Reklama

Niedziela Sandomierska

Świadek zapominanej historii

Rozmowa z Anatolem Nikorowskim o przyczynach jego zesłania na Syberię oraz życiu w „nieludzkiej ziemi”.

Ks. Wojciech Kania: Jak zapamiętał Pan okres sprzed wywózki na Syberię?

Anatol Nikorowski: Mieszkaliśmy z rodzicami i rodzeństwem na Kresach w miejscowości Osada Krechowiecka, powiat Równe, województwo wołyńskie. Kiedy skończyła się wojna polsko-bolszewicka tato za udział w Bitwie Warszawskiej dostał od Józefa Piłsudskiego w tym rejonie ziemię. Był podoficerem, a swoją służbę zaczynał jeszcze w armii carskiej. Kiedy powstała niepodległa Polska przeszedł do Wojska Polskiego. Jak wspomniałem, po Bitwie Warszawskiej w 1920 r. został zdemobilizowany i przeszedł do cywila. I od tego czasu mieszkaliśmy na Kresach. Prowadziliśmy normalne życie jak większość ludzi.

Pamięta Pan moment wywózki?


W momencie wywózki miałem skończone 6 lat. Nie pamiętam jakichś wielkich szczegółów. Z tego co pamiętam, to sowieci przyszli o godz. 5 rano 1940 r. Kiedy mój tato im otworzył, to zarówno jemu, jak i starszemu bratu kazali ustawić się pod ścianą. Wydali rozkaz, że w przeciągu 15 minut mamy opuścić nasz dom. W trakcie kiedy zbieraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, jeden z żołnierzy powiedział: „Nie bierz nic, u nas wszystko jest”. Z kolei jego kolega kazał zabierać wszystko, bo „u nas nic nie ma”.
Wywieźli nas do Równego. Tam w więzieniu czekaliśmy 7 dni w oczekiwaniu na transport wagonami towarowymi, które mieli podstawić w Zdołbunowie, bo w Równem nie było stacji. Załadowali nas wszystkich do siedemdziesięciu wagonów. Mama, jakby przeczuwając, co może nastąpić, nasuszyła chleba, wiec mięliśmy co jeść. Jak zatrzymywaliśmy się na postoje, a były one dość często, to sowieci bardzo rzadko dawali coś do jedzenia. Najczęściej tylko wodę.
Pamiętam, że do wagonów załadowali nas w bardzo dużej liczbie. Byliśmy stłoczeni. Jechaliśmy prawie 40 dni. Przywieźli nas do Archangielska. Stamtąd płynęliśmy jeszcze 2 dni barkami. Kiedy wysiadaliśmy z barek, to jeden z żołnierzy powiedział do nas, że teraz tu jest „nasza Polska”, a o tamtej mamy zapomnieć. Wskazując na dłoń, dodał, że prędzej mu włosy na niej wyrosną, niż my zobaczymy Polskę. A my przeżyliśmy i dotarliśmy do Polski w 1946 r. Tak zaczęła się nasza zsyłka na Syberię.

Reklama

Kto został deportowany?

Na zsyłkę na Syberię sowieci wywieźli całą naszą rodzinę. Mojego tatę, mamę oraz rodzeństwo. Najstarszy brat miał na imię Lutek, siostra Wala, brat Czesiu, Tolek oraz Narcyz. Najmłodszy brat miał 3 lata. Przeżyliśmy wszyscy. W chwili obecnej zostałem sam. Wszyscy z rodzeństwa już umarli. Nie dawno odszedł do Pana Boga mój brat.

Dlaczego zostaliście wywiezieni na Syberię?

Myślę, że deportowano nas ze względu na to, że mój tato służył w Legionach Piłsudskiego i walczył w I wojnie światowej. Jako podoficer walczył z bolszewikami w Bitwie Warszawskiej i mimo liczniejszej armii wroga to my zwyciężyliśmy. Po wygranej Józef Piłsudski na naszych prastarych polskich terenach dzielił ziemię. Mój tato jako podoficer zawodowy otrzymał 12 ha ziemi. Mieszkaliśmy w miejscowości Osada Krechowiecka, jak wspomniałem. Mieszkaliśmy tam do 1940 r. Skąd nas wywieziono, jak już mówiłem. Zresztą wielu Polaków spotkał ten sam los.

Jak wyglądało wasze codzienne życie na zesłaniu?


Dużo pracowaliśmy jak każdy, kto został zesłany do tej „nieludzkiej ziemi”. Praca była przy ścinaniu drzew. Kiedy moi bliscy przychodzili po pracy, byli bardzo zmęczeni. Przynosiliśmy wtedy ze stołówki bardzo marne jedzenie – wodę z ziemniakami. Do obiadu był jeszcze przydział ok. 300 gram chleba dla osoby dorosłej i troszkę mniej dla dzieci. Jak mama kroiła i dzieliła chleb na naszym stole, to my jako dzieci palcami szukaliśmy okruszków w szparach miedzy deskami. Cały czas chodziliśmy głodni. Ważyliśmy niewiele i byliśmy wykończeni. Całe nasze życie opierało się tam na pracy i walce o przetrwanie.
Czasami jako dzieci chodziliśmy po okolicznych domach, prosząc o coś do jedzenia. Mieszkający tam zwykli Rosjanie bardzo nam współczuli. Czasami udało się od nich zdobyć ugotowanego w mundurku ziemniaka. A jak dostaliśmy kilka, to przynosiliśmy je do domu, idąc 5 km, i mama dzieliła je między wszystkich. Nasza sytuacja poprawiła się trochę w 1943 r., kiedy zesłańcom zaczęła pomagać UNRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, czyli międzynarodowa organizacja niosąca pomoc m.in. zesłańcom – przypomnienie redakcyjne). Przysyłali różne ubrania, które my, Polacy, wymienialiśmy np. na ziemniaki albo coś innego do jedzenia.
W roku 1943 mój tato został kimś w rodzaju przedstawiciela Polaków. Wezwali go do biura i powiedzieli mu, że Polacy nie pracują, jak należy, bo dostaliśmy malutkie działeczki do uprawy ziemniaków i nic na nich nie robiliśmy. A my, będąc głodnymi, nie myśleliśmy o sadzeniu, tylko aby coś zjeść, ale już wtedy było nam troszkę lżej.

Reklama

W jakich warunkach mieszkaliście?

Mieszkaliśmy w barakach. Można powiedzieć, że ciągle pod bronią. Nasz barak miał duży korytarz, przy którym mieściły się pomieszczenia mieszkalne. W każdym był piec z cegły, a po ścianach z jednej i drugiej strony ustawione były prycze. Jedno takie pomieszczenie zamieszkiwały dwie rodziny. W barakach, które były tylko parterowe, mieszkało bardzo wielu ludzi na małej powierzchni. W zimie przy minus 40 stopniach Celsjusza w ceglanym piecu trzeba było palić cały czas, w dzień i w nocy, bo inaczej można było zamarznąć.

Jak wróciliście do Polski?


Powstał Związek Patriotów Polskich, który walczył o poprawę warunków, bo była duża umieralność, szczególnie młodych ludzi. Pamiętam, jak mojemu tacie jeden z dowódców powiedział w języku polskim, że za 3 dni was tu nie będzie. I faktycznie za 3 dni była komenda: „Oddać siekiery, piły i wszystko inne”.
Przypłynął statek – nie pamiętam – czy „Puszkin”, czy „Gogol”. Byliśmy spakowani i kapitan przez tubę powiedział, abyśmy się zbierali. Wywieźli nas z powrotem do Archangielska. Umieścili w szkole. Stamtąd w 1944 r. wywieźli nas na Ukrainę i mieszkaliśmy przez 2 lata między Charkowem a Połtawą.
Jechaliśmy najpierw pociągiem, później furmankami. To był już zupełnie inny świat. Zaczęliśmy kombinować, aby zdobyć coś do jedzenia. Były ogrody, sady, więc „częstowaliśmy się”. Tato i siostra zaczęli pracować, a my, młodsi, zaczęliśmy chodzić do polskiej szkoły. Na Ukrainie już było zupełnie inaczej. Mieszkaliśmy tam 2 lata. W 1946 r. wróciliśmy na Ziemie Odzyskane, gdzie zajęliśmy jedno z wolnych mieszkań.

Anatol Nikorowski urodzony w 1933 r. w Osadzie Krechowieckiej na Kresach. Sandomierzanin z wyboru. Świadek historii, Kresowiak, Sybirak i syn bohatera Bitwy Warszawskiej. Przedstawiciel Związku Sybiraków koła w Sandomierzu.

2020-11-04 10:46

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jakaż ich wina? – a ta, bo Polacy

Niedziela podlaska 7/2021, str. VII

[ TEMATY ]

Syberia

deportacje

Archiwum Miejskiej Biblioteki Publicznej w Hajnówce

Dworzec PKP w Hajnówce w stylu dworkowym z 1932 r., zburzony przez Niemców 17 lipca 1944 r.

Dworzec PKP w Hajnówce w stylu dworkowym z 1932 r., zburzony przez Niemców 17 lipca 1944 r.

W czasie okupacji bolszewickiej, pomiędzy 10 lutego 1940 r. a czerwcem 1941 r., Sowieci przeprowadzili cztery deportacje Polaków na Wschód.

Pierwsza wywózka, nocą z 9 na 10 lutego 1940 r. objęła głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei, ze wschodniej części kraju.

CZYTAJ DALEJ

Uczestnik Soboru Watykańskiego II: doświadczyliśmy tam kolegialności i synodalności

2021-07-20 20:32

[ TEMATY ]

biskup

Sobór Watykański II

Archiwum „Aspektów ”

Biskupi polscy na Soborze Watykańskim II

Biskupi polscy na Soborze Watykańskim II

Podczas obrad Soboru Watykańskiego II doświadczyliśmy kolegialności i synodalności – powiedział ostatni żyjący włoski uczestnik Vaticanum II, niemal 98-letni bp Luigi Bettazzi, emerytowany ordynariusz diecezji Ivrea.

Mówił o tym dziś rano podczas sympozjum naukowego w Weronie.

CZYTAJ DALEJ

Wakacyjna formacja liturgiczna

2021-07-24 09:01

[ TEMATY ]

Ruch Światło‑Życie

diakonia liturgiczna

Paradyż

archiwum oazy

Trwa oaza lektorska. Bierze w nich udział 20 uczestników. W kadrze są dwie animatorki, trzech animatorów, kleryk i moderator – ks. Bartosz Warwarko. Rekolekcje prowadzone są w Paradyżu.

Jak to na oazie lektorskiej – jest nauka czytania, jest szkoła liturgii, są też inne punkty formacyjne, a wszystko po to, żeby uczestnicy jak najlepiej przygotowali się do posługi w parafiach. Nie brakuje też wycieczek, bo to w końcu wakacje. - Byliśmy w Zielonej Górze w kinie i w muzeum, w Międzyrzeczu również zwiedziliśmy muzeum, pojechaliśmy do Rokitna, przejechaliśmy meleksami przez Kalwarię Rokitniańską, zwiedzaliśmy zamek w Łagowie, w Pniewie odwiedziliśmy bunkry, byliśmy też w Świebodzinie – wymienia ks. Warwarko.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję