Reklama

Jan Paweł II

Rodzina - wielki temat Karola Wojtyły

Jan Paweł II od czasów wczesnego kapłaństwa poświęcił się refleksji o miłości, małżeństwie i rodzinie. On, który w wieku 9 lat stracił matkę, a jako 21-latek nie miał już nikogo z najbliższych, także jako biskup krakowski a następnie papież poświęcił sprawie rodziny szczególnie wiele uwagi. Ta fascynacja, nie zawsze rozumiana i akceptowana przez świat trwała przez cały pontyfikat. Pod hasłem "Jan Paweł II – Patron Rodziny" w niedzielę 11 października obchodzony będzie XV Dzień Papieski.

[ TEMATY ]

rodzina

Robert Kneschke/Fotolia.com

Miłować ludzką miłość

Sam Papież przyzna w rozmowie z wybitnym francuskim intelektualistą André Frossardem: "Miłość ludzka: narzeczeńska, małżeńska, rodzicielska, stała się w związku z całym doświadczeniem mojego życia - naprzód wyboru własnej drogi, a potem towarzyszenia ludziom, którzy wybierali inną drogę - szczególnym tematem mojej refleksji, tematem wielu wypowiedzi. Tak było dawniej - i tak jest również teraz. Jest to wielki temat, którym poniekąd nie przestaje się zajmować".

Szczególne zainteresowanie Karola Wojtyły sprawami ludzkiej miłości sięga początków jego kapłaństwa. "Jako młody kapłan nauczyłem się miłować ludzką miłość" - wyzna po latach. Zaczęło się w parafii św. Floriana w Krakowie dokąd przybył w marcu 1949 roku. Prowadził katechezy dla studentów i przygotowywał młode pary do małżeństwa. "Jako kapłan i duszpasterz byłem zawsze szczególnie blisko związany z ludźmi młodymi, chłopcami i dziewczętami, którzy wzajemnie znajdowali siebie, dokonywali wyboru, zakładali rodziny - wspomni już jako Papież. - Błogosławiłem ich małżeństwa ale przedtem starałem się ich do tego sakramentu przygotować. Mieli do mnie zaufanie. Rozmawialiśmy wiele i o wszystkim. W tym duchu przeżywałem z nimi ich młode ojcostwo i macierzyństwo. Udzielałem chrztu dzieciom, które przychodziły na świat".

Reklama

Czy jednak sam Karol Wojtyła nim zdecydował się na kapłaństwo, nigdy nie myślał o małżeństwie? To pytanie zadał Papieżowi Frossard zaintrygowany scenami Jana Pawła II przytulającego dzieci. "Odpowiem krótko: więcej w tej dziedzinie doznałem Łaski niż musiałam stoczyć walki. Pewnego dnia stało się dla mnie sprawą wewnętrznie oczywistą, że życie moje nie spełni się w tej miłości, której piękno skądinąd zawsze odczuwałem".

Miłość odpowiedzialna

Na początku lat 50. zaczyna powstawać tzw. Rodzinka, grupa studentów nad którą ks. Wojtyła sprawuje szczególną pieczę. Katechezy i dyskusje prowadzone przy kościele, na wycieczkach górskich i podczas spływów kajakowych dotyczą kwestii filozoficznych, religijnych, moralnych. Młodzi ludzie stają się dla ks. Wojtyły swoistym laboratorium w jego pracy duszpasterskiej i naukowej szczególnie skoncentrowanej na kwestii ludzkiej miłości. Pierwszymi czytelnikami pisanej wówczas książki "Miłość i odpowiedzialność" są uczestnicy spływu kajakowego - zaprzyjaźnieni z ks. Wojtyłą młodzi małżonkowie oraz ci, którzy dopiero myślą o wspólnej przyszłości. Atmosfera tych spotkań była bardzo otwarta, szczera i nie pozbawiona humoru.

Reklama

"Miłość i odpowiedzialność" wyrosła na doświadczeniach akademickiego duszpasterza i spowiednika młodzieży. Był on przekonany, że kościelna etyka seksualna wymaga prezentacji i rozwinięcia, także dlatego, że - w powszechnym odbiorze - Kościół koncentruje się na zakazach. Natomiast ks. Wojtyła pragnął raczej uzasadniać, tłumaczyć i wyjaśniać. Książka o miłości odpowiedzialnej podejmowała m.in. kwestie prokreacji podkreślając, że godziwa moralnie regulacja poczęć winna opierać się na wykorzystaniu naturalnego cyklu płodności z wykluczeniem środków mechanicznych czy chemicznych. Autor "Miłości i odpowiedzialności" nie pisze, że jest to łatwa nauka, przeciwnie, podkreśla iż wymaga poświęcenia a nawet heroizmu. Dyskusje były gorące. Także dlatego, że w plenerowych dyskusjach nad "Miłością i odpowiedzialnością" uczestniczyły nie tylko osoby akceptujące katolicką wykładnię małżeńskiej moralności ale też młodzi ludzie, których związek z Kościołem był bardzo luźny.

Z drugiej strony tezy "Miłości i odpowiedzialności" wywołały niezadowolenie części teologów katolickich, włącznie z krytyką ks. Wojtyły na łamach prasy katolickiej. W tamtych przedsoborowych latach czymś nader odważnym na gruncie Kościoła było podkreślenie, iż obok prokreacji, elementem budującym więź małżeńską jest miłość cielesna. Ekspresja seksualna - pisze autor "Miłości i odpowiedzialności" - ma pogłębić relację między małżonkami, do czego przyczynia się dar przyjemności. Właśnie "prawo daru" stanie się jednym z podstawowych sformułowań Karola Wojtyły. Będzie się nim posługiwał przy opisywaniu różnych sfer ludzkiego życia. Lektura "Miłości i odpowiedzialności" podsycała ciekawość skąd młody kapłan czerpie tak wszechstronną wiedzę o wszelkich aspektach miłości: nie tylko jej wymiarze duchowym, uczuciowym ale i całej sferze biologiczno-fizjologicznej. Wszelkie wątpliwości rozwiewa sam autor pisząc we wstępie o praktyce spowiednika oraz spotkaniach z młodymi ludźmi. "On żył tymi problemami - mówi prof. Jerzy Gałkowski z KUL, uczestnik wakacyjnych wypadów z ks. Wojtyłą. - Ponieważ młodzi ludzie tak bardzo żyją miłością, więc on także żył miłością tych młodych".

Znak sprzeciwu

Wykłady, które ks. Wojtyła prowadził na KUL od 1957 roku koncentrowały się wokół etyki seksualnej. Zamiar kontynuowania tej problematyki na uniwersytecie w Louvain w Belgii uniemożliwiły władze odmawiając ks. Wojtyle paszportu. Fascynacje Karola Wojtyły owocują jednak nie tylko wykładami i tekstami naukowymi. W tym samym roku co "Miłość i odpowiedzialność" ukazuje się jego dramat "Przed sklepem jubilera. Medytacja o sakramencie małżeństwa". Należąca do kręgu ks. Karola znana dziś publicystka Halina Bortnowska podkreśla, że utwory literackie ks. Wojtyły odzwierciedlały jego spojrzenie na młodzież z punktu widzenia duszpasterza.

W latach, gdy bp Wojtyła rozwija i pogłębia swoje nauczanie o miłości, małżeństwie i rodzinie, świat Zachodu - w miarę postępującego dobrobytu - coraz wyraźniej objawia niechęć wobec nauki Kościoła o czystości przedmałżeńskiej, nierozerwalności małżeństwa i prokreacji. Nauka ta zostaje jednoznacznie potwierdzona przez II Sobór Watykański, w którym uczestniczy także bp Wojtyła. Kontestacja osiąga apogeum podczas rewolty, jaka przetoczyła się w 1968 roku przez Paryż i przez amerykańskie uniwersytety. Ośmieszona zostaje propagowana przez Kościół etyka seksualna, zaś gloryfikowana "wolna miłość" bez obciążeń i zobowiązań. Proaborcyjne lobby staje się coraz silniejsze. W lipcu 1968 roku ukazuje się encyklika Pawła VI "Humanae vitae" - o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego. Encyklika idzie pod prąd coraz silniejszym tendencjom zachodniego świata i opowiada się jednoznacznie przeciwko przerywaniu ciąży i za regulowaniem poczęć wyłącznie w oparciu o naturalny rytm płodności. Przygotowując encyklikę Paweł VI konsultował się m.in. z grupą polskich teologów, wśród których był oczywiście biskup Wojtyła, autor "Miłości i odpowiedzialności". Podobnie jak on w swej książce, tak Paweł VI w encyklice pisze, że nauka ta może wydać się trudna a nawet niemożliwa do zaakceptowania. Zwraca uwagę na mocną proaborcyjną propagandę mass mediów, ale przywołuje ewangeliczne proroctwo o Chrystusie - iż będzie on znakiem, któremu sprzeciwiać się będą.

Wielka "teologia ciała"

Kiedy Jan Paweł II przybył o Rzymu na konklawe, które w sierpniu 1978 wybierało następcę Pawła VI, miał ze sobą teksty, w których rozwijał i pogłębiał refleksję o ludzkiej miłości. Czy mógł przypuszczać, jak niezwykły użytek przyjdzie mu zrobić z nich już niedługo, że będzie je stopniowo ogłaszał światu jako papież? Opracowywane wówczas teksty to pierwsze katechezy z ogromnego cyklu, w którym Jan Paweł II przedstawi jeden z fenomenów swego pontyfikatu, wielką wizję, którą jego biografowie określą mianem teologii ciała. On, który od wczesnego kapłaństwa pragnie towarzyszyć ludzkiej miłości, już jako papież decyduje się na poświęcenie temu tematowi 130 katechez - co tydzień przez 5 lat!

Najpoważniejszy biograf Jana Pawła II, George Weigel uważa zbiór tych katechez za jedną z najśmielszych od stuleci redefinicji teologii katolickiej. Nauki te zebrane w czterech tomach pt. "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich" stanowią wielowątkową refleksję nad tajemnicą bycia mężczyzną i kobietą, nad miłością, małżeństwem, rodzicielstwem i powoływaniem nowego życia. Powracają tu echa "Miłości i odpowiedzialności", choćby w przywoływaniu kategorii prawa Daru.

Także kard. James F. Stafford, były przewodniczący Papieskiej Rady ds. Świeckich uważa zbiór tych katechez za bezprecedensową kartę w dziejach Kościoła, ale nie łudzi się, że nauki te zostaną natychmiast przyswojone: "Uważam, że współczesny świat lepiej rozumie czy przyswaja nauczanie Ojca Świętego o prawach człowieka, zwłaszcza tych, które odwołują się do sprawiedliwości ekonomicznej i społecznej, niż rozumie jego nauczanie o znaczeniu ludzkiego ciała: to wielkie nauczanie rozpoczęte w roku 1979, a zakończone w 1984. Jest ono prawdopodobnie fundamentalne dla stosunku Kościoła do antropologii kobiety w nadchodzącym stuleciu, w miarę jak Kościół zaczyna pogłębiać swoje rozumienie istoty osoby ludzkiej jako mężczyzny i kobiety. Tak więc antropologia teologiczna Ojca Świętego jego nauczanie o istocie mężczyzny i kobiety nie jest rozumiane. A ono właśnie stanowi według mnie najistotniejszy wkład Jana Pawła II w antropologiczne podstawy Kościoła".

W trzecim roku wygłaszania katechez o mężczyźnie i kobiecie Papież ogłasza adhortację "Familaris consortio" - o zadaniach rodziny w świecie współczesnym. Zdaniem George'a Weigla, jest to ulubiona adhortacja Jana Pawła II. Dwadzieścia lat po "Miłości i odpowiedzialności" powstaje jeszcze bardziej wszechstronna analiza problemów, zagrożeń ale i szans współczesnej rodziny. Tym bardziej, że sytuacja rodziny wydaję się coraz bardziej zagrożona. Jan Paweł II zwraca uwagę na destrukcyjną w tym względzie rolę mediów, wzmagających egoizm i relatywizm. Papież przypomina czym jest małżeńska miłość i odpowiedzialne rodzicielstwo, mówi o odpowiedzialności matki i ojca a także dzieci względem rodziców. Przede wszystkim jednak, bez względu na nazwane zagrożenia, dokument jest wielką pochwałą instytucji rodziny, która ma do wypełnienia ogromne posłannictwo "w państwie ludzkim i Państwie Bożym".

Wolność, która zniewala

Odpowiedzią na wzrastające zagrożenie niekontrolowanych eksperymentów biomedycznych jest wydana w 1987 roku instrukcja Kongregacji Nauki Wiary "Donum vitae" o warunkach przekazywania życia. Dokument przypomina, że "dar ludzkiego życia powinien być podejmowany tylko w małżeństwie poprzez akty właściwe wyłącznie małżonkom, według praw wpisanych w ich osoby i w ich zjednoczenie". Oznacza to m.in. jednoznaczne odrzucenie technik zapłodnienia w probówce.

Papież wiedział, że jego słowa spotykają się często z odrzuceniem i negacją świata, ale od początku pontyfikatu głosił ewangeliczną naukę także na terenie szczególnie trudnym, np. w Stanach Zjednoczonych. 3 października 1979 roku w Filadelfii przypomniał, że wolność "nie może służyć za pretekst do anarchii moralnej, ponieważ każdy przypadek moralny musi być związany z prawdą".

Niespełna rok później Papież odbędzie bezprecedensowy w historii Kościoła dialog z młodzieżą podczas wizyty we Francji. Duża część pytań dotyczyć będzie spraw szczególnie nurtujących młodzież na całym świecie: miłości, etyki seksualnej, aborcji.

Jan Paweł II pamiętając zachętę św. Pawła, głosił naukę "w porę i nie w porę". To samo orędzie o miłości odpowiedzialnej wygłaszał na wszystkich kontynentach. Nauczanie Kościoła w dziedzinie etyki seksualnej i poszanowania życia staje się we współczesnym świecie coraz bardziej niepopularne, ale Papież nie cofał się. Gorzkie słowa kierował nawet do rodaków. Podczas pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski, apelował o właściwe rozumienie wolności, dostrzegał bowiem tendencje do pozbawiania wolności jakichkolwiek kryteriów moralnych. Dlatego 3 czerwca 1991 roku w Kielcach, odchodząc od przygotowanego tekstu, mówił podniesionym głosem: "Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!".

W roku 1988 na fali wzbierających dyskusji o roli kobiety i wzrastającej roli feminizmu Papież ogłosił list apostolski "Mulieris dignitatem" - o powołaniu kobiety. Jest to zdecydowany głos upominający się o właściwy obraz kobiety we współczesnym społeczeństwie. Szerokim echem odbiło się papieskie sformułowanie, w którym wychwala "geniusz" kobiety. Ogromny postęp technologiczny współczesnego świata, pisze papież, może oznaczać awans jednych i marginalizację innych, których potrzeby przestają być dostrzegane. "W tym sensie przede wszystkim nasze czasy oczekują na objawienie się owego "geniuszu kobiety", który zabezpieczy wrażliwość na człowieka w każdej sytuacji: dlatego, że jest człowiekiem!"

Batalia z możnymi tego świata

Tymczasem prawdziwa konfrontacja papieskiej wizji prokreacji z coraz mocniej lansowanymi rozwiązaniami jakie w tej dziedzinie proponowali możni tego świata - miała dopiero nadejść. Jan Paweł II stoczył prawdziwą batalię o to, by nie traktować aborcji jako remedium na przeludnienie świata. W Roku Rodziny w szczególnie dramatyczny sposób upomniał się o jej prawa.

W tygodniach poprzedzających kairską Konferencję ONZ w sprawie Zaludnienia i Rozwoju Jan Paweł II podejmuje szereg kroków mających na celu zminimalizowanie szkodliwej według niego wymowy przygotowywanego dokumentu końcowego. Nie zawahał się wejść w otwartą polemikę z autorami projektu, który - jak napisał Papież w liście do głów państw - przyjął z "bolesnym zaskoczeniem". Papież zaniepokojony jest duchem dokumentu, z którego wynika akceptacja prawa do aborcji bez żadnych ograniczeń. Ponadto - pisze Jan Paweł II - "mamy tu do czynienia z próbą narzucenia wszystkim stylu życia pewnych warstw społeczeństw rozwiniętych, materialnie bogatych i zsekularyzowanych". Papież apeluje do uczestników konferencji o rzetelny namysł nad sprawami "od których zależy wzrost lub rozpad naszych społeczeństw".

Do cierpień duchowych, jakich przysporzył Papieżowi kairski dokument, doszedł ból fizyczny spowodowany upadkiem w łazience i nieudaną do końca operacją stawu biodrowego. Interpretacja tego faktu przez samego papieża jest niezwykle poruszająca. Przed modlitwą "Anioł Pański" 29 maja, Jan Paweł II rozważa "powody" swojego cierpienia: "Dlaczego w tym roku rodziny? Właśnie dlatego, że rodzina jest zagrożona, dlatego że jest atakowana. Papież również musi być atakowany, musi cierpieć, żeby każda rodzina i cały świat zobaczył, że jest Ewangelia, powiedziałbym »wyższa Ewangelia« - Ewangelia cierpienia, z którą musi przygotować przyszłe trzecie tysiąclecie rodzin, każdej rodziny, wszystkich rodzin".

Podczas kolejnych niedzielnych rozważań, Jan Paweł II m.in. "rozprawia się" z niektórymi mitami jakie na temat katolickiej wizji prokreacji lansują opiniotwórcze kręgi Zachodu. 17 lipca Papież podkreśla, że nie jest prawda jakoby Kościół propagował ideę "nieograniczonej" prokreacji: "Nie można traktować tego co dotyczy poczęcia życia ludzkiego tak, jakby chodziło jedynie o jakieś wydarzenie biologiczne, którym można by manipulować. Na tej fundamentalnej bazie antropologicznej i etycznej opiera się nauka Kościoła dotycząca odpowiedzialnego ojcostwa i macierzyństwa. Niestety, ten punkt myśli katolickiej jest często rozumiany mylnie. Tak jakby Kościół głosił ideologię niepohamowanej płodności, popychając małżonków do prokreacji bez żadnego wyboru i planu. Ale wystarczy uważna lektura wystąpień [papieskich] i magisterium, by zauważyć, że tak nie jest. W rzeczywistości w poczęciu życia małżonkowie realizują jeden z największych wymiarów ich powołania: są współpracownikami Boga. Właśnie dlatego są zobowiązani do odpowiedzialnej postawy w podejmowaniu decyzji by począć lub nie począć [życie]". Ostatecznie w dokumencie końcowym znalazły się sformułowania, które Stolica Apostolska przyjęła z uznaniem (tezy przeciwko wszelkim formom przymusu w polityce ludnościowej) ale też takie, które wywołały jej ubolewanie (uznanie aborcji za element polityki ludnościowej).

Chociaż głos Stolicy Apostolskiej nie wpłynął znacząco na ostateczny kształt dokumentu, to jednak cały świat był świadkiem batalii jaką w obronie każdego życia stoczył wówczas Kościół.

Papieska obsesja?

Świat często nie rozumiał racji, dla których Papież nieugięcie trwał przy prawie do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. W książce "Przekroczyć próg nadziei" Jan Paweł II podkreśla, że legalizacja przerywania ciąży to uprawnienia dane dorosłemu człowiekowi do pozbawienia życia człowieka nie narodzonego czyli tego, który nie może się bronić. "Trudno pomyśleć sytuację bardziej niesprawiedliwą i trudno tu naprawdę mówić o obsesji - odpowiada Papież krytykom - gdy w grę wchodzi podstawowy nakaz prawego sumienia: to znaczy obrona prawa do życia ludzkiej istoty - niewinnej i bezbronnej".

Ukoronowaniem papieskiej wizji miłości, małżeństwa, rodziny a przede wszystkim godności każdego ludzkiego życia - od poczęcia po naturalna śmierć - była ogłoszona w 1995 roku encyklika "Evangelium vitae" - o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego.

Kwestia obrony życia staje się dziś coraz bardziej paląca a nawet dramatyczna, bowiem niekiedy dzieli członków tego samego Kościoła. W 1998 roku Jan Paweł II zmuszony był upomnieć biskupów niemieckich, by katolickie poradnie rodzinne w tym kraju nie uczestniczyły w wydawaniu wymaganych przez prawo zaświadczeń mówiących o odbyciu konsultacji przez matki pragnące dokonać aborcji. Część biskupów niemieckich argumentowała, że konsultacja taka odwodzi wiele niewiast od powziętego zamiaru przerwania ciąży. Dla Jana Pawła II byłby to jednak niegodziwy moralnie proceder ułatwiający zabójstwo poczętego dziecka. Większość kobiet nie zmieniała bowiem podjętej uprzednio decyzji i z zaświadczeniem z katolickiej poradni kierowała się do aborcyjnej kliniki.

Wciąż "wielki temat"

Pomimo obojętności a nawet sprzeciwu świata wobec papieskiej wizji miłości, małżeństwa i prokreacji Jan Paweł II pozostawał optymistą. Ponadto świat, którego znacząca część kontestuje jego nauczanie dostrzegał entuzjazm jaki papież Wojtyła budził wśród młodych chrześcijan. Przed prawie pięćdziesięciu laty jego poligonem doświadczalnym w pracy duszpasterza i wykładowcy była grupa studentów, która podczas górskich wędrówek i kajakowych spływów dyskutowała z młodym księdzem o miłości i rodzinie. Pół wieku później autor "Miłości i odpowiedzialności" jako "laboratorium wiary XXI wieku" określi spotkanie młodzieży, która przybyła do Rzymu z całego świata na swój jubileusz. Kto wie, czy przemawiając w tę sierpniowa noc do niezwykłego milionowego audytorium na Tor Vergata nie przypominał sobie rozmów ze studentami, tymi od św. Floriana, kajaków, gór? Halina Bortnowska jest tego prawie pewna. "Czujemy echa naszych dawnych rozważań w tym, co mówi do młodzieży teraz, jako Papież. A wśród tych młodych ludzi są już nasze dzieci i wnuki".

Rzeczywiście, w papieskich dokumentach nietrudno odkryć ślady dawnych prac ks. docenta Wojtyły. "Odpowiedzialne rodzicielstwo jest postulatem miłości człowieka, jest też postulatem autentycznej miłości małżeńskiej, bo miłość nie może być nieodpowiedzialna. Jej piękno zawiera się właśnie w odpowiedzialności. Kiedy jest odpowiedzialna, jest też prawdziwie wolna" - tak pisał Jan Paweł II w książce "Przekroczyć próg nadziei". Zaraz potem z wdzięcznością wspomniał swoich młodych rozmówców, z którymi niegdyś debatował nad "Miłością i odpowiedzialnością".

2015-10-08 11:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ocal dziecko w sobie

2020-05-26 18:00

Niedziela Ogólnopolska 22/2020, str. 50-51

[ TEMATY ]

rodzina

Dzień Dziecka

Adobe.Stock

Czy pytałeś kiedyś dziecko, co by zrobiło, gdyby kolega mu powiedział: „jesteś głupi”?

Wykrzyczałoby takiemu koledze, że sam jest głupi. A zastanawiałeś się, co by odpowiedziało, gdyby taki tekst usłyszało od nauczyciela? Może pomyślałoby to samo o nim. A co by zrobiło, gdyby tekst: „jesteś głupi”, usłyszało od rodzica? Uwierzyłoby...

Czy wiesz, że konieczność zaspokajania podstawowych potrzeb emocjonalnych dzieci jest nie tylko postulatem psychologów czy też dobrą radą dla rodziców, ale też fundamentalnym warunkiem, by wychować zdrowe i szczęśliwe dziecko?

Jakimi jesteście rodzicami? Kontrolującymi, niestawiającymi granic, z nierealnymi wymaganiami wobec dzieci? A jacy byli wasi rodzice i jaki to ma dziś wpływ na wasze życie? To, w jakim stopniu zaspokojone były nasze potrzeby emocjonalne w czasach dzieciństwa, decyduje o naszym dobrym funkcjonowaniu i rozwoju w dorosłym życiu.

Więź, a nie więzy

Oczywiście, nie chodzi tu o drobne incydenty, kiedy doświadczaliśmy frustracji z powodu braku odpowiedzi na nasze codzienne potrzeby, ale o chronicznie powtarzające się lekceważenie najważniejszych dla nas spraw. Fundamentalną kwestią, której potrzebuje każde dziecko, jest bezpieczne przywiązanie i akceptacja. Jeśli roczny Mareczek nie spędza z rodzicami zbyt wiele czasu i w związku z tym, że są zapracowani, nie mają dla niego cierpliwości – nic dziwnego, że jest marudny, rozdrażniony i często płacze. W ten sposób domaga się bliskości, ale jego rodzice nie umieją rozpoznawać tych potrzeb. Mogą twierdzić, że ich syn jest głodny lub spragniony, że jest niewyspany lub przeziębiony albo nawet że jest po prostu trudnym dzieckiem. Gdybyśmy ich zapytali o powody zaniedbania dziecka, usłyszelibyśmy, że rodzice pracują, aby zapewnić mu odpowiedni byt, albo że sami mają deficyty z wczesnego dzieciństwa w zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa i akceptacji. Choć jako rodzice mają dobre chęci i naprawdę się starają, ich sposób życia nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb syna. Konsekwencje tego będą bardzo poważne, zwłaszcza w przypadku dzieci o wrażliwym temperamencie.

Zaakceptowana samodzielność

Choć małe dziecko nie potrafi wyrazić swoich potrzeb słowami, nie znaczy to, że ich nie ma. Mama 5-letniej Magdy jest kobietą silnie kontrolującą i decyduje, w co ma się córka ubrać, z kim może się bawić, a nawet kiedy i co może zjeść; mocno ogranicza wszelkie przysmaki, nawet te, które Magda dostaje w prezencie. Dziewczynka często się złości i ulega frustracji, gdyż jej podstawowa potrzeba zdrowej autonomii i kompetencji nie jest zaspokojona. Matka skupia się jedynie na zewnętrznych przejawach zachowania córki i karze ją za nie. Na pytanie, dlaczego tak kontroluje córkę, odpowiada, że wypełnia swoje obowiązki. Być może nie uświadamia sobie, że dopóki Magda jest niesamodzielna, czuje się potrzebna jako matka. Choć ma dobre intencje i nie chciałaby skrzywdzić swojego dziecka, robi to w sposób nieświadomy.

Bezpieczne granice

Siedmioletni Michał jest bardzo żywiołowym i ciekawym świata dzieckiem. Choć rodzice spędzają z nim dużo czasu, nie umieją wytyczyć mu granic. Michał nie przestrzega zasad ani na podwórku, ani w szkole i komenderuje innymi dziećmi. Jeśli nie udaje mu się postawić na swoim, wpada we wściekłość. Agresywne zachowanie sprawia, że chłopiec nie ma zbyt wielu przyjaciół. Znajomi rodziców, nauczyciele i większość dorosłych, którzy obserwują zachowanie chłopca w miejscach publicznych, patrzą na niego z dezaprobatą. Kiedy do Michała stopniowo dotrze, że nie jest lubiany, jego zachowanie może stać się jeszcze bardziej agresywne. Gdyby spytać rodziców, dlaczego nie uczą syna dyscypliny, mogliby odpowiedzieć, że nie chcą go nadmiernie kontrolować albo że są zbyt zajęci. Mimo że chcą dobrze, ich wiara – że sam zmądrzeje, jak dorośnie – okazuje się naiwna, a pobłażliwy styl wychowania przynosi opłakane skutki.

Realistyczne wymagania

Ośmioletni Tomek obok nauki w zwykłej szkole ma jeszcze popołudniowe zajęcia w szkole muzycznej. W domu matka często przerywa mu zabawę i każe ćwiczyć na instrumencie. Ogranicza synowi czas spędzony z przyjaciółmi i wywiera na niego presję. Tomek zazwyczaj jest sfrustrowany i roztargniony. Ucieka więc w świat fantazji i nie może się skupić na nauce, która go przerasta. Matka kładzie to na karb lenistwa i roztargnienia. Przymusza go do tego, by ćwiczył z nią. Uważa, że robi to dla jego dobra, by zapewnić mu jak najlepszą przyszłość. Kobieta nie rozumie, że mimowolnie wyrządza synowi krzywdę i naraża go na chroniczną frustrację.

Kształcące błędy

Wiedza o podstawowych potrzebach emocjonalnych może być okazją do zmiany kierunku wychowania dzieci. Ostatnio dużą popularnością cieszy się twierdzenie, że nie ma porażek, ale są szanse. Ponieważ zazwyczaj rodzice ignorują potrzeby swoich dzieci w sposób nieuświadomiony, warto zadać sobie pytanie: z czego to może wynikać? Często zdarza się to, jeśli kopiują niewłaściwe zachowania swoich rodziców albo przeciwnie – chcą za wszelką cenę ich uniknąć i wpadają w drugą skrajność. Czasami krzywdzące zachowanie rodziców wynika ze strachu, by dziecko nie powieliło życia jakiegoś krewnego, którego bardzo przypomina, a który „źle skończył”. Czasami wychowując, ulegamy presji znajomych lub za bardzo przejmujemy się tym, jak wypadniemy w oczach innych. Popełniamy błędy pod wpływem tego, co przeczytaliśmy lub co usłyszeliśmy w mediach. Niejednokrotnie kruszymy kopie nie o to, co trzeba. Wychowując dzieci, doskonale wiemy, że istnieją różne kategorie spraw. O ile warto być zasadniczym w kwestiach dobra i zła, o tyle kwestie konwencjonalne i osobiste warto oddawać dzieciom, bo to w oparciu o nie będą budować swoje poczucie kompetencji i autonomii.

Ocalić siebie

Jeśli w którejś z powyższych historii odnajdujemy małego siebie, wtedy może okazać się, że tegoroczny Dzień Dziecka jest szansą, by przytulić to zaniedbane dziecko w sobie. A potem spróbować odpowiedzieć na pytanie: jakie destrukcyjne schematy myślenia i działania te frustrujące doświadczenia uruchomiły w nas i jak z nich wyjść? Ale to już zupełnie inna historia. Jeśli chcesz wiedzieć więcej na ten temat, warto sięgnąć po książkę Johna i Karen Louis Mały człowiek, wielkie potrzeby, a także wziąć udział w warsztatach dla par o tym, jak przełamać destrukcyjne schematy funkcjonowania wynikające z frustracji potrzeb emocjonalnych doświadczanej w dzieciństwie. Szczegóły na: Facebooku, Instagramie: Małżeńska Kariera.

CZYTAJ DALEJ

Od poniedziałku nowe zasady przygotowania narzeczonych do ślubu

2020-05-31 18:25

[ TEMATY ]

małżeństwo

dekret

narzeczeństwo

moerschy/pixabay.com

Od pierwszego czerwca w kancelariach parafialnych w Polsce pojawią się nowe formularze kanonicznego badania narzeczonych. Przewiduje to dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski o przeprowadzaniu rozmów z narzeczonymi przed zawarciem małżeństwa kanonicznego.

Każdy z narzeczonych będzie rozmawiał z księdzem osobno. Ma to sprzyjać szczerości odpowiedzi. Ponadto narzeczeni przed udzieleniem ślubu nie będą już odpowiadać "tak" lub "nie" na niektóre z pytań zadawanych w trakcie badania kanoniczno -duszpasterskiego. Dokładniej będą weryfikowane okoliczności, które mogłyby prowadzić do stwierdzenia nieważności małżeństwa.

Biskup radomski Henryk Tomasik nie ukrywa, że dekret stawia przed księżmi większe wymagania niż to było dotychczas. - Mamy dużo rozwodów i wniosków o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Celem jest unikanie takich sytuacji, kiedy trzeba będzie stwierdzić nieważność. Dlatego badanie kanoniczno-duszpasterskie będzie bardziej szczegółowe. Wszystko po to, by sprawdzić dojrzałość relacji, a także wykluczyć sytuacje, które mogą spowodować problemy w małżeństwie – powiedział ksiądz biskup, który był gościem Radia Plus Radom.

- Wszyscy jesteśmy przerażeni dużą ilością rozwodów i małżeństw, które przeżywają kryzysy. Dlatego dzisiaj warto postawić pytanie, dlaczego w okresie narzeczeństwa zabrakło sprawdzenia dojrzałości relacji – dodał ordynariusz radomski.

Według nowych regulacji narzeczeni powinni zgłosić do parafii zamiarem zawarcia małżeństwa nie później niż trzy miesiące przed planowanym ślubem. W czasie pierwszego spotkania z narzeczonymi duszpasterz powinien poinformować ich o wymogach przygotowania bezpośredniego do małżeństwa, jak również, jakie trzeba przygotować dokumenty. Powinni wspólnie ustalić nieodległy termin celem sporządzenia protokołu przedślubnego.

Dekret dostosowuje też prawo do współczesnego języka i polskiej specyfiki, bowiem coraz częściej zawierane są związki małżeńskie z osobami niewierzącymi lub innych wyznań. Wielu Polaków chce też zawrzeć związek małżeński poza granicami Polski, np. w miejscach pielgrzymkowych, dlatego duszpasterze muszą wiedzieć jak postępować w takich przypadkach.

CZYTAJ DALEJ

Badania: COVID-19 atakuje nie tylko płuca, wpływa również na mózg, nerki czy serce

2020-06-01 07:09

[ TEMATY ]

zdrowie

Adobe.Stock.pl

Choć wirus SARS-CoV-2 atakuje głównie płuca - na całym świecie przybywa obserwacji, które dają pewien obraz jego wpływu również na resztę organizmu, np. na mózg, serce, nerki, układ odpornościowy czy krwionośny.

Większość spośród milionów osób zakażonych SARS-CoV-2 ma tylko łagodne objawy albo infekcja przebiega u nich bezobjawowo. Jednak u setek tysięcy choroba ma ciężki, powikłany przebieg. "Nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego podobnego" - tak (według BBC) brzmi zdanie, najczęściej powtarzane przez brytyjskich lekarzy, opiekujących się ciężko chorymi na COVID-19.

Informacje docierające na początku pandemii pozwalały sądzić, że wirus atakujący drogi oddechowe ograniczy się do wywoływania zapalenia płuc, podobnego do grypy. Tymczasem COVID-19 wydaje się chorobą wieloukładową, atakującą różne tkanki i narządy, jak gruźlica czy borelioza. Jednak w odróżnieniu od znanych chorób wieloukładowych nie ma opartych na stuleciach doświadczeń podręczników, które opisywałyby właściwe leczenie. Pojawiają się pojedyncze doniesienia o lekach czy terapiach, które pomogły choremu lub nie. Jednak aby zdobyć rzetelną wiedzę, konieczne są szeroko zakrojone i długotrwałe badania kliniczne. Trwają dziesiątki, jeśli nie setki takich badań, prowadzonych w wielu krajach.

Gdy koronawirus wywoła zapalenie płuc, powoduje trudności z oddychaniem, co prowadzi do niedotlenienia pozostałych narządów i tkanek. Jeśli organizmowi nie uda się zwalczyć zapalenia płuc, może ono być śmiertelne - w istocie jest to główna przyczyna zgonów związanych z COVID-19. Ale niedotlenienie nie jest jedynym problemem. Co więcej, współistniejące choroby układu oddechowego w rodzaju astmy nie są dla pacjentów tak poważnym czynnikiem ryzyka, jak się obawiano. Groźniejsze okazały się choroby wpływające na stan naczyń krwionośnych – podwyższone ciśnienie tętnicze, cukrzyca i choroby serca. Częściej umierają mężczyźni, osoby otyłe, a zwłaszcza starsze. Według danych Intensive Care National Audit and Research Centre ponad 70 proc. pacjentów przyjmowanych na oddziały intensywnej opieki medycznej w Anglii, Walii i Irlandii Północnej stanowili mężczyźni, a odsetek osób z nadwagą i otyłych także przekraczał 70 proc. Ponad dwie trzecie zmarłych na oddziałach intensywnej opieki stanowiły osoby powyżej 60. roku życia.

Nie wiadomo jednak, dlaczego niektórzy 70–latkowie trafiają do szpitala „tylko” z niewydolnością oddechową i wystarczy im niewielka pomoc respiratora, podczas gdy zdarzają się dwudziestolatkowie, u których szybko rozwija się wielonarządowa niewydolność. Jako że Afroamerykanie i Azjaci wydają się bardziej wrażliwi na wirusa od Europejczyków, wielu lekarzy przypuszcza, że w grę mogą wchodzić czynniki genetyczne. Nie ma na to jednak twardych dowodów.

Obraz choroby często nie ogranicza się do zapalenia płuc. Lekarze na całym świecie obserwowali wiele zaskakująco ciężkich powikłań COVID-19.

Jednym z nich jest tworzenie się zakrzepów, związane prawdopodobnie ze stanem zapalnym wyściółki naczyń krwionośnych, ale także z podwyższonym poziomem budulca skrzepów – fibrynogenu. Zdrowa osoba ma w litrze krwi od 2 do 5 gramów fibrynogenu, podczas gdy u chorych na COVID-19 stwierdzano nawet kilkanaście gramów na litr. Inne związane z krzepnięciem białko (D-dimer), zamiast typowych dziesiątek czy setek jednostek, może osiągać poziom kilkudziesięciu tysięcy jednostek.

Holenderskie badanie (prowadzone w Leiden University Medical Center, Erasmus University Rotterdam i Amphia Hospital w Bredzie), przedstawione na łamach "Thrombosis Research" wykazało komplikacje związane z zakrzepami nawet u 38 proc. chorych z ciężkim przebiegiem COVID-19. Szczególnie intrygującym przykładem jest opisywana na łamach "Science" tak zwana "happy hypoxia", co w wolnym przekładzie można nazywać "szczęśliwym niedotlenieniem". Pacjenci "happy hypoxia" zachowują się normalnie i twierdzą, że czują się dobrze, mimo że poziom wysycenia hemoglobiny ich krwi tlenem (saturacja) jest niższy niż standarowe 95 proc. Bywa, że saturacja wynosi znacznie mniej niż 80 proc., co normalnie oznacza utratę przytomności a nawet zagrożenie życia. Lekarze przypuszczają, że przyczyną tego zjawiska są zakrzepy krwi w płucach.

Liczne doniesienia (podsumowane na łamach "Nature") mówią o obecności zakrzepów również w innych narządach - nerkach, jelitach, wątrobie czy w mózgu. W przypadku mózgu najcięższym powikłaniem spowodowanym najprawdopodobniej przez zakrzepy w naczyniach mózgowych jest udar, do którego - jak zwracał uwagę "New England Journal of Medicine" - dochodzi nawet u młodych pacjentów. Pierwsze chińskie i amerykańskie badania sugerowały, że do udaru dochodzi u 2-5 proc. pacjentów. Nowsze badanie, przeprowadzone przez specjalistów z NYU Grossman School of Medicine wskazuje, że chodzi o 1 proc., jednak udary związane z COVID-19 przebiegają szczególnie ciężko: pacjenci umierają siedem razy częściej, niż w przypadku udarów u niezakażonych.

Udar nie jest jedynym ani najczęstszym powikłaniem dotyczącym układu nerwowego. Jak informowało "Nature", nawet u 65 proc. osób, w przypadku których test na SARS-CoV dał wynik dodatni, doszło do utraty smaku i węchu. Zdaniem niektórych naukowców może to wynikać z bezpośredniego oddziaływania wirusa na układ nerwowy. Już podczas epidemii w Wuhan opisywane były (np. w "JAMA Neurology") też takie objawy, jak uczucie splątania i zaburzenia świadomości.

Oprócz mózgu, COVID-19 szkodzi także sercu. Jak piszą naukowcy na łamach "JAMA Cardiology", jego ostra niewydolność może być skutkiem niedotlenienia lub procesu zapalnego, jednak niektóre z opisanych przypadków wydają się wskazywać, że wirus może bezpośrednio zakażać i niszczyć mięsień sercowy.

Jak wynika z przeprowadzonych we wczesnej fazie pandemii badań chińskich (publikowanych w „The Lancet”)i włoskich (Instituto Superiore di Sanita), od 25 do 27 proc. hospitalizowanych pacjentów, którzy zmarli z powodu COVID-19, miało problemy z nerkami. Często towarzyszą one zapaleniu płuc. Nie jest jasne, co powoduje te problemy – może to być wina zakrzepów, nadmiernej reakcji zapalnej, niedotlenienia lub bezpośredniego ataku wirusa na nerki. Wielu pacjentów potrzebuje dializy, jednak stosowanie sztucznej nerki utrudnia nadmierne krzepnięcie krwi, co wymaga stosowanie leków przeciwzakrzepowych, o czym donosiło "Johns Hopkins Medicine".

Szczególnie ciężkie przypadki COVID-19 zdaniem ekspertów powodowane są przez "burzę cytokinową" – nadmierną reakcję zapalną układu odpornościowego, która uszkadza zdrowe tkanki i narządy nawet po zwalczeniu infekcji. Zjawisko to opisywane było np. przez "The Journal of Infection". Choć zadaniem cytokin takich jak TNF, IL-6 czy IL-1β jest powstrzymanie namnażania wirusa, ich nadmiar szkodzi organizmowi który miały chronić.

Nie ma na razie pewnych danych co do częstości występowania takiej reakcji, jednak wysoki poziom cytokin we krwi obserwowano u wielu pacjentów, którzy później zmarli. W takich przypadkach najlepsze wyniki daje podawanie leków hamujących działanie cytokin (na przykład opisywanego w "Annals of Oncology" tocilizumabu). Jedno badanie zamieszczone na łamach "The Lancet" sugeruje także wczesne podawanie leków hamujących krzepniecie krwi (jak heparyna czy antytrombina), co miałoby zapobiegać burzy cytokin. (PAP)

Autor: Paweł Wernicki

pmw/ zan/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję