Reklama

Pan powołał powołaną

Nie żyje s. Józefa Słupiańska ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Całe życie poświęciła chorym i cierpiącym. 12 marca 2019 r. obchodziłaby 107. urodziny

Niedziela Ogólnopolska 9/2019, str. 40-41

Krzysztof Sitkowski/KPRP

Prezydent RP Andrzej Duda odznaczył s. Józefę Słupiańską Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Muzeum Powstania Warszawskiego, 29 lipca 2018 r.

Prezydent RP Andrzej Duda odznaczył s. Józefę Słupiańską Krzyżem Kawalerskim 
Orderu Odrodzenia Polski. Muzeum Powstania Warszawskiego, 29 lipca 2018 r.

Polecenie było krótkie i nie przewidywało żadnych wyjątków: w razie nalotu każda siostra miała zostawić wszystko i biec do chorych na swoim odcinku.

28 września 1939 r. Warszawa miała skapitulować, ale dzień wcześniej Niemcy znowu zaatakowali stolicę z powietrza. Kiedy młoda szarytka wbiegła na swój oddział, za oknami Szpitala Dzieciątka Jezus wybuchały już pierwsze bomby lotnicze. Pacjenci ucieszyli się na widok zakonnicy, ale po chwili zaczęli pytać, co mają robić. „Modlić się” – odpowiedziała siostra. Bombardowanie trwało od 7 rano do 15. – Proszę sobie wyobrazić, że myśmy nie wstali z kolan przez tyle godzin, tylko żeśmy na tych kolanach wszyscy się modlili. Pamiętam, że ja się tylko oglądałam, czy za mną jeszcze są chorzy, czy już nie ma nikogo. Bo to wtedy właśnie cały ogród był zbombardowany... – wspominała po latach s. Józefa Słupiańska w rozmowie z Małgorzatą Rafalską-Dubek z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego (AHM).

Reklama

Opowieściami z czasów wojny najstarsza w kraju szarytka dzieliła się także z młodszymi siostrami ze zgromadzenia. Jednak w ich pamięci s. Józefa zapisała się głównie jako osoba niezwykle pogodna i otwarta. – Lubiła śpiewać pieśni religijne, a miała piękny, czysty głos – mówią szarytki i podkreślają: – Ale przede wszystkim była całkowicie oddana charyzmatowi niesienia pomocy bliźnim. Zwolniła nieznacznie dopiero po 84. urodzinach, po 104. wycofywała się z prac fizycznych. Za chorych i cierpiących modliła się do ostatnich dni.

Z Wielunia do Warszawy

S. Słupiańska urodziła się w Wieluniu. Ojciec Michał i mama Józefa mieli ośmioro dzieci. W domu panowała religijna i patriotyczna atmosfera. Mała Józia (rocznik 1912) zapamiętała wielką radość rodziców z tego, że jest pierwszym dzieckiem w rodzinie, które w końcu może się uczyć w szkole w języku ojczystym. Mniej więcej w tym samym czasie jej starszy brat wstąpił do wojska na ochotnika, aby bronić ojczyznę przed bolszewikami.

Kim ty będziesz? – pytała dziewczynkę nauczycielka. – Albo zakonnicą, albo nauczycielką – odpowiadała rezolutnie Józia, by po latach dodać: – Miałam powołanie naprawdę od dziecka, ale raczej do klauzurowego klasztoru. (...) Pan Bóg sam pokierował wszystkim.

Reklama

A mówiąc dokładniej – pokierował do zgromadzenia szarytek, choć z początku nic na to nie wskazywało.

Po skończeniu szkoły powszechnej Józefa rozpoczęła naukę w wieluńskiej szkole handlowej. Za namową jednej z nauczycielek odbyła kurs przysposobienia wojskowego dla kobiet. Zaczęła również uczęszczać na kurs PCK. Aby go ukończyć, trzeba było także odbyć praktykę pielęgniarską w miejscowym szpitalu Wszystkich Świętych. Właśnie tam uczennica spotkała siostry szarytki.

Pierwsze doświadczenia ze szpitalnych sal nie były łatwe. – Nie mogłam się przyzwyczaić, bo tam były różne opatrunki, bardzo przykre – opowiadała we wspomnianym wywiadzie. Psychologiczna bariera została jednak szybko pokonana. Siostry obserwowały pracę Józefy i nie szczędziły dziewczynie komplementów, a w końcu zaczęły mówić jej wprost, że byłaby dobrą pielęgniarką.

I tak zamiast trafić do zakonu klauzurowego Józefa Słupiańska poprosiła o przyjęcie do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo w stolicy. Było to w 1934 r.

W Warszawie odbyła postulat, nowicjat oraz złożyła śluby zakonne. Jako siostra zaczęła posługiwać w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Jednocześnie uczyła się w Warszawskiej Szkole Pielęgniarstwa. Na roku było tylko 5 sióstr. Uroczyste wręczenie dyplomów miało się odbyć w październiku 1939 r. Wybuch wojny pokrzyżował te plany.

2 września wszystkie najstarsze uczennice w trybie pilnym zostały wezwane do szkoły. W placówce przy ul. Koszykowej była kaplica. Siostry poszły na Mszę św., a po Eucharystii do dyrektorki szkoły. Tam usłyszały, że nie będzie żadnego uroczystego zakończenia edukacji. – Proszę bardzo, siostry wezmą dyplomy i natychmiast wracają do domu – tak s. Słupiańska zapamiętała rozmowę z dyrektorką pielęgniarskiej szkoły. Gdy wracała tramwajem, zaczął się nalot. Wybuchy uszkodziły trakcję. Wtedy dla s. Józefy na dobre zaczął się koszmar II wojny światowej. Jej znajomi z dzieciństwa doświadczyli go dzień wcześniej w rodzinnym Wieluniu, gdy Luftwaffe w ciągu kilku minut zrównało z ziemią centrum miasta – zabito wówczas ponad 1,2 tys. osób. Wśród poległych od niemieckich bomb były także dwie siostry zakonne ze Zgromadzenia Sióstr Szarytek – s. Janina Pikulska i s. Janina Zakościelna, które pracowały jako pielęgniarki w Szpitalu Powiatowym pw. Wszystkich Świętych. S. Józefa o tragedii miasta dowiedziała się dopiero po 1945 r., gdy spotkała się z rodzoną siostrą. Jej najbliżsi przeżyli nalot, bo mieszkali na obrzeżach Wielunia.

Krzyż Kawalerski

Przez całą wojnę s. Józefa razem z ponad 90 innymi szarytkami niosła pomoc chorym i rannym, którzy trafiali do Szpitala Dzieciątka Jezus. Zakonnicom kazano też tam zamieszkać, więc w szpitalu zastało ich powstanie. S. Józefa była po nocnej zmianie, gdy 1 sierpnia 1944 o godz. 17 usłyszała pierwsze odgłosy walk w mieście.

Przez cały czas trwania powstania szpital zajmowali Niemcy. Siostry nie mogły opuszczać budynku. Przez okna widziały, jak do pobliskiego ogrodu zakradają się powstańcy, zrywają jabłka i szybko uciekają.

W tamtym czasie brak jedzenia nie doskwierał tylko Niemcom. Podczas gdy oni na śniadanie jedli jajecznicę, chorzy i siostry – czarny chleb lub brukiew, a na obiady krupnik z kaszy okraszony... robakami.

Pod koniec powstania Niemcy kazali personelowi i chorym przenieść się do Milanówka. Zakonnice wykonały polecenie, lecz kiedy dowiedziały się, że w szpitalu jednak zostali najciężej ranni, zgłosiły, że chcą wrócić. Niemcy nie oponowali, wiedzieli, że to misja straceńcza. Siostry wróciły.

– Kiedy się zastanawiam nad swoim życiem, to dziękuję Panu Bogu, że miałam szczęście przeżyć Powstanie Warszawskie. Od pierwszego dnia do końca – powiedziała s. Józefa 29 lipca 2018 r. Tego dnia prezydent RP Andrzej Duda odznaczył szarytkę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski m.in. za „ofiarną służbę w ratowaniu życia i zdrowia potrzebujących”.

– S. Józefa bardzo się cieszyła na spotkanie z prezydentem Dudą. Wyznała mi, że przez całe życie modliła się do Pana Boga za Ojczyznę i to chciała Panu Prezydentowi przekazać – powiedziała „Niedzieli” s. Jadwiga Kisielewska.

Zadanie od kard. Wyszyńskiego

Do Warszawy szarytki wróciły w 1945 r. Stolica była morzem ruin, w podobnym stanie był klasztor przy ul. Tamka. Z budynku zostało kilka popękanych ścian, a w środku tylko zgliszcza. W kaplicy nie było sufitu. W miejscu, gdzie było okno, zakonnice zobaczyły natomiast przewrócone małe puszki. S. Józefa podeszła i ustawiła je prosto. Kiedy odeszła kilka kroków, puszki wybuchły. – Pan Bóg ocalił... – powiedziała.

Siostry nie miały klasztoru, a kilka lat później – w 1949 r. – miało się okazać, że nie będą mogły też posługiwać chorym w szpitalu. Czy dlatego, że były niekompetentne? Wręcz przeciwnie – zakonnice były dobrze wykształcone i doświadczone. Cieszyły się szacunkiem pacjentów i lekarzy. Nosiły jednak habity, a tego komunistyczna władza nie zamierzała tolerować.

Zgromadzenie skierowało s. Józefę do Domu Małego Dziecka im. ks. G. Baudouina, działającego w stolicy nieprzerwanie od 1736 r. Zakonnicy została powierzona odpowiedzialność za pracę pielęgniarek. Funkcję tę pełniła przez 7 lat. W tym okresie placówka aktywnie uczestniczyła w programie walki z gruźlicą, która wówczas była uznawana za chorobę społeczną. Do domu przyjmowane były też matki znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej oraz kobiety w ostatnich miesiącach ciąży.

W 1956 r. komuniści na chwilę odpuścili Kościołowi. Szarytki na 4 lata wróciły do Szpitala Dzieciątka Jezus. S. Józefa trafiła na ortopedię. Oddziałem kierował prof. Adam Gruca, który był jednym z najlepszych ortopedów w kraju.

Kolejnym miejscem posługi szarytki rodem z Wielunia była stołeczna parafia św. Jakuba. Siostra opiekowała się osobami chorymi i starszymi. Dla najbardziej schorowanych organizowała pomoc domową, dla pozostałych – różne formy wypoczynku, w czym pomagali jej księża orioniści.

– Potem przez kilka lat pracowała w szpitalu dla ciężko chorych na nowotwory w Wyrozębach k. Siedlec. A następnie, w 1963 r., kard. Stefan Wyszyński powołał ją na stanowisko pielęgniarki diecezjalnej i powierzył jej koordynację pracy pielęgniarek na terenie archidiecezji warszawskiej – powiedziała s. Kisielewska i dodała: – To właśnie w tym okresie s. Józefa wraz z ks. Stanisławem Orlikowskim SAC podjęła się organizowania wczasorekolekcji dla chorych w Łaźniewie. To wspaniałe dzieło istnieje do dzisiaj.

Bliźniemu jak Bogu

Lata mijały, a s. Józefa podejmowała się kolejnych dzieł. – Mnie uczono, że co zrobię bliźniemu, to robię Panu Bogu. I tym żyłam cały czas (...). Bo ja sobie nie wyobrażałam życia bez chorych – tłumaczyła dziennikarzom. W latach 70. pracowała z chorymi i ubogimi w parafii Świętego Krzyża, skąd nadawana jest Msza św. radiowa. Potem zajmowała się chorymi siostrami w domu prowincjalnym zgromadzenia. A następnie przez prawie 20 lat pochylała się nad osobami starszymi i chorymi w podwarszawskim Konstancinie.

W parafii Świętego Krzyża razem z s. Józefą posługiwała s. Jadwiga Kisielewska.

– Zachwycała mnie jej mądrość w kontakcie z pacjentem – podkreśliła i wyjaśniła, że choroba często wywołuje u pacjentów złe reakcje. – S. Józefa umiała podejść do chorych w taki sposób, że oni chcieli z nią współpracować. To jest dar.

Nietuzinkowe umiejętności s. Józefy Słupiańskiej zostały dostrzeżone. Została uhonorowana Medalem Florence Nightingale, który jest najwyższym na świecie odznaczeniem przyznawanym pielęgniarkom przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża, oraz najwyższym wyróżnieniem Polskiego Czerwonego Krzyża – Odznaką Honorową I stopnia.

W cytowanym wcześniej wywiadzie s. Józefa powiedziała, że nie przypuszczała, iż jej życie potoczy się w takim kierunku. – Panu Bogu jestem wdzięczna za powołanie, za to, że mogłam przy chorych pracować. (...) Jestem szczęśliwa, że służyłam Panu Bogu i chorym. 85 lat temu Pan Bóg powołał Józefę Słupiańską do życia zakonnego. 20 lutego 2019 r. szarytkę powołaną do niesienia pomocy ubogim i potrzebującym na ziemi powołał do siebie.

2019-02-27 10:36

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ten, który umiłował Słowo

Niedziela Ogólnopolska 39/2016, str. 30

[ TEMATY ]

wspomnienia

Św. Hieronim/Lucas van Leyden

Św. Hieronim

Św. Hieronim

30 września w liturgii wspominamy św. Hieronima (347-420). To doktor Kościoła zachodniego. To człowiek, bez którego tytanicznej pracy być może nie byłoby kultury europejskiej

Najbardziej znane powiedzenie św. Hieronima: „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”, bywa często przytaczane, cytuje je nawet Sobór Watykański II w konstytucji „Dei verbum” (nr 25). Ten święty żyjący na przełomie IV i V stulecia był znany ze swojego porywczego temperamentu, ale i wielkiej pokory. Był niedościgłym erudytą władającym wieloma językami w mowie i piśmie, m.in. znał hebrajski i grecki – w pierwszym z nich w przeważającej mierze napisano Stary Testament, a w drugim Nowy.

Pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką, m.in. komentarze do ksiąg biblijnych, liczne listy i polemiki z teologicznymi adwersarzami swoich czasów, przepisywał też kodeksy (zawierały teksty biblijne) i dzieła Ojców Kościoła. Przede wszystkim jednak znany jest z Wulgaty – przekładu Biblii na język łaciński. Po soborze trydenckim (II połowa XVI wieku) stała się ona oficjalnym tekstem Kościoła łacińskiego i po jego ostatniej rewizji takowym pozostaje. Św. Hieronim wykorzystał oryginalne teksty biblijne, hebrajskie i greckie oraz wcześniejsze przekłady łacińskie, by – jak się przypuszcza – przy pomocy swoich współpracowników pokazać światu najlepsze – jego zdaniem – tłumaczenie Pisma Świętego na łacinę, czyli właśnie Wulgatę.

O kolosalnym znaczeniu Wulgaty niech świadczy fakt, że Hieronimowe dzieło było pierwszym drukowanym tekstem, który powstał w kręgu kultury śródziemnomorskiej. Była to Biblia Gutenberga z połowy XV stulecia.

Zarys biografii

Św. Hieronim urodził się w Strydonie (dzisiejsza Chorwacja), a zmarł w palestyńskim Betlejem, gdzie można podziwiać jego celę w podziemiach franciszkańskiego kościoła pw. św. Katarzyny. Otrzymał staranne chrześcijańskie wykształcenie. Jego dorosła egzystencja związana była w ogromnej większości ze stylem życia ascetycznego, w czasie którego oddawał się przede wszystkim modlitwie i biblijnym studiom.

Niemniej jednak w roku 382 osiadł w Rzymie. Został sekretarzem i doradcą papieża Damazego, który być może zainspirował go do pracy nad Wulgatą. Św. Hieronim był też w tym czasie uznanym kierownikiem duchowym arystokracji Wiecznego Miasta.

Po śmierci papieża w roku 385 przebywał w Ziemi Świętej i Egipcie. Na stałe osiadł we wspomnianym Betlejem, gdzie pozostał do śmierci. Tu właśnie powstało dzieło jego życia – Wulgata.

Wkład w kulturę

Wydaje się, że św. Hieronim uczy nas przede wszystkim otwarcia się na Boże słowo zawarte na kartach Biblii. To patron nie tylko biblistów. Sądzę, że to patron każdego, kto kocha Pismo Święte. Zwracał on bowiem uwagę na to, by człowiek prowadził nieustanną rozmowę ze Słowem Wcielonym, z Bożym Logosem (słowem), które w jego przekładzie przybrało termin „verbum” (słowo). Bóg przemawia nieustannie do człowieka właśnie przez Biblię. Wierzący za jej pomocą prowadzi dialog ze Stwórcą, co też podkreśla papież Benedykt XVI w ostatnio wydanej książce, której fragmenty publikowaliśmy na łamach „Niedzieli”.

Nasz święty to wielki pedagog. W jednym ze swoich pism pisze, że jego celem jest wykształcenie „duszy”. Zwraca uwagę na olbrzymią rolę rodziców w wychowaniu dzieci. Zachęca rodzicieli, by kreowali potomstwu środowisko przyjazne, pogodne, przyjacielskie, bo to oni są najważniejszymi i pierwszymi pedagogami – nauczycielami życia. Dlatego też od wczesnego dzieciństwa są odpowiedzialni za całościową formację dzieci. Warto też wspomnieć, że św. Hieronim był tym, który promował kobiety i bronił ich praw do naturalnego rozwoju w każdej dziedzinie życia. Zawsze w swoim nauczaniu nawiązywał do Pisma Świętego, w którym widział przewodnika w autentycznym chrześcijańskim i humanistycznym wychowaniu.

„Nie możemy zakończyć tych krótkich uwag na temat wielkiego Ojca Kościoła, nie wspominając o skutecznym wkładzie, jaki wniósł on w obronę pozytywnych i cennych elementów starożytnej kultury hebrajskiej, greckiej i rzymskiej w rodzącej się cywilizacji chrześcijańskiej. Hieronim docenił i przyswoił występujące u klasyków wartości artystyczne, bogactwo uczuć i harmonię obrazów, które kształtują serce i wyobraźnię ku szlachetnym uczuciom. Przede wszystkim umieścił on w centrum swego życia i swej działalności Słowo Boże, które wskazuje człowiekowi ścieżki życia i ukazuje mu tajemnice świętości. Za to wszystko musimy mu być głęboko wdzięczni, właśnie w naszych czasach” (katecheza Benedykta XVI z 14 listopada 2007 r.). Nic dodać, nic ująć.

CZYTAJ DALEJ

Różaniec: historia i teologia

2020-10-01 10:11

[ TEMATY ]

różaniec

Karol Porwich/Niedziela

Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę.

Historia różańca

Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: "Nieustannie się módlcie" (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: "Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu" czy "Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną". Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy "psałterz" służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw - tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie "czarnej śmierci", dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za "nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej". Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy "różaniec" (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny. Indyjskie słowo "japamala" oznaczające "zbiór modlitw", bądź "zbiór róż" ("japa" - róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa. Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: "Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my". Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać "wieniec róż" (niem. Rosenkranz; róża - kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa. Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go "otrzymać" od samej Matki Bożej podczas objawienia.

Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście "Rosarium Virginis Mariae" (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

Zarys teologii różańca

Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo "Jezus", imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby "oddychamy uczuciami Chrystusa" (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba "przegadać" wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje "List o Różańcu" (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie "ubóstwiają" same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

Różaniec łączy prostotę i głębię. "Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu" (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję