Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Tutaj nasze zbawienie

Pierwsze Msze św. były odprawiane pod namiotami. Ludzie zaczęli się gromadzić, pomagali, wspierali tak jak mogli najlepiej. Wielu starszych parafian mile to do dzisiaj wspomina – mówi o. Stanisław Glista OFMConv

Niedziela zielonogórsko-gorzowska 41/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

wywiad

Mariusz Grondys

Uroczysta Suma odpustowa z okazji 20-lecia przybycia ojców franciszkanów do Zielonej Góry

KAMIL KRASOWSKI: – Bracia Mniejsi Konwentualni, czyli mówiąc potocznie – franciszkanie, 20 lat temu przybyli do Zielonej Góry. Wtedy też powstała w mieście pierwsza parafia pod wezwaniem św. Franciszka. Kiedy, jak i z czyjej inicjatywy to się stało?

O. STANISŁAW GLISTA OFMCONV: – Z informacji zapisanych w kronikach wynika, że pragnienie, aby w Zielonej Górze pojawili się zakonnicy, zrodziło się w kręgu tutejszych duchownych i wiernych. Ówczesny ordynariusz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej bp Adam Dyczkowski skierował zaproszenie do prowincji krakowskiej naszego zgromadzenia, a nasz zakon w odpowiedzi przysyłał pierwszego zakonnika, zwiastuna Dobrej Nowiny, o. Zdzisława Tamiołę, który zamieszkał w domu diecezjalnym przy ul. Wiśniowej. To on zapoczątkował obecność franciszkanów na terenie Zielonej Góry, natomiast później dołączyli do niego inni bracia.
W sierpniu 1999 r. bp Dyczkowski dekretem erygował nową parafię pw. św. Franciszka, utworzoną z kilku sąsiednich parafii, m.in. Ducha Świętego i Matki Bożej Częstochowskiej.

– Jak wyglądały pierwsze lata obecności franciszkanów w Zielonej Górze i jak ta obecność wygląda dzisiaj?

– O. Zdzisław miał za zadanie przygotować miejsce dla zakonników i rozpocząć starania o stworzenie tutaj miejsca kultu. Tu, gdzie się obecnie znajdujemy, gdzie jest kaplica i gdzie jest budowany kościół, było puste pole. 20 lat temu postawiono tu krzyż misyjny, który stoi przy drodze, i to właśnie tu zaczęli się spotykać wierni. Pierwsze Msze św. były odprawiane pod namiotami. Ludzie zaczęli się gromadzić, pomagali, wspierali tak jak mogli najlepiej. Zresztą wielu starszych parafian mile to do dzisiaj wspomina.
Ponieważ nadchodziła zima i trzeba było gdzieś się schronić na modlitwie, bardzo szybko przystąpiono do budowy klasztoru i kaplicy. To wszystko działo się równolegle.
Jednak to, co jest zauważalne w kronikach i we wspomnieniach, to to, że parafia od samego początku funkcjonowała jako wspólnota ludzi. Powstały pierwsze grupy Żywego Różańca, Trzeci Zakon św. Franciszka dla świeckich, wspólnoty młodzieżowe. Nasi ojcowie od samego początku współpracowali ze Związkiem Harcerstwa Polskiego. W tym roku obchodzimy 20. rocznicę tej współpracy. Przez wiele lat w zielonogórskim amfiteatrze odbywał się słynny Festiwal Pokój i Dobro, co było swego rodzaju ewangelizowaniem tutejszego społeczeństwa.
Wokół naszego klasztoru powstało wiele różnych grup duszpasterskich, które funkcjonują do dzisiaj, jak Rycerstwo Niepokalanej czy Fraternia Franciszkańska – bardzo ciekawa, dynamiczna wspólnota ewangelizacyjna ludzi młodych. Istnieje Caritas, która zajmuje się ubogimi, są grupy intronizacyjne oraz schole – dziecięca i młodzieżowa. Ostatnimi czasy bardzo mocno działa też grupa misyjna. Nasza parafia ma patronalną misję w Kakooge w Ugandzie, skąd przyjeżdżają do nas misjonarze, a my wybieramy się tam w tym roku.
Warto dodać, że każdego tygodnia odbywają się tzw. środy biblijne, w czasie których gromadzimy się wokół Pisma Świętego, czytając je metodą lectio divina. Są to grupy otwarte, na które każdy może przyjść.

– Ojcze, a jaki jest charyzmat Waszego zgromadzenia?

– Duchowość franciszkańska opiera się przede wszystkim na regule, którą dał do zatwierdzenia św. Franciszek. Jest to życie Ewangelią według rad ewangelicznych – w dobrowolnym ubóstwie, dozgonnej czystości i zupełnym posłuszeństwie dla miłości Jezusa Chrystusa. To, co jest charakterystyczne dla naszej duchowości, to także duchowość chrystocentryczna, maryjna, liturgiczna. Taką cechą jest również życie we wspólnocie.

– Jak wygląda typowy dzień franciszkanina?

– Charakteryzuje nas wspólnota modlitwy, stołu i wspólnota ekonomiczna. Każdy dzień mamy podzielony na trzy pory: rano, południe i wieczór, kiedy wspólnie odmawiamy brewiarz, medytujemy. Spotykamy się również na rekreacjach i przy posiłkach. Nasz rytm jest bardzo zakonny. W to wszystko naturalnie wpisana jest praca duszpasterska.

– Gdyby miał Ojciec wskazać największe radości parafii na przestrzeni 20 lat, to co by to było?

– Dla nas największą radością są sytuacje, kiedy ludzie odnajdują Jezusa w swoim życiu; kiedy spowiadają się i bagaż problemów przynoszą do konfesjonału; kiedy odchodzą od kratek wolni, rozpoczynając nowe życie. Największy sukces jest wtedy, kiedy wierni są z nami, wspierają nas, kiedy modlą się razem z nami. Największą pociechą jest to, że ci, którzy przychodzą, w większości bardzo często przystępują do Komunii św. i żyją Eucharystią na co dzień. Wiemy, że cenią słowo Boże, które głosimy. Bardzo cenne są również indywidualne rozmowy, bo ludzie nie tylko przychodzą do konfesjonału, ale także porozmawiać o problemach, z którymi sobie nie radzą. Staramy się posługiwać kapłanom, którzy proszą o spowiedź, bo po to także jesteśmy.
Oczywiście cieszymy się faktem budowy kościoła – to wszystko bardzo piękne, ale mury bez wiernych to tylko mury. Dlatego bardzo ważne jest budowanie wspólnoty i relacji międzyludzkich.

– Wspomniał Ojciec o budowie kościoła. Na jakim etapie są obecnie prace?

– Postawiliśmy mury oraz wykonaliśmy zadaszenie kościoła. Powoli zaczynamy uposażać jego wnętrze. Będzie jeszcze dobudowana przełączka łącząca kościół z klasztorem, bo tam będą się znajdować zakrystie. W tej chwili to, co spędza sen z powiek, to pokrycie dachu. Jest on w tej chwili zabezpieczony, jednak to nie wystarczy na długo, więc musimy go przykryć blachą. Dlatego szukamy środków, żeby to zrobić jak najszybciej.

– W jaki sposób można wesprzeć to dzieło?

– Można wpłacać ofiary na konto, które jest podane na naszej stronie internetowej (zielonagora.franciszkanie.pl). Jesteśmy wdzięczni, każdego dnia modlimy się i każdego miesiąca odprawiamy Mszę św. w intencji naszych dobrodziejów.

– W jaki sposób w ciągu roku obchodzicie te dwa jubileusze – przybycia ojców franciszkanów do Zielonej Góry i powstania w mieście pierwszej franciszkańskiej parafii?

– Przez cały rok staramy się mówić o tym i zbieramy wszelkie informacje, zdjęcia na ten temat. Wydaliśmy specjalny numer gazetki parafialnej, w której są wspomniani wszyscy franciszkanie posługujący w Zielonej Górze, a przewinęło się ich prawie 50. Przeżywaliśmy uroczystości związane z odpustem franciszkańskim. Natomiast mocnym akcentem będą misje parafialne, które odbędą się w naszej parafii w dniach od 11 do 17 października. Wygłosi je dominikanin o. Wojciech Jędrzejowski. Staramy się dotrzeć do wiernych z zaproszeniami, żeby jak najliczniej wzięli udział w tym przeżyciu, bo będą to drugie misje w historii parafii.

– Czego sobie Ojciec życzy na kolejne 20 lat?

– Modlę się o to, żeby nam Pan Bóg błogosławił; żeby błogosławił wszystkim ludziom; żeby Jego łaska docierała do serc wiernych, do parafian. Modlę się, żeby nie bali się Jezusa, swojej parafii, Kościoła, dlatego że tutaj jest nasze zbawienie, tutaj jest nasza Matka, nasze miejsce, gdzie uświęcamy się każdego dnia. To jest najważniejsze.

Obecnie wspólnotę franciszkańską w mieście tworzy 8 zakonników (6 kapłanów, brat zakonny i brat kleryk). Oficjalnie parafia liczy 10 tys. mieszkańców.

2019-10-08 14:19

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Kard. Onaiyekan: Ludzkie środki nie wystarczą, trzeba uklęknąć przed Bogiem

2020-04-01 15:17

[ TEMATY ]

koronawirus

youtube.com

Zapobieganie zakażeniom, badania nad koronawirusem i heroiczna postawa pracowników służby zdrowia, wszystko to jest bardzo ważne, ale samo w sobie nie wystarczy. Trzeba też upaść przed Bogiem na kolana, prosić Go o przebaczenie naszych grzechów i błagać o zmiłowanie nad całym światem - tak kard. John Olorunfemi Onaiyekan wyjaśnia sens dzisiejszej inicjatywy modlitewnej międzynarodowego ruchu Religie dla Pokoju, której jest honorowym przewodniczącym.

W obliczu zagrożenia koronawirusem przedstawiciele różnych religii umówili się dziś na godz. 15.00 na krótką modlitwę, każdy według własnej tradycji, by prosić Boga o powstrzymanie epidemii.

„Od wielu już lat spotykamy się, by wspólnie stawiać czoła wielkim problemom, z którymi boryka się współczesny świat. Niestety, wraz z pojawieniem się koronawirusa, wszystko stało się bardzo jasne: nikt nie może pozostać obojętny, pod tym względem wszystkie religie są zgodne. Nie ma tu podziału na chrześcijan, muzułmanów, hinduistów, buddystów, ani też na Nigeryjczyków, Włochów czy Hiszpanów, białych czy czarnych, cała ludzkość jest na tej samej łodzi, pośród burzy, którą jest koronawirus. Odpowiadamy więc na wezwanie Ojca Świętego, by wszyscy zwierzchnicy religijni na całym świecie zjednoczyli się w modlitwie. My jako ruch Religie dla Pokoju prosimy Pana, który jest Bogiem wszystkich ludzi, aby uwolnił nas od tej wielkiej tragedii“ - powiedział nigeryjski kardynał.

Kard. Onaiyekan zaznaczył, że modlitwa o oddalenie od świata epidemii jest szczególnie mocno przeżywana w takich krajach jak jego ojczyzna, Nigeria, gdzie ludzkie środki są znikome. Gdybyśmy nie ufali miłosierdziu Pana, stracilibyśmy wszelką nadzieję - dodaje były arcybiskup Abudży.

CZYTAJ DALEJ

AP: coraz więcej dowodów, że wirusem zakażają ludzie bez objawów

2020-04-02 08:54

[ TEMATY ]

koronawirus

Adobe.stock.pl

Naukowcy przedstawiają coraz więcej dowodów, że koronawirus przenoszony jest przez zakażone osoby, które nie wykazują wyraźnych symptomów - pisze agencja AP. Zakazić można się - jak twierdzą - choćby siadając na ławce zajętej wcześniej przez zainfekowanego człowieka.

Badania amerykańskiego Centrum ds. Kontroli i Zapobiegania Chorób (CDC) wykazują, że ok. 10 proc. nowych zakażeń może być przenoszonych przez osoby, które mają koronawirusa, ale nie wykazywały dotychczas żadnych objawów. CDC ostrzega zarazem, że każdy może być nosicielem SARS-Cov-2.

W ocenie Associated Press rezultaty tych badań pokazują, jak ważne są ograniczenia wprowadzane obecnie przez rządy na całym świecie. "Trzeba działać w kwestii ograniczania kontaktów między ludźmi, którzy wydają się całkowicie zdrowi" - mówi Lauren Ancel Meyers z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin.

W przeprowadzonym przez CDC badaniu w Singapurze jeden przypadek był w ocenie AP "szczególnie uderzający". "Zakażenie 52-letniej kobiety powiązano z tym, że usiadła na miejscu w kościele, które wcześniej w tym dniu zajmowało dwóch turystów, którzy nie wykazywali żadnych symptomów, ale potem poczuli się gorzej (...)" - pisze amerykańska agencja.

Do takich wniosków naukowcy doszli po analizie nagrania z mszy w kościele.

CDC utrzymuje, że nawet co czwarta osoba zakażona koronawirusem może nie wykazywać żadnych objawów. (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję