. Młodzi chłopcy i dziewczyny tworzyli ze zboża na drewnianym stelażu wieniec żniwny przyozdobiony kwiatami i owocami, i szli z innymi robotnikami pod drzwi dworu, aby oznajmić uroczyście zakończenie robót w polu. Wówczas zadowoleni właściciele dworu zapraszali na ucztę, która trwała do rana.
Reklama
Choć nie ma już włościan, a każdy rolnik sam uprawia swoją ziemię to wiele zwyczajów z przeszłości w lekko zmienionej formie przetrwało do dziś. Podobna jest radość, podobne wieńce dożynkowe w kształcie tradycyjnej korony, podobne świętowanie. Każdy się też zgodzi z tym, że pomimo dostępności maszyn i urządzeń rolniczych nadal żniwa to wyjątkowy czas w ciągu mijających pór roku. Głęboko zakorzeniony i przekazywany z pokolenia na pokolenie szacunek do zboża i chleba nadal w nas – mieszkańcach wsi jest.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Chleb – to słowo zawiera sobie świętość i codzienność. W naszej tradycji był najważniejszym elementem pożywienia, obdarzany niezwykłym szacunkiem i czcią. W kulturze polskiej jest wiele powiedzeń związanych z chlebem i wiele obrzędów – choćby witanie młodej pary chlebem i solą, czy świecenie chleba w koszyczkach wielkanocnych. Samo wytwarzanie chleba i jego wypiek też miał swój szczególny rytuał. Pieczono go tylko raz w tygodniu, zwykle w sobotę, a w najbiedniejszych chatach nawet raz w miesiącu. Zaczynano skoro świt, przynoszono wodę ze studni, drewno do pieca chlebowego, wyjmowano z komory nieckę z zakwasem z poprzedniego pieczenia, celowo zostawionym. Widziałam takie pieczenie chleba kiedyś na wycieczce szkolnej w Muzeum Wsi Lubelskiej – pamiętam niepowtarzalny smak ciasta i zapach dymu. Jednak dopiero wiele lat później upiekłam chleb sama i nauczył mnie tego mój świętej pamięci teść, który był piekarzem.
Najważniejszy jest zakwas – musi być „żywy”. Od pieczenia do pieczenia przechowywany już nie w niecce, a w słoiku, w chłodnym i ciemnym miejscu. Dzień przed pieczeniem chleba wylewam go do dużej miski, podlewam ciepłą wodą i dokarmiam mąką żytnią. Zakwas nie lubi żadnych narzędzi – trzeba powoli mieszać go ręką bo ogrzewa się wtedy naszym ciepłem. Robi się to dość długo, aż mąka ładnie się połączy i wtedy odstawia na całą noc, koniecznie nakrywając ściereczką. Rano następnego dnia trzeba wstać, ubrać się, uczesać, koniecznie włosy zasłonić chustką i iść do zakwasu (od tego momentu rozpoczęcia procesu, dawniej wierzono, że kobieta nie może usiąść bo i chleb w piecu siądzie). Miskę stawiamy na stole i sprawdzamy czy zakwas pracuje (czyli czy pojawiły się pęcherzyki powietrza na jego powierzchni). Znów dolewamy kubek wody ciepłej i sypiemy mąkę (kto jaką miał w domu taką sypał, najbiedniejsi poślednią czy razowa, najbogatsi białą, pszenną). Dodajemy też dużą łyżkę soli, bo bez soli chleb nie smakuje... Znowu długo dłonią wyrabiamy ciasto aż będzie dość gęste. Jeżeli trzeba dolewamy wody, jeżeli trzeba dosypujemy mąki – jak to mój teść mawiał: „pod ręką wyczujesz, ciasto samo Ci powie”. I tak zamieszane ciasto odstawiamy w misce do wyrośnięcia. Koniecznie nakrywając ściereczką. Trzeba też było pamiętać, aby wszystkie okna i drzwi były zamknięte, bo ciasto nie znosi przeciągów. Czas na przygotowanie pieca chlebowego...trzeba nanieść drewna i dość długie polana poukładać ciasno od podłogi po sufit. Rozrąbać skałki lub szczypy i rozpalić. Czasem przy tym rozpalaniu sypało się odrobinę mąki na drewno lub żar, aby obłaskawić ogień, żeby dobrze piec nagrzał i wyszedł dobry chleb. W piecu pali się bardzo długo, ponad dwie godziny do trzech nawet, żar trzeba równomiernie rozłożyć na całym piecu i pilnować, żeby drzwiczki nie były całkiem zamknięte, a lekko uchylone aby zapewnić stały dopływ tlenu. Podczas gdy w piecu zaczęło się już dość dobrze palić i żar obejmował cały piec, jeszcze raz trzeba wrócić do ciasta chlebowego. Nie dolewamy już wody tylko podsypujemy stolnice lub blat mąką i zagniatamy kule ciasta – tyle co na jeden bochen chleba. Zagniatanie musi być długie i miarowe, aby jak najwięcej powietrza wcisnąć w ciasto. Gdy wszystkie bochenki chleba będą już w swoich formach albo zwyczajnie na desce, trzeba je znów nakryć ściereczką do wyrośnięcia. Chleb rośnie i czeka, aż piec będzie gotowy, czasem nawet 1,5 – 2 godziny. Jak w piecu wypali się żar z drewna wyciągamy wszystkie resztki i wymiatamy piec. Trzeba to robić sprawnie aby nie wystudzić pieca! Do wygarniania resztek z pieca służy kociuba, a do wymiatania omiotka na kiju. Gdy piec jest gotowy, bierze się jeden bochen chleba, kładzie na łopacie i smaruje ręką po wierzchu, zwykłą, zimną wodą i wkłada do pieca na minimum godzinę, czasem dłużej... Gdy wszystkie bochenki chleba zostały umieszczone w piecu, kobieta rozpoczynała sprzątanie. Najpierw dokładnie polewała nieckę i czyściła ją z resztek ciasta. Z zebranej masy często formowała placki które dopiekały się w piecu lub smażyły na fajerkach. Sprzątała stół i ławy. Następnie rozkładała czyste, białe płótno aby ułożyć na nim chleb po upieczeniu. Zapach roznosił się nie tylko po izbie, ale po całym obejściu. Czasem wyczulone, głodne nosy dzieci wyczuwały ten zapach, na pobliskich łąkach przy pasieniu krów... Gdy chleb się upiekł, kładziono go na stole i czekano, aż ostygnie. Białe płótno i ta chwila oczekiwania było niczym święto w każdym domu. Najczęściej krojono chleb dopiero w niedzielę, po kościele. Kobieta brała bochen do rąk, robiła znak krzyża i pierwszą, największa kromkę otrzymywał mąż – jako głowa rodziny. Później inni dorośli, a na końcu dzieci. Reszta chleba była zawijana w kawałki płótna i chowana do komory, często wysoko, tak aby nie dostały się do niego dzieci. Chleb był wytęskniony, wyczekany, wypachniony... „Chleba naszego, powszedniego daj nam dziś Panie!”
