Reklama

Święta ziemia, Łączka

2019-03-13 10:57

Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 11/2019, str. VI

Agnieszka Bugała
Wciąż musimy o nich rozmawiać, przypominać, kim byli i przez co przeszli – mówiono na spotkaniu „Kwatera Ł”

– Szukamy Żołnierzy Wyklętych, ale wszystko zaczęło się na wrocławskich Osobowicach. Bez ekshumacji na Osobowicach nie byłoby Łączki – mówi dr n. med. Łukasz Szleszkowski. Spotkanie pt. „Kwatera Ł” zorganizowały 5 marca w siedzibie Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana” przy ul. Kuźniczej we Wrocławiu Stowarzyszenie Odra – Niemen i „Civitas Christiana”

Łączka to święta ziemia – mówił Jarosław Wróblewski, pracownik Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL na Rakowieckiej w Warszawie i autor książki „Kwatera Ł. Wolność jest kuloodporna”. Otwiera ją fragment wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy wygłoszonego w 2018 r., gdy wręczano noty identyfikacyjne rodzinom ofiar. „My nie im przywracamy godność – mówił prezydent – oni godność zawsze mieli. My przywracamy godność Polsce – że wreszcie ich odnajdujemy, choć przecież minęło prawie 30 lat, odkąd zrzuciliśmy okowy ustroju, który ich zamordował”. Autor wysłuchał piętnastu osób zaangażowanych w prace archeologiczne na Łączce i opublikował ich relacje. Rozmawiał m.in. z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem, specjalistami, wolontariuszami, ale też z Zofią Pilecką-Optułowicz, córką Rotmistrza. Pani Zofia, w opowieści pełnej tęsknoty za ojcem, przypomina jak prosił żonę, by im czytała „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis. I że nie mógł unieść głowy, bo miał połamane obojczyki, a podczas widzeń w więzieniu nigdy nie podawał ręki, bo miał zerwane paznokcie. I mówi, że ma wielką nadzieję na to, że Bóg pozwoli jej doczekać odnalezienia ojca.

– Prace na Łączce – w słońcu, w kurzu – to odkrywanie historii Ojczyzny – mówi Jarosław Wróblewski – tam zakopano bohaterów, kwiat Polski. – Ale trzeba też przyjść do Muzeum na Rakowiecką, gdzie w wąskim zatęchłym korytarzu wykonywano wyroki śmierci. Żeby upokorzyć tych dzielnych żołnierzy ubierano ich w niemieckie, hitlerowskie mundury – to dlatego w grobach znajdujemy czasem guziki od mundurów niemieckich. Żeby zhańbić, skazywano na śmierć przez powieszenie – tak zgładzono gen. Augusta Fieldorfa ps. Nil. Prace na Łączce są od początku transparentne, dzieją się na oczach całej Polski.

Wrocław był pierwszy

– Bez wrocławskich Osobowic nie byłoby Łączki – mówi dr n. med. Łukasz Szleszkowski, lekarz medycyny sądowej, członek ekipy poszukiwawczej prof. Szwagrzyka. Wszystko zaczęło się w 2000 r., gdy profesor szukał śladów ofiar z wrocławskiego więzienia przy ul. Kleczkowskiej – najpierw jako historyk, w dokumentach – a potem, licząc na to, że w dokumentacji powojennych sekcji zwłok będą ślady po ofiarach komunizmu, trafił do Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu. Dr Szleszkowski dołączył do prac na Osobowicach w 2008 r., to wtedy odnaleziono zwłoki marynarza Stefana Pórula i jako członek ekipy, która go znalazła, wziął udział w pogrzebie w miejscowości rodzinnej zmarłego w Młodojewie pod Koninem. – Zobaczyłem wielkie święto, rehabilitację, po latach, człowieka, o którym przez cały czas mówiono jak o bandycie. Dla rodziny to było wydarzenie o niewyobrażalnym znaczeniu. Wrócił jak bohater. To wtedy zrozumiałem sens i znaczenie tych prac ekshumacyjnych. Dotarło do mnie, że to nie tylko medycyna, że nauka tylko służy tu czemuś większemu. To prawda, szukamy Rotmistrza i odnalezienie jego grobu i ciała będzie chwilą nadzwyczajną, historyczną i symboliczną, ale każdy odnaleziony to wielkie wydarzenie, a dla rodzin przywrócenie pokoju po tylu latach i szansa na godny pochówek ich bliskiego – tłumaczy.

Reklama

– Prace ekshumacyjne na Osobowickim cmentarzu otworzyły drogę do badań na Łączce – mówi. – To był poligon doświadczalny, nie mieliśmy żadnego doświadczenia w przeprowadzaniu ekshumacji tak licznych i na taką skalę. Na szczęście zachowała się dokumentacja cmentarza na Osobowicach, przestrzegano porządku pochówku. Mimo że grzebano w alejkach, w chodnikach łączących kwatery, jednak zachowywano ład. Ciała były w trumnach, ułożone na plecach – to bardzo pomocne w prowadzeniu badań.

– W grobach tzw. artefakty, czyli osobiste rzeczy zmarłych. We Wrocławiu w 2011 r. odnaleźliśmy szczątki 299 więźniów. To był przełom – musieliśmy się nauczyć, jak prowadzić prace na dużą skalę, jak dokumentować, opisywać, szkicować i fotografować kolejne etapy. I z tą wiedzą pojechaliśmy do Warszawy – mówi – ale tam szybko okazało się, że nasz entuzjazm był na wyrost, a wypracowane metody nie mają zastosowania. Nie mogliśmy postępować tak samo, bo tam wszystko było inaczej. Wyjazd do warszawy był sporym ryzykiem – podkreśla dr Szleszkowski. – Łączka czekała od 1989 r., ale nikt nie miał odwagi, by wbić tam szpadel.

Jak chowano w Kwaterze Ł?

– Wrocławskie doświadczenie nie miało znaczenia, bo okazało się, że w Warszawie zwłoki zrzucano z ciężarówek przyjeżdżających z Rakowieckiej wprost do wykopanych dołów. Nie ma trumien, szkielety tych ludzi zastygły w ziemi tak, jak spadły. Czasem jest ich kilka w jednym miejscu. Odkryliśmy, że to dlatego, że gdy planowano kilka egzekucji w jednym tygodniu, to grabarz, z lenistwa, czekał, aż uzbiera się kilka ciał, nie chciało mu się jeździć z jednym przez miasto, by go pochować – mówi. – Choć słowo pochować jest nieadekwatne, bo rytuału pochówków nie było, po prostu zrzucano ciało do dołu – tłumaczy dr Szleszkowski. – To nie był cmentarz, to było miejsce ukrycia zwłok, które nigdy nie miały zostać odnalezione.

Na Łączce prace odbyły się w trzech etapach. W pierwszym znaleziono szczątki stu osób, w drugim podobną liczbę, a w trzecim, jak dotąd najtrudniejszym, odnajdywano zmarłych, których szczątki przemieszały się z pochowanymi na tym miejscu w latach 80. XX wieku zmarłymi. – Brałem udział we wszystkich trzech etapach – to miejsce wyjątkowe na mapie czerwonego terroru.

Godność bohaterów

– Najważniejsze zadanie, które na nas, badaczach spoczywa, to znaleźć zmarłego, ustalić jego tożsamość i jaką śmiercią zginał, a potem przekazać jego szczątki rodzinie, by ta mogła dokonać godnego pochówku – mówi dr Szleszkowski. W pracach biorą udział zespoły wielospecjalistyczne – archeolodzy przez wiele dni oczyszczają znalezione szczątki, robimy dokumentację zdjęciową, opis morfologiczny – potem układamy szkielet na stole i z kości objętych zmianami erozyjnymi ustalamy profil DNA. Ważna jest identyfikacja pozabiologiczna, czyli analiza przedmiotów, które znajdują się w grobie, ale tych nie ma zbyt wiele, żołnierze nie mieli nieśmiertelników – tłumaczy.

Ze względu na chaotyczny sposób pochówku panujący na Łączce badacze musieli zmienić metodologię postępowania. Zbadali też sposoby wykonywania egzekucji na więźniach – to ma znaczenie w przypadku analizowania obrażeń w zachowanych szczątkach. Wiadomo, że w latach 1948-49 postulowano przywiązywanie więźnia do palika, a pluton egzekucyjny składający się z kilku młodych chłopaków miał strzelać do skazanego w serce. Ta metoda służyła rozłożeniu odpowiedzialności za zabicie człowieka; nagrodą dla plutonu egzekucyjnego był dzień wolny od służby, albo pęto kiełbasy. – Tak zamordowano „Inkę” i „Zagończyka” – mówi Szleszkowski, który brał udział w identyfikacji ich szczątków – ale wiemy, że pluton nie chciał strzelić do dziewczyny, wszyscy celowali w „Zagończyka”... „Inkę” dobił dowódca plutonu.

Później, aby zachować dyskrecję, wyroki wykonywano metodą katyńską, czyli strzałem w tył głowy. – Była to metoda przejęta od NKWD – mówi dr Szleszkowski – czyli nie mająca nic wspólnego z egzekucją sądową, to było morderstwo, metoda eliminacji rodem zza wschodniej granicy.

– Badamy i czekamy na odnalezienie rotmistrza Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego, Adama Lazarowicza – mówi Jarosław Wróblewski. – To nie są badania archeologiczne, kości nas nie interesują. To są szczątki, które mają imię i nazwisko i rodziny, które na nich czekają. Nauka jest tu tylko narzędziem służącym odkrywaniu prawdy – mówi dr Łukasz Szleszkowski.

Tagi:
żołnierze wyklęci

Reklama

Chronić swoją historię

2019-09-17 14:31

Ewa Biedroń/diecezja tarnowska
Edycja małopolska 38/2019, str. 5

Ks. Marian Kostrzewa
Msze św. stanowią istotną część Spotkań Gurgaczowskich

Musimy zadbać o wydobywanie i przekazywanie na przyszłość całej prawdy historycznej – powiedział biskup tarnowski Andrzej Jeż. Na Hali Łabowskiej została odprawiona Msza św. za Kapelana Wyklętych i żołnierzy, którym posługiwał. 14 września minęła 70. rocznica śmierci ks. Władysława Gurgacza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Stanisław Kostka - patron dzieci i młodzieży

Małgorzata Zalewska
Edycja podlaska 37/2002

Jastrow/pl.wikipedia.org



W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru.

Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,

myśląc, że Święty we śnie zwrócił twarz do muru

i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi...

I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.

Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek

Królowej Nieba, która z Świętych chórem schodzi

i tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.

Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,

skrzydłami z ram lub nogą wstępując bosą.

Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,

w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,

jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:

niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,

upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.

I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci...

(Cyprian Kamil Norwid)

Doroczną pamiątkę św. Stanisława Kostki kościół w Polsce obchodził wcześniej 13 listopada. Od 1974 r. święto to obchodzimy 18 września jako święto patronalne dzieci i młodzieży, by na progu nowego roku szkolnego prosić dla nich o błogosławieństwo i potrzebne łaski.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane.

Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: "Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze - sami jak i przez domowników - do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą" .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów we Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: "Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść". Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: "Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu". Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

W naszej diecezji doroczną uroczystość odpustową ku czci św. Stanisława Kostki przeżywa wspólnota parafialna w Jerzyskach, gdzie proboszczem jest ks. Zenon Bobel.

U początku nowego roku szkolnego i akademickiego starajmy się prosić św. Stanisława Kostkę, który jest patronem dziatwy i młodzieży, aby wstawiał się on za nami i wypraszał potrzebne nam wszystkim łaski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Porto: po śmierci zakonnicy biskup krytykuje wymiar sprawiedliwości i feministki

2019-09-19 20:29

mz (KAI/JS/P) / Porto

Biskup diecezji Porto Manuel Linda skrytykował portugalską klasę polityczną za stworzenie źle funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości w Portugalii. Krytyka ze strony hierarchy ma związek z zamordowaniem 8 września siostry Antonii Pinho. Zakonnica zginęła w miejscowości São João da Madeira podczas próby gwałtu ze strony uzależnionego od narkotyków kryminalisty.

Adam Bujak/Biały Kruk

Siostra Antonia opiekowała matką agresora. Portugalski biskup nazwał zabójcę popularnej w diecezji Porto 61-letniej zakonnicy “prawdziwym potworem”, zaznaczając, że agresor pozostawał na wolności z powodu źle funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości. - W tym przypadku zawiódł on w dotkliwy sposób. Żadna instytucja, twierdząca, że stoi na straży praw człowieka, też nie zareagowała w przypadku morderstwa siostry Antonii – napisał w komunikacie bp Manuel Linda, przypominając, że 44-letni morderca wielokrotnie był oskarżany o gwałty.

Hierarcha skrytykował też działanie systemu więziennictwa w Portugalii. Stwierdził, że jest on nieskuteczny i nie resocjalizuje osadzonych. Wyraził wątpliwość czy zakłady karne są w “Portugalii ośrodkami poprawiania ludzi, czy raczej szkołami nauki wysublimowanej przestępczości”.

Biskup Linda skrytykował też organizacje feministyczne, które “nie zabrały głosu” po bestialskim mordzie na zakonnicy. Stwierdził, że zrobiły to prawdopodobnie w związku z tym, że siostra Antonia była osobą konsekrowaną.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem