Reklama

Zdrowie

Towarzyszy nam cisza...

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że to, co dotychczas było priorytetem, przestaje nim być. Kariera zawodowa, podróże, pasje, dbanie o siebie przestają nagle wystarczać. Człowiek pragnie czegoś więcej – chce stworzyć rodzinę, doświadczyć rodzicielstwa.

Idzie za tym planowanie wystroju mieszkania, łóżeczka, wózka. Na zakupach wzrok przyciągają śpioszki, śliniaki i miniaturowe buciki... A tymczasem pojawia się problem: niepłodność.

Czym jest niepłodność

Polskie Towarzystwo Ginekologiczne definiuje niepłodność jako niezdolność do zajścia w ciążę w czasie 12 miesięcy współżycia. Nie należy mylić niepłodności z bezpłodnością. Niepłodność to choroba, którą można leczyć. Bezpłodność jest stanem nieodwracalnym.

Z psychologicznego punktu widzenia problem jest inaczej postrzegany przez kobiety, a inaczej przez mężczyzn, ale posiadanie potomstwa dla obojga może się stać tak mocnym pragnieniem, że trudności w jego realizacji spowodują ogromne obciążenie psychiczne. Zdiagnozowana niepłodność może się wtedy stać treścią życia, a przecież okres starania się o dziecko powinien się kojarzyć z pozytywnymi emocjami.

Reklama

– Czekanie na upragnione dwie kreski na teście ciążowym o mało nie doprowadziło mnie do obłędu – zwierza się Danusia, pracownica biblioteki miejskiej. – Po stracie pierwszego dziecka okazało się, że mamy problem z poczęciem kolejnego. Przypominałam sobie wszystkie obostrzenia z pierwszej ciąży: nie można się forsować, trzeba się dobrze odżywiać, nie farbować włosów, nie myć okien itp. Dochodziło do tego, że spodziewając się co miesiąc pozytywnego wyniku testu, szybko myłam okna, prałam firanki, farbowałam włosy. Trwało to 2 lata. Wyobrażasz sobie mycie okien dwa razy w miesiącu na wszelki wypadek? Farbowanie włosów co dwa tygodnie, by być przygotowaną na ciążę? Zapasy luteiny i duphastonu, które mogłyby wystarczyć dla dwudziestu ciężarnych? Czysty obłęd! – mówi Danusia.

Jednak w pełni zrozumiały, bo dla większości kobiet macierzyństwo jest istotnym elementem roli społecznej, którą odgrywają. Dlatego kobiety niepłodne często czują się nieakceptowane społecznie, a co za tym idzie – mają poczucie winy i krzywdy.

Niepłodność jest również problemem dla mężczyzny. Dla niego posiadanie potomstwa to niejako naturalny obowiązek. Dlatego rozpoznanie niepłodności może spowodować, że zakwestionuje on własną męskość, z czym wiążą się stres, gniew, a nawet depresja.

Reklama

Diagnostyka i leczenie

Diagnostyka niepłodności to badania w kierunku wykrycia jej przyczyn. Pierwszym jej elementem jest wywiad lekarski, a następnie przeprowadza się badania w celu ustalenia kierunku leczenia, po którym możliwe jest zajście w ciążę. Większość badań jest refundowana, ale trzeba się też przygotować na koszty. W zależności od wybranej opcji leczenia koszty te mogą być różne. Lekarz ginekolog może też skierować parę do placówki leczenia niepłodności, która działa np. przy szpitalu klinicznym. Niektóre z tych placówek leczą niepłodność metodą naprotechnologii i wiele par się na nią decyduje. „Naprotechnologia pozostaje w dialogu między medycyną, etyką i wiarą” – mówi w wywiadzie dla Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka lek. Daria Mikuła-Wesołowska, dyrektor Ogólnopolskiego Ośrodka Troski o Płodność. „Po latach poszukiwań małżonkowie spotykają się z profesjonalistami, którzy mają konkretne propozycje oraz odwagę, by podjąć diagnostykę i leczenie”.

– Denerwuje mnie, gdy ktoś sugeruje, że będziemy mieli dziecko we właściwym czasie, jak Pan Bóg da, i jest zdziwiony, że chodzimy do lekarza. Owszem, Pan Bóg da, ale dał nam też odpowiednie środki, takie jak badania i leczenie – mówi Renata, nauczycielka w szkole średniej. Po leczeniu trwającym 6 lat cieszą się dzisiaj z mężem 4-letnim Mateuszem i 2-letnią Asią. – Nie chcę wracać do tego, co przeszliśmy: chodzenie od drzwi do drzwi gabinetów lekarskich, wyczekiwanie na wyniki coraz to nowych badań, załamania i nowe nadzieje... Ale warto było – dodaje.

O znaczeniu „niestarania się”

– Zaczęliśmy się starać o dziecko, a ono się nie pojawiało. Mijały miesiące, lata, a tu cisza i pustka... Nie czułam się matką i nie czułam się kobietą. Pojawiały się myśli, że już lepiej jest chyba poronić i doświadczyć krótkotrwałego uczucia bycia mamą niż być tak nieprzydatną. W końcu narastająca frustracja doprowadziła mnie pod drzwi gabinetu lekarskiego. Za namową psychologa zrobiliśmy sobie przerwę w staraniach. Owocem tej przerwy jest Antoś – mówi Sylwia, nauczycielka w przedszkolu.

Nie zawsze jednak „niestaranie się” przynosi taki efekt. – Rady, by wyluzować i odpuścić, wyprowadzają mnie z równowagi. Robienie uwag, że się nie udaje, bo za bardzo chcę, to tak samo jak zalecanie osobie spragnionej, by przestała myśleć o piciu. Odpuszczamy, wyjeżdżamy na wakacje, a problem nie znika – mówi Małgosia, zadbana 40-letnia pracownica banku. Wraz z mężem starają się o dziecko od 10 lat. – I w naszym domu nadal cisza... I myślę, że nigdy nie pogłaskam rosnącego brzucha, nie powącham niemowlęcej główki... – dodaje.

Wsparcie psychologiczne

Należy podkreślić, że niekiedy niepłodność ma charakter idiopatyczny, co oznacza, że jej przyczyn nie da się ustalić, niemożliwe jest więc wdrożenie odpowiedniego leczenia. – Niepłodność idiopatyczna wtórna! Słyszysz, jak to brzmi? – pyta Danusia. – Idiotyczna – to bardziej właściwe określenie, bo jesteśmy przebadani od stóp do głów i z medycznego punktu widzenia powinniśmy mieć tabun dzieci, a nie mamy. Nasz przypadek pokazuje, że tak naprawdę to nie człowiek i nie medycyna decydują o nowym życiu – dodaje.

Jeśli droga do rodzicielstwa jest tak kręta i ciernista, obok specjalistycznej diagnostyki i leczenia wymaga również determinacji obojga małżonków i radzenia sobie z ewentualną porażką. W tej walce bardzo ważne są sfera emocjonalna i okazywane sobie nawzajem wsparcie. Zwłaszcza trudno zrozumieć uczucia, które miotają kobietą. Przeprowadzone badania pokazują, że kobiety leczące się z powodu niepłodności odczuwają podobny poziom stresu jak pacjenci onkologiczni. Najtrudniejsze są pierwsze lata, kiedy małżonkowie mają za sobą rok starań i korzystają już ze wsparcia medycznego – wtedy to, co do niedawna dawało nadzieję, staje się rozczarowaniem. I właśnie wtedy powinni dostać wsparcie psychologiczne.

Co ludzie powiedzą?

:W: W małych miejscowościach nieposiadanie potomstwa to powód do wstydu.

Bardzo trudna jest presja otoczenia, które zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy z tego, jakim obciążeniem psychicznym jest niemożność posiadania własnego dziecka.

– Największego doła łapię, kiedy słyszę o kolejnych ciążach w moim otoczeniu i widzę wózki na ulicach... A wiosną to już w ogóle – gdzie nie spojrzysz, nowe życie, tylko nie u nas. Bociany, kotki, gniazda pełne piskląt, a nasze gniazdo wciąż puste, mimo że tak przygotowane – zwierza się Małgosia. – Ludzie też dają nieźle popalić swoimi pytaniami: „a kiedy wy?”, „na co wy czekacie?”. Czasem łzy same cisną się do oczu i ma się ochotę wykrzyczeć, że to nie ich sprawa. Człowiek ma wielki problem i nie ma ochoty o tym opowiadać – dodaje.

Ludzie starający się dłuższy czas o dziecko przeżywają wystarczająco wiele stresu i frustracji. – Czego nie chcą usłyszeć? – pytam moje rozmówczynie. – Na pewno złotej rady: „jest jeszcze adopcja”. To dwie różne drogi. Obie piękne, ale każdy ma prawo wyboru, którą z nich i kiedy chce iść. Tak samo denerwują teksty: „jak zaadoptujecie, to doczekacie się swojego”. Przecież dziecko adopcyjne nie może być środkiem do celu – oburza się Małgosia. – Do furii doprowadza mnie stwierdzenie: „wy to macie fajnie, żadnych stresów, robicie, co chcecie, śpicie, ile chcecie”. Taaak! Tyle lat po ślubie nie mamy dzieci tylko dlatego, żebyśmy się mogli wyspać i żeby nam nie przeszkadzały w rozrywkach – mówi z sarkazmem Danusia.

Co na to Kościół?

Ksiądz Arkadiusz Olczyk, doktor habilitowany teologii moralnej, napisał: „Niepłodność nie jest karą od Boga, który jest Dawcą i Źródłem wszelkiego życia i od początku pobłogosławił obdarowywanie życiem (...). Jest na pewno osobistym dramatem małżonków (...). Pragnienie dziecka jest czymś naturalnym. Tu nie ma dyskusji. Co więcej, obecna technologia medyczna pozwala temu dramatowi zaradzić sztucznym zapłodnieniem. Ale medycyna nie stoi ponad etyką, dlatego rodzi się pytanie: Czy pragnienie dziecka może być realizowane za wszelką cenę i wszelkimi możliwymi metodami?”.

Kościół daje wsparcie osobom borykającym się z niepłodnością przez działające w nim duszpasterstwa. Na stronie jednego z nich czytamy: „Nie lękajcie się, nie jesteście sami. Tutaj wszyscy mamy «ten problem» i nikt nie zadaje niewygodnych pytań. Rozumiemy się bez słów, ale oferujemy słowa i konkretne gesty wsparcia oraz wzajemną modlitwę, a w przeżywanych przez nas trudnościach z poczęciem staramy się odnajdywać Boga i z Jego miłości czerpać siły”.

Dzień Świętości Życia i Słowa Boga „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”.
Przekazanie życia to jedno z największych pragnień chyba każdej rodziny. Co jednak, kiedy oczekiwanie na dziecko się przedłuża?
Niepłodność. Światowa Organizacja Zdrowia, umieszczając ją na liście chorób cywilizacyjnych, pokazała skalę problemu: 60-80 mln par na świecie jest stale lub okresowo dotkniętych niepłodnością. Boryka się z nią coraz więcej par, zwłaszcza w krajach rozwiniętych. Szacuje się, że w Polsce doświadcza jej ok. 1-1,5 mln par. W równym stopniu dotyka kobiet i mężczyzn (po 45%), a w 10% przypadków wskazanie jej źródła jest niemożliwe. Utrzymuje się na poziomie 15% na całym świecie. Pocieszające jest to, że niepłodność jest często stanem odwracalnym i może być skutecznie leczona.
Jakie są przyczyny niepłodności? Zła dieta, brak aktywności fizycznej, niewłaściwy styl życia, nieprawidłowa masa ciała, używki, zanieczyszczenie środowiska, brak nawyku okresowych badań, chroniczny stres – to wszystko ma wpływ na naszą płodność. Choć oczywiście, rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana.Jak radzą sobie ci, którzy walczą o nowe życie w swojej rodzinie? Gdzie szukają wsparcia? Co proponuje im medycyna?
k.m.

2020-03-18 10:59

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Medycyna naprawcza

O tym, co zrobić, kiedy małżeństwo boryka się z niepłodnością, mówi Ewa Ślizień-Kuczapska – specjalista położnik-ginekolog, wykładowca, współautorka kilku książek.

Zdiagnozowanie przyczyn niepłodności małżeńskiej jest długim procesem, wymagającym zebrania wielu informacji. Z tego powodu lekarz prowadzący (najlepiej ten, który zajmuje się płodnością kobiet i mężczyzn) powinien przystąpić równolegle do diagnostyki mężczyzny i kobiety – w przypadku niepłodności opieką obejmujemy parę, ponieważ płodność jest wspólna. W tym celu przeprowadza się złożony wywiad oraz badanie. Najpierw – wywiad dotyczący wieku, czasu starania się o poczęcie, stylu życia, narażenia na stres i sposobu odżywiania. Potem – wywiad ginekologiczny i andrologiczny, dotyczący chorób zwłaszcza tarczycy, cukrzycy, nadciśnienia, przyjmowanych leków, przebytych operacji. Bardzo ważny jest wywiad rodzinny, np. problem z płodnością, poronienia. Istotna jest diagnostyka stanów zapalnych w organizmie, np. zębów, ucha, przewodu pokarmowego.

Dlaczego niezbędny jest tak obszerny wywiad z parą starającą się o dziecko? Ponieważ niepłodność – nazwana przez WHO chorobą społeczną – to tak naprawdę objaw złożonych zaburzeń, które mają charakter przewlekły i których nie leczy się pojedynczym działaniem. Są trudno rozpoznawalne i często wymagają rzetelnej diagnostyki, a potem skomplikowanego leczenia. Zwracamy uwagę na stan psychiczny i emocjonalny osób starających się o dziecko oraz na relacje panujące między nimi, co też ma ogromne znaczenie w tej kwestii. Następnie proponujemy wykonanie początkowo badań nieinwazyjnych z krwi i z grupy hormonalnych, biochemicznych i in. U kobiet badania hormonalne wykonujemy w korelacji z przebiegiem cyklu, stąd potrzeba konsultacji z instruktorem wybranej metody rozpoznawania płodności, np. wg modelu Creightona. Potrzebne jest również badanie mężczyzny, które w Polsce może być przeprowadzone w sposób etyczny. Jeśli tego wymaga sytuacja, kolejnym etapem leczenia jest włączenie diagnostyki inwazyjnej i terapii operacyjnej. Jest to więc drabinka diagnostyczna, rozciągnięta w czasie praca zespołu konsultantów: kardiologa, chirurga, diabetologa, dietetyka, psychologa. Liczba badań zależy od sytuacji zdrowotnej pary.

Działania lekarzy zajmujących się medycyną naprawczą mają zmierzać do optymalizacji zdrowia obojga małżonków, tak by doszło do naturalnego poczęcia.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Nycz: tłumów już nie będzie, cieszmy się z każdej osoby

2020-09-13 12:15

[ TEMATY ]

wywiad

katecheza

laicyzacja

kard. Kazimierz Nycz

Episkopat.news

Nie dopilnowaliśmy do końca równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić – mówi KAI kard. Kazimierz Nycz, podsumowując 30 lat ponownej obecności religii w polskich szkołach. Wskazuje też, że Polska należy do krajów w których laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. „Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden” – wskazuje były przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego KEP.

  • Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania.polonijnymi.
  • Jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.
  • Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci.

Tomasz Królak (KAI): Przed sierpniowymi obradami biskupów w Częstochowie zapowiadano, że odbędzie się dyskusja o plusach i minusach nauczania religii w szkołach w związku z 30. rocznicą jej powrotu do szkół. Jak wypadło to podsumowanie?

Kard. Kazimierz Nycz: - Rozmowa była nadzwyczaj dobra, poprzedzona dwoma wykładami ekspertów. Pierwszy dotyczył głównie założeń teoretycznych katechezy w szkole, drugi był głosem wizytatora, który jako praktyk zna temat lekcji religii na wylot. Późniejsza, bardzo konkretna dyskusja podejmowała problemy jakie się nazbierały w ciągu tych 30 lat. Była też mowa o tym, jak ma się katecheza dzisiaj, po tych 30 latach w perspektywie założeń, które przyjęliśmy przed laty wchodząc, nieco w pośpiechu, do szkoły. Bo, przypomnę, decyzja zapadła podczas zebrania episkopatu w Krakowie, w czerwcu 1990 roku, a dwa miesiące później odbywały się już pierwsze zajęcia.

- Jakie są wnioski z tego bilansu? Dostrzeżono jakieś problemy?

- Warto najpierw zaznaczyć, że to był powrót do sytuacji, która była i jest obecna jest w znakomitej większości krajów europejskich, jak Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Czy te 30 lat nieobecności szkolnej katechezy wybiło nas z rytmu? Z pewnością tak ale też trzeba pamiętać, że katecheza przy parafii, wypracowana w okresie od lat 60., organizowana właściwie od zera, od nauki w kościołach bo nie było jeszcze tych małych salek, nie było katechetów, otóż ta katecheza miała swoją ogromną wartość. Przede wszystkim bardzo mocno wiązała katechezę rodzin, zwłaszcza rodziców z katechezą parafialną i z katechezą dzieci i młodzieży. W 1990 roku mieliśmy już więc doświadczenie katechezy przyparafialnej, prowadzonej dla poszczególnych klas szkolnych, w miastach zaś łączono niestety kilka klas w grupę, bo nie było innych możliwości.
Natomiast dokonany w 1990 roku powrót katechezy do szkół oceniliśmy jako decyzję słuszną. Główne założenia, a więc żeby wychowanie i edukacja szkolna były kompletne, także od strony przedmiotu, nazwijmy to, etycznego, światopoglądowego, czy wprost religijnego - sprawdziło się. Myślę też, że na takie rozwiązanie społeczeństwo wyraźnie oczekiwało, wspólnie z władzami państwowymi, wolnego, niepodległego już państwa. Choć pamiętamy, że nie brakowało też głosów przeciwnych. Dyskusja medialna była gorąca.

- Dziś coraz częściej pojawiają się głosy, także wśród biskupów, że niezbędne jest uzupełnienie katechezy szkolnej zajęciami w salach parafialnych. Czy to dobry pomysł?

- Od początku powrotu lekcji religii do szkół zakładaliśmy, że będziemy tam realizować to, co da się w szkole zrobić ale nie rezygnujemy z katechezy przy parafii. Od początku była więc założona komplementarność lekcji religii w szkole i przy parafii.

- Ale czy to założenie było realizowane?

- To jest pytanie, bo wiele parafii, może nawet większość - odetchnęło z ulgą. Pomyślano sobie: wszystko weźmie szkoła. I pozamykaliśmy salki katechetyczne. Natomiast już wtedy część proboszczów, rodziców, duchowieństwa i katechetów doskonale wyczuwała, że nie wszystko da się zrobić w szkole; że to założenie komplementarności katechezy szkolnej i parafialnej było czymś absolutnie potrzebnym, obowiązującym.
Dziś, po 30 latach, musimy powiedzieć, że troszkę nam się stało za cicho w salkach parafialnych, zwłaszcza jeśli chodzi o wymiar katechezy sakramentalnej, zarówno co do I Komunii świętej jak i bierzmowania. Są oczywiście spotkania przez rok w klasie III czy przed bierzmowaniem ale to na pewno nie wystarcza, potrzeby są większe. To jedna z najważniejszych rzeczy do przemyślenia, mocno podnoszona przez biskupów podczas dyskusji.

Kiedyś bardzo często narzekaliśmy, że rodzice „oddawali” dzieci szkole, jakby chcieli powiedzieć: zajmijcie się ich wychowaniem religijnym. Cóż, w pewnym sensie parafia też oddała do szkoły “swoje” dzieci i młodzież, i odetchnęła z ulgą uznając, że to wystarczy.

Jednak rzeczywistość pokazała, że absolutnie nie wystarczy. Dlatego główny postulat, który pada w ciągu ostatnich lat, a pojawił się też na ostatniej konferencji episkopatu, mówi o konieczności prowadzenia katechezy równolegle: w rodzinie, w szkole i w parafii.

- W lekcjach religii uczestniczy coraz mniejsza liczba uczniów, choć w różnych regionach wygląda to różnie. Dlaczego odchodzą? Może coś jednak w tej szkolnej katechezie nie wyszło?

- W pierwszych latach, rzeczywiście ten entuzjazm z powodu powrotu tych zajęć do szkół był dużo, dużo większy i o tym świadczy także frekwencja. W szkołach podstawowych wynosiła ona prawie 95 procent, a gdzieniegdzie nawet więcej. Na religię nie chodził tylko ktoś innego wyznania lub innej wiary. Jeśli zaś chodzi o młodzież, to chciałbym zaznaczyć, że w religii w szkole uczestniczyli i ci, którzy nie przychodzili do parafii. Nie idealizujmy więc katechezy parafialnej pod każdym względem. Owszem, miała ona swoje ogromne plusy wynikające z bliskiego związku z parafią, z kościołem parafialnym. Z pewnością łatwiejsze było osiąganie takich celów jak wtajemniczenie chrześcijańskie czy właściwa katecheza, rozumiana jako przekaz Słowa Bożego. Tak, parafia stwarzała szczególne warunki w tym względzie. Ale też, nie czarujmy się: kiedy w swojej młodości uczyłem przy parafii dzieci ze szkoły podstawowej czy średniej, to, jak pamiętam, ta frekwencja wcale nie był tak wysoka, jak to się nam wydaje dzisiaj, ex post. Jeśli chodzi o szkoły zawodowe, a przecież wtedy większość młodzieży do takich właśnie chodziła, to problemy z frekwencją też były duże.

Natomiast jest faktem, że w ciągu tych 30 lat dokonuje się pełzający spadek frekwencji dzieci i młodzieży w Kościele i na katechezie w szkole.

Geografia tego zjawiska jest jednak różna: na południu i wschodzie Polski, w diecezjach o charakterze bardziej tradycyjnym i wiejskim, frekwencja w szkołach podstawowych nadal jest bardzo duża, przekracza 90 proc., a w liceach dochodzi do tego pułapu. Inny jest obraz katechezy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Poznań, Łódź czy Kraków, gdzie frekwencja jest wyraźnie, nawet o kilkadziesiąt procent, mniejsza. Trzeba na to patrzeć z troską i zapytywać, także siebie, o przyczyny.

- No właśnie, gdzie one tkwią?

- Na pewno nie tylko po stronie młodzieży i rodziców, ani nie tylko po stronie szkoły lecz także po stronie Kościoła, katechetów i ich formacji katechetycznej – i o tych rzeczach także dużo mówiliśmy.

- O tej formacji jest mowa także w wydanym niedawno watykańskim dyrektorium katechetycznym. Mówi się w nim, że Kościół powinien szukać nowych sposobów przekazu wiary w obliczu wyzwań, które stawia świat cyfrowy i globalizacja kultury. Jak realizacja tego wskazania powinna wyglądać w polskich realiach?

- Wspomniałem, że na katechezie szkolnej nie można zrealizować wszystkich celów, jakim powinna ona służyć. A watykańskie dyrektorium dokładnie pokazuje, dlaczego nie jest to możliwe. Otóż dokumenty Kościoła - nowe i poprzednie dyrektoria, adhortacja Jana Pawła II „Catechesi Tradendae” ale i nasze dyrektorium sprzed 20 lat – poświęcają katechezie w szkole mniej więcej jedną czwartą tekstu. Natomiast większa część dotyczy natury, istoty, celów katechezy. Jest ona zawsze posługą słowa w Kościele ku umacnianiu wiary, przy czym na pierwszym miejscu – i tak jest od czasu Soboru – mówi się o katechezie dorosłych, w tym rodziców. Na drugim: o katechezie studentów, młodzieży i dzieci. Wydaje się więc, że gdzieś zagubiliśmy pewną proporcję pomiędzy tymi trzema rodzajami katechezy.
Powinniśmy zacząć inaczej myśleć na temat współpracy rodziny, parafii i szkoły ale także o tym, co proponujemy w katechezie dorosłych po to, żeby dorośli, rodzice byli pierwszymi katechetami swoich dzieci. Tak, jak w parafii pierwszym katechetą jest proboszcz i jego współpracownicy. Natomiast jeśli ograniczymy się tylko do szkoły, to jak gdyby pozbawiamy się tych dwóch wielkich przestrzeni: rodziny i parafii. Nie można uważać szkoły za jedyne miejsce katechezy, choć jest to miejsce bardzo ważne.
Trzeba też mieć na uwadze, i o tym mówi nowe dyrektorium, inność współczesnej młodzieży i inność jej oczekiwań wobec nauczycieli, wychowawców i katechetów. Dziś dominującą pozycję w wychowaniu i nauczaniu zajął internet i nowoczesne środki przekazu, także w procesie nauczania i wychowania. Niestety, często te środki, źle wykorzystywane, stają się wielkim antywychowawcą. Kościół jednak nie ucieknie od tej nowoczesności, jeśli pragnie znaleźć drogę do młodego pokolenia, by ich podprowadzić do ewangelii.
Dlatego dziś, zarówno w katechezie parafialnej jak i, zwłaszcza, szkolnej należy mówić o wykorzystywaniu nowoczesnych środków elektronicznych w przekazie treści katechetycznej. W przeciwnym razie z młodzieżą po prostu się nie spotkamy. To jest wielkie wyzwanie stojące przed dzisiejszą katechezą. Kościół nie może zastępować głoszenia Słowa Bożego w katechezie i na ambonie ale to głoszenie musi być wspierane w innych przestrzeniach.
Konieczne jest też przemyślenie podstawy programowej katechezy szkolnej w kierunku tego, co z celów i zadań katechezy można zrobić w szkole, określając jednocześnie, co trzeba pozostawić do realizacji w parafii. Jeżeli bowiem weźmiemy pod uwagę cztery główne zadania katechezy, jakimi są: preewangelizacja, ewangelizacja, wtajemniczenie i właściwa katecheza, to dwa pierwsze założenia można owocnie zrealizować w szkole, natomiast pozostałe, powiedzmy to sobie szczerze, są nieosiągalne do końca bez udziału parafii.
Co do szkoły, to musimy się programowo przestawić, także poprzez właściwą formację katechetów, w kierunku dwóch pierwszych zadań, a więc preewangelizacji i ewangelizacji. Myślę, że próba głoszenia od razu głębokiego orędzia kerygmatycznego, bez poprzedzenia tego procesu pewną bazą kulturową jest czymś bardzo ograniczającym możliwości religii w szkole. Ponadto, jeśli chcemy być przyjęci przez tych, którzy na te lekcje przychodzą, choć z ich wiarą jest jeszcze bardzo różnie, to możemy do nich trafić właśnie tymi elementami preewangelizacji i kultury i to bardzo szeroko pojętej. Bo nawet jeśli ktoś poprzez takie zajęcia nie dojdzie do wiary głębokiej (może stanie się to za 10 czy 20 lat?), to już dziś możemy mu dać przygotowanie i wiedzę, która pomoże mu żyć w świecie i rozumieć ten świat który wyrasta z kultury chrześcijańskiej. I o tym ewangelizacyjnym wymiarze katechezy mówi dużo nowe Dyrektorium o Katechezie.

- Bo nie o wszystkim trzeba mówić wprost, a miejscem spotkania z religią, sacrum, duchowością, etyką może być właśnie kultura...

- Tak, tą płaszczyzną może być literatura, architektura, malarstwo, muzyka. To jest pole do szerokiej współpracy ze szkołą, to jest szansa na integrację międzyprzedmiotową. Bo przecież współpraca historyka, nauczyciela muzyki i katechety może przynieść świetne rezultaty na polu wspomnianej preewangelizacji czy nawet ewangelizacji.

- Czy uda się zatem powstrzymać proces pełzającego ale widocznego jednak, wykruszania się uczniów ze szkolnej katechezy?

- Myślę, że jest to nie tylko problem katechezy. Należymy do tych krajów świata, w których tzw. laicyzacja w młodym pokoleniu dokonuje się najszybciej. Nie można powiedzieć, że pewne procesy nas nie dotyczą czy nie będą dotykać. Trzeba się z nimi liczyć, ale też mądrze robić swoje, żeby tymi procesami się zmierzyć. Jak? Przede wszystkim przez solidną formację duszpasterzy i katechetów, zarówno duchownych jak i świeckich, a wśród nich na pierwszym miejscu rodziców. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że bez rodziców większości nowych wyzwań nie udźwigniemy.
Przyznajmy, że czasem, może nie z zaniedbania ale z pewnej wygody lub zbytniego zaufania do możliwości szkoły, nie dopilnowaliśmy do końca tej równowagi miejsc katechezy, a więc domu rodzinnego, parafii i szkoły. I do tego trzeba wrócić. Natomiast resztę zostawmy Panu Bogu.
Jeżeli ktoś uważa, że jeżeli do parafii na formację w grupach, nie przyjdzie 100 czy 50 procent uczniów, to nie warto robić spotkania, to z takim myśleniem nie ujedziemy za daleko. Musimy nauczyć się cieszyć małą grupką, cieszyć się tymi, którzy pojawili się, żeby przechodzić wtajemniczenie chrześcijańskie we wspólnocie przy parafii czy w ruchu - Neokatechumenacie, Odnowie w Duchu Świętym czy Ruchu Światło-Życie. Trzeba się nimi cieszyć. Już pewnie nigdy nie będzie takich tłumów jak wówczas, gdy na powakacyjnych rekolekcjach Ruchu Światło-Życie w diecezji warszawskiej, katowickiej czy krakowskiej pojawiały się grube tysiące młodych ludzi. Dziś musimy nauczyć się radować spotkaniem nawet z jednym człowiekiem, jeśli przyszedł tylko ten jeden. A jeżeli jest to nieduża choćby wspólnota - cieszyć się tym jeszcze bardziej.
Niezbędne jest więc “dopełnianie” szkolnej lekcji religii w parafii propozycją żywych grup, ruchów, wspólnot, żeby spełnić ten postulat wtajemniczenia i katechezy jako głoszenia Słowa Bożego wierzącym. Ale zanim to będzie możliwe, trzeba do tej wiary “podprowadzić”. I to robimy między innymi w szkole. Nie znaczy to, że nasza obecność w szkole jest mniej ważna. Nie, jest bardzo ważna, bo jeżeli będziemy czekać na ludzi tylko w kościele, to na niektórych możemy się nigdy nie doczekać. Przez katechezę w szkole, młodzież nam zostaje “dana i zadana”.
W nowym watykańskim dyrektorium jest powiedziane, że parafia musi być misyjna, ewangelizacyjna, musi wychodzić do ludzi. Szkoła jest w tym kontekście miejscem doskonałym. A pandemia pokazała, że w tym czasie skuteczniej mogli zaprosić uczniów do parafii ci katecheci, którzy wcześniej mieli z młodymi dobry kontakt także w szkole.

- I w ten sposób dochodzimy do tematu tegorocznego Tygodnia Wychowania - “Budujmy więzi”...

- Pandemia pokazała, że przed komputerem brakuje tej realnej więzi, spotkania osób, grupy i żywego kontaktu z nauczycielem. Nie wszystkie cele katechezy i nauczania udawało się zrealizować w nauczaniu zdalnym. Budowanie więzi jest naszym zadaniem, także w katechezie i poprzez nią.
Jest rzeczą bardzo ważną, by nie zabrakło nam dobrych katechetów i dobrych kandydatów do katechezy. Nie ma co ukrywać: zaczyna to być problemem społecznym czy demograficznym. 30 lat temu do katechezy wyszło ponad 10 tysięcy nowych katechetów. Pełnią piękną i ważną misję Kościoła katechizującego. Trzeba myśleć o ich następcach, żeby za 5-10 lat byli ludzie dobrze przygotowani do przejęcia ich zadań.

CZYTAJ DALEJ

Nowy wikariusz generalny w diecezji

2020-09-21 06:53

[ TEMATY ]

katedra

diecezja legnicka

arch. katedry

Bp Zbigniew Kiernikowski ustanowił ks. prał. Roberta Kristmana wikariuszem generalnym diecezji legnickiej.

Dekret został odczytany podczas niedzielnej uroczystej Mszy św. z okazji obchodów 679. rocznicy poświęcenia kościoła katedralnego pw. św. app. Piotra i Pawła.

Ks. Robert Kristman od 9 lat jest proboszczem legnickiej katedry, jest także prepozytem Kapituły Katedralnej. Jest także dziekanem rejonowym rejonu legnickiego. Wiele lat pracował w notariacie Kurii Biskupiej.

Do zadań wikariusza generalnego należy pomoc biskupowi diecezjalnemu w zarządzaniu całą diecezją. Władza wykonawcza, czyli administracyjna nadana wikariuszowi generalnemu przysługuje mu na mocy urzędu w całej diecezji i jest równoznaczna z władzą, jaką na mocy prawa posiada biskup diecezjalny. Wikariusz taki nie ma jednak pełni władzy biskupiej (również sądowniczej i ustawodawczej), ale tylko wykonawczą.

ksww

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję