Reklama

Wiadomości

Leśna służba i misja

O królu polskich kniei, ekologii i gospodarce leśnej z dr. Andrzejem Koniecznym, dyrektorem generalnym Lasów Państwowych, rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 36-39

[ TEMATY ]

wywiad

©szczepank – stock.adobe.com

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od niepamiętnych czasów królem polskich kniei, polskich lasów był żubr, a dziś mamy w Polsce ok. 2 tys. sztuk tego gatunku, z ogromnym trudem uratowanego przed wyginięciem. Bez żadnej przesady można chyba powiedzieć, że to dzięki Lasom Państwowym, które w tym roku obchodzą 95-lecie swego istnienia...

DR ANDRZEJ KONIECZNY: – Zgadzam się z tą tezą. Można powiedzieć, że dzięki polskim leśnikom i Lasom Państwowym – lecz także dzięki zgodnemu zaangażowaniu polskich naukowców, przyrodników i weterynarzy – przed bez mała 100 laty zostały podjęte skuteczne działania na rzecz powrotu tego wielkiego zwierza do polskich lasów.

– I to bez pomocy tzw. ekologów, których wówczas nie było!

– Było więcej racjonalności i konkretnego działania zamiast absurdalnych, teoretycznych wymysłów w rodzaju stwierdzeń, że las i wszystko, co w nim żyje, trzeba pozostawić samym sobie, a leśnikom od lasu wara... Na szczęście wtedy panowała zgoda i było możliwe współdziałanie ludzi dobrej woli. Od kiedy prof. Jan Sztolcman na konferencji w Paryżu w 1923 r. zaproponował program uratowania żubra i przywrócenia jego obecności w polskich (i europejskich) lasach, odpowiednie przygotowania potoczyły się sprawnie i bez przeszkód.

– Na fali świeżo odzyskanej niepodległości?

– Zdecydowanie tak. Żubry na naszych terenach zostały ostatecznie wyniszczone podczas kataklizmu I wojny światowej, a dosłownie ostatni osobnik został zastrzelony przez kłusownika w 1919 r. Już 10 lat później przewieziono do Białowieży pierwsze osobniki z hodowli zamkniętych w Niemczech i Szwecji. Rozpoczął się niełatwy proces odbudowy tego gatunku w warunkach naturalnych. Naprawdę wszyscy się wtedy cieszyli, że żubr wrócił do Polski!

– Dzisiaj się nie cieszą?

– Dzisiaj jesteśmy zakładnikiem sukcesu. Mamy w Polsce ponad 1,?9 tys. żubrów i jednocześnie niezgodę, trudność ze społeczną akceptacją ich obecności w wielu miejscach w Polsce. Faktem jest, że tak duże zwierzę może czynić szkody i w polu, i w lesie...

– A może w dzisiejszym świecie nie ma już miejsca dla żubrów?

– Mam nadzieję, że aż tak źle nie jest. Miejsce powinno się znaleźć, potrzeba tylko dobrej woli i odpowiedniego wysiłku.

– 100 lat temu było łatwiej?

– Nie sądzę. Dzisiaj proponujemy, żeby te nasze polskie żubry rozsyłać po całej Europie, by się nimi dzielić. Niestety, najczęstszą odpowiedzią jest: brak miejsca, brak odpowiednich terenów do zasiedlenia oraz to, że ten gatunek budzi kontrowersje w europejskich – deklaratywnie ekologicznych, lecz praktycznie oderwanych od ziemi i natury – społeczeństwach.

– Chodzi o zwykły strach?

– Raczej o kolizję z życiem społecznym i, moim zdaniem, o najzwyklejsze wygodnictwo współczesnego człowieka. Mimo wszystko – mimo czynionych przez żubry szkód w uprawach rolnych – wygląda na to, że tylko u nas, w Polsce, są one autentycznie akceptowane.

– Lecz wciąż – od 100 lat – żubr pozostaje zwierzęciem specjalnej troski...

– Nie może być inaczej. Warto tu podkreślić, że nie wszystkie kraje europejskie, pomimo szczytnych deklaracji, czynią tyle dla podtrzymania bioróżnorodności, ile czyni Polska, a zwłaszcza polskie leśnictwo; wiele gatunków roślin i zwierząt obejmujemy rzeczywistą troską. Mamy więc powody, by być z tego dumni.

– A symbolem tej dumy może być właśnie żubr?

– Żubr jest symbolem ochrony przyrody na świecie. Niewątpliwie wymaga szczególnej troski i coraz trudniej zapewnić mu odpowiednie warunki bytowania w naturze. Populacja żubra w Polsce została odtworzona na bazie zaledwie siedmiu osobników ocalałych w hodowlach, stąd charakterystyczne dla chowu wsobnego problemy m.in. z odpornością. Aby zmniejszyć ryzyko chorób, zwiększyć bezpieczeństwo stada, wskazane jest rozlokowanie polskich żubrów na większej przestrzeni, nawet w innych państwach. Niestety, zderzamy się tu wciąż z niezrozumieniem, z odmową... Dlatego, ze względów zdrowotnych, staramy się obecnie rozproszyć tę naszą populację na obszarze Polski, tworzymy nowe stada w większych kompleksach leśnych, np. na terenie Puszczy Augustowskiej. Pamiętajmy, że jeden osobnik potrzebuje aż 2 km2 przestrzeni, więc nie każde miejsce się nadaje. Obok tego prowadzimy nieustanny monitoring zdrowotny wszystkich osobników, także post mortem, w celu rozpoznania ich chorób, których, niestety, jest bardzo wiele.

– Dosłownie każdy żubr w Polsce jest otoczony opieką weterynaryjną?

– Każdy. Stada są obserwowane – przede wszystkim w miejscach podawania paszy – przez leśników, weterynarzy oraz specjalne komisje żubrowe. Stąd wiemy, że polskie stada są ciągle w dość dobrej – ale jednak nie do końca – kondycji. Z pewnością trzeba prowadzić, mimo krytyki niektórych środowisk, rozważną eliminację osobników słabych, chorych bądź agresywnych, aby zapobiec roznoszeniu się chorób.

– To Lasy Państwowe są dziś głównym promotorem i sponsorem polskich żubrów?

– Były od samego początku i są do dziś. W specjalnym „projekcie żubrowym” rozpisanym na lata 2017-20 przeznaczamy na ten cel 47 mln zł (na opiekę, badanie, monitoring, leczenie, odławianie i transport za granicę, itp.).

– A mimo to właśnie na Lasach Państwowych i leśnikach skupia się dziś cała krytyka tzw. ekologów (właśnie z powodu eliminacji chorych sztuk) oraz rolników – z powodu szkód wyrządzanych przez żubry na polach. Kłopot z żubrem wydaje się podobny do kłopotu z kornikiem... Leśnicy są w stanie sobie poradzić ze stadami żubrów, z inwazją korników, ale wobec ludzkiego niezrozumienia są często bezradni...

– Rzeczywiście, nie jest nam łatwo dotrzeć do świadomości społecznej. Oderwani od ziemi i lasu współcześni ludzie nie zadają sobie bowiem trudu, by zrozumieć, w jaki sposób funkcjonuje przyroda i w jaki sposób wcześniej człowiek z niej korzystał, a przede wszystkim – w jaki sposób powinien z niej korzystać dzisiaj. Prawdziwy przekaz o tym, co się stało w Puszczy Białowieskiej, nie może się przebić ani do polskiej, ani do europejskiej opinii społecznej z powodu blokujących go – prowokowanych i podsycanych – emocji. Nie ma tu mowy o rzeczowej dyskusji, o rozsądku, są tylko pseudoekologiczne hasła... To wszystko doprowadziło do tego, że dzisiaj jedna czwarta powierzchni nadleśnictw Puszczy Białowieskiej jest martwa. Tak, leśnicy są w trudnej sytuacji, bo są zakrzykiwani, bo kwestionuje się ratowanie lasu przez usuwanie zainfekowanych drzew! W wyniku zmian po inwazji kornika na terenie całej puszczy dochodzi do przyrodniczo niekorzystnych zmian, do wyraźnego ograniczenia bioróżnorodności; tam, gdzie był las, teraz są trawy...

– Odwiedzający dziś Puszczę Białowieską przeciętny turysta z Polski lub z Europy, zobaczywszy taki krajobraz, o wszystko obwini leśników!

– Jest to całkiem realne, mimo że krańcowo niesprawiedliwe! Z Ustawy o lasach jasno wynika, że to leśnicy (konkretni nadleśniczy) odpowiadają za stan lasu, tymczasem np. w przypadku Puszczy Białowieskiej mamy do czynienia z wielością rozmaitych uregulowań prawnych; mamy tu jeszcze polską Ustawę o ochronie przyrody, prawo unijne (dyrektywy: ptasią i siedliskową), konwencję UNESCO. To bardzo trudne wyzwanie dla leśników, by w tym wszystkim się odnaleźć i móc działać racjonalnie.

– W przypadku Puszczy Białowieskiej okazało się to zupełnie niemożliwe, bo nadleśnictwa od 95 lat bardzo dobrze – i z wielką korzyścią dla przyrody! – funkcjonujące na ustanowionej u zarania polskiej niepodległości zasadzie samodzielności gospodarczej zostały niejako ubezwłasnowolnione?

– Mam wiele przykładów na to, że tak się dzieje – zawsze z wielką szkodą dla przyrody. Na podejmowane przez białowieskich leśników, za zgodą dyrektora generalnego, działania ratunkowe aktywiści ekologiczni, wspierani przez polityków opozycji, złożyli skargę do Komisji Europejskiej, która zakazała wycinki zajętych przez kornika drzew. Naszym zdaniem, było to sprzeczne z zawartym przez Polskę w 2008 r. zobowiązaniem do zachowania integralności obszarów Natura 2000, czyli stanu siedlisk sprzed tegoż roku. Tę integralność naruszył kornik, a my chcieliśmy ją przywrócić, uratować, by wywiązać się z tegoż zobowiązania. Tyle że to nasza działalność naprawcza została oceniona jako... naruszanie owej integralności. Mieliśmy więc do czynienia z nielogicznością, niepojętym paradoksem, z czymś w rodzaju unijnego paragrafu 22...

– Powiada Pan Dyrektor, że polscy leśnicy potrafiliby lepiej zadbać o dobrostan europejskiej przyrody niż całe sztaby unijnych urzędników oraz speców od ekologii?

– Leśnicy są skromni, ale znają się na przyrodzie i realnie w niej działają. Od 95 lat łączymy to, co na dzisiejszych salonach wydaje się niemożliwe do połączenia – tradycję z nowoczesnością. 95 lat temu w Polsce, po niespełna 5 latach od odzyskania niepodległości, powstały Lasy Państwowe – dobrze pomyślana instytucja, która niemal w niezmiennej formie przetrwała wojnę, okres stalinowski, gospodarkę nakazowo-rozdzielczą, a także zapędy neoliberalne polityków III RP. Można bez zbytniej przesady powiedzieć, że polska gospodarka leśna może być wzorem. Jako pośrednie dowody na to mogą służyć następujące fakty: od II wojny światowej powierzchnia leśna Polski zwiększyła się o 50 proc., przybyło ponad 2,5 mln ha lasów, zwiększają się ich zasobność oraz możliwości użytkowania drewna. Znaczące są poprawa stanu lasów pod względem zgodności składu gatunkowego z warunkami siedliskowymi oraz dobry, pomimo pojawiających się zagrożeń, stan zdrowotny. Zawsze oczywistą sprawą dla nas, polskich leśników, jest to, aby wycinać o wiele mniej drzew, niż ich przyrasta. W ten sposób tworzymy narodowe bogactwo.

– A jednak w historii Lasów Państwowych pojawiały się wymuszenia większej eksploatacji...

– Tak było zawsze wtedy, gdy trzeba było odbudowywać kraj, czy to na początku II RP, czy w latach 40. XX wieku. Lasy Państwowe znacząco wsparły odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. Należy jednak mocno podkreślić, że polscy leśnicy, dzięki tradycyjnej formacji wyniesionej z polskich szkół leśnych, dzięki ogromnemu poczuciu służby i misji – niespotykanemu już chyba w innych środowiskach zawodowych – zawsze potrafili obronić powierzony im las. Powołana prawie 100 lat temu organizacja Lasy Państwowe miała z założenia być – i wciąż jest, dzięki Bogu! – gwarantem tego, że polskie lasy będą coraz bogatsze przyrodniczo.

– A gdy dziś cieszymy się z sukcesów polskiego meblarstwa, to naprawdę nie musimy się martwić, jak ten znaczny wzrost apetytu na drewno odbije się na polskich lasach?

– W żadnym razie. Po to istnieją Lasy Państwowe, by to nie groziło. To prawda, że Polska jest dziś czwartym eksporterem mebli i szóstym ich producentem na świecie, a wartość eksportu wszystkich produktów z drewna wynosi ok. 45 mld zł. Nie stanowi to jednak większego zagrożenia dla polskich lasów. Dzieje się tak dlatego, że krócej, niż trwa pozyskanie drewna, rosną jego zasoby w lesie – o to właśnie dbamy. W samych lasach w zarządzie Lasów Państwowych przyrasta dziś netto (ponad to, co wycinamy) ok. 25 mln m3 drewna rocznie. Można powiedzieć, że w uproszczeniu na każdego Polaka przybywają w Lasach Państwowych co roku dwa nowe drzewa. Aż 38 proc. powierzchni lasów państwowych podlega ochronie w ramach unijnego programu Natura 2000, blisko 2 proc. stanowią rezerwaty, kolejne 2 proc. to strefy ochrony rzadkich gatunków. Udowadniamy więc, że można połączyć użytkowanie lasu z ochroną przyrody. Tak się w Lasach Państwowych zawsze działo i dzieje się nadal.

– Polscy leśnicy nie są więc wyłącznie bezwzględnymi eksploatatorami lasu – jak się ich często postrzega – ale też świadomymi, dobrze wykształconymi ekologami?

– Śmiem twierdzić, że są nimi przede wszystkim. Któż, jak nie polscy leśnicy właśnie, stara się przekonywać resztę świata o fundamentalnym znaczeniu lasu – jako wielkiego magazynu CO2 w drzewach i drewnie – dla jakości klimatu? To polscy naukowcy leśnicy przedstawiają międzynarodowym gremiom swoje badania, proponują konkretne rozwiązania. Lasy Państwowe realizują już projekt pilotażowy „Leśne Gospodarstwa Węglowe”; do 2026 r. chcemy znacznie zwiększyć możliwości pochłaniania CO2 przez drzewa leśne.

– Jak to możliwe?

– Będziemy zalesiać nowe tereny wszędzie, gdzie to tylko możliwe! W starszych lasach koniecznie trzeba dosadzać nowe gatunki drzew, np. te mogące rosnąć w cieniu (buk). Żartobliwie mówiąc, chcemy zwiększyć „ilość drewna w lesie”, by w ten sposób uwięzić jak najwięcej CO2... Trzeba też przywracać wodę przesuszonym torfowiskom, rozbudowywać retencję wód w lasach itp., itd.

– Lasy Państwowe stać na tego rodzaju szeroko zakrojone przedsięwzięcia?

– Tak zostały 95 lat temu zorganizowane, by sobie radzić nawet w najcięższych sytuacjach. Mimo zwiększających się obciążeń i danin na rzecz budżetu państwa (rocznie 2,5-3 mld zł) samodzielnie radzimy sobie z największymi kataklizmami, nie oczekujemy rekompensat ani odszkodowań od państwa. Wielka „wichura stulecia” zniszczyła lasy na obszarze równym dwukrotnej powierzchni Warszawy. Po niespełna 2 latach na jednej trzeciej tych terenów już rośnie otoczony opieką nowy las.

– Nie wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że lasów w Polsce mamy wciąż za mało...

– Mogę zapewnić, że lasy w Polsce mają się dobrze, jest ich coraz więcej, są też bardziej różnorodne biologicznie i zasobne w drewno. Na każdego statystycznego Polaka przypada dziś w Lasach Państwowych o 60 drzew więcej niż w 1989 r. Korzystajmy z wyjątkowego przywileju swobodnego dostępu do ogromnej większości polskich lasów, cieszmy się też tym, że dają pracę i są jednym z filarów polskiej gospodarki. My, leśnicy, możemy obiecać, że zrobimy wszystko, by zachować je dla przyszłych pokoleń w doskonałym stanie, bo dziś korzystamy z nich w rozsądny, zrównoważony sposób.

* * *

Dr Andrzej Antoni Konieczny
Leśnik (absolwent SGGW), doktor nauk ekonomicznych, absolwent studiów podyplomowych Master of Business Administration University of Illinois; odbył staże zawodowe w administracji leśnej Szwajcarii i Niemiec. Od 1996 r. na różnych stanowiskach w Lasach Państwowych. W latach 2015-18 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska. Od stycznia 2018 r. – dyrektor generalny Lasów Państwowych

2019-09-10 12:59

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

5 pytań do… pana Pawła Solocha

2020-05-30 08:23

[ TEMATY ]

wywiad

polityka

5 pytań do...

Piotr Grzybowski rozmawia z Pawłem Solochem, Sekretarzem Stanu, Szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Piotr Grzybowski: Czy może Pan Minister przybliżyć nam funkcję i miejsce BBN w strukturze naszego Państwa?

Paweł Soloch: Biuro Bezpieczeństwa Narodowego jest instytucją pracującą na rzecz Prezydenta. Jest organem doradczym, ale podejmuje również działania związane z realizacją prezydenckich prerogatyw. Na polecenie Prezydenta lub z własnej inicjatywy przygotowujemy opinie, analizy czy projekty aktów prawnych. Zarówno w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego, jak i międzynarodowego. Biuro odpowiada też za współpracę ośrodka prezydenckiego z rządem w sprawach bezpieczeństwa.

Oczywiście szczególnie ważne jest wspieranie Prezydenta w realizacji jego kompetencji związanych ze zwierzchnictwem nad Siłami Zbrojnymi. Dotyczą one kierowania obroną państwa, zatwierdzania planów oraz dokumentów strategicznych, mianowana na stopnie oficerskie i generalskie czy wyznaczana oficerów na najwyższe stanowiska w Siłach Zbrojnych. BBN zapewnia także obsługę posiedzeń Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Po co tworzy się Strategię Bezpieczeństwa Narodowego ?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to swego rodzaju „mapa drogowa”, zbiór konkretnych zadań i celów dotyczących wzmacniania bezpieczeństwa dla wszystkich organów i instytucji państwa. Prace nad Strategią są także dużym wysiłkiem jeśli chodzi o budowanie wspólnej myśli, z założeniem, że będzie ona konsekwentnie realizowana, także w razie zmiany władzy.

Z drugiej strony, jest to przekaz dla innych państw, ale też własnego społeczeństwa, dotyczący kształtu naszej polityki bezpieczeństwa. Jest to pewna wykładnia postrzegania zagrożeń przez władze oraz opis działań i przygotowań, jakie będziemy podejmować, aby te zagrożenia niwelować.

Oczywiście to, czego się oczekuje od każdej strategii, to przełożenie jej zapisów i rekomendacji na realne działania. Stąd w obecnej Strategii przywołana została kwestia przyjęcia ustawy o zarządzaniu bezpieczeństwem narodowym. W porozumieniu z rządem uruchamiamy właśnie prace nad projektem tej ustawy.

Pan Prezydent Andrzej Duda 12 maja podpisał w dość uroczystej formie nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego. Co w niej jest nowego?

Może zacznę od tego, co nie zmieniło się w sposób zasadniczy jeżeli chodzi o kierunki działania państwa, ale zostało pewnym stopniu zmodyfikowane. Konsekwentnie realizujemy kierunek, nazwijmy „pro-zachodni”, związany z członkostwem Polski w NATO, Unii Europejskiej oraz strategicznym partnerstwem ze Stanami Zjednoczonymi. Zapisy dotyczące relacji z NATO i UE zostały uszczegółowione. Wskazujemy na konkretne inicjatywy, jak wzmocnienie mechanizmów odstraszania i obrony NATO czy przyspieszania procesów decyzyjnych i reagowania struktur Sojuszu w razie zagrożeń, a także wzmocnienie pewnych inicjatyw europejskich, takich jak PESCO. W Strategii na pewno większy nacisk położyliśmy na rolę nowych formatów zainicjowanych przez Prezydenta Andrzeja Dudę, jak Inicjatywa Trójmorza czy format „Bukaresztańskiej Dziewiątki”, skupiający państwa wschodniej flanki NATO.

W sposób mocniejszy, niż w poprzedniej Strategii, uwypuklone – jako zagrożenia dla ładu i bezpieczeństwa międzynarodowego, w tym Polski – jest wskazanie expresiss verbis, polityki rosyjskiej. Szczególnie jeśli chodzi o ocenę sytuacji po agresji rosyjskiej na Ukrainę w 2014 roku.

Natomiast w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego nowym, istotnym elementem jest przede wszystkim kwestia integracji zarządzania bezpieczeństwem narodowym. Ogólnie mówiąc, chodzi o wzmocnienie państwa samego w sobie. Strategia zwiera szereg daleko idących zapisów dotyczących budowania odporności państwa na kryzysy, ochrony obywateli i obrony powszechnej.

W Strategii mamy także postulat wzmocnienia obrony cywilnej, czyli formacji chroniącej obywateli w czasie kryzysów, będącej pod ochroną międzynarodowych konwencji. Obecnie taką rolę pełnią chociażby Ochotnicze Straże Pożarne. Zarówno w małych miejscowościach, jak i na przedmieściach dużych miast funkcjonuje to znakomicie. Musimy zbudować podobny system także w dużych aglomeracjach. Chodzi o zaangażowanie obywateli i wolontariuszy w systemie budowanym w znacznej mierze na wzór państw skandynawskich, gdzie ma to charakter powszechny. W Polsce, jak powiedziałem, dotyczy to przede wszystkim mniejszych ośrodków. Wzorce OSP w jakiejś formule są do wykorzystania na terenie dużych miast.

Kolejną kwestią jest ułożenie relacji w sprawach bezpieczeństwa na najwyższych szczeblach kierowania państwem. Chodzi na przykład o stworzenie bardziej elastycznej formuły i zwiększenie efektywności w relacjach między Prezydentem a Radą Ministrów czy poszczególnymi ministerstwami. To są wnioski m.in. z ćwiczeń KRAJ 19, w których uczestniczyli przedstawiciele najwyższych władz państwa. Ćwiczenia te odbyły się z inicjatywy Prezydenta Andrzeja Dudy, po raz pierwszy od 14 lat.

Obecna pandemia również wpłynęła na pewne zapisy końcowe Strategii, chociaż w jakiś sposób zagrożenia o charakterze epidemicznym były antycypowane już wcześniej. Dotyczy to zdolności państwa do reagowania nie tylko na zagrożenia militarne, ale i wszelkie inne. Dużą rolę odgrywa tu kwestia koordynacji działań instytucji państwa. Stąd postulaty ustawy o zarządzaniu bezpieczeństwie narodowym, co zostało zapowiedziane w momencie podpisywania Strategii. Mówił o tym zarówno Prezydent Andrzej Duda, jak również Premier Mateusz Morawiecki. Obaj są co do tego zgodni.

Jeden z czterech filarów Strategii mówi o konieczności kształtowania postaw patriotycznych i pielęgnowania tożsamości narodowej Polaków, zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie. Są to uniwersalne wartości, nierozerwalnie związane z bezpieczeństwem państwa. Szczególnie w Polsce, gdzie przez 123 lata braku państwowości, to właśnie tożsamość i właściwe postawy pozwoliły przetrwać naszemu narodowi.

Są też oczywiście kwestie związane z nowymi wyzwaniami, takimi jak cyberbezpieczeństwo czy szerzej, bezpieczeństwo informacyjne. Paradoksalnie pandemia dodatkowo unaoczniła znaczenie tych obszarów bezpieczeństwa.

Od 2008 obserwujemy realne działania ofensywne – agresję Rosji, najpierw wobec Gruzji, później Ukrainy. Czy Polska jest należycie zabezpieczona na kierunku wschodnim?

W Strategii znalazły odzwierciedlenie zapisy dotyczące wzmocnienia krajowych zdolności odstraszenia, czyli własnych sił zbrojnych. Przede wszystkim chodzi o potwierdzenie, mimo widma kryzysu spowodowanego pandemią, osiągnięcia docelowego pułapu 2,5 proc. PKB wydatków na obronę już w 2024 roku. Z tym wiążą się inwestycje takie jak zwiększanie liczebności Sił Zbrojnych, także poprzez utworzenie ich nowego rodzaju, jakim są Wojska Obrony Terytorialnej, czy zakup nowoczesnego sprzętu i uzbrojenia.

Jest też kwestia dalszej adaptacji Sojuszu Północnoatlantyckiego do obecnej sytuacji bezpieczeństwa. Proszę zwrócić uwagę, że od 2014 roku, wskutek agresywnych działań Rosji, rola Sojuszu wyraźnie się zmieniła. Chodzi m.in. o dyslokację wojsk sojuszniczych na flance wschodniej, w tym obecność wojsk amerykańskich na terenie Polski. Stąd podkreślenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi, konsolidacji Sojuszu oraz zachowania jedności transatlantyckiej. Proszę zwrócić uwagę, że we wszystkich publicznych dokumentach natowskich ocena zagrożenia, np. ze strony Rosji, dla wszystkich państw NATO jest jednoznaczna.

Podobnie utrzymywane są sankcje Unii Europejskiej wobec Rosji. UE jest drugą organizacją, która – nie będąc organizacją wojskową – ma jednak znaczenie dla bezpieczeństwa i budowania jedności. Pojawiają się momentami pewne kryzysy między Stanami Zjednoczonymi a Europą, jednak jednym z nadrzędnych przekonań – nie tylko władz Polski, ale podobnie wielu innych państw zachodnich – jest to, że sojusz ze Stanami Zjednoczonymi stanowi podstawę bezpieczeństwa całego kontynentu europejskiego.

Czy widzi Pan taki moment, kiedy powie Pan: „zrobiłem wszystko - Polska jest bezpieczna”?

Na pewno jestem przekonany, że po pięciu latach prezydentury Andrzeja Dudy Polska jest bezpieczniejsza, niż była jeszcze w 2015 roku. Natomiast zapewnianie bezpieczeństwa to ciągły proces przygotowywania się na sytuacje, których dzisiaj nie jesteśmy w stanie zdefiniować.

Popatrzmy chociażby na ostatnią sytuację. Jeszcze niedawno, mówiąc o zagrożeniach, mówiliśmy o zagrożeniach przede wszystkim o charakterze militarnym. Te zagrożenia oczywiście nie zniknęły, stąd zapisy w Strategii na temat Rosji. Pojawiło się jednak coś, czego pół roku temu, dziewięć miesięcy temu nikt nie przewidywał, czyli pandemia, która stanowi zagrożenie dla praktycznie wszystkich mieszkańców Ziemi.

CZYTAJ DALEJ

81 lat temu zmarła św. Urszula Ledóchowska

[ TEMATY ]

św. Urszula Ledóchowska

Archiwum Sióstr Urszulanek SJK

M. Urszula Ledóchowska była matką dla zakonnic, ale też najlepszą opiekunką, zatroskaną jak matka o najmłodszych

Dziś przypada 81. rocznica śmierci m. Urszuli Ledóchowskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, Matki Niepodległości zasłużonej w kształtowaniu opinii elit europejskich na temat Polski, "apostołki uśmiechu". W 1983 r. Urszula Ledóchowska została beatyfikowana a w 2003 r. kanonizowana przez Jana Pawła II. W kalendarzu liturgicznym 29 maja przypada jej wspomnienie.

Żyła na przełomie wieków (1865-1939) i czasów. Na jej oczach zmieniała się Europa i świat. W pracy apostolskiej matka Urszula niejednokrotnie decydowała się na rozwiązania awangardowe, na owe czasy wręcz rewolucyjne, które do dziś nie straciły na aktualności, przeciwnie – znalazły pełne potwierdzenie w tendencjach i zaleceniach II Soboru Watykańskiego.

Julia Ledóchowska urodziła się 17 kwietnia 1865 r. w Loosdorf w austriackiej diecezji Sankt Pölten. Jej rodzicami byli Antoni Ledóchowski, polski emigrant polityczny i Józefina ze szwajcarskiej rodziny Salis-Zizers. Uczęszczała do szkoły, prowadzonej przez Instytut Panien Angielskich w Sankt Pölten, tam też przyjęła pierwszą Komunię świętą oraz sakrament bierzmowania. Dzięki atmosferze domu rodzinnego miała szczęśliwe dzieciństwo. Pobierała lekcje malarstwa, literatury i języków obcych, lubiła sport, jeździła konno i na łyżwach, pływała, chętnie tańczyła. Co najważniejsze jednak, od najwcześniejszych lat doświadczała i uczyła się wzajemnej miłości, dobroci i radości. Z tym kapitałem weszła w dorosłe życie.

Głębokie życie religijne rodziców, umiłowanie obowiązku i otwartości na potrzeby innych sprzyjały w rodzinie Ledóchowskich rozwojowi wybitnych osobowości. Spośród siedmiorga rodzeństwa troje najstarszych Bóg powołał do swojej służby: Maria Teresa (beatyfikowana w 1975 r.) założyła Sodalicję Św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskich, Julia dała początek nowej gałęzi urszulańskiej, a Włodzimierz wstąpił do zakonu jezuitów, w którym w latach 1915-42 pełnił funkcję generała. Ich stryjem był prymas Polski, kard. Mieczysław Ledóchowski.

W 1883 r. rodzina przeniosła się do Lipnicy Murowanej w pobliżu Krakowa. W wieku 21 lat Julia wstąpiła w 1886 r. do zakonu urszulanek w Krakowie i przy obłóczynach otrzymała imię Urszula. Jednocześnie prowadziła bardzo ożywioną działalność pedagogiczną. Była pełna poświęcenia i dobroci dla młodzieży i współsióstr.

W 1907 r. przedstawiła papieżowi Piusowi X projekt zmian w konstytucjach zakonnych oraz zamiar stworzenia instytucji wychowawczej dla młodzieży polskiej na terenie Rosji. Projekt zyskał aprobatę papieża. W tym samym jeszcze roku, na prośbę proboszcza polskiej parafii św. Katarzyny wyjechała do Petersburga, aby objąć kierownictwo internatu dla dziewcząt przy parafialnym gimnazjum. W dwa lata później rozszerzyła zakres działalności wychowawczej i apostolskiej na Finlandię, dokąd przeniosła się na stałe w 1911 r. po zintensyfikowaniu wymierzonych w nią represji ze strony władz rosyjskich w Petersburgu. Nad Zatoką Fińską powstał Merentähti (Gwiazda Morza) – dom dla wspólnoty i realizujące idee pedagogiczne m. Urszuli gimnazjum z internatem dla dziewcząt.

Z chwilą wybuchu I wojny światowej w 1914 r. została wydalona z imperium rosyjskiego jako poddana austriacka; wyjechała do Sztokholmu, a następnie do Danii. Wkrótce rozpoczęła działalność apostolską: gromadziła katoliczki na dyskusje religijne i rekolekcje, założyła Sodalicję Mariańską dla pań, zaczęła wydawać miesięcznik „Solglimtar” (Iskry Słoneczne) – jedyne wówczas czasopismo katolickie w Szwecji. Jeździła też z odczytami oraz organizowała placówki wychowawcze i charytatywne. Uczyła się języków tych wszystkich krajów, w których przebywała. Wraz z siostrami zorganizowała m.in. szkołę dla skandynawskich dziewcząt, potem m.in. ochronkę dla sierot po polskich emigrantach. Włączyła się też w życie miejscowego Kościoła i środowiska oraz podjęła współpracę z Komitetem Pomocy Ofiarom Wojny, założonym w Szwajcarii przez Henryka Sienkiewicza.

Miała świadomość, jak ważne jest ukształtowanie opinii elit na temat walczącej o niepodległość Polski, dlatego starała się nawiązać kontakty z intelektualistami, politykami, działaczami społecznymi. Byli wśród nich pisarka i aktywistka ruchu kobiecego Ellen Key czy ceniony poeta i pisarz szwedzki Verner von Heidenstam. Dotarła do szwedzkiego i norweskiego dworu królewskiego. W kolejnych miejscach tworzyła lokalne komitety pomocy Polsce. W Szwecji wchodziły w ich skład takie osobistości, jak pisarka i noblistka Selma Lagerlöf, dyrektor Muzeum Narodowego Oscar Montelius, wybitny slawista Alfred Jensen. W skład komitetu kopenhaskiego weszli zaś: Harald Ostenfeld, naczelny biskup ewangelicki, biskup katolicki Johennes von Euch oraz nadrabin kopenhaski. Matka Ledóchowska doskonale współpracowała też z socjalistą Ignacym Daszyńskim czy Georgiem Brandesem, żydowskim wolnomyślicielem, wielkim przyjacielem Polski, którego pozyskała dla sprawy mimo okresu jego wrogości i krytycyzmu wobec Polaków.

Docierała też do prasy – w ciągu jej sześcioletniej emigracji (1914-1920) ukazało się w prasie skandynawskiej około 180 publikacji prasowych życzliwych Polsce. Potrafiła zrobić ze swych odczytów wydarzenia medialne. W ramach popularyzacji swojego kraju zainicjowała wydanie kilkujęzycznego zbioru tekstów, poświęconych Ojczyźnie, który ukazał się w 1917 r. pod tytułem „Polonica”. Ellen Key napisała esej o „Chłopach” Reymonta, zamieszczono artykuły o twórczości Matejki i Szopena, o Kościuszce i królowej Jadwidze. Wstęp do książki podpisali Duńczyk Aage Meyer Benedictsen, Norweg Jens Raabe, Szwed Alfred Jensen – znani tłumacze i akademicy.

Jednak największe wrażenie robiła akcja odczytowa m. Ledóchowskiej. Ta, jak mówiła o sobie, „jałmużnica, prosząca za Polską”, która dysponowała „ głosem-królem”, starsza kobieta – opowiadała o dziejach swojego narodu, zapewniała, że Polska zawsze będzie istniała, bo żyje w sercach swoich dzieci, choćby los rzucił je do miast amerykańskich czy na Saharę. „Wszystkie państwa wojujące mniemają, że niepodległość Polski jest koniecznością. Przyłączcie się do tej opinii i powiedzcie również, że Polska powinna być wolna” – apelowała w 1916 roku w Danii. Pytana o powody swego niecodziennego jak na zakonnicę zaangażowania, odpowiadała: „To Bóg chce, bym Polsce pomagała”.

Do Polski m. Ledóchowska wróciła w 1920 r. Zyskała aprobatę Kościoła dla założonej przez nią polskiej gałęzi urszulanek. Osiadła w Pniewach koło Poznania i wraz z siostrami włączyła się w odbudowę kraju ze zniszczeń, zwłaszcza poprzez działalność edukacyjno-wychowawczą, mającą na celu formowanie przyszłych obywateli, zaangażowanych – jak mówiła – na rzecz „ojczyzny ziemskiej” i „ojczyzny niebieskiej”.

Siostry prowadziły szkoły i zakłady wychowawcze dla dzieci i młodzieży od przedszkola aż po uniwersytet, katechizację w szkołach państwowych, organizowały kursy dla katechetek świeckich i zakonnych, zajmowały się formacją religijną dzieci (m. Urszula zaszczepiła na grunt polski Krucjatę Eucharystyczną – dziś: Eucharystyczny Ruch Młodych), prowadziły stołówki dla studentów i ludzi samotnych, kuchnie dla bezrobotnych itp. Prace te miały często prawdziwie misyjny charakter, rozwijane były w trudnych warunkach na najbardziej zaniedbanych terenach – przedmieściach wielkich miast (Warszawa, Łódź, Rzym), czy na Polesiu, którego ludność podatna była na propagandę komunistyczną. Siostry podejmowały pracę apostolską w różnych środowiskach, zwłaszcza wśród ludzi potrzebujących będąc przekonane, że „dziś świat unika zakonów, więc zakony powinny iść między ludzi”.

Taki proces „wtapiania się w środowisko” kryje niejedno niebezpieczeństwo. Toteż matka Urszula ukazywała jednocześnie źródła, które dodadzą sił i pomogą w odczytywaniu znaków czasu: głębokie zjednoczenie z Bogiem, szukanie w działaniu przede wszystkim woli Bożej, odkrywanie tej woli przez codzienny kontakt z Chrystusem w Ewangelii i Eucharystii, pokorna służba bliźnim. Na znak tej służby habit sióstr szarych urszulanek wzorowany jest na fartuchu służącej.

Powszechnie ceniono ją i szanowano za poświęcenie dla innych (zwłaszcza dzieci) oraz pogodę ducha, którą sama uznawała za świadectwo więzi z Chrystusem.

W 1930 r. Józef Piłsudski uhonorował ją Krzyżem Niepodległości.

Urszula Ledóchowska zmarła w opinii świętości 29 maja 1939 r. podczas wizyty w Rzymie. Już wówczas mówiono, że „zmarła święta”. Jan Paweł II beatyfikował ją 20 czerwca 1983 r. w Poznaniu, a kanonizował 18 maja 2003 r. w Rzymie.

W 1989 r., w 50. rocznicę śmierci, zachowane od zniszczenia ciało bł. Urszuli zostało przewiezione z Rzymu do Pniew i złożone w kaplicy domu macierzystego, który odtąd stał się jej sanktuarium. „Długa była Twoja droga, która Cię z ziemi ojczystej wyprowadziła. Wyprowadziła na szlaki Ewangelii” – mówił Jan Paweł II 11 maja 1989 r. modląc się podczas nabożeństwa majowego przy relikwiach bł. Urszuli.

Zgromadzenie zapoczątkowane i kierowane przez matkę Urszulę rozwijało się dynamicznie w Polsce, we Włoszech i Francji. W chwili śmierci Założycielki liczyło 35 placówek i ok. 800 sióstr. Obecnie Zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego (urszulanek szarych) liczy ponad 900 sióstr w 14 krajach: w Polsce, we Włoszech (od 1928), Francji (od 1930), a także w Kanadzie, Argentynie, Brazylii, Finlandii, Niemczech, na Ukrainie, Białorusi, w Tanzanii, na Filipinach oraz w Boliwii i w Rosji.

W 1997 r. bł. Urszula została ogłoszona patronką archidiecezji poznańskiej i Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego. W 2016 roku, w 77. rocznicę śmierci świętej, za swoją patronkę obrały ją Pniewy – miasto, z którym była związana przez 19 lat i – jak podkreślił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisław Gądecki - znacząco zasłużyła się dla jego społeczności, zwłaszcza w sferze społeczno-wychowawczej.

Imieniem św. Urszuli Ledóchowskiej nazwano parafie m.in. na lubelskim Węglinie, bydgoskim Miedzyniu, w Chełmie Pomorskim oraz w Gdyni. Jej imię noszą też hospicja, szkoły, przedszkola, czy drużyny harcerskie. Od 2006 r. św. Urszula jest patronką Sieradza, a od 2009 r. ma swoją ulicę w Warszawie. W warszawskiej Świątyni Opatrzności znajdują się też od 2015 roku relikwie świętej. Św. Urszula jest pierwszą kobietą, której szczątki zostały wprowadzone do Panteonu wielkich Polaków.

O Urszuli i Teresie Ledóchowskich pamięta też ich rodzinna parafia. W kościele parafialnym przy ulicy Ledóchowskiej w austriackim Loosdorf znajduje się figura dwóch sióstr Ledóchowskich: Urszuli oraz Marii Teresy (1863-1922), która w 1894 r. w Salzburgu założyła Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Św. Piotra Klawera (klawerianek) i została beatyfikowana w 1975 r. Od dnia kanonizacji Urszuli Ledóchowskiej figury sióstr otaczają ogromne bukiety białych lilii i płonące światła.

Dom przy Albrechtsberger Strasse 6, w którym w Loosdorf mieszkała rodzina Ledóchowskich, odwiedzają często pielgrzymi z Polski i Ukrainy sądząc, że zorganizowano tam muzeum. Jest to tylko jeden niewielki pokój, w którym znajduje się dokumentacja fotografii z życia św. Urszuli. W domu rodzinnym w Loosdorf pozostały po niej jedynie książeczki do nabożeństwa i skórzana teczka. „Od dziecka czytałam Biblię” – zanotowała w swoim dzienniku. Willę, w której przyszła na świat trójka Ledóchowskich: Urszula, Maria Teresa oraz Ignacy Kazimierz (późniejszy generał Wojska Polskiego), zamieszkuje obecnie kilka rodzin.

CZYTAJ DALEJ

Kościół łódzki otrzymał ośmiu nowych diakonów

2020-05-30 11:41

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Dziś w Archikatedrze Łódzkiej abp Grzegorz Ryś udzielił święceń w stopniu diakona ośmiu alumnom Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Poprzez ten sakrament przyjmujący go mężczyźni zostają włączeni do stanu duchownego. A nałożenie rąk biskupa, to znak szczególnej więzi jego pomocników w pełnieniu służby ludowi bożemu, zwłaszcza ubogim. Diakoni mają sprawować posługę głoszenia Słowa i udzielania niektórych sakramentów, rozwijać w sobie ducha modlitwy i w nim celebrować Liturgię Godzin. Zewnętrznym znakiem ich złączenia z Chrystusem – Sługą – jest wybór życia w celibacie, którego przyrzeczenie składają w czasie obrzędów święceń – podkreśla ks. dr Jacek Kacprzak, prorektor łódzkiego seminarium.

Poniżej przedstawiamy Wam ich sylwetki oraz ich myśli, które im towarzyszyły w chwili przyjęcia święceń. Zachęcamy do zakupienia najnowszego numeru Tygodnika Niedziela, gdzie będziecie mogli zobaczyć ich fotografie.

Dk. Stanisław Czaja -  z parafii pw. Niepokalanego Serca NMP i św. Stanisława Kostki w Grodzisku Strzyżowskim (diecezja rzeszowska).Czuję, że poprzez święcenia pełniej odpowiedziałem na zaproszenie Pana Jezusa do służby Bogu. Przyjęcie diakonatu to wielka godność i zaszczyt, dlatego chciałbym prosić tych wszystkich, którzy czują w sercu, że są do tej służby powołani, by odpowiedzieli z odwagą.

Dk. Łukasz Kowalski - z parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Pabianicach. Z pewnością zabrzmi to patetycznie, ale święcenia diakonatu uświadomiły mi kolejny raz, że staję przed tajemnicą Boga, który mnie wybrał. Zdaję sobie sprawę, że po sześciu latach studiów jestem do tej posługi przygotowany bardziej teoretycznie niż praktycznie. Wiem również, że dzięki ojcom duchownym, psychologom i wykładowcom zrobiłem wiele, by być lepszym człowiekiem. Teraz mam nadzieję, że dzięki Bożej łasce, będę również dobrym diakonem.

Dk. Mateusz Maciejewski -  z parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Tomaszowie Mazowieckim. Myślę, że każdemu człowiekowi przed podjęciem ważnej decyzji towarzyszą pewne obawy. Zadajemy sobie pytania, jak to będzie i czy ze wszystkim sobie poradzimy?Ja też je stawiałem. Ale zaraz przywoływałem na pamięć te momenty, kiedy Pan Jezus pomagał mi w podjęciu różnych, przerastających moje umiejętności obowiązków. Bez Niego nie dałbym wtedy rady. Ufam, że tak będzie i tym razem.

Dk. Adrian Piechol - z parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Marzeninie. Już od dłuższego czasu poruszają mnie słowa św. Pawła: „Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor, 5,14), dlatego chciałbym całym sercem służyć Bogu i ludziom, czyli czynić to, co przynoszą nam święcenia diakonatu – służbę.

Dk. Krzysztof Pietrzak - z parafii pw. św. Stanisława Kostki w Łodzi. W dniu przyjęcia święceń diakonatu bardzo mocno towarzyszyły mi słowa Papieża Franciszka, wypowiedziane do diakonów, by byli wierni służbie Słowu Bożemu i ubogim oraz znakiem ożywiającym dla całego Kościoła.

Dk. Michał Staszewski - z parafii pw. św. Jana Chrzciciela w Brzykowie. Podczas święceń towarzyszyła mi radość. Tak bardzo chciałbym ten dzień przeżyć z innymi i dzielić się moją radością. Wiem, że zaczyna się dla nas trudny czas, swojego rodzaju „poligon”, gdzie przyjdzie walczyć z trudnościami własnymi i innych. Ufam, że w ich przezwyciężeniu pomoże mi moja i wasza modlitwa. Mam nadzieję, że dzięki niej dam radę.

Dk. Alan Wąsowski - z parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej i św. Maksymiliana Marii Kolbe w Bradford (Polska Misja Katolicka w Anglii i Walii). W chwili przyjęcia święceń diakonatu towarzyszyła mi wielka radość. Wiem, że jest to wejście na drogę szczególnej posługi człowiekowi, z którą wiążą się nadzieje i obawy. Mimo wszystko głęboko wierzę, że trwając przy Bogu, będę umacniał się w swoim powołaniu, powtarzając za św. Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

Dk. Bogdan Werecki - z parafii pw. św. Józefa Robotnika w Konstantynowie Łódzkim. Przyjmując święcenia diakonatu, uświadomiłem sobie, że zrobiłem kolejny duży krok ku kapłaństwu. Chciałbym jak najlepiej wykorzystać dany mi czas posługi, która jest wymagająca, a której czuję się niegodny. Kiedy pojawiają takie myśli, wówczas przypominają mi się słowa Jezusa: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

Księża Diakoni, oto nasze życzenia w tym ważnym dla was dniu: utwierdzajcie słowem Boga powierzony wam przez Kościół lud. Służcie potrzebującym, niosąc im nadzieję. Niech w misji głoszenia ewangelii Jezusa słowem i czynem, towarzyszy wam i chroni was Maryja – matka kapłanów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję