Reklama

Niedziela Łódzka

Wielki apostoł Jakub Strepa w Łodzi

– To nie ja znalazłem Jakuba, to on znalazł mnie – mówi ks. Grzegorz Klimkiewicz, proboszcz łódzkiej parafii pw. Najświętszego Zbawiciela, do której właśnie trafiły relikwie bł. Jakuba Strzemię

Niedziela łódzka 11/2019, str. VI

[ TEMATY ]

bł. Jakub Strzemię

Archiwum ks. Grzegorza Klimkiewicza

Święte szczątki błogosławionego

Relikwie zupełnie nieznanego u nas świętego franciszkanina określanego mianem orędownika od bólów głowy. To była szybka akcja. Rozegrała się w ciągu ostatnich trzech miesięcy. – Dzięki osobistemu wstawiennictwu abp. Grzegorza Rysia dwa tygodnie temu odebrałem relikwie z rąk Metropolity Lwowskiego – opowiada. I pokazuje zdjęcia z uroczystości, wspomina serdeczność abp. Mieczysława Mokrzyckiego i całe to prowadzenie bł. Jakuba.

– Dlaczego mówi ksiądz, że on sobie wybrał Łódź i że to nie jest przypadek? – pytam. – Nie wiem czemu, ale wyraźnie czuję, że on chce tu być – odpowiada. – Może tu chce dokonać jakiegoś cudu, by zostać świętym? – zastanawia się. I trudno temu zaprzeczyć. Ks. Grzegorz pokazuje mi relikwie – kawałek kości – i tak jakoś spontanicznie całuję te święte cząstki, bo zarażona entuzjazmem księdza chyba wierzę, że to był i jest ktoś i że może pomóc na te moje migrenowe bóle. I zapewne swoim orędownictwem uzdrowi wielu, którzy o to poproszą. Do przyjęcia relikwii – pierwszych w blisko stuletniej historii – szykuje się cała parafia. Ucząc się błogosławionego. Na pamięć i sercem. Uroczystego wprowadzenia dokona bp Edward Kawa, biskup pomocniczy Lwowa, 3 kwietnia o godz. 18, w dniu kościoła stacyjnego.

Czy mnie znasz?

To niesamowita historia. Jest rok 2016. Ks. Grzegorz jedzie na Ukrainę do swojego przyjaciela do Czerwonogradu. Tu dowiadują się, że na terenie archidiecezji lwowskiej, w jednym z kościołów, odnaleziono relikwie bł. Jakuba Strzemię. Te relikwie to liturgiczne szaty, w których był pochowany, a które w 1910 r. – przy okazji przekładania doczesnych szczątków do nowej trumienki – umieszczono w specjalnych szafeczkach i zagubiono.

Reklama

Obaj udają się do Lwowa i tu na plebanii jednego z kościołów, u ks. Jacka Waligóry, oglądają grobowe pontyfikalia złożone na stole – mitrę, ornat, rękawiczki, pas i pastorał. Dopiero co wydobyte. Jeszcze nietknięte ręką konserwatora, historyka, specjalisty. – To było dla mnie wielkie przeżycie – mówi ksiądz – czułem, że nieznany mi błogosławiony stał mi się tak bardzo bliski i wręcz słyszałem to pytanie: Czy mnie znasz? – dopowiada. Zresztą nie tylko ksiądz stał wobec szat bł. Jakuba jak zahipnotyzowany. Oglądając fotografie z tej chwili, ma się wrażenie, że to coś szczególnego, ważnego, że ten XIV-wieczny błogosławiony chce o sobie przypomnieć i zwrócić uwagę – nie, nie na siebie, ale na Boga, u którego potrafi wyprosić nam zdrowie. Bł. Jakub jest też określany przyjacielem dzieci – może więc w obliczu tylu zagrożeń współczesności chce być niejako orężem w walce ze złem? I podporą dla nas, rodziców?

Od tamtej chwili bł. Jakub zagościł na stałe w myślach i sercu łódzkiego kapłana. 21 października ubiegłego roku wybrał się na odpust ku czci błogosławionego do Halicza. To pierwsza jego stolica biskupia. I wtedy zapragnął, by do Łodzi trafiły relikwie świętego. – Pomyślałem: Skoro nie dajesz mi spokoju, zabiorę cię do siebie – uśmiecha się ks. Grzegorz.

Dzięki pomocy abp. Rysia 28 lutego ksiądz odebrał we Lwowie relikwie. To relikwie pierwszego stopnia. – Nie wiedziałem, co dostanę, a abp Mieczysław Mokrzycki dał mi coś najcenniejszego – z czego bardzo się cieszę – podkreśla. Opowiada o spotkaniu w kaplicy arcybiskupów lwowskich, o gościnności, o tym, że we lwowskiej katedrze przy ołtarzu, przed którym śluby składał król Jan Kazimierz, stoi właśnie relikwiarz – trumienka ze szczątkami bł. Jakuba. W każdą drugą sobotę września ulicami Lwowa przechodzi uroczysta procesja z tymi szczątkami.

Reklama

Wszystko, jak z płatka

A w Łodzi? W Lodzi po uroczystym wprowadzeniu, które zapoczątkuje spotkanie z o. Rafałem Antoszczukiem 24 marca i rekolekcje głoszone przez bp. Edwarda Kawę (31 marca – 3 kwietnia), ludzie będą poznawali nowego na terenie naszej archidiecezji błogosławionego. Ks. Grzegorz też dopiero go odkrywa. – Jestem na etapie poznawania go – przyznaje i pokazuje swoje ostatnie znalezisko, czyli wydaną w 1909 r. książkę bp. Bandurskiego „Wielki apostoł bł. Jakób Strepa” (bo tak był nazywany na wschodzie Polski), której jedyny egzemplarz wyszperał w krakowskim antykwariacie. Dzięki niej wie już więcej. Także ta książka to działanie bł. Jakuba. Tak, jak relikwiarz – nietypowy, bo wykonany na kształt relikwiarza z Kalwarii Pacławskiej – biskupiej mitry, wyhaftowanej.

– Pojechałem do hafciarni, po cywilnemu. Spytałem, ile kosztowałby jeden egzemplarz, pani zaśmiała się i stwierdziła, że zamówienie to tysiąc sztuk, a nie jedna, bo nie opłaca się uruchamiać maszyny. I wtedy osoba, która była ze mną powiedziała: – To ksiądz, a mitra jest na relikwiarz świętego. Pani od razu zmieniła zdanie, zrobiono nam relikwiarz bez problemu – opowiada ks. Grzegorz. I kolejny raz podkreśla, że to, iż to wszystko idzie jak z płatka, jest zasługą franciszkanina ze Lwowa.

Możesz być uleczony

W łódzkiej parafii już zaplanowano, że co roku – 21 października o godz. 18 – sprawowana będzie specjalna Msza św. ku czci bł. Jakuba, podczas której na głowę wiernych nakładana będzie mitra z relikwiami. Tegorocznej uroczystości będzie przewodniczył abp Grzegorz Ryś. Tymczasem relikwiarz znajdzie swoje miejsce w gablocie ustawionej na jednym z filarów – tak, by każdy, kto tego potrzebuje, mógł dotknąć głową szczątków błogosławionego od bólu głowy, który przez wrażliwość i spotykanych ludzi dotarł do łódzkiego księdza i razem z nim przyjechał do Łodzi.

Czy ksiądz modli się już do niego? – Na razie się ze sobą oswajamy, uczymy, ale jestem zafascynowany tą postacią i wierzę, że ten powiernik króla Jagiełły i św. królowej Jadwigi chce, byśmy sobie o nim przypomnieli – przyznaje.

2019-03-13 10:57

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Chronił ich mój różaniec

Niedziela łódzka 15/2019, str. VI

[ TEMATY ]

bł. Jakub Strzemię

Maria Niedziela

Bp Edward Kawa w parafii Najświętszego Zbawiciela

Z bp. Edwardem Kawą, biskupem pomocniczym lwowskim, który w parafii Najświętszego Zbawiciela w Łodzi głosił rekolekcje wielkopostne i uroczyście wprowadził tam relikwie bł. Jakuba Strzemię, o wartościach, którymi żył bł. Jakub, ukraińskim Kościele, wojnie i marzeniach rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Bł. Jakub Strzemię to tak, jak Ksiądz Biskup, biskup Lwowa, franciszkanin. Coś jeszcze sprawia, że ten święty jest Księdzu Biskupowi bliski?

Bp Edward Kawa: – Historia bł. Jakuba Strzemię jest bardzo ciekawa. Pochodził z dzisiejszej Małopolski, ale skierowany na wschodnią Galicję został przełożonym we Lwowie w klasztorze pw. Świętego Krzyża. W samym centrum, niedaleko katedry, jest miejsce, w którym znajdował się ten klasztor. Jako franciszkanin bardzo mocno krzewił kult Eucharystii i kult Najświętszej Marii Panny. I z tego powodu był już wtedy bardzo znany. Przez swoją gorliwość i to, że był misjonarzem. Źródła historyczne mówią, że on w bardzo wielu ludziach, nawet takich, którzy byli ateistami, czy też wtedy jeszcze poganami albo prawosławnymi, potrafił zapalić ten kult, którego w Kościele wschodnim nie ma. I jako gwardian został wezwany ze Lwowa do Halicza, stolicy diecezji, gdzie także był klasztor franciszkański, i powołany na arcybiskupa halicko-lwowskiego. A potem przeniósł stolicę do Lwowa. To tu okazał się człowiekiem dialogu. Kościół był skonfliktowany z ówczesnymi władzami Lwowa. On dał radę to wszystko pojednać i pogodzić. Tak, że ten konflikt z jego przyjściem do Lwowa się skończył. Dlatego, gdy często modlę się za jego wstawiennictwem czy są różne sytuacje, to widzę, że ta cała praktyka, którą stosował Jakub, jest dzisiaj bardzo aktualna. I dlatego w swojej posłudze jako biskup, a wcześniej jako franciszkanin – też byłem gwardianem we Lwowie, tylko już w innym klasztorze – św. Antoniego, bardzo mocny akcent kładę na Eucharystię, sakrament pokuty i na kult Najświętszej Maryi Panny.
Nasz kościół franciszkanów we Lwowie to kościół, który jest otwarty dla każdego. Na Mszach św. większość ludzi to nie są katolicy. I kościół zawsze jest pełen. Obliczaliśmy kiedyś, że w ciągu tygodnia przewija się przez niego ok. 5 tys. osób. To też jest misja, którą zaczął Jakub i my – franciszkanie – ją kontynuujemy. Właśnie tam, na terenach dzisiejszej Ukrainy zachodniej. I wydawało się, że Jakub jest już taki trochę zapomniany, bo nie mamy za dużo o nim informacji – jednak 600 lat zrobiło już swoje; był też czas komunizmu, gdzie bardzo dużo zostało zniszczone, ale on w cudowny sposób się odnalazł. Szaty, które są teraz restaurowane w Polsce, były w sarkofagu w jednym z kościółków pod Lwowem. Dla mnie to znak, że Jakub pokazał, jak wciąż jest aktualny i że nadal jest arcybiskupem – tym pasterzem swego ludu.

– Ksiądz Biskup przyjechał przywieźć go tu symbolicznie, bo relikwie były przecież wcześniej.

– Można powiedzieć, że Jakub znalazł też ks. Grzegorza. W taki sposób cudowny. Właściwie jestem tylko narzędziem w ręku Boga, by go tutaj zainstalować. I dla mnie to zaszczyt, że jako biskup lwowski – choć pomocniczy, ale lwowski – przyjeżdżam i swego współbrata, ale i arcybiskupa lwowskiego, tu przyprowadzam. By był tutaj apostołem i swoją obecnością w relikwiach mógł też dużo nowego zdziałać.

– Powiedział Ksiądz Biskup, że wtedy były podobne czasy. W czym podobne?

– Wtedy był czas bardzo niespokojny, bo było dużo napięć. Nie tylko między Kościołem a urzędnikami państwowymi, ale też dużo różnych napięć narodowościowych. Przeżywamy teraz bardzo podobne czasy. Ciągle są jakieś napięcia wewnątrz państwa. Jest wojna na wschodzie Ukrainy, która tak długo trwa. Ciągle też są jakieś napięcia narodowościowe, które rodzą się bez żadnych podstaw. To wszystko bardzo utrudnia nam życie. I widzę, że tym, co łączy ludzi, tym, co leczy te poróżnienia czy rany, jest wspólna modlitwa. I to, do czego Jakub prowadził – kult Eucharystii, kult Najświętszej Maryi Panny – jest tym, co dzisiaj rzeczywiście uzdrawia i przynosi owoce. Bo mimo tego, że dużo ludzi wyjeżdża w tej chwili z Ukrainy, to we Lwowie i w większych miastach nasze parafie rosną. I jest w nich coraz więcej ludzi.

– Można zaobserwować taką odnowę wiary, Kościoła?

– Relikwie bł. Jakuba w katedrze lwowskiej znajdują się w bardzo ciekawym układzie – sarkofag stoi pomiędzy Najświętszym Sakramentem a obrazem Matki Bożej Łaskawej. Czyli to, co robił całe życie, dalej robi. Łączy. Jest pośrodku – między Matką Bożą a Najświętszym Sakramentem. I to jego takie ciche działanie też przynosi owoce. Ludzie przychodzą, choć czasami nawet nie do końca rozumieją. Kiedyś przyjmowałem do Kościoła katolickiego dwie dziewczyny, które przyszły ze wspólnoty protestanckiej i były tam liderkami. Pytam: Dziewczyny, ale jaka jest motywacja, co się stało, dlaczego przyszłyście do nas? A one odpowiadają, że to, co je, właśnie w katedrze, dotknęło to Eucharystia. Będąc na Eucharystii, doświadczyły takiego działania Boga, że już później nic się nie liczyło. I widzę w tym cud Jakuba. Jakub przyciągając ludzi do siebie, zwraca uwagę na to, co jest najważniejsze i kto jest najważniejszy.

– To bł. Jakub. A czym jest dla ludzi w tej chwili, właśnie w czasie tych wewnętrznych rewolucji, Kościół? W Polsce był zawsze ostoją...

– Ukraina tym różni się od Polski, że nie mamy tych kościołów dużo. Jako Kościół rzymskokatolicki jesteśmy tak naprawdę mniejszością. O wiele większą potęgą jest Kościół prawosławny, grekokatolicki czy też wspólnoty protestanckie. Ale tym, co jest takim naszym atutem jest to, że jesteśmy poza polityką, poza tymi wszystkimi ustrojami państwowymi. I bardzo często słyszę takie świadectwa, że ludzie u nas właśnie doświadczają obecności żywego Boga. I Kościół jest dla nich stabilnością. Tym, który jest, który się troszczy i który zawsze głosi Dobrą Nowinę, bo czasami w innych Kościołach za bardzo widać powiązanie z polityką. A ludzie są tym zmęczeni. Dlatego Kościół rzymskokatolicki na Ukrainie ma szczególną rolę na te trudne czasy – przez niego ma przyjść wiosna odrodzenia wiary. Dla wszystkich.

– I widzi Ksiądz Biskup, że ona się dzieje?

– Powoli zaczyna się dziać. Mimo różnych trudnych sytuacji czy negatywnych wydarzeń, które ostatnio bardzo często się zdarzają, widać oddolne ożywienie. Takie bardzo mocne odrodzenie. I ono nie jest chwilowe czy emocjonalnie przeżywane, tylko naprawdę ma swój bardzo głęboki i duchowy wymiar.

– To, że Ksiądz Biskup prowadził rekolekcje w łódzkiej parafii, dla zwykłych ludzi, to świadczy o czym? O pokorze tego Kościoła?

– Wiem, że ks. Grzegorz i tutejsi parafianie wspierają wielu naszych księży – jeden z nich jest nawet w tej chwili ze mną. I to nie jest jednorazowe wsparcie, tylko trwa latami. Jeszcze ks. Grzegorza nie znałem, a już słyszałem – przynajmniej od dwóch księży – bardzo pozytywne świadectwo o nim. Więc kiedy ks. Mikołaj do mnie zadzwonił i zapytał, czy rekolekcje byłyby możliwe, odpowiedziałem, że z chęcią pojadę. Przede wszystkim z wdzięczności za tę pomoc. Sam, kiedy byłem na wschodzie, gdy nie miałem ani kościoła, ani ludzi, kiedy potrzebowałem pomocy, to bardzo dużo dobroci doświadczyłem tutaj w Polsce. Doświadczyłem rzeczywiście wyciągniętej ręki i to było dla mnie wielkie świadectwo jedności Kościoła. Mimo tego, że są odległości, nawet czasami różnice w mentalności, to on jest jeden. Poza tym każdy wyjazd do Polski jest dla mnie ubogaceniem. Dla nas, szczególnie urodzonych tam na Ukrainie, Polska stanowi bogactwo. I bardzo dużo z niej czerpiemy. Nie tylko literaturę, mądrość czy też jest Jan Paweł II, który zostawił po sobie ogromne dziedzictwo, ale nawet aktualne materiały do duszpasterstwa. Wszystko bierzemy z Polski. Kościół w Polsce jest dla nas taką starszą siostrą, do której zawsze się można zwrócić, która zawsze daje dobrą radę, ale też wsparcie.

– A tego wsparcia ciągle potrzeba?

– Potrzebujemy go, dlatego że nasi parafianie są zazwyczaj biedni i nie są to duże parafie. To czasami kilkadziesiąt, najwyżej 150-200 osób. I choć ci ludzie są bardzo ofiarni, wszystko oddają co mają i wszystkim się dzielą, to czasami wydatki związane z funkcjonowaniem parafii, budową przewyższają możliwości. Ale zawsze Pan Bóg prowadzi to tak cudownie, że zawsze się ktoś gdzieś znajdzie i pomoże. W ciągu tych lat od rozpadu ZSRR bardzo dużo doświadczyliśmy i doświadczamy dobroci oraz serdeczności ze strony Polski.

– W tych naukach rekolekcyjnych, poza kierowaniem się wartościami bł. Jakuba, co chciał Ksiądz Biskup przekazać wiernym z parafii Najświętszego Zbawiciela?

– Hasło rekolekcji to cytat z Gal 5,1: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. I to, co jest główną myślą, to przede wszystkim, byśmy dzisiaj, mimo różnych stereotypów, w których żyjemy, czuli pragnienie wolności. I tak, jak mówi św. Augustyn: „Niespokojne jest serce moje dopóki nie spocznie w Panu” – by każdy wierny był niespokojny w tym dobrym, pozytywnym znaczeniu. Czy przeżywa Eucharystię czy cokolwiek innego robi, by wszędzie czuł obecność Boga i chciał jeszcze więcej jej doświadczać.

– Wierzy Ksiądz Biskup, że bł. Jakub będzie tu – w tym kościele, w tym parku – działał cuda?

– Wierzę. Jestem przekonany, że w tym parku, w tym kościele tak będzie. Nie chciałbym jakiś proroctw ogłaszać, ale podejrzewam, że będzie tu jeszcze sanktuarium. Miejsce jest i okolica też na to czeka. Ale niech będzie wola Boża. Dla mnie to zaszczyt, że mogłem wprowadzić tu jego relikwie. To, że on sobie wybrał miejsce w samym sercu Polski, to bardzo wymowny znak. A jeśli będą dziać się cuda, to tym bardziej będę się czuł jak narzędzie w ręku Pana. I cieszył, że się do tego przyczyniłem.

– Zanim przyjął Ksiądz Biskup sakrę, to jako franciszkanin, był kapelanem wojskowym... I to był czas tych najgorszych wojennych starć na Ukrainie...

– Pracowałem wtedy jako przełożony naszych wszystkich klasztorów na Ukrainie. Pod Kijowem. W Boryspolu. I jak był pobór pierwszych żołnierzy, to po prostu brali ludzi. I zaczęli brać też naszych parafian. Dlatego pierwsze, co zrobiliśmy, to kupowaliśmy im mundury, buty i tutaj w Polsce – kaski i kamizelki kuloodporne. Tak, by chronić ich życie. By wrócili do swoich rodzin. Ale, gdy pojechali na wschód, to zaczęli do mnie dzwonić, bym przyjechał. Chcieli się spowiadać. I zacząłem do nich jeździć i ich odwiedzać. I tak się rozpoczęła moja przygoda z wojskiem, choć nigdy nawet w nim nie byłem. Stałem się wojskowym kapelanem. Jak wyjeżdżałem tam, to musiałem mieć pozwolenia. By mieć pozwolenia, musiałem przejść szkolenie, a by być tam – musiałem mieć mundur. Więc ubierałem mundur i posługiwałem jako kapelan nie tylko swoich, ale ich wszystkich. Bo jak był ostrzał, to wszyscy się spowiadali i wszyscy prosili o modlitwę. Odprawiałem Mszę św., przewodniczyłem nabożeństwom, urządzaliśmy wieczory biblijne w namiotach. To trwało kilka lat. Jak zostałem biskupem, to było już raczej niewskazane, bym tam jako biskup jeździł, więc robili to inni kapłani.

– Bycie takim kapelanem, w czasie walki, to doświadczenie – czego? Jaki ślad pozostawia służba tam – na froncie?

– Tym nie chciałbym się dzielić, bo jest to bardzo bolesne. Przede wszystkim jest ból. Widziałem, jak giną żołnierze, jak giną cywile, jak jest obstrzał. Wtedy ma się poczucie bezradności. W tym najbardziej gorącym czasie byłem akurat niedaleko lotniska w Doniecku. Niektórzy się tym chwalą, ale ja raczej tego unikam, bo za każdym wydarzeniem kryje się czyjeś życie...

– Ale taka była wola Boża, by tam pojechać?

– Jasne, że jest na pewno jakiś dopust Boży. Ale dużo jest w tym wszystkim też niezdrowej polityki – że ta wojna trwa i trwa tak długo.

– A to posłanie do tych ludzi coś znaczyło?

– Wielu żołnierzy dawało mi świadectwo, że moja obecność, nawet jak było bardzo niebezpiecznie, to dla nich poczucie bezpieczeństwa. Oni trzymali broń, a ja trzymałem różaniec w ręku. Bałem się, czasami nie mogłem powiedzieć słowa, a oni mi potem mówili: Fajnie, że z nami byłeś, bo my się czuliśmy przy tobie bezpiecznie. Nie mogłem tego zrozumieć, bo tak naprawdę myślałem, że dobrze, że oni są: uzbrojeni, to w razie, gdyby coś się działo będziemy się bronić. Ale tak naprawdę to oni bardziej czuli potrzebę takiej duchowej ochrony. A ja chciałem się czuć bezpiecznie, ale gdy zaczyna się ostrzał jest to trudne.

– Chyba tak było od początku. Przerażające i trudne było pewnie już kupowanie kamizelek...

– Jak wojna się zaczęła, to Ukraina nie była w ogóle gotowa. Żołnierze, oprócz broni, nic nie mieli. Każda parafia swoich parafian wyposażała, nawet w jedzenie. Co kilka tygodni przygotowywaliśmy transport z żywnością i tam wysyłaliśmy. Sam woziłem te transporty. Tutaj w Polsce skompletowałem dwa gabinety medyczne i przewoziłem przez granicę – jeden pod Donieck, a drugi za Mariupol – na samą linię frontu. Wtedy nie byliśmy do niczego gotowi. Teraz już to się ustabilizowało, choć dalej są działania wojenne. W mediach nie mówi się o tym, że każdego dnia ktoś tam ginie. Ale przynajmniej ci żołnierze już są wyposażeni w to, co konieczne. Jednak na początku, te pierwsze miesiące, to nawet my jako kapelani byliśmy wolontariuszami i w ogóle nie liczyliśmy się w strukturach. Tak, jak żołnierze, niektórzy ochotnicy. Jak któryś zginął, to rodzina po dziś dzień nie otrzymała żadnego wsparcia – po prostu pojechał, to była jego decyzja i jego wybór... Kiedyś spotkałem na szkoleniu kapelanów – ludzi z NATO. Opowiadali mi o swoich doświadczeniach, o tym, że posługują jako oficerowie – mają zapewnione wszelkie warunki, mają jakieś szkolenia. I jak ja zacząłem opowiadać o swoim doświadczeniu, to jeden z nich złapał się za głowę i nie chciał tego słuchać... Bo to było przerażające.

– Potem wrócił tam Ksiądz jako biskup...

– Ale już nie do żołnierzy. Wróciłem z posługą do ludności cywilnej. W ramach akcji: „Papież dla Ukrainy” przez dwa lata pomogliśmy ponad 850 tys. osobom. Otrzymali oni różną pomoc, bo czasami domy po ostrzale trzeba było remontować.

– Jeździł Ksiądz Biskup i decydował, co ma być zrobione i w jaki sposób wesprzeć tych ludzi?

– Przyjeżdżaliśmy do miejscowości, patrzyliśmy, jakie są potrzeby, szukaliśmy, kto mógłby to zrobić, podpisywaliśmy z tą organizacją – czy to był Caritas czy lekarze czy inna organizacja – kontrakt i wtedy oni udzielali tam pomocy. Mieliśmy bardzo piękny kontrakt z protestantami. W dwóch miasteczkach przylegających do Doniecka zrobiliśmy ogrzewanie – praktycznie w każdym domu. Wcześniej miejscowości były podłączone do gazu, ale jak zaczęła się wojna, to obcięto im rurę. W ciągu pierwszej zimy ponad sto osób zamarzło w swoich domach. Zostali bez wody, bez światła i bez gazu. Wpadliśmy na pomysł, by kupować kotły z naturalną cyrkulacją, w których można wszystko spalić. Dom w dom z protestantami to robiliśmy. To było takie piękne, że oni bardzo mocno promowali Kościół. Każdy dom był oklejony naklejką papieża – tu pomógł Ojciec Święty. Potem dużo pomagaliśmy w szpitalach, gdzie zwożono rannych. Bo te też były niegotowe. Wyposażaliśmy więc sale operacyjne, zrobiliśmy cały oddział dla poparzonych, którymi najczęściej są cywile...

– To było inne doświadczenie wojny...

– Pomoc, którą otrzymaliśmy od Stolicy Apostolskiej, zebraną w parafiach na Zachodzie, przekroczyła 16 mln euro. Z jednej strony na te potrzeby to nie jest dużo, a z drugiej jesteśmy chyba jedynym Kościołem, który tak konkretnie pomógł – nie słowami a uczynkami.

– A przy okazji był ten Jakubowy dialog...

– Z protestantami najbardziej. Kiedyś jeden pastor mi powiedział, że zawsze się o to modlił, by być z katolikami razem i czynić coś dobrego. I Pan Bóg mu to dał – że razem mogliśmy pomagać. Oni mieli ludzi, my fundusze. Dotarliśmy też na teren okupowany – do Ługańska, który jest prawie całkowicie odizolowany od Ukrainy – 1 mln euro zostało tam zainwestowane, przede wszystkim w żywność.

– Ten bliski kontakt z ludźmi pomaga Księdzu Biskupowi w głoszeniu Ewangelii?

– Na Ukrainie biskupstwo nie jest oderwane od ludzi. Jesteśmy cały czas z ludźmi, pośród nich i doświadczamy tego wszystkiego, co tam się dzieje.

– Wracając jeszcze to Jakuba, to w swoich biskupich insygniach ma Ksiądz Biskup wstawione jego relikwie...

– Gdy zostałem mianowany biskupem, to prowincjał krakowski zlecił o. Rafałowi Antoszczykowi, by zaprojektował mitrę, pastorał i wszystkie insygnia biskupie. Dla Rafała, który jest zakochany w Jakubie i jest najlepszym specjalistą od błogosławionego, było to oczywiste, że w mitrze, którą szyły siostry klaryski, będą relikwie. A w pierścieniu zostały umieszczone relikwie męczenników z Peru. To przez ich historię i ich męczeństwo trafiłem do zakonu. Z kolei w metalowy pastorał wpleciony jest sznur franciszkański. Więc, gdy jestem na uroczystościach, to mam na szyi krzyż św. Damiana, przed którym Franciszek się nawrócił, pastorał, i kiedyś ktoś mi powiedział, że habitu nie muszę już ubierać, bo widać, że jestem franciszkaninem.

– To było takie spełnienie marzeń? O relikwiach Ksiądz Biskup przecież myślał wcześniej...

– Przede wszystkim chciałem, by były to relikwie Jakuba i męczenników. Ale nie wiedziałem, jak i czy będzie to możliwe. Dlatego nawet nikomu nic nie mówiłem, tylko pomyślałem, że kiedyś poproszę prowincjała, by mi te relikwie przekazano. Bym miał je do własnego użytku. Jak dostałem projekty, to nawet nic nie musiałem mówić...

CZYTAJ DALEJ

Człowiek uzależniony

Uzależnienie to choroba umysłu, ciała i ducha. Największym problemem uzależnionego nie są wódka, hazard czy narkotyki, lecz brak zgody na własne życie.

Mało było w historii naszego kraju okresów tak sprzyjających rozwojowi jak ten, w którym żyjemy. Przyzwyczailiśmy się do niepodległości. Prawo decydowania o sobie na arenie międzynarodowej jawi nam się dziś jako oczywistość. Wraz z odzyskiwaniem podmiotowości przez naszą ojczyznę wdarła się jednak w nasze granice z siłą tsunami antykultura konsumpcji i użycia.

Potwór

Kredyty, zakupomania, seksualizacja wtargnęły na początku lat 90. ubiegłego wieku w nasze tu i teraz i utworzyły krainę „tysiąca jezior”. W każdym z nich czyha na nas nieco inny, ale w swej istocie podobny potwór z Loch Ness. Sam w sobie oryginalny i egzotyczny, w dotyku miły i bardzo dużo obiecujący. Złota rybka przy nim ze swoimi trzema życzeniami to uboga krewna. Potwór, który wkroczył do owych jezior i milionów serc, zamienił nasze życie w użycie, a nasze być w ciągłą potrzebę mieć. Dlaczego mu się to udało?

Niewolnicy

„Wszystko Ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon”. Czym było owo „wszystko” wówczas, na Pustyni Judzkiej? I co mógł zaproponować Szatan samemu Bogu? To jasne, że ta pokusa musiała być odparta. Co innego dziś, gdy gama dóbr i możliwości jest tak szeroka, a ścieżka użycia, proponowana przez ojca kłamstwa, tak obiecująca. Ten, który zna nasze słabości i na nie liczy, umie tak ruszyć strunami naszego ego, byśmy uznali, że nie kiedyś, po śmierci, ale dziś należy nam się spełnienie życzeń „wszystkiego najlepszego”. Mamy mentalność rozpieszczonego dziecka: „Chcę mieć wszystko natychmiast i od razu, dużo i na bogato”. Ta postawa biorcy, konsumenta żyjącego ponad stan, wiecznie nie dość dojrzałego człowieka to bardzo czule i z pietyzmem hodowana roślina, która jak chwast oplata nasze serca.

Świat żeruje dziś na naszych uzależnieniach, i to nie tylko tych starych jak historia Noego, czyli pijaństwa czy cudzołóstwa. To fakt, że seksoholizm jest dziś wielkim problemem, na pewno większym niż kiedykolwiek wcześniej. Statystyki rozwodów, konsumpcja pornografii, przemoc na tle seksualnym wyraźnie tego dowodzą. Pijemy także bardzo dużo. Sprzedaż alkoholu obecnie to blisko dziesięciokrotność tego, co kupowano w Polsce 100 lat temu. Pijemy bez opamiętania. Alkohol stał się towarem traktowanym na równi z innymi produktami spożywczymi. Można go kupić wszędzie, choćby na stacjach benzynowych, o każdej porze dnia i nocy, nawet bladym sierpniowym świtem. Kosztuje niewiele i jest wszędzie. Dla uzależnionych alkohol jest narkotykiem. Mimo to jest w pełni legalny, a nawet oficjalnie reklamowany. Jest zawsze w pierwszej trójce głównych sprawców zgonów. To dlatego podpisuję się pod apelami o abstynencję, i to nie tylko w sierpniu. Abstynencja alkoholowa to doskonały sposób na poprawę zdrowia i szansa na rozwój w wielu dziedzinach życia, zwłaszcza dla najmłodszych abstynentów. Obecnie uzależnienia to jednak nie tylko alkohol.

Kingsajz dla każdego

Jednym z najbardziej powszechnych, toksycznych i darmowych uzależnień jest pornografia. Strzał dopaminy, który towarzyszy oglądaniu pornografii, jest prawie tak duży jak przy spożyciu amfetaminy. O ile spożycie białego proszku daje nam ten zastrzyk na kilka, kilkanaście minut, to tkwienie w pornografii utrzymuje podwyższony stan hormonu przyjemności przez cały czas korzystania z tego bodźca. Powodem jest błędne odczytanie przez mózg stymulacji jako nadziei na prokreację i podtrzymanie gatunku. Ta euforia uzależnia. Masturbacja i pornografia stały się dziś towarem codziennego użytku dla tysięcy młodych ludzi. Łatwość dostępu i darmowość potęgują to uzależnienie, przez co czynią z młodych ludzi niewolników własnych żądz.

Pornografia nie ma nic wspólnego z prawdą o intymnej relacji między dwojgiem kochających się ludzi. Ma za to wiele wspólnego z przemocą, łatwością, gigantomanią, użyciem. Aktorzy i aktorki są jak Ken i Barbie z koszmarnego snu. Wszystko tu jest idealne i wyolbrzymione, i na pstryknięcie palca, czyli kliknięcie. Prasa młodzieżowa, film, przemysł muzyczny wtórują macherom od przemysłu porno w podsycaniu apetytów na użycie, bo to się opłaca. Antykoncepcja i aborcja kosztują, ale dają iluzję bezkarnego posmakowania wszystkiego. Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądał świat rządzony przez tych, którzy od 7. roku życia byli narażeni na kontakt z pornografią. Dziś nie trzeba umieć pisać, żeby dostać się w takie zakamarki internetu, gdzie każda perwersja ma swoje katalogi klipów wideo, często za darmo i w full HD.

Mieć, jeść, kupować...

Kolejną plagą dzisiejszej filozofii użycia jest uzależnienie od zakupów, hazardu i kredytów. W Warszawie, w Stowarzyszeniu Integracji Społecznej Klub Poznańska 38, wystartował pierwszy mityng wspólnoty 12-krokowej Anonimowi Zadłużeni (spotkania we wtorki o godz. 18). Niewątpliwie żyjemy ponad stan. Kupujemy setki zbędnych rzeczy, otaczamy się nimi. Popadamy w gadżetomanię i w system wymiany na nowszy model. To moda, która wciąga i uzależnia. Coraz częściej rozmowy między kolegami w szkole, w pracy, na wakacjach przestają dotyczyć tego, kim jesteśmy, co robimy, co czytamy, a zmieniają się w targowisko próżności, w pokaz gadżetowej mody: smartwatche, telefony, airPodsy i co tam jeszcze. Bombardowanie promocjami, zdrapkami, okazjami też robi swoje. Nawet karty z systemem lojalnościowym mogą sprawić, że kupujemy więcej i głupiej, niezgodnie z potrzebami. Wchodzisz po masło i mleko, a wychodzisz z marketu z koszykiem pełnym wszystkiego. Niewątpliwie także hazard z różnymi swymi odmianami, jak zakłady bukmacherskie czy wirtualne kasyna w telefonach, jest coraz większym problemem.

Wszystko może nas uzależnić – nawet tak pozytywna i trwała wartość jak praca. Pracoholizm sprawia, że czując się społecznie użyteczni, tracimy kontakt z rodziną, sobą samym i przestajemy się dziwić 18-godzinnym dniem i 7-dniowym tygodniem pracy. Jedzenie i lęk przed jedzeniem, bulimia, obżarstwo, anoreksja – to kolejne sposoby na nałogowe poprawianie swojego samopoczucia. Nie chcę czuć tego, co czuję. Muszę dostarczyć sobie swojego narkotyku znieczulającego, a czy to będą praca ponad siły, dwadzieścia pączków czy amfetamina, to już mało ważne. Ksiądz Marek Dziewiecki w swojej właśnie wchodzącej na rynek książce Człowiek uzależniony podaje trafną definicję tego zjawiska. Wyjaśnia, że człowiek uzależniony to ktoś ślepo zakochany w swoim śmiertelnym wrogu. Owo zakochanie sprawia, że jesteśmy w stanie poświęcić wszystko i wszystkich, nawet siebie, by móc wpaść w ramiona kochanek. I nie ma znaczenia, że dawno przestały nas one głaskać i tulić, a zaczynają dusić i niszczyć. Zniewolony umysł i zraniony duch tego nie zauważają.

Ból

Czy człowiek uzależniony jest w sytuacji beznadziejnej? Program Ocaleni, który od 2 lat prowadzę w Telewizji Polskiej (wtorek, TVP1, godz. 22.30), pokazuje, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że z każdym, nawet najbardziej podstępnym uzależnieniem możemy wygrać. Jaka jest do tego droga? Po pierwsze, muszę sam uznać, że potrzebuję pomocy. Zwykle, by tak się stało, potrzebny jest ból. Czasami ból ponad siły, ale ból własny, odczuwany przez chorego, a nie ból czy błagania jego bliskich. Człowiek ślepo zakochany w śmiertelnym wrogu zmierza ku zatraceniu, nie bacząc na miłość i cierpienia bliskich. Jeśli przestaniemy brać na siebie konsekwencje jego nałogu, prędzej czy później dopadną go one i ciężko mu będzie oszukiwać samego siebie, że „ogarnia” i daje radę. To dlatego pierwszy z dwunastu kroków anonimowych alkoholików i innych wspólnot pracujących na tym programie mówi o bezsilności. Tylko wtedy, gdy ją uznam, w moim życiu możliwy jest szczęśliwy ciąg dalszy. Możliwy, ale niepewny, gdyż wychodzenie z uzależnienia to długotrwały proces naprawiania swojej teraźniejszości i zadośćuczynienia za przeszłość.

Nadzieja

Jest nadzieja dla każdego. Niezmiernie jednak ważne jest uznanie tego, że twoim problemem nie są narkotyk, alkohol, hazard czy seks, lecz jest nim fakt, że nie godzisz się na siebie i swoje życie. Że uciekasz przed życiem w użycie, że wolisz iluzję niż codzienne konfrontowanie się z trudem życia i gamą niechcianych uczuć. Jeśli jednak zgodzisz się na ten oczywisty fakt, że potrzebujesz pomocy, i wskrzesisz w sobie wiarę, choćby tak niewielką jak ziarenko gorczycy, to wtedy Ten, który przyszedł na świat, by nas ocalić, ocali i Ciebie. Nie wyręczy Cię w niczym, co jest w Twojej mocy, ale da Ci wsparcie tam, gdzie nie masz mocy. Gdy będziesz wybierać miejsce, do którego zapukasz po pomoc, oprócz kratek konfesjonału, miej w sobie pewność, że osoba uzależniona choruje równie mocno ciałem, umysłem, jak i duszą. Tak jak z próchnicą górnej szóstki nie idę na Jasną Górę, lecz do dentysty, podobnie w obliczu uzależnienia mam szukać specjalistów, grup wsparcia, klubów abstynenta. Ostatecznie Tym, do kogo odwołują się owi specjaliści, a których skuteczność działań jest weryfikowana tysiącami ocalonych, jest miłujący Bóg. Ten, który wymyślił ciebie z miłości i do miłości, do wolności, a nie do zniewoleń i upokorzeń.

CZYTAJ DALEJ

Komisja Episkopatu Polski ds. Misji: 2, 678 mln euro trafi do misjonarzy na walkę z COVID-19

Dzieło Pomocy Ad Gentes wraz z Komisją Episkopatu Polski ds. Misji przekażą polskim misjonarzom 2,678 mln euro na działalność pomocową i charytatywną. Dotąd skorzystały z niej 292 placówki misyjne. Otrzymały łącznie 584 tys. euro.

W odpowiedzi na wiele próśb od misjonarek i misjonarzy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji w wyniku pandemii, jaka dotknęła terytoria misyjne, Dzieło Pomocy Ad Gentes wraz z Komisją Episkopatu ds. Misji 17 czerwca ustanowiły specjalny fundusz dla misji w dobie koronawirusa.

Przewodniczący Komisji KEP ds. Misji bp Jerzy Mazur zapowiedział, że otrzymają ją polscy misjonarze, którzy prowadzą domy opieki lub schroniska dla dzieci i młodzieży, opiekują się seniorami i niepełnosprawnymi. Niekiedy sami są w trudnej sytuacji ekonomicznej, a mimo to pomagają chorym i najuboższym.

"W związku z tym wsparcie w postaci lekarstw, maseczek, środków higieny osobistej oraz żywności jest dla nich konkretną formą pomocy" – powiedział PAP bp Mazur.

Dyrektor Dzieła Pomocy Ad Gentes ks. Zbigniew Sobolewski poinformował PAP, że łącznie polskie misje otrzymają 2,678 mln euro na działalność pomocową i charytatywną. Dotąd ze wsparcia skorzystały 292 misje, co daje łącznie 584 tys. euro. Dodał, że większość darczyńców to osoby indywidualne.

"Pierwsze 500 tys. zł to był dar od księży biskupów oraz wspólnot" – powiedział ks. Sobolewski.

Zaznaczył, że misjonarze wciąż potrzebują wsparcia. Stwierdził, że w Ameryce Łacińskiej najtrudniejsza sytuacja panuje w Boliwii, Ekwadorze i w amazońskiej części Peru, a ludzie popadają w skrajną nędzę i nie mają nawet na jeden posiłek dziennie. Według niego w Afryce najgorzej jest na Madagaskarze, w Kamerunie, Burundi, Tanzanii i w Zambii.

W akcję można się włączyć, wysyłając SMS-a na numer 72032 o treści "Misje" (2,46 zł z VAT) lub wpłacając pieniądze na konto Dzieła Pomocy Ad Gentes: Bank Pekao SA I O. w Warszawie 66 1240 1037 1111 0010 1498 4506 – z dopiskiem "Pandemia". Numer jest także na stronie internetowej komisji episkopatu ds. misji; http://www.misje.pl/pomoc-313/wesprzyj-on-line-368.

W Ameryce Łacińskiej i na Karaibach pracuje 766 misjonarzy i misjonarek z Polski, w tym 168 księży diecezjalnych, 403 zakonników, 178 sióstr zakonnych i 17 osób świeckich. W Afryce pracuje 730 misjonarzy, w tym 73 księży diecezjalnych, 291 zakonników, 349 sióstr zakonnych i 17 osób świeckich. W Azji posługuje 328 polskich misjonarzy – w tym gronie jest 44 księży diecezjalnych, 145 zakonników, 133 siostry zakonne i 6 osób świeckich. Z kolei w Oceanii pracuje 62 misjonarzy – 11 księży diecezjalnych, 43 zakonników, 7 sióstr zakonnych i jedna osoba świecka. Wszyscy pracują w Papui Nowej Gwinei. W Ameryce Północnej pracuje 17 misjonarzy – 4 księży diecezjalnych, 12 zakonników i jedna osoba świecka. (PAP)

Autor: Magdalena Gronek

mgw/ joz/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję