Reklama

Rodzina

Niech Tatuś w niebie działa

Oli i Marcinowi w lipcu rodzi się dziewiąte dziecko – Benedykt. Przyjmują je z ogromną radością i wdzięcznością. Ale ich mieszkanie we Wrocławiu z przyjściem na świat kolejnej osoby znowu się kurczy

Ogromnym wsparciem dla nich jest 500+, jednak z oczywistych względów na całą rodzinę pracuje jedna osoba – Marcin. Nie stać ich na wynajęcie czegoś odpowiedniego. Do tej pory zajmowali mieszkanie przyznane im przez miasto. Od dwóch lat, bezskutecznie, starali się o nowe. Dziesiątki pism wysłanych do rzecznika ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia oraz próba spotkania z prezydentem nie przynosiły rezultatu.

„My już się poddaliśmy, bo byliśmy wszędzie, gdzie to możliwe, jeśli chodzi o drogę urzędową. Więc teraz niech działa Tato. Zrobiliśmy, co było w ludzkiej mocy. Teraz niech to będzie cud od Taty w niebie”.

Dociera do mnie taka wiadomość. I choć nie znam osobiście Oli i Marcina, postanawiam do nich jechać. Może uda mi się jakoś pomóc? Mam czwórkę dzieci, mieszkam w Danii, a to przecież moja siostra z tej samej wspólnoty – z Drogi Neokatechumenalnej. Wydaje mi się, że jestem szczęściarą, bo mam spory dom i wystarczająco dużo pieniędzy. Potrafię sobie wyobrazić, jak może być zmęczona kobieta, która na niewielkiej przestrzeni opiekuje się dziewięciorgiem dzieci. Ruszam w drogę.

Reklama

Nim docieram do Wrocławia, okazuje się, że Tatuś w niebie już wszystko załatwił, a moja chęć pomocy wydaje się śmieszna w porównaniu ze wsparciem duchowym, które otrzymuję od tych niewiarygodnie oddanych Bogu ludzi. Kiedy wchodzę do ich domu, od progu uderza mnie prostota, w której żyją. Ale też radość dzieci, ich otwartość. Ze wzruszeniem patrzę, jak pięknie potrafią się dzielić tym, co otrzymują.

Życie w obfitości

Oczekuję narzekania na warunki mieszkaniowe, tymczasem wysłuchuję słów wdzięczności za to, co otrzymali od Boga. W tym skromnym mieszkaniu spotykam szczęśliwe dzieci, radosnych ludzi, którzy dziękują za wszystko, co mają, z niekłamanym blaskiem w oczach. – Tekst do gazety? O nas? – dziwi się Ola. – Ależ ja nie mam żadnych zasług! Zgadzają się jednak opowiedzieć o sobie – na chwałę Boga, nie swoją.

– Najpierw byliśmy siostrą i bratem we wspólnocie. Dużo o sobie wiedzieliśmy i nie pałaliśmy do siebie żadną miłością – zaczyna swoją opowieść Ola.

Reklama

Poszła na katechezy, bo jako dziecko widziała, jak rozsypywało się małżeństwo jej rodziców. Było coraz gorzej. I wtedy zostali zaproszeni na katechezy, które otwierają wejście na Drogę. – I wówczas to małżeństwo się odnowiło, przyszły na świat nowe dzieci, moi bracia. Na co dzień widziałam owoce tego, że rodzice byli we wspólnocie. Dla mnie więc naturalne było pójście na katechezy, kiedy miałam 15 lat, bo też chciałam takiego szczęścia, życia w obfitości. Wiedziałam, że wówczas będę syta życiem. I tak się stało. Pan Bóg – Ola uśmiecha się serdecznie – teraz rzadko mówię: Pan Bóg, raczej mój Tata, Tatuś, bo wówczas zaczęłam Go poznawać jako ukochanego Tatę, który do niczego mnie nie zmusza – dał mi to życie w obfitości. I do niczego nie zmuszał. Na przykład żeby mieć kolejne dzieci! On zawsze czekał na moje „tak”, na ten moment, kiedy będę gotowa. Zapraszał mnie do czegoś, ale ja zawsze mogłam powiedzieć „nie”. Wiele łask od Niego przyjęłam, ale wiele też zmarnowałam. Mimo to jestem pewna, że Jezus mnie kocha, taką właśnie – słabą. Zawsze mi też pokazywał, że jest Panem życia. Czworo naszych dzieci jest w niebie.

Z ciemności do Światła

Historia Marcina była zgoła inna. Jego rodzina się rozpadła, kiedy był małym chłopcem. – Nie miałem dobrych wzorców, rodzina kojarzyła mi się z cierpieniem. Z Kościołem nie mieliśmy nic wspólnego. Jedynie babcia modliła się za mnie Różańcem. Gorąco, mocno. I ta jej modlitwa mnie uratowała.

W młodości dotknął ciemnej rzeczywistości. Obracał się w środowisku zespołów heavymetalowych, grał w jednym z nich, muzykę z mocno antychrześcijańskim przesłaniem. – Na jednym z koncertów kolega na scenie zaczął wzywać szatana. Gdzieś głęboko w sercu poczułem, że to przegięcie. Zrozumiałem, że dłużej nie można tak żyć. Od imprezy do imprezy, od koncertu do koncertu. I w tym momencie życia zastały mnie katechezy. Wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze.

Marcin wie, że gdyby nie Kościół, nie wspólnota, ta rodzina by nie zaistniała. Był zbyt poraniony, odrzucony. Chciał żyć tylko dla siebie. – Czasem, gdy jest mi trudno, bo życie z dziewiątką dzieci nie jest sielanką, wspominam czasy młodości. Ale szybko się z tego otrząsam, bo teraz życie jest trudne, ale prawdziwe. Tamto było oszustwem. Relacje z młodości były oparte na zainteresowaniach, muzyce. To nie może przetrwać. Teraz moje relacje w rodzinie są oparte na Chrystusie.

– Nie mieliśmy wspólnych zainteresowań – śmieje się Ola. – Ja – muzyka barokowa, Marcin – mocny rock. Ja – studentka germanistyki, on – wykształcenie zawodowe. Ale gwarancją dla mnie, że mamy być małżeństwem, były pewne fakty i słowo Boże. Ono zawsze jest dla mnie gwarancją prawdy.

Zaakceptowała miłość do Marcina i przyjęła jego miłość.

Bez Boga – bez szans

Rodzi się Ela. Chora. Jako dziecko musi przejść wiele operacji, zabiegów. Ola rezygnuje ze studiów, żeby zająć się córką. Potem na świat przychodzi Adam. Szef Marcina dziwi się, że decydują się na kolejne dziecko, kiedy pierwsze jest chore. Jego sugestia idzie dalej – dlaczego w ogóle się na nie zdecydowali zamiast dokonać aborcji. Następnie na świat przychodzi Rafał, który też musi przejść operację. Później rodzą się Dorotka, Ewa, Kasia z wadą serca i Agnieszka.

– Z jednej strony otworzyliśmy się na życie, z drugiej – zaczęłam narzekać, utyskiwać, jak mi ciężko – wspomnina Ola. – Nie akceptowałam wówczas swojego krzyża. Te narzekania przeniosły się na wspólnotę. Przestałam chodzić na Liturgię Słowa, sobotnią Eucharystię. Nie dlatego, że nie miałam czasu i siły, tylko z premedytacją. Nie lubiłam jednej osoby i tę nienawiść w sobie podsycałam. I wtedy zaczął się w naszym życiu poważny kryzys.

W tym czasie Marcin podupadł na zdrowiu, odezwały się w nim demony przeszłości i zaburzenia depresyjno-lękowe. – Mamy takie doświadczenie, że jak Bóg odejmie swoją rękę – nie dlatego, że się na nas gniewa, ale dlatego, że my tej Jego pomocy nie wzywamy – to wszystko zaczyna się walić. A zaczyna się od niezgody na to, co przychodzi. Na trudy, na choroby dzieci – zdradza Marcin. – Jeden z zakonników powiedział mi wówczas, że jestem atakowany przez diabła, bo on nienawidzi życia i rodziny: „Bez Boga będziesz bez szans”. A ja w swojej naiwności myślałem, że wszystko wezmę w swoje ręce. Tak wziąłem, że sprowadziłem na rodzinę okropne cierpienie. Myślałem, że będę twardzielem. Śmieszne. Teraz wiem, że jak Bóg nie pobłogosławi, to nie będę żadnym twardzielem. Niczego nie dokonam o własych siłach.

Nic się nie stało

– Ten stan beznadziei, kryzysu trwał pół roku – wspomina Ola. – Kiedy Marcin leżał pod choinką bożonarodzeniową, wijąc się w swoich depresyjnych cierpieniach, a ja czułam się samotna we wszystkim, co robiłam, wyszłam z domu z zamiarem, że do niego nie wrócę. Agusia, nasze siódme dziecko, miała wówczas pół roczku. Nagle pomyślałam sobie: Ja jestem z tym człowiekiem? To jest jakaś bzdura! Do tego mam z nim dzieci? To chrześcijaństwo to jakaś mistyfikacja!

Zastanawiała się: Do rodziców nie wróci, bo bez męża jej nie przyjmą. Dawno powiedzieli, że gdyby mieli jakieś rodzinne kłopoty, to może przyjść tylko z mężem, sama nie. Pieniędzy nie miała, żeby gdzieś wyjechać.

– I w ten zimowy wieczór „coś” zaprowadziło mnie do paulinów. To jest nasza rodzima parafia. Weszłam do kościoła wściekła na cały świat. Opierałam się bardzo, ale stanęłam w kolejce do konfesjonału, żeby ksiądz mi coś powiedział, rzucił jakieś światło na moje życie. Bo to moja ostatnia deska ratunku. Bo nie mam do kogo pójść. W konfesjonale siedział ks. Maksymilian, który jest egzorcystą. Wysłuchał mojego płaczu, jęku i powiedział: Teraz dam ci rozgrzeszenie i się nad tobą pomodlę. A ja byłam rozczarowana w sercu: Przecież przyszłam po jakieś słowo! Żeby mi ksiądz wyjaśnił sens tego życia, które mam. Ale ks. Maksymilian się za mnie modlił, egzorcyzmował, modlił się o Ducha dla mnie, bo stwierdził, że byłam nękana. Miał rację. Po tym wszystkim doświadczyłam obecności Chrystusa, przytulił mnie do serca i powiedział: „Nic się nie stało. Ja cię kocham. Nie pamiętam, co zrobiłaś. Ja ci wszystko przebaczam”. To był Jezus Miłosierny.

Wróciła do domu całkiem odmieniona. Marcin powiedział, że jej twarz była inna. – Warunki w domu były te same, a nawet gorsze, bo był jeszcze większy bałagan, dzieci marudziły jeszcze bardziej, bo były bardziej głodne niż wtedy, kiedy wychodziłam – wspomina Ola. – Ale wszystko mnie zachwycało! Dostałam siłę bawołu, wszystko mogłam robić, sprzątać, gotować, wynosić śmieci. To było namacalne dotknięcie Jezusa. Po tej niezwykłej spowiedzi powiedziałm Jezusowi: „Chcę Ci się cała oddać”.

Ola przyznaje, że wraca czasem do swoich bożków, bywa zdenerwowana na dzieci, ale jak słucha słowa Bożego, to jej serce pała. – Świat mnie wcale nie pociąga, jego błyskotki. Śmierć nie jest dla mnie czymś strasznym. Mogę żyć, mogę umrzeć, tylko żeby być z Jezusem. Doznanie miłości od męża, od dzieci jest piękne, ale ta miłość, z którą Jezus wtedy do mnie przyszedł, tej miłości nie da się niczym zastąpić... Jestem słaba. To nie jest tak, że jak coś kroję w kuchni, to zawsze wyśpiewuję psalmy. Nadal jestem grzeszna, brak mi pokory.

Tata się pod tym podpisuje

Po tym doświadczeniu wrócili do wspólnoty. – Ja muszę słuchać słowa Bożego. Ono mnie ratuje – oznajmiła Ola. – Jak go nie słyszę, umieram, i wszyscy wokół. – Wtedy, w tym kryzysie myślałam, że niedzielna Msza św. mi wystarczy. Ale bez słowa Bożego na co dzień jestem biedakiem.

– Wierzymy, że są ludzie, którym niedzielna Eucharystia wystarczy, żeby się uświęcać – dodaje Marcin. – Ale nam jest potrzeba więcej.

– Z przyjęciem każdego dziecka Pan Bóg nam pomagał. Cierpienie często nam towarzyszy, chociażby wtedy, kiedy dzieci chorują, ale zupełnie inaczej się je przyjmuje, jak Tata prowadzi – mówi Ola. – On zawsze nas zaskakiwał. Marcin stracił pracę w dniu ślubu, ja byłam wówczas studentką, a weselicho mieliśmy na 100 osób. Agape! Niesamowite, że od początku widzimy troskę Boga o nas. Że On się pod tym podpisuje! W ciągu siedmiu lat mieliśmy osiem przeprowadzek, rodziły się dzieci, z Dorotką niemal nie zdążyłam dojechać do szpitala...

Kiedy w lipcu tego roku rodził się Benedykt, Ola myślała: Dziewiąte dziecko, urodzę bez problemu. Ale pojawiły się komplikacje. Rozeszło się jej spojenie łonowe. Straszny ból, nie mogła chodzić przez dwa miesiące. Modliła się: Panie Boże, dziewiąte dziecko, a ja nie mogę chodzić! Pomóż! – I pomoc przyszła – opowiada. – Mój mąż wszystko wówczas ogarnął! To jest komandos! Mnie zawsze się wydawało, że pomoc od Boga nie przychodzi w odpowiednim momencie. Ale to dobrze, bo gdyby pomoc przychodziła precyzyjnie w tym momencie, w którym o nią proszę, mogłabym powiedzieć: To moja zasługa. Ja tego dokonałam, jestem tak wielka, że Bóg spełnia moje prośby. Ale jak już dotrę do przepaści i spadam, to wtedy On mnie łapie. Kiedy już nic nie mogę z siebie wykrzesać, wtedy przychodzi z pomocą.

Po narodzinach Benedykta rozmawiała z Bogiem: „Ja się tak otwieram na życie, na Twoją wolę i muszę tak cierpieć! Nie dam rady”. Z bólu przez pięć dni i pięć nocy nie spała. – To była moja granica. I wówczas przyszedł do szpitala brat ze wspólnoty, ksiądz, który jest na misji w USA, i udzielił mi sakramentów: spowiedzi, Komunii św., namaszczenia chorych. Wszystkie położne w szpitalu były cudowne, kobiety leżące ze mną na sali niesamowicie o mnie dbały. Pan Bóg przysyłał mi po prostu aniołów... Spotkało mnie coś niezwykłego. Przyszła do mnie rehabilitantka. Byłam w takim stanie, że 15 minut siadałam, a 25 kładłam się z powotem. I ta rehabilitantka powiedziała do mnie: Proszę wdychać wolno powietrze i wydychać, licząc: raz, dwa, trzy. Albo wdychać powietrze i wydychać, mówąc: Jezum, ufam Tobie!

Ta kobieta nawet nie wiedziała, że ja jestem wierząca! I znowu przez te wydarzenia Bóg mi powiedział: „Ja się pod tym twoim życiem podpisuję”.

Cudów ciąg dalszy

Ola i Marcin są przekonani o tym, że Pan Bóg ciągle się nimi opiekuje, daje wszystko, czego im potrzeba.

Oto dwa przykłady: Od pewnego czasu szukali jakiejś siostry ze wspólnoty lub kogokolwiek, kto mógłby czasem pomóc w domu. Nie za darmo, za pieniądze. – Bo ja albo jestem w ciąży, albo karmię, a tu codziennie trzeba wstawiać cztery dziesięciokilogramowe pralki, potem to poprasować, o zakupach, gotowaniu nie mówiąc – z uśmiechem opowiada Ola. – Modlę się: Maryjo, Ty przyszłaś do Elżbiety, pomagałaś jej! Pomóż i mi! Zadzwoniłam do przeora, naszego paulina – kościół Paulinów zwany jest Małą Jasną Górą. I za tydzień przyszła pani z kościoła – wspaniała, kochana! Przychodzi dwa razy w tygodniu i pomaga w sprzątaniu.

Drugi przykład z mieszkaniem: To, które teraz zajmują, 67-metrowe, dostali w 2011 r., gdy Dorotka miała 10 miesięcy. To były wówczas metry! Ale gdy rodziły się kolejne dzieci i trzeba było wstawiać kolejne meble, wówczas robiło się ciaśniej i ciaśniej. Rodzice nie mieli już kąta dla siebie. Pokój dzienny pełnił funkcje salonu, jadalni, ich sypialni, pokoju dziecięcego, gabinetu do pracy i w ogóle wszystkiego. Gdy oczekiwali Józefa, zaczęli już bardzo odczuwać te niewygody, dziewczyny się buntowały, że muszą we cztery dzielić pokój. Bezskutecznie walczyli też z wilgocią i grzybem w mieszkaniu.

– Korespondowaliśmy z rzecznikiem ds. rodziny przy prezydencie Wrocławia, długo nie dawało to żadnego efektu – mówi Ola. – Przed wakacjami próbowaliśmy się spotkać z prezydentem Wrocławia, ale nas do niego nie dopuszczono. Zaproponowano nam spotkanie z kierowniczką działu lokali mieszkaniowych. Poszliśmy tam całą rodziną, a ona stwierdziła, że się wszyscy nie zmieścimy do gabinetu – śmieje się. – Ale wtedy coś się ruszyło, bo właśnie dostaliśmy propozycję mieszkania 130-metrowego! Przez cały czas tych starań odmawialiśmy nowennę do św. Józefa.

Udzielają mi się radość i szczęście, które są w tej rodzinie. Nie chce mi się stamtąd wychodzić: „Jeszcze trochę posiedzę” – myślę sobie i przeciągam chwilę rozstania. Dzieci przynoszą swoje rysunki, wiersze, opowiadają o sobie nawzajem dobre rzeczy, śmieszne anegdotki...

Po wyjściu od nich piękny Wrocław nie wydaje mi się już taki pociągający. To u nich jest prawdziwe życie, pokój, który może dać tylko Chrystus.

2019-11-13 08:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W Hiszpanii wiele rodzin bez środków do życia

2020-06-30 11:11

[ TEMATY ]

rodzina

Hiszpania

vaticannews.va

Aż o 77% wzrosła liczba próśb o pomoc, które otrzymuje hiszpańska Caritas. Jest to konsekwencja pandemii, która zaledwie w ciągu trzech miesięcy zniszczyła efekty poprawy ekonomicznej w ostatnich latach.

Blisko 30% osób zwróciło się do Caritas po raz pierwszy. „Caritas była i zawsze będzie blisko potrzebujących”, powiedział jej dyrektor Manuel Bretón, który przedstawił w Madrycie sprawozdanie za rok 2019.

Żywność, czynsz, połączenie sieciowe oraz pomoc dzieciom, aby mogły wziąć udział w zajęciach szkolnych przez internet to główne prośby, jakie trafiły do Caritas w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Pandemia pozbawiła pracy tysiące osób, doprowadziła do zamknięcia małych i średnich firm, a wiele rodzin zostało bez środków do życia.

„Gwałtowny wybuch kryzysu ekonomicznego, społecznego i humanitarnego zmienił radykalnie sytuację w naszym kraju” – podkreśliła Natalia Peiro, sekretarz hiszpańskiej Caritas.

Jednak w tej dramatycznej sytuacji są także elementy pozytywne, przede wszystkim „wielka solidarność ludzi”. Tylko dla bezdomnych udało się otworzyć ponad 1300 miejsc dzięki m. in. seminariom diecezjalnym, klasztorom i ośrodkom sportowym. „Po zakończeniu stanu alarmowego naszym wyzwaniem będzie utrzymanie tego ducha solidarności i zaangażowania” – podkreśliła Natalia Peiro.

Caritas apeluje też do polityków, aby mniej dzielili społeczeństwo, a bardziej szukali konkretnych rozwiązań, by wyjść z tej trudnej sytuacji.

W 2019 r. hiszpańska Caritas przeznaczyła na pomoc 337 mln euro. Skorzystało z niej ponad 1,4 mln osób w kraju i blisko milion za granicą. 71% tej kwoty pochodzi od osób prywatnych, reszta – 29% – z funduszy państwowych. Caritas wciąż cieszy się dużym szacunkiem w hiszpańskim społeczeństwie. W jej szeregach pracuje ponad 80 tys. wolontariuszy.

CZYTAJ DALEJ

Niemcy: zmarł ks. Georg Ratzinger - brat Benedykta XVI

2020-07-01 12:17

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

kapłan

kapłan

pl.wikipedia.org

ks. prał. Georg Ratzinger

W wieku 96 lat zmarł dziś w Ratyzbonie ks. Georg Ratzinger, brat Benedykta XVI. W latach 1964-1994 był kapelmistrzem katedry w Ratyzbonie oraz kierownikiem tamtejszego chóru chłopięcego.

„Regensburger Domspatzen” dał ponad tysiąc koncertów w kraju i za granicą, zdobywając renomę międzynarodową. Ks. Ratzinger jest też autorem niektórych kompozycji. Jest wśród nich Msza „L'anno santo” na Rok Wielkiego Jubileuszu 2000. Ale dla ks. Ratzingera najważniejsza zawsze była służba liturgiczna w ratyzbońskiej katedrze.

Benedykt XVI odwiedził kilka dni temu w dniach 18-22 czerwca rodzinną Bawarię. Głównym celem prywatnej wizyty było spotkanie w Ratyzbonie z chorym 96-letnim bratem ks. Georgiem Ratzingerem.

Od przejścia na emeryturę ks. Ratzinger mieszkał w Ratyzbonie, czasem odwiedzał swego młodszego brata w Watykanie. Podsumowując 95 lat życia, w tym 68 lat kapłaństwa podkreślał, że jest wdzięczny Bogu za wszystkie zadania, jakie przed nim postawił, jak też za „dobry dom rodzinny”.

Georg Ratzinger urodził się 15 stycznia 1924 r. w Pleiskirchen koło Altötting. Najstarszą z trojga rodzeństwa Ratzingerów była siostra Maria, która zmarła w 1991 r. w Ratyzbonie i tam została pochowana w grobie rodzinnym, obok rodziców.

Święcenia kapłańskie obaj bracia Ratzingerowie przyjęli tego samego dnia, 29 czerwca 1951 r. we Fryzyndze. W późniejszym czasie ich drogi poszły w nieco innych kierunkach. Joseph (nazwany czasem „książkowym molem”) robił karierę na uniwersytecie oraz w Rzymie, natomiast Georg („mól muzyczny”) odbył studia z muzyki kościelnej w Wyższej Szkole Muzycznej w Monachium. W 1964 r. został kapelmistrzem katedry w Ratyzbonie oraz dyrygentem chóru chłopięcego „Regensburger Domspatzen”. Wraz z nimi dał ponad tysiąc koncertów w kraju i zagranicą.

Pierwszym nagraniem płytowym była Msza as-dur Franciszka Schuberta. Wśród utworów wykonywanych przez „Wróbelki” znalazły się również własne kompozycje Georga Ratzingera, jak np. Msza Roku Świętego, której prawykonanie odbyło się w listopadzie 2000 r. w katedrze w Ratyzbonie. We wrześniu 2005 r. chłopięcy chór z Ratyzbony występował przed Benedyktem XVI w Kaplicy Sykstyńskiej. Chór pod dyrekcją Rolanda Büchnera wykonał kilka utworów Georga Ratzingera, a także kompozycji Lorenzo Perosiego, Pierluigiego Palestriny i Felixa Mendelssohna Bartholdy’ego.

Za wkład na rzecz kultury muzycznej Niemiec ks. Georg Ratzinger został odznaczony Federalnym Krzyżem Zasługi oraz otrzymał w 1993 r. godność protonotariusza apostolskiego. W 1999 r. otrzymał tytuł doktora honoris causa Papieskiego Instytutu Muzyki Kościelnej. W dniu 80. urodzin Georga Ratzingera, 15 stycznia 2004 r., ówczesny biskup Ratyzbony, Gerhard Ludwig Müller mianował go honorowym profesorem Wyższej Szkoły Muzyki Sakralnej w Ratyzbonie. W uroczystości wziął udział brat jubilata, wówczas jeszcze prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kard. Joseph Ratzinger. Od 2008 r. ks. Georg Ratzinger jest honorowym obywatelem Castel Gandolfo, gdzie znajduje się letnia rezydencja papieży.

Przez całe życie obaj bracia utrzymywali bardzo bliskie stosunki. Bardzo często spędzali wspólnie święta i wakacje. Prowadzili częste rozmowy telefoniczne, także po wyborze kard. Josepha Ratzingera na papieża i po jego ustąpieniu z papieskiego urzędu. Służył temu specjalny telefon zamontowany w jego domu na ratyzbońskiej Starówce. – Kiedy dzwoni, wiem, że zaraz usłyszę brata – mówił ks. Georg.

Ks. Georg Ratzinger był wielkim miłośnikiem muzyki Wolfganga Amadeusza Mozarta. W jednym z wywiadów powiedział: „Mojego najbardziej ulubionego utworu nie zdradzę. Do wybitnych dzieł, które bardzo lubię, zaliczyłbym – niedokończoną niestety – Mszę c-moll, ale oczywiście także Mszę Koronacyjną i trzy mniejsze Msze w tonacjach: B-, C- i F-dur. To są Msze z najpiękniejszą muzyką smyczkową, z chórem i solistami, ale też mają niezwykłą atmosferę święta i wiary”.

W wydanej przez niemieckie wydawnictwo Herdera wywiadzie-rzece Josepha Ratzingera – Benedykta XVI czytamy, że podczas wojny w 1941 r. bracia Joseph i Georg pojechali z Traustein, gdzie mieszkała rodzina Ratzingerów, do Salzburga na odbywające się tam tradycyjnie Dni Muzyki. Ponieważ trwała wojna, zainteresowanie tym wydarzeniem muzycznym było niewielkie. Obaj mogli więc pozwolić sobie na kupno biletów po bardzo niskiej cenie. Podczas koncertu w kościele św. Piotra w Salzburgu słuchali Mszy c-Moll Mozarta w wykonaniu „Regensburger Domspatzen”. Żaden z nich wtedy nie przypuszczał, że tym znanym chórem będzie kiedyś dyrygował Georg Ratzinger.

Media skierowały wielką uwagę na emerytowanego kapelmistrza z Ratyzbony z chwilą wyboru jego brata na papieża 19 kwietnia 2005 r. Początkowo było mu trudno zaakceptować tę decyzję, ponieważ obaj bracia planowali wspólnie spędzić ostatnie lata życia – w spokoju, z dala od tłumów. Tymczasem z chwilą, gdy Joseph Ratzinger został papieżem, również i ks. Georg Ratzinger stał się obiektem zainteresowania światowych mediów. Musiał się do tego przyzwyczaić jako jedyny najbliższy członek rodziny Benedykta XVI. Od 16 kwietnia 2005 r. bracia Ratzingerowie nie mogli już spędzać wspólnych wakacji, jak to czynili dotąd, w ukochanej Bawarii, w południowym Tyrolu (Górnej Adydze) czy w okolicach Salzburga w Austrii. – Jego wybór i jego decyzję o ustąpieniu widzę wyraźnie, jako Bożą wolę – przyznał ks. Georg Ratzinger.

W 2011 r., z okazji wizyty Benedykta XVI w Niemczech, ukazała się książka „Mój brat, papież” , przygotowana w formie bardzo osobistej rozmowy, jaką z ks. Georgiem Ratzingerem przeprowadził historyk z Düsseldorfu, a zarazem wydawca publikacji, Michael Hasemann (wyd. polskie Znak 2012). Brat papieża przedstawia w niej prywatne strony życia rodzinnego Ratzingerów, opisuje głębokie więzi łączące trójkę rodzeństwa. Zdradza też, jakie audycje telewizyjne papież lubi najbardziej, co uratowało mu życie, kiedy był małym dzieckiem i które zwierzęta lubi bardziej, a które mniej.

Szczególnie wzruszająco opowiadał ks. Georg Ratzinger o 19 kwietnia 2005 r., kiedy dowiedział się, że jego brat został wybrany papieżem. – Muszę przyznać, ze gdy po słowach „Habemus papam” usłyszałem „Cardinalem Ratzinger”, w tym momencie całkowicie się załamałem. Pomyślałem, że stoi przed nim wielkie wyzwanie, ogromne zadanie i bardzo się zmartwiłem – wyznał ks. Georg Ratzinger – I zrobiło mi się smutno, że teraz już pewnie nie będzie miał dla mnie czasu.

Dzieło, które powstało z okazji diamentowego jubileuszu kapłaństwa obu braci, stanowi zarazem swego rodzaju duchowy testament wspólnie przebytej 60-letniej drogi kapłańskiej – napisał wówczas wydawca książki. Wprawdzie w zapowiedziach książki była mowa o „prywatnej stronie Benedykta XVI”, zbyt prywatnych relacji czytelnik tam jednak nie znalazł, bo ks. Ratzinger starał się ukazać z osobistych wspomnień „wiele, ale nie za wiele”. Przyznał, że posłał rękopis bratu, a ten za pośrednictwem swego osobistego sekretarza, ks. Georga Gänsweina, zezwolił na druk.

Od kilku lat stan zdrowia ks. Georga Ratzingera budził coraz większe obawy. Kilkakrotnie przebywał w rzymskiej klinice im. Gemmellego na skutek zaburzeń krążenia, ma też poważne problemy ze wzrokiem. Mimo to nigdy nie chciał zamieszkać w Watykanie. Bracia spędzali natomiast razem cały sierpień w Castel Gandolfo, mieli też częsty kontakt telefoniczny. Jak wyznaje ks. Georg, podczas pobytów w Watykanie czy w Castel Gandolfo, mieli przynajmniej „namiastkę” dawnego życia rodzinnego. Starszy brat w dalszym ciągu mówił do swego brata-papieża po imieniu. – On zawsze będzie dla mnie Josephem – podkreślał.

Nie zmartwił się zbytnio, gdy dowiedział się, że Benedykt XVI zrezygnował z kontynuowania swego pontyfikatu. Pytany przez media zwracał uwagę na podeszły wiek brata i podkreślał, że „on rzeczywiście odczuwa ulgę, że nie musi już dłużej nieść na swoich barkach ciężaru Kościoła”.

Mimo podeszłego wieku i słabego zdrowia ks. Georg Ratzinger nigdy nie tracił poczucia humoru. – Robak starości drąży także i mnie, ale jeszcze nie zamknął mi ust – mówił w wywiadzie dla telewizji bawarskiej. – Choć z każdym dniem mój wzrok jest coraz słabszy, to nie tracę jednak ani humoru, ani apetytu – dodał. Jego dom w Ratyzbonie często odwiedzają byli członkowie chóru chłopięcego. Jest wtedy czas na wspomnienia i przyjacielskie rozmowy. Z bólem przyjął wiadomość o niedawnej śmierci wieloletniej gosposi, 88-letniej Agnes Heindl.

CZYTAJ DALEJ

Odpust w Lipach przypomina o wierności słowu

2020-07-02 14:30

[ TEMATY ]

diecezja toruńska

Lipy

Matka Boża Lipska

ks. Paweł Borowski

Podczas odpustu ku czci Matki Bożej Lipskiej bp Józef Szamocki przypomniał, że wszyscy jesteśmy wezwani do tego, by pomnażać chwałę Bożą w świecie, w którym żyjemy.

Zobacz zdjęcia: Odpust w Lipach przypomina o wierności słowu

Wypełnienie tej misji wiąże się z wiernością słowu danemu Chrystusowi, życiem sakramentami i słuchaniem Słowa Bożego. Tylko w ten sposób będziemy jak Maryja wskazywać ludziom na Chrystusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję