Robert Chmiel, były już prezes łukowskich krwiodawców, do dziś wspomina moment, od którego wszystko się rozpoczęło. Zwykła reklama zachęcająca do oddawania krwi, rozmowa z lekarzem, a potem spotkanie ze śp. ks. Markiem Sobiłło. – Kiedy przyznał, że sam oddaje krew, wiedziałem, że coś z tego będzie – opowiada z uśmiechem. Do tego dołączył jeszcze wójt Stanisław Kozyra i tak narodziło się dzieło, które dziś stało się jednym z najpiękniejszych znaków rozpoznawczych całej gminy.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że w Łukowej krwiodawstwo nie zatrzymało się na pokoleniu założycieli. Ono zaczęło żyć własnym życiem. Dzieci przychodziły z rodzicami na kolejne akcje, obserwowały ich, dorastały i po latach same usiadły na fotelu dawcy. Trudno o piękniejszy obraz wychowania niż taki, w którym dobro nie jest teorią, lecz codziennym doświadczeniem wyniesionym z domu. To właśnie dlatego kolejne akcje poboru krwi bardziej przypominają rodzinne spotkania niż medyczne wydarzenia. Nie ma tu anonimowości. Są znajome twarze, rozmowy, życzliwość i przekonanie, że każdy robi coś ważnego. Nikt nie pyta, komu pomoże jego krew. Wystarcza świadomość, że komuś uratuje zdrowie albo życie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
O tym, jak ogromne znaczenie ma ta pomoc, przypomina Anna Mika z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. – Każda ilość pobranej krwi, każdy dawca jest bezcenny – podkreśla. Dodaje również, że dzięki mieszkańcom Łukowej szpitale mogą spokojniej planować zabiegi, a szczególnie cenne okazują się rzadkie grupy krwi Rh ujemne, których niemal zawsze brakuje w bankach krwi. To pokazuje, że oddanie krwi nie jest jedynie pięknym gestem. To bardzo konkretna odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Tegoroczny jubileusz miał jeszcze jeden, niezwykle symboliczny wymiar. Był okazją do podziękowania ks. kan. Waldemarowi Kostrubcowi, który przez lata zachęcał mieszkańców do udziału w akcjach. W świecie, w którym często mówi się o kryzysie autorytetów, taka cicha, konsekwentna praca okazuje się bezcenna. To właśnie dzięki niej kolejne osoby odważyły się zrobić pierwszy krok.
Jednocześnie zakończyła się pewna epoka. Po dziewiętnastu latach funkcję prezesa klubu przekazał Robert Chmiel, człowiek, bez którego trudno wyobrazić sobie historię łukowskiego krwiodawstwa. Stery przejął Daniel Dziduch. To naturalna zmiana, ale także znak, że dobro nie może być związane z jednym nazwiskiem. Ono musi być przekazywane dalej.
Bo przecież krew ma niezwykłą właściwość. Krąży w ludzkim organizmie, podtrzymując życie. A kiedy zostaje oddana drugiemu człowiekowi, zaczyna krążyć także między ludźmi jako znak solidarności. I chyba właśnie dlatego w Łukowej od dziewiętnastu lat nie oddaje się jedynie krwi. Daje się nadzieję.
