Reklama

Niedziela Kielecka

Zmiana w życiu duchowym – fundamentem trzeźwości

Z dr. Dariuszem Zwierzchowskim – terapeutą uzależnień i kierownikiem Poradni Leczenia Uzależnień w Kielcach, od 26 lat pomagającym osobom z chorobą alkoholową – rozmawia Katarzyna Dobrowolska

Niedziela kielecka 33/2019, str. 1-3

[ TEMATY ]

wywiad

WD

Dr Dariusz Zwierzchowski od 26 lat pomaga osobom uzależnionym

KATARZYNA DOBROWOLSKA: – Jak dziś piją Polacy? Co decyduje o pogłębianiu się problemu alkoholowego w społeczeństwie? Dostępność, moda, sposób odreagowania na stres, tempo życia czy słabsza psychika?

DR. DARIUSZ ZWIERZCHOWSKI: – Przez wiele lat spożycie alkoholu utrzymywało się w granicach dziesięciu litrów czystego spirytusu na jednego mieszkańca. W ciągu ostatnich lat nastąpił przyrost o około dwa litry. Proporcjonalnie do spożycia alkoholu zwiększają się problemy alkoholowe. To niepokoi. Dominującym napojem alkoholowym jest piwo (ponad 50 proc. w strukturze spożycia). 47 proc. konsumentów alkoholu wypija 5 procent alkoholu, po drugiej stronie – 19 proc. to osoby bardzo toksycznie pijące i szkodliwie – wypijają dwie trzecie całego alkoholu, tj. 70 proc. Jest to ponad 3 mln osób. Uzależnionych szacuje się od 600 do 800 tys. Wiek inicjacji alkoholowej od lat jest podobny, natomiast bardzo niepokoi traktowanie picia alkoholu w sposób luzacki, bez refleksji dotyczącej możliwości uzależnienia. Profilaktyka polska wskazuje na czynniki chroniące i odkrywanie czynników zagrożenia. Idea jest taka, aby wzmacniać czynniki chroniące, wśród nich jest kilka takich cech: zasoby osobiste, środowisko rodzinne, tradycje, szkoła, wiara i praktyki religijne.
Dostępność do alkoholu fizyczna i ekonomiczna wpływa na ilość spożycia. Dlatego ktoś musi podjąć niepopularne decyzje, bo to jest troska o trzeźwość. Mniejsze spożycie będzie skutkowało choćby mniejszą liczbą nietrzeźwych kierowców. Nie tak dawno takie zmiany zaszły na Litwie, która była niechlubnym liderem w spożyciu alkoholu w Europie. W ciągu dwóch lat udało się zmniejszyć ten problem. Rzeczywiście trudy życia powodują, że jest w nas więcej emocji. Jedni sobie z nimi radzą, inni nie. W nowym katalogu słownym pojawiło się takie określenie jak „reset”, „muszę się zresetować” – czyli muszę się napić. To jest najprostsze odreagowanie, ale i bardzo niebezpieczna droga.

– Co odbiera alkohol? Jakie są koszty społeczne tego problemu, dotykającego przecież tysiące polskich domów?

– Eksperci WHO opracowali czynnik „utraconych lat pełnosprawności”. Dla nadużywających alkohol obliczyli że jest to 9,2 lat, dla palących 12 lat. A ponieważ picie z paleniem idzie w parze, ten problem kumuluje się. Obok rozbitych relacji, rodzin, zniszczonego życia i zdrowia, nadużywanie alkoholu w Europie kosztuje 155,8 mld euro rocznie. Mówimy o wszystkich kosztach wynikających z picia: naruszenia prawa i porządku publicznego, wypadkach, agresji, problemach w pracy, kosztach związanych z leczeniem chorób wynikających z nadużywania alkoholu, problemach pijącej młodzieży. Warto dodać, że od 8-12 proc. funduszy NFZ idzie na niwelowanie skutków picia alkoholu.

– Mówi się że alkoholizm to „choroba duszy”. Zgadza się Pan z tym określeniem?

– Duchowość jest bardzo ważna. Człowiek to istota psychobiospołeczna. Kultywowanie takiej wartości jak miłość może odbywać się tylko na gruncie relacji z drugim człowiekiem. Uzależnienie od alkoholu można upatrywać w kategorii uszkodzonych relacji, ponieważ człowiek nawiązuje silne relacje z alkoholem, a to powoduje że odsuwa się od ludzi, nawet od swoich najbliższych. Kiedy odsuwa się od swoich bliskich, popada w jakiś rodzaj samotności. Im bliżej narkotyków, alkoholu tym większa samotność. Kiedy człowiek żyje samotnie nie ma możliwości kultywowania miłości wobec bliźniego swego, ponieważ nie uczy się i nie potrafi ani dawać, ani brać. Czasami widać pozornie, że rodzina, w której jest nadużywany alkohol funkcjonuje w miarę poprawnie. Dopiero na terapii chorzy zauważali, że kiedy pili, byli głównie zainteresowani alkoholem. Odkrywali to w procesie zdrowienia. Inaczej przeżywa się rodzinne role, ojcostwo, małżeństwo będąc trzeźwym – podkreślają.
Zmiana w życiu duchowym jest fundamentem trzeźwości – mówi wielu ekspertów. Trzeba naprawić relację ze sobą samym, z innymi ludźmi i z Bogiem. Trzeba przebudować świat wartości. Według moich badań, w okresie picia najważniejsze są: alkohol, pieniądze, seks, wolność, używanie. Po przebudowie wartości najważniejsze są: rodzina, miłość, godność, praca, wolność.

– Od czego zależy powodzenie w leczeniu?

– Choroba alkoholowa ma bio-psychospołeczny model – oznacza to, że uszkodzenia, jakie powoduje dotyczą wszystkich obszarów życia człowieka – wyjaśnia nurt psychoterapii uzależnienia i polska koncepcja prof. Melibrudy. Kluczem do rozwiązania problemu uzależnienia są mechanizmy tej choroby, które najbardziej zainstalowane są w życiu psychicznym człowieka. To w tych mechanizmach upatruje się opór przed terapią, niechęć w podejmowaniu leczenia. Uzależniony decyduje się na leczenia dopiero po jakichś dramatycznych wydarzeniach typu: zagrożenie życia, rozpad rodziny, skomplikowana sytuacja prawna. Istnieje prawo jednej trzeciej skonstruowane przez amerykańskich naukowców. Osoby kończące terapię dzielą się na trzy kategorie pacjentów: są to ci, którzy zaprzestają całkowicie pić, inni to ograniczający picie i trzecia grupa nic nie zmienia. Ono się w jakiejś części sprawdza. Do systemu lecznictwa trafia około jedna trzecia pacjentów, którzy powinni tam trafiać. I z tej grypy jakiś odsetek kończy terapię. Co roku w Poradni Leczenia Uzależnień przyjmujemy ponad tysiąc osób uzależnionych. W tym roku może to być tysiąc dwieście osób.
Wszystko sprowadza się do wewnętrznej motywacji, którą człowiek zbuduje lub nie zbuduje. Najbardziej wyraziści w społeczeństwie są alkoholicy, którzy spędzają dużo czasu z butelką przed sklepami. Chociaż w przebiegu swojej choroby mieli wiele momentów wskazujących na to, że powinni poczuć potrzebę zaprzestania picia, a jednak tak nie jest. Nie znaleźli motywacji. To świadczy o tym, jak silne są mechanizmy choroby, że człowiek pomimo narastającego upadku i konsekwencji, nie zauważa potrzeby zmian. Odpowiada za to jeden z mechanizmów mówiący o zaburzeniu myślenia o sobie, o piciu i o świecie, pilnuje on żeby dalej pić. W trzeźwieniu potrzebna jest konsekwencja i dyscyplina, to jak z nauką języka obcego. Przez wiele lat osoba piła, nie umiała żyć w wolności bez alkoholu. Musi się nauczyć żyć w trzeźwości. Tę drogę abstynent pojmuje jako rodzaj obowiązku wobec własnej trzeźwości, to daje mu satysfakcję. Nie ma wtedy problemu z uczęszczaniem na grupę wsparcia, na mitingi AA związane z realizacją 12 kroków, które dotyczą rozwoju duchowego. Są tam takie reguły, które należy wdrażać przez całe życie. Trzeba mieć je głęboko w sercu, jak Dekalog.

– Dlaczego wybrał Pan zawód terapeuty uzależnień? Jak ten wybór wpłynął na Pana życie?

– Moja historia dotyka mojego osobistego problemu. Byłem młodym mężem i stałem się młodym ojcem. Trudy, które wiązały się z nowymi rolami, przerastały mnie i szukałem jakiejś ulgi w alkoholu. Wcześniej miałem taką tendencję do wyboru środowiska i towarzystwa pijącego. W końcu doszło do tego, że groził mi rozpad mojej rodziny. To był sygnał, że muszę coś z tym zrobić.
Udałem się na terapię, to był 1988 r. Od tamtego momentu udaje mi się nie spożywać alkoholu. Początkowo moja aktywność wiązała się z działalnością Świętokrzyskiego Klubu Abstynentów „Raj”, a potem uzyskałem uprawnienia terapeuty uzależnień. Do Klubu Abstynentów „Raj” trafiłem, kiedy on miał już cztery lata. Prowadził różne formy wsparcia abstynentów. To były płodne lata. Grupa kilkunastu osób była niezwykle aktywna w działalności klubu. Dostawaliśmy jedynie środki na utrzymanie lokalu i media, reszta opierała się na idei wzajemnej pomocy. Jeździliśmy na konferencje, nad wodę, na wypoczynek. Z tej grupy wyłoniła się grupa terapeutów, która pracowała i nadal pracuje w szpitalu w Morawicy. Następnie przyszedł czas na mój doktorat. Tytuł rozprawy brzmiał: „Sytuacja psychospołeczna alkoholików utrzymujących abstynencję”.
Jeśli zrozumie się ideę wychodzenia z nałogu, to ona bardzo ściśle wiąże się ze zmianami w życiu. Tak było też w moim przypadku. Te zmiany wiążą się podążaniem ścieżką własnego rozwoju. Rozwój pieczętuje trwałość abstynencji. Człowiek, kiedy się rozwija, doświadcza jakichś sukcesów osobistych i satysfakcji. To go motywuje do stawiania kolejnych kroków. Dochodzi się do takiej sytuacji, że myśli sobie: wreszcie żyję tak, jak chciałem. Powrót do nałogu jest bezsensem. Funkcjonowanie w trzeźwy sposób życia powoduje, że wzrasta poczucie sensu. Życie stabilizuje się po pięciu latach abstynencji. Czy to trudne? Na początku wręcz niewyobrażalne, ale kiedy pytamy po latach ludzi, czy było trudno, mówią, że abstynencja była łatwa.

– Jak widzi Pan dziś rolę Kościoła w kształtowaniu postaw trzeźwości? Jako terapeuta uzależnień czego oczekiwałby Pan od proboszczów?

– Kościół katolicki w Polsce ma ogromne sukcesy w walce o trzeźwość. Kiedy w XIX wieku spożycie alkoholu było na bardzo podobnym poziomie do dzisiejszego (10 litrów na wsi i 20 litrów w mieście na osobę), zaczęły powstawać Bractwa Trzeźwości. I w efekcie tej gigantycznej pracy Bractw spożycie alkoholu spadło najpierw w 1913 r. do 3,7 litra, a w 1933 r. wynosiło nawet poniżej jednego litra na jednego mieszkańca. Mówi się, że dzięki odbudowanej trzeźwości narodu Polacy mogli wybić się na niepodległość.
Dużo grup AA funkcjonuje przy parafiach. Niepijących alkoholików nie należy się bać. Zazwyczaj w społecznościach lokalnych odgrywają strasznie ważną rolę. Mamy takie przykłady, np. w miejscowości Bałtów, gdzie osoba wyszła z nałogu, a potem stanowiła oparcie dla walczących o trzeźwość i pomogła ponad dwudziestu uzależnionym. W tym roku z inicjatywy bp. Andrzeja Kalety zorganizowano spotkania terapeutów z księżmi z diecezji kieleckiej. Zachęcaliśmy ich do otwartości na grupy AA. To jest bardzo ważne, aby po terapii takie osoby miały blisko siebie jakiś system wsparcia, zwłaszcza w małych miejscowościach.

2019-08-13 12:55

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Siostra zmarłego pracownika MS apeluje: nie jesteś niezniszczalny

2020-04-01 06:50

[ TEMATY ]

zmarły

koronawirus

facebook/

Siostra zmarłego, Aleksandra Grajewska mówiła w telewizji o swoim bólu. - Byłam z bratem w kontakcie cały czas, dopóki nie był w śpiączce - opowiada Aleksandra Grajewska.

- Tak naprawdę nie wiadomo, gdzie mój brat się zaraził. Był młody, zdrowy, nie chorował na nic. Niestety, koronawirus spustoszył jego organizm w półtora tygodnia od wystąpienia pierwszych objawów (niezbyt wysokiej gorączki) i w tydzień od pojawienia się ostrych objawów.

Zaapelowała też do innych o nielekceważenie kwarantanny. - Ostrzegam wszystkich - nie róbcie sobie żartów z kwarantanny - apeluje. - Uważasz, że jesteś młody, silny, niezniszczalny? Właśnie, że nie jesteś! Siedźcie w domach i nie narzekajcie. Cieszcie się że żyjecie, bo za chwilę może was już nie być. To kilka tygodni w zamknięciu! Nudzisz się? Mój brat chciałby się nudzić, chciałby ponarzekać tak, jak wy. Ale już nie może. Nie ma go już. Umarł, odszedł, zostawił nas. Zabrał go koronawirus. I nieważne, że był zdrowy, nie chorował, nie miał chorób współistniejących. Dlatego pamiętajcie - nie jesteście panami życia, szanujcie to co macie! - mówiła w mediach.



O śmierci jednego z kierowców Ministerstwa Sprawiedliwości zakażony koronawirusem - poinformowała rzeczniczka prasowa tego resortu Agnieszka Borowska. Mężczyzna od prawie miesiąca był na urlopie i zwolnieniu.

Borowska poinformowała o śmierci pracownika resortu w poniedziałek późnym wieczorem. "Jesteśmy głęboko poruszeni informacją o śmierci naszego pracownika, która pokazuje, jak straszny jest koronawirus. Zmarły był jednym z kierowców resortu. Od prawie miesiąca przebywał na urlopie i na zwolnieniu. Jest nam bardzo przykro, że przegrał walkę o życie. R.I.P." - napisała rzeczniczka MS.

CZYTAJ DALEJ

Aby przesłanie z Fatimy poznał świat

2020-04-01 14:12

[ TEMATY ]

Fatima

Męski Różaniec Warszawa

Łukasz Krzysztofka/Niedziela

Od dwóch lat inicjatywa Męski Różaniec Warszawa rozwija nabożeństwa realizowane w przestrzeni miejskiej, na ulicach i placach przez mężczyzn. Ze względu na pandemię i związane z nią ograniczenia w najbliższą pierwszą sobotę organizatorzy zapraszają do zjednoczenia Męskich Różańców w Polsce i na świecie na wspólnym nabożeństwie i pokucie podczas transmisji z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem.

Męski Różaniec odprawiany są w blisko 30 miastach w Polsce i za granicą, w tym w Wilnie, Londynie, Manchesterze, Chicago. Organizatorzy zapoczątkowali w kwietniu szczególną inicjatywę skierowaną do mężczyzn. Zapraszają do 3 dni postu o chlebie i wodzie oraz łączności w modlitwie z kapłanami w intencji wynagradzania za grzechy świata i błagania do Matki Bożej Łaskawej, Strażniczki Polski o zatrzymanie pandemii na świecie.

Od 1 do 3 kwietnia mężczyźni, którzy chcą podjąć post w tych intencjach zachęcani są także do odmawiania następujących modlitw: Anioł Pański, Koronka do Bożego Miłosierdzia, Różaniec św. w łączności z kapłanami, Apel Jasnogórski oraz uczestnictwo w Godzinie Świętej w czwartek 3 kwietnia.

Pierwsze dni kwietnia mają szczególną symbolikę:

1 kwietnia - pierwsza środa miesiąca. Dzień poświęcony Przeczystemu Sercu św. Józefa, a także rocznica Ślubów Lwowskich króla Jana II Kazimierza, uczynionych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej w 1656 w Katedrze Lwowskiej.

2 kwietnia - pierwszy czwartek miesiąca. Dzień modlitw w intencji kapłanów i osób konsekrowanych. Rocznica narodzin dla Nieba św. Jana Pawła II.

3 kwietnia - pierwszy piątek miesiąca. Wynagradzamy Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

4 kwietnia - pierwsza sobota miesiąca. Jednoczymy się on-line ze wszystkimi Męskimi Różańcami na świecie podczas Nabożeństwa Wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Maryi w Sanktuarium Narodowym Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanym na Krzeptówkach o godzinie 18.10. Modlitwie przewodniczyć będzie ks. Krzysztof Czapla SAC, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego.

Link do strony z transmisją:

https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/.

Warto śledzić FB Męski Różaniec Warszawa - https://www.facebook.com/meskirozaniecwawa oraz stronę internetową - https://meskirozaniec.pl/

„Zachęcamy do udziału całymi rodzinami, aby Maryja była bardziej znana i miłowana, aby Jej Orędzie z Fatimy poznał i wypełnił świat” – podkreślają organizatorzy.

Pan Jezus powiedział: „Ten zaś rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem.” (Mt 17,21). Zaś Anioł w Fatimie wskazywał na Ziemię krzycząc: „Pokuty!!! Pokuty!!! Pokuty!!!”

Z kolei w XV w. Joannie a Costumis ukazała się Matka Boża Łaskawa w złotej sukni i błękitnym płaszczu, która w uniesionych dłoniach trzymała złamane strzały gniewu Bożego. Matka Boża żądała powszechnego postu i trzydniowych procesji pokutnych, które biskup Sylwester de Casa zarządził w Faenzy. Niedługo po tym zaraza ustała.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję