Reklama

Niedziela Kielecka

Kapłaństwo sześćdziesięcioletnie

Ks. kan. Wiktor Zapart 60 aktywnych, ciekawych, niewolnych od trudów i wyrzeczeń lat przeżył w kapłaństwie. Czasy, warunki, okoliczności – to wszystko się zmieniało, i to jak bardzo. Nie zmieniła się tylko misja – głoszenie Ewangelii wszędzie tam, gdzie jest się posłanym

Niedziela kielecka 24/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

kapłaństwo

TD

Ks. kan. Wiktor Zapart

Trzeba troszkę dźwigać ten swój krzyż, a często jest to krzyż niezrozumienia, trzeba być zawsze na niego gotowym i nie marudzić, nie narzekać, nie liczyć na łatwy chleb – mówi kapłan, dzisiaj mieszkaniec Domu Księży Emerytów, ale bardzo aktywny; wciąż gdzieś pomagający w parafiach, poruszający się własnym samochodem, posługujący się komputerem.

Furmanką do I Komunii św.

Wiktor Zapart przyszedł na świat 22 maja 1935 r. w miejscowości Brynica Sucha, parafia Cierno, gmina Jędrzejów (dzisiaj to parafia Skroniów). Do kościoła było 7 km, rodzice prowadzali tam dzieci i sami chodzili „na ile mogli”; owszem, przyszły kapłan odebrał dobre rodzinne wychowanie religijne, ale nie przypomina sobie jakiejś szczególnej gorliwości, choć tak – mama dużo się modliła. I wspólne majówki pod krzyżem, niezapomniane. Warunki także nie pozwalały na bycie ministrantem, kiedy to często – co poświadczają świadectwa księży, rodzi się powołanie. Jeśli myślał o kapłaństwie, to jeszcze na pewno nie wtedy. Było ich czworo rodzeństwa, on najstarszy (jedna z sióstr w dzieciństwie zmarła), rodzice mieli kilkuhektarowe gospodarstwo, co klasyfikowało rodzinę do tzw. klasy kułackiej i utrudniało dostanie się do niektórych wymarzonych szkół.

Ale najpierw, jak u każdego, była to szkoła podstawowa w Warzynie, 3 km na piechotę, codziennie. – Warunki, no cóż, były trudne, szczególnie w okupację. Pamiętam zimowe drewniaki, spód był z drewna, cholewki zrobione z czego się dało, w lecie – boso – wspomina dzieciństwo ks. Zapart. Do I Komunii św. przystąpił w 1944 r., przygotowywali ich, łącznie 2-3 liczne roczniki, dwaj księża wysiedleni z Poznania, ks. Len i ks. Ruchaj.

Reklama

Zbliżał się front, podczas uroczystości w kościele słychać było armaty. – Furmanką jechaliśmy, a że padało, przykryli mnie jakimś kocykiem. Po powrocie do domu przebrałem się, dostałem do ręki łańcuch i hajda pasać krowy, bo potrzeba było mleka… – opowiada kapłan. Tata spędzał całe dnie na budowie lotniska niemieckiego w Warzynie. Cała rodzina mieszkała w jednej izbie, w ciągłym poczuciu strachu (najbardziej przed Ukraińcami), może dlatego siostra poparzyła się, w tej ciasnocie?

To nadal tajemnica

W 1947 r. Wiktor Zapart przystąpił do sakramentu bierzmowania, którego udzielał bp Franciszek Sonik. Były to czasy powojennego chaosu i zaginionych dokumentów. Bierzmowanych był tłum, a świadek jeden dla chłopców, jeden dla dziewcząt. Czy już wtedy myślał o kapłaństwie? – Skąd, księdza widziałem tylko przy ołtarzu – mówi. Kolejny etap to liceum w Wodzisławiu, od X klasy – LO w Jędrzejowie; w tamtym okresie ks. Alfons Wileński stał się zapewne tą postacią w sutannie, która zrodziła pierwsze nieśmiałe myśli o kapłaństwie. I choć wtedy złożył podanie do Niższego Seminarium Duchownego, jednak maturę zdał w Jędrzejowie. – Do Wyższego Seminarium Duchownego przyjmował mnie ks. inf. Zygmunt Pilch i tak skomentował mój ubogi życiorys: „Laboga, nie wysiliłeś się”. Ale o czym tu było pisać? – wspomina dzisiaj ks. Zapart. Jestem księdzem już 60 lat, Pan mnie powołał, ale dlaczego, to nadal dla mnie wielka tajemnica – dodaje.

W seminarium studiował (ku zdumieniu wielu osób) w latach 1953-59. Łatwo nie było, po łacinie nie umiał ani słowa. Na pierwszym roku było ich 40, ale „część się wykruszyła”, ostatecznie wyświęcono 25, żyje ich siedmiu.

Reklama

Niezapomnianą formację duchową wobec kleryków stosował ks. Wojciech Piwowarczyk, dzisiaj Sługa Boży. Przystępny, ludzki, nigdy nie krzyknął, „co tam synku zbroiliście”, zwykł mawiać. Na VI roku ks. Edward Chat – imponował pobożnością, spokojem. – Był moim wzorem i spowiednikiem, tak jak ks. Zygmunt Pilch, czy ks. Jan Mucha, późniejszy proboszcz na Baranówku. – Śpiewu uczył nas Jerzy Rosiński – lubiłem te zajęcia, z kolei łacinę wykładała bardzo wymagająca prof. Straszowa. Dużo tych teksów łacińskich trzeba było czytać, np. z teologii moralnej, dogmatycznej. Czasami klerycy szli na stadion (parami! ) aby pograć w piłkę nożną, a spróbowaliby zdjąć sutanny (raz dostali za to potężną reprymendę od ks. rektora Sobalkowskiego). Do zajęć fizycznych była sala gimnastyczna, a kleryk Zapart przez dwa lata opiekował się także kaplicą w starym budynku.

Wikariaty bez toalet? A jednak

Święcenia rocznik ks. Wiktora przyjmował przez posługę bp. Czesława Kaczmarka, ale w dwóch świątyniach: w Miechowie i kieleckiej katedrze, bo takie było życzenia Pasterza, by być bliżej diecezji.

Ks. Zapart otrzymał święcenia prezbiteratu 31 maja 1959 r. i dotąd na wspomnienie leżenia krzyżem, wilgotnieją mu oczy. Potem było śniadanie na plebanii, i tyle, jeśli chodzi o zewnętrzną oprawę uroczystości. – Samo ogromne przeżycie, świadomość wybrania i oddania się Bogu w całości, są pewnie dzisiaj podobne – zastanawia się kapłan.

Rozpoczęła się ciężka praca wikariuszowska, w trudnych warunkach, z ogromnym wysiłkiem katechezy, bez środków lokomocji, lata 1959-71.

Strożyska (brak światła, wieczory przy lampie naftowej, nie ma bieżącej wody, ponad 30 godzin lekcji); Bolesław k. Olkusza, gdzie rozłam wprowadzili narodowcy (zamiast łazienki miednica, ale jest już motocykl!), Goleniowy (trzy punkty katechetyczne, nadal bez sanitariatów); Pińczów (też trzy punkty, trochę lepsze warunki); św. Józef Robotnik w Kielcach, wreszcie kielecki Baranówek – do 1971.

– W tamtym okresie bardzo dużo uczyłem, były to liczne grupy i przeróżne szkoły, nawet specjalne, ale nigdy nie doznałem przykrości od ludzi – opowiada.

Czasy budowy

– Zostałem skierowany do tworzenia parafii NMP Matki Kościoła w podkieleckiej Dąbrowie. Zamieszkałem przy rodzinie z czwórką małych dzieci, a była to rodzina wspaniała, z którą do dzisiaj utrzymuję kontakt – mówi ks. Zapart. Okoliczności dla budowy kościoła były trudne, z nieprzychylnością władz i szykanami ze strony UB, z czym świetnie radził sobie np. bp Jaroszewicz. – Choć cisnęliśmy się w kaplicy, która mierzyła może ze 40 m (wchodziło 200 ludzi) albo pod plandeką, były to dla mnie wspaniałe czasy, ludzie chcieli mieć swój kościół, garnęli się do pomagania, wzrastała gorliwość religijna – na 2000 wiernych rozdaliśmy 44 tysiące komunii św. w jednym roku – opowiada ks. Zapart, wspominając także misje pallotyńskie czy peregrynację Obrazu MB Jasnogórskiej.

W 1976 r. zostaje mianowany proboszczem w Tumlinie, w par. św. Stanisława BiM i MB Śnieżnej. Pamięta prace remontowe przy kościele, budowę kaplicy w Kołomanii, inicjatywy duszpasterskie, które skutkowały wzrastającą gorliwością wiernych – 56 tys. komunii na ok. 3 tys. ludzi, jak cytuje z pamięci. W 1982 r. ks. Zapart został proboszczem w Chęcinach, ale zdrowie zaczęło mu poważnie podupadać, szczególnie nerki, jak przypuszcza – efekt tułaczych lat wikariuszowskich, lat spędzanych w zimnych kościołach i konfesjonałach. 4 lata w Chęcinach to także kościoły dojazdowe w Radkowicach i Woli Murowanej, no i pamiątka szczególna – praca magisterska poświęcona Chęcinom właśnie. Potem Suków – i to przeniesienie nazywa trafieniem z deszczu pod rynnę, bo kościół był równie zimny, zawartość kielicha zamarzała podczas Mszy św.; kapłan nie uniknął kilku poważnych operacji. – Głosiłem też wtedy dużo rekolekcji, misji – wspomina.

22 lata w Gołczy

Proboszczem w Gołczy w dekanacie miechowskim był do emerytury. Wprowadził kult MB Nieustającej Pomocy, Dzieciątka Jezus, nabożeństwa fatimskie. Regularnie do kościoła chodziło 60%, ok 20% – „często, ale nie zawsze”. Proboszcz prowadził bieżące remonty w kościele i na cmentarzu parafialnym, budował nową plebanię i małą kaplicę w Wielkanocy – w sumie daje to pokaźną listę prac prowadzonych równolegle z posługą duszpasterską. Ciepło wspomina odpusty, procesje Bożego Ciała, święta. Od czasu do czasu musiał się „podreperować w szpitalu” („cztery szpitale krakowskie zaliczyłem”) i to w Gołczy świętował bardzo uroczyście jubileusz 50-lecia kapłaństwa. Jest Honorowym Obywatelem Gołczy, otrzymał także złotą odznakę od OSP, a jubileusz dokumentują liczne pamiątki, albumy, statuetki.

– Jak przyglądam się tym minionym latom, to myślę, że starałem się pracować, na ile zdolności i siły pozwalały. Chyba dobrze mi szło prowadzenie chóru (w Strożyskach, na Baranówku), lubiłem też zajmować się ministrantami – opowiada. – Za pracę magisterską wziąłem się dość późno, na wikariacie na Baranówku – wspomina kapłan. Studiował na KUL w l. 1970-72, ale pracę magisterską pt. „Kościół parafialny w Chęcinach od XIII wieku do 1815 roku”, napisaną pod kierunkiem ks. prof. dr. hab. Anzelma Weissa obronił w 2006 r.

Czas emerycki

– Emerytura ani starość nie mogą być zaskoczeniem, bo to naturalny etap, do którego dobrze się przygotowałem – śmieje się ks. Wiktor Zapart. Na emeryturze jest od sierpnia 2010 r. W każdą niedzielę wyjeżdża swoim samochodem, aby pomagać w parafiach – ostatnio jest to parafia Chrystusa Króla na Baranówku (gdzie jeszcze jako wikariusz prowadził lekcje religii nad zakrystią), gdzie jest lubiany i ceniony za – no właśnie, za uśmiech, prostotę, postawę kapłańską. Ksiądz-emeryt dojeżdżał m.in. do Łosienia, Dąbrowy, Jaworzni i do wielu innych. Przestrzega codziennych ok. 2 km spacerów. Czyta, korzystając często z pomocy komputera – Pismo Święte, Kossak-Szczucką, Słowackiego, Mickiewicza.

Swoim samochodem był w Austrii, we Włoszech, pielgrzymował do Ziemi Świętej, Fatimy. Szczególne nabożeństwo żywi do MB Nieustającej Pomocy i do św. Józefa, codziennie odmawia cztery części różańca.

Co mógłby powiedzieć dzisiaj młodym kapłanom? – Starajcie się utrzymać dystans, poważnie traktujcie wiernych i swoje obowiązki, bo praca uszlachetnia. Nie ustawajcie w modlitwie, módlcie się nieustanie, także pracą.

Za 60 lat kapłaństwa ks. Wiktor Zapart wraz innymi księżmi dziękował w Częstochowie 23 maja br., a 29 maja w Domu Księży Emerytów Mszy św. w intencji jubilatów przewodniczył bp Jan Piotrowski.

2019-06-12 09:02

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kapłaństwo, czyli pytanie o miłość

2020-05-26 18:07

Niedziela wrocławska 22/2020, str. II

[ TEMATY ]

kapłaństwo

Dzień Matki

archiwum rodzinne

Helena buryła z synami kapłanami

– Dopóki się uczyli, modliłam się za nich dużo, ale gdy zostali księżmi, muszę się modlić jeszcze więcej, by wytrwali – powtarzała często Helena Buryła, matka trzech synów kapłanów.

Kapłani niedawno świętowali 30- 40- i 41-lecie kapłaństwa. We wrocławskiej katedrze święceń udzielał im przed laty kard. Henryk Gulbinowicz. Ks. Bogdan Buryła, ks. Wacław Buryła i ks. Andrzej Buryła pochodzą z rodziny pełnej miłości i otwartości na Boga i człowieka. Rodzice znali smak wojny, nędzy i cierpienia. Byli ludźmi szlachetnymi i religijnymi. – Tata pracował jako spustowy w hucie, a oprócz tego rozładowywał wagony z węglem, by zapracować na swoją rodzinę. Oprócz tej ciężkiej pracy budował kościół św. Jana w Tychach, plebanię, klasztor i salki katechetyczne. Spełniał się na różnych odcinkach pracy dla Boga – mówi ks. Bogdan.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: Kościół będzie miał 4 nowych błogosławionych

2020-05-27 14:03

[ TEMATY ]

beatyfikacja

pixabay.com

Ojciec Święty upoważnił Kongregację Spraw Kanonizacyjnych do opublikowania 8 dekretów, w tym 2 o cudzie oraz dwóch o męczeństwie (do beatyfikacji).

Dwa dekrety dotyczą osób szeroko znanych: założyciela Rycerzy Kolumba, ks. Michała McGivney, oraz Pauliny Jaricot, założycielki Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

Ks. Michał J. McGivney urodził się 12 sierpnia 1852 roku w rodzinie irlandzkich imigrantów w Waterbury w stanie Connecticut a jego rodzicami byli Patrick McGivney oraz Mary McGivney. Był najstarszym synem spośród liczącego 13 osób rodzeństwa (w tym 6 z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie). Jego ojciec pracował w Waterbury jako formierz. Uczył się w lokalnej szkole, ale przerwał naukę w wieku 13 lat, aby pracować przy młynie w fabryce mosiądzu jako rozdrabniacz. W wieku 16 lat Michael rozpoczął naukę w seminarium znajdującym się w Saint-Hyacinthe. Zmarł w wieku 38 lat na zapalenie płuc. W 1882 roku założył Rycerzy Kolumba jako stowarzyszeni wzajemnej pomocy i formacji w wierze katolickiej. Dzisiaj są oni międzynarodową organizacją katolickich mężczyzn. Działają w kilkunastu państwach świata i gromadzą w swoich szeregach ponad 1,95 miliona członków. Obecni są także w Polsce i liczą ponad 5,5 tys. członków działających w 105 radach na terenie 28 diecezji. Zasadami Rycerzy Kolumba są miłosierdzie, jedność, braterstwo i patriotyzm.

Proces beatyfikacyjny został zainaugurowany w roku 1996, a 15 marca 2008 r. Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót Sługi Bożego.

Paulina Jaricot urodziła się 22 lipca 1799 r. w Lyonie we Francji, jako córka bogatego przemysłowca. W rodzinie otrzymała staranne wychowanie religijne. W wieku 17 lat podjęła prosty sposób życia i zapragnęła służyć Bogu. Złożyła prywatny ślub czystości. Zaczęła odwiedzać biedne lyońskie rodziny, rozdając im jałmużnę. Gorąco kochała Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie i z gronem dziewcząt w swoim wieku założyła Stowarzyszenie Wynagrodzicielek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Codziennie adorowały Jezusa Eucharystycznego.

Z korespondencji ze swoim bratem, uczącym się w seminarium duchownym w Paryżu, i z listów misjonarzy Paulina dowiedziała się o niezwykle trudnej sytuacji finansowej na misjach i tragicznej sytuacji dzieci w Chinach, które umierały z głodu. Myśl ta nie dawała jej spokoju. Zaczęła więc szukać pomocy. Wtedy właśnie ujawnił się jej geniusz organizacyjny. Utworzyła koła, w które chętnie zaangażowały się robotnice zakładu przemysłowego, odkładając drobne sumy z tygodniowych zarobków. Z dziesiątek kół wyłaniały się nowe koła i rosły w setki, tworząc fundusz na działalność misyjną Kościoła i rozkrzewianie wiary.

Kiedy Paulina miała 23 lata, jej dzieło, już w pełnym rozkwicie, przeszło pod zarząd Specjalnej Rady i wówczas podjęła inną, duchową formę wspierania Dzieła. Otoczyła je modlitwą różańcową. W ten sposób powstał Żywy Różaniec.

Dziełu modlitewnemu Pauliny Jaricot udzieliło poparcia wielu biskupów oraz generał Zakonu Dominikanów, który w 1836 r. przyłączył Stowarzyszenie Żywego Różańca do dominikańskiej Rodziny Różańcowej. Papież Grzegorz XVI wydał breve aprobujące stowarzyszenie. Objęło ono najpierw Lyon, potem całą Francję, a wreszcie inne kraje. Róże Różańcowe istnieją w parafiach na całym świecie do dziś, obejmując modlitwą miesięczne intencje misyjne, które papież wyznacza na każdy rok.

Tymczasem wobec pogarszającej się sytuacji społecznej we Francji Paulina zaczęła szukać systemu rozwiązania problemu zubożałych rodzin robotniczych. Cały swój majątek zainwestowała w budowę gmachu, który miał być idealnym ośrodkiem przemysłowym, gdzie robotnicy z rodzinami mieli cieszyć się pracą roztropnie kierowaną i sprawiedliwie wynagradzaną. Inwestycja upadła wskutek oszustwa nieuczciwych ludzi. Paulina do końca życia spłacała długi, pogrążona w ubóstwie, chorobie i całkowitym opuszczeniu.

Odeszła do Boga 9 stycznia 1862 roku ze słowami: Boże mój, wybacz im i obdarz błogosławieństwem, na miarę cierpień, jakie mi zadali…

Założone przez Paulinę Jaricot Dzieło Rozkrzewiania Wiary już po trzech latach liczyło 2 tys. członków. Od 1922 r. ma ono status Dzieł Papieskich; dzisiaj obecne jest w 144 krajach całego świata. Natomiast koła Żywego Różańca po kilku latach działania liczyły ponad milion uczestników. Choć Paulina uważała się tylko „za zapałkę wzniecającą ogień”, to jednak stała się założycielką jednego z największych misyjnych dzieł w Kościele.

Proces beatyfikacyjny Pauliny Jaricot otwarty został w 1910 r., heroiczność jej cnót ogłoszona została przez papieża św. Jana XXIII w 1963 r.

Kolejne dwa dekrety dotyczą autentyczności męczeństwa (do beatyfikacji).

Włoskich cystersów z opactwa Casamari, zabitych przez wojska napoleońskie w 1799 roku – Symeona Cardon i 5 towarzyszy oraz włoskiego franciszkanina (Zakon Braci Mniejszych), Kosmy Spessotto zabitego w Nikaragui w 1980 roku. Spessotto – podobnie jak arcybiskup San Salvador Óscar Romero – wypowiedział się przeciwko niesprawiedliwości ze strony junty Salwadoru. Otrzymał szereg pogróżek śmierci. Został zabity przed mszą świętą w 1980 roku. Starania o jego beatyfikację rozpoczęła się w 1999 roku za papieża Jana Pawła II, który nazwał go Sługą Bożym.

CZYTAJ DALEJ

Niestrudzony pasterz narodu

2020-05-28 04:40

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Prymas Tysiąclecia

39. rocznica śmierci

reprodukcja Łukasz Krzysztofka

Modlitwa przy trumnie kard. Stefana Wyszyńskiego. W prawym górnym rogu, przy sztandarze "Solidarności" bł. ks. Jerzy Popiełuszko.

"Wszystkie nadzieje to Matka Najświętsza, i jeżeli jaki program, to Ona". Te słowa swojego testamentu maryjnego wypowiedział na łożu śmierci kard. Stefan Wyszyński. 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego odszedł do Domu Ojca.

W tym czasie w rezydencji Arcybiskupów Warszawskich trwała nieustanna modlitwa najbliższych współpracowników umierającego Prymasa. Lekarze cały czas czuwali. Nad ranem pogłębiły się zaburzenia pracy serca. Podawane leki nie przynosiły poprawy. Oddech stawał się coraz słabszy. Czuwający całą noc kardiolog stwierdził nadchodzącą agonię. Przy łożu zebrali się lekarze i domownicy. Ks. Bronisław Piasecki, kapelan Prymasa, prowadził modlitwy za konających. Kard. Wyszyński trzymał w dłoni zapaloną gromnicę, znak zmartwychwstania i życia. Leżał na prawym boku z przechyloną głową.

O godz. 4.40 nastąpiło zatrzymanie oddechu. Ustała praca serca. Lekarze stwierdzili zgon. Zebrani wokół odmawiali różaniec – tajemnice dźwigania krzyża, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia. „Tej ostatniej chwili – jak zanotował ks. Piasecki – towarzyszy cisza i spokój. Jest to śmierć niezwykle spokojna, bez dostrzegalnych oznak konania”.

W kaplicy Domu Arcybiskupów ks. prał. Jerzy Dąbrowski celebrował o godz. 5.00 pierwszą Mszę św. żałobną za zmarłego Prymasa. Po niej ciało Kardynała zostało ubrane w purpurową sutannę, szaty liturgiczne, fioletowy ornat. Na piersi krzyż biskupi z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, na palcu pierścień, dłonie oplecione różańcem, z którym za życia nigdy się nie rozstawał. W momencie przenoszenia ciała do trumny ubierający dostrzegli na twarzy Prymasa pojawiający się uśmiech.

Zgodnie z wolą kard. Wyszyńskiego, jego trumna została zamknięta i przeniesiona do sali audiencjonalnej na parterze domu arcybiskupiego. Obok trumny postawiono obraz Matki Bożej Częstochowskiej, która towarzyszyła mu każdego dnia.

Wydano komunikat lekarski o śmierci Prymasa. Gdy wiadomość podały rozgłośnie radiowe, do Domu Arcybiskupów zaczęły przychodzić tysiące mieszkańców stolicy, aby oddać hołd swojemu biskupowi.

Telegram na ręce kard. Franciszka Macharskiego przesłał z polikliniki Gemelli w Rzymie Ojciec św. Jan Paweł II. „Na wiadomość o śmierci umiłowanego brata w biskupstwie, wielkiego syna Kościoła i naszego narodu, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego, arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, Prymasa Polski, łączę się w bólu i modlitwie z całym Kościołem w Ojczyźnie i wszystkimi moimi rodakami. Przeżywając tajemnicę Wniebowstąpienia Pańskiego, proszę Najlepszego Ojca o wieczną nagrodę dla niestrudzonego pasterza i nieustraszonego świadka Ewangelii Chrystusowej. Ufam, że Pani Jasnogórska, Matka Kościoła, której tak bezgranicznie zawierzył, okaże Mu swojego Syna. Wsparty nadzieją chwalebnego zmartwychwstania, krzepię zbolałe serca wszystkich drogich braci i sióstr moim apostolskim błogosławieństwem” – napisał ranny po zamachu Jan Paweł II.

Wieczorem do Domu Arcybiskupów Warszawskich przybył kard. Franciszek Macharski, który przewodniczył obrzędom pogrzebowym przy trumnie zmarłego. Wśród gości był też m.in. brat Roger z ekumenicznej wspólnoty w Taize. Z ul. Miodowej kondukt pogrzebowy wyruszył do kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu.

Rozpoczęła się wielka, narodowa żałoba. Już pierwszego dnia wpłynęło ponad 1600 listów kondolencyjnych z całego świata. Osób chcących pożegnać się z Prymasem były już nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy. Do kościoła seminaryjnego ustawiały się długie kolejki. A pogrzeb, który odbył się 31 maja na ówczesnym pl. Zwycięstwa stał się wielką manifestacją religijno-patriotyczną. Zgromadził ok. pół miliona osób, które przybyły, aby oddać cześć swojemu Prymasowi i niekoronowanemu królowi Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję