Reklama

Wiadomości

Wyklęci i upokorzeni

Niedziela Ogólnopolska 9/2019, str. 36-37

[ TEMATY ]

żołnierze

Marcin Żegliński

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan nie tylko autorem określenia „Żołnierze Wyklęci”, ale przede wszystkim tropicielem losu żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego, badaczem starającym się odkłamać ten skazany na infamię i zapomnienie wątek polskiej historii. Dlaczego, choć nie jest z wykształcenia historykiem, zajął się Pan tym do dziś dla wielu nieważnym lub niewygodnym tematem?

LESZEK ŻEBROWSKI: – Nazwa „Żołnierze Wyklęci” po raz pierwszy pojawiła się podczas rozmów w kręgu Ligi Republikańskiej, gdy w grudniu 1993 r. przygotowywaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu po 1944 r. Taki właśnie był tytuł naszej wystawy. Później prawa autorskie do tej nazwy przypisywały sobie różne osoby, m.in. Jerzy Ślaski tak zatytułował swoją książkę. Zająłem się tym tematem jeszcze w czasach komunizmu z powodów rodzinnych, gdyż jestem synem oficera AK; ojciec po wojnie siedział przez 5 lat w komunistycznych więzieniach.

– Nasłuchał się Pan opowieści...

– Mogę nawet powiedzieć, że z ludźmi, którzy przez te więzienia przeszli, którzy byli w konspiracji wojennej i powojennej, żyłem od dziecka. Chodziłem za ojcem wszędzie, nie rozumiałem, o czym rozmawiają, ale nasiąkałem atmosferą tych rozmów przyciszonym głosem, wieczorową porą, przy zasłoniętych oknach...

– ...bo długo jeszcze w PRL-u – a nawet później – walka powojennego podziemia antykomunistycznego była pomijana bojaźliwym milczeniem albo nienawistnie krytykowana.

– W moim domu, w zaufanym gronie, od kiedy pamiętam, rozmowy na ten temat były całkiem otwarte. Choć rzeczywiście, rozmawiano prawie szeptem i półsłówkami. O tym np., że jakiś agent, który doniósł na UB, miał wypadek... Wtedy nie rozumiałem, że to była akcja likwidacyjna. Później, gdy już nie byłem skazany na siedzenie grzecznie pod stołem, chciałem wiedzieć więcej o tamtych ludziach, o tamtych opowieściach. Nauczyłem się też oddzielać prawdę od fantazji, która czasem się pojawiała. W latach 80. ubiegłego wieku, dzięki kontaktom rodzinnym i środowiskowym, rozpocząłem poszukiwania osób, które dziś umownie nazywamy Żołnierzami Wyklętymi, a które były żołnierzami powstania antykomunistycznego po 1944 r. w najszerszym znaczeniu.

– To znaczy, że w poczet Żołnierzy Wyklętych można zaliczyć nie tylko kryjących się po lasach partyzantów z karabinem?

– Oczywiście! Antykomunistyczne podziemie po 1944 r. tworzyli uczestnicy konspiracji wojskowej różnych orientacji, uczestnicy konspiracji politycznej oraz ogromne zaplecze, czyli siatki konspiracyjne w terenie. Było tak jak w Polskim Państwie Podziemnym w czasie wojny; powojenne podziemie składało się z ludzi działających w różnych sferach na różnych poziomach, skupionych w wielu organizacjach konspiracyjnych w różnych rejonach Polski, także na ziemiach zabranych przez Sowietów.

– Czy można precyzyjnie określić czas trwania tej podziemnej walki Polaków o wyzwolenie spod okupacji sowieckiej?

– O ile jej początkiem jest wkroczenie Armii Czerwonej w styczniu 1944 r., to data końcowa jest wyłącznie symboliczna; ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego zginął z bronią w ręku 21 października 1963 r. – i ta właśnie data jest symbolicznym kresem tego powstania. Działalność konspiracyjna na wielką skalę trwała do 1947 r., kiedy to komuniści ogłosili tzw. amnestię. Wielu ludzi z antykomunistycznego podziemia uwierzyło w tę „amnestię”, jednakże po ujawnieniu się zapłacili straszną cenę... Niektórym udało się jeszcze wrócić do konspiracji, bo jej struktury nadal istniały.

– Jednak już poważnie osłabione?

– Można powiedzieć, że w latach 1948-49 następuje kres powstania w jego bardziej zorganizowanej formie. Później są jeszcze jakieś resztki dawnych struktur; zanikają Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość i inne organizacje, pozostają tylko pojedyncze grupy w lesie, natomiast konspiracja narodowa – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, Stronnictwo Narodowe i organizacje przy nim afiliowane – jeszcze przez jakiś czas trwa, i choć jej centralne struktury też zostały rozbite w latach 1946-48, to Komendy Okręgowe NZW dotrwały do przełomu lat 40. i 50., ostatnią z nich zniszczono w 1951 r. A ostatnia Komenda Powiatowa (Bielsk Podlaski) ujawniła się przed Prokuraturą Generalną dopiero w 1956 r.

– Pozostała jednak legenda o tamtych żołnierzach i mimo wysiłków komunistycznej propagandy nie udało się do końca jej zniszczyć. Chyba to właśnie dzięki tym nocnym rozmowom Polaków i „nasiąkającym” nimi dzieciom...

– Bez wątpienia. Mimo pozornego milczenia ta historia była nam przekazywana, wychowywała nas. Dlatego w latach 70. mogły powstać już pierwsze grupy różnego rodzaju form opozycyjnych, także w środowiskach Wyklętych, w których Wojciech Ziembiński zorganizował Komitet Porozumienia na Rzecz Samostanowienia Narodu, składający się z wyższych wojskowych, którzy byli oficerami w II RP, podczas II wojny światowej, i którzy uczestniczyli w pierwszym, a potem w drugim – powojennym – podziemiu. Oni nie mieli już nic do ukrycia, rozmawiali, wydawali ulotki, biuletyny, ale nie mogli szerzej dotrzeć do młodego pokolenia. Nie mogli przedstawiać swojej wersji historii ani na uczelniach, ani w szkołach, choć w owym czasie formalnie byłoby to już nawet możliwe. Nikt tam ich jednak nie zapraszał.

– Dlaczego?

– Po prostu bano się konfrontacji z prawdą, dla wielu wciąż niewygodną.

– A może swoje zrobiła komunistyczna propaganda, przedstawiająca żołnierzy powojennej konspiracji w jak najczarniejszym świetle, jako bandytów, zbirów itp. Może nie chciano pamiętać?

– Rzeczywiście, oni zostali skazani na zapomnienie, chciano wykreślić z kart historii ich niezwykłe bohaterstwo. Zostali wyklęci przez komunistów, choć wtedy tak ich nie nazywano i oni sami nigdy siebie tak nie określali. Nałożono na nich podwójną karę: nie tylko karę śmierci, więzienia, torturowania – zostali też skazani właśnie na wyklęcie, zapomnienie. Polakom wmawiano, że to bandyci, złodzieje, mordercy, przeciwnicy ustroju w najbardziej gangsterskim wydaniu; zawsze pokazywano ich od jak najgorszej strony, dowodzono, że to nie byli prawdziwi żołnierze, lecz pospolici złoczyńcy.

– Sądzi Pan, że ta czarna propaganda przyniosła oczekiwane skutki?

– Obawiam się, że w końcu tak. Po 1989 r. wydawało się, że możemy wreszcie zachować się godnie wobec tych ludzi, tak jak II RP wobec powstańców styczniowych, którzy już w 1919 r. zostali uhonorowani i nikt nie kazał im stawać przed sądem, by udowadniać swą niewinność, bo przecież zostali skazani na katorgę, zesłani na Syberię – byli polskimi bohaterami, a nie przestępcami. To było wówczas po prostu oczywiste. W III RP natomiast wymyślono specjalną ustawę o nieważności wyroków z okresu stalinowskiego – do dziś obowiązującą – aby skazani za udział w walce o wyzwolenie Polski spod sowieckiej okupacji mogli dowieść swej niewinności. Jako biegły sądowy stawałem przed tymi sądami i widziałem, co tam się działo...

– A zatem III RP nie była dla nich tą wolną Polską, o którą kiedyś tak desperacko walczyli?

– W żadnym razie. Cała propaganda i atmosfera wokół nich pozostawały tak samo ohydne jak w okresie komunistycznym. I nic nie można było z tym zrobić, więc to wyklęcie na nich pozostało i w jakiś sposób trwa do dziś.

– Nawet teraz, gdy obecny rząd, jak się zdaje, bardzo ich docenia?

– Tak, nawet teraz. Przez ostatnie 3 lata ugrupowanie rządowe co prawda wzięło na siebie propagandę polityki historycznej, rzeczywiście docenia Żołnierzy Wyklętych i o nich mówi, jednak nie w taki sposób, w jaki powinno się o tym mówić, bo tylko od święta i w formie nie bardzo lubianych akademii. A tak na co dzień postawa obecnych władz wobec Wyklętych i ich rodzin jest również dość nieciekawa.

– W jaki sposób to się wyraża?

– Nie wystarczy dać starej, schorowanej osobie – po wieloletnich przejściach w komunistycznych więzieniach, a później jeszcze w sądach III RP – jakąś blaszkę, jakiś awans wojskowy... Podam skandaliczny przypadek p. Andrzeja Kiszki ps. Dąb z podziemia niepodległościowego wojennego, z Armii Krajowej, Narodowej Organizacji Wojskowej, a później z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, który został ujęty przez bezpiekę dopiero w grudniu 1961 r. i ponad 10 lat spędził w więzieniu. Przez cały okres III RP nie doznał od państwa łaski stwierdzenia nieważności ciążącego na nim wyroku. Zmarł jako „bandyta”. Dopiero teraz, pośmiertnie, sąd łaskawie się sprawie przypatrzył i unieważnił ten wyrok.

– Jednak niektórzy z żołnierzy Wyklętych mieli w III RP trochę więcej szczęścia, np. prezydent Lech Wałęsa w 1995 r. nadał Order Orła Białego Stefanowi Korbońskiemu. Co to miało znaczyć?

– Dosłownie nic, jakiś wypadek przy pracy. Jednym dawano ordery, innym nie. Najbardziej wybitne i szlachetne postaci nie dostawały odznaczeń. Dostawały je natomiast osoby najzupełniej na nie niezasługujące, m.in. właśnie Lech Wałęsa nadał pośmiertnie Order Orła Białego płk. Janowi Rzepeckiemu, który odegrał dość haniebną rolę nie tylko w okresie powojennym, ale także podczas wojny; będąc w Komendzie Głównej AK, robił wszystko, żeby wstrzymać planowaną akcję wysyłania oddziałów AK na Wschód, do okręgu nowogródzkiego, wileńskiego (żeby chronić ludność cywilną przed bolszewikami). A po wojnie, aresztowany przez komunistów, bez tortur wydał im wszystko, co wiedział, przekazał też bezpiece fundusze państwa podziemnego. Wprawdzie dostał wyrok 8 lat więzienia, ale odsiedział tylko 2 dni, ułaskawiony przez Bieruta, następnie wstąpił do „Ludowego” Wojska i szkolił komunistów do walki ze swoimi niedawnymi podkomendnymi, a potem mówił, że przecież bezpieka to tacy normalni ludzie, że można się z nimi porozumieć... Polityka odznaczeniowa po 1989 r. to – moim zdaniem – jeden wielki skandal: niespójna, nienormalna i niemoralna.

– Wciąż taka jest?

– Niestety, tak. Nawet teraz rodzinom oficerów z podziemia niepodległościowego odmawia się należnego im uhonorowania. Znam przypadek żołnierza z okręgu radomskiego, człowieka szlachetnego i zasłużonego, z czystą kartą, który wprawdzie walczył krótko, ale został skazany na kilkanaście lat więzienia, a teraz jego rodzinie odmówiono uhonorowania odznaczeniem państwowym, gdyż – jak to się bezdusznie uzasadnia – takie „odznaczenie należy się osobom szczególnie zasłużonym”. To jest po prostu obraźliwe. Ponadto odnoszę wrażenie, że odznaczenia przyznaje się wciąż jak z pudła w Armii Czerwonej.

– Jest polityka historyczna, a nie ma polityki odznaczeniowej?

– Tak. Nie daje się wysokich odznaczeń państwowych ludziom naprawdę zasłużonym i nie odbiera się ich tym, którzy w istocie są ich niegodni. Należałoby np. zweryfikować listę odznaczonych Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych. Te odznaczenia nadal mają ci, którzy zwalczali podziemie niepodległościowe, którzy je dostali za mordowanie tych, których dziś nazywamy Żołnierzami Wyklętymi.

* Druga część rozmowy – w następnym numerze „Niedzieli”.

Leszek Żebrowski
Publicysta historyczny, działacz społeczno-polityczny. Od połowy lat 80. ubiegłego wieku prowadzi badania dziejów polskiego podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej i po 1945 r.
Specjalizuje się w dziejach polskich narodowych organizacji konspiracyjnych w okresie II wojny światowej (Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej) i narodowego odłamu żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego (w tym Narodowego Zjednoczenia Wojskowego). Otrzymał Nagrodę Fundacji im. Jerzego Łojka.

2019-02-27 10:36

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Żołnierz WOT wydrukował w domu 70 przyłbic

[ TEMATY ]

żołnierze

WOT

przyłbice

Biuro Prasowe Dowództwa WOT

Żołnierz 3 Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej mł. chor. Marcin Markowicz wyprodukował w domu 70 przyłbic, które przekazał m.in. do domu opieki społecznej i do szpitala.

Jak poinformował PAP rzecznik prasowy podkarpackiej brygady kpt. Witold Sura, żołnierze WOT w czasie pandemii pomagają na różne sposoby.

"Wspieramy szpitale, ośrodki pomocy społecznej, Caritas, a szczególną opieką objęliśmy osoby starsze, kombatantów i żołnierzy Armii Krajowej. Włączyliśmy się także w mobilną akcję pobierania wymazów od osób będących na kwarantannie" – wyliczył rzecznik.

Zaznaczył, że w akcję pomocy włączają się również indywidualnie sami żołnierze.

Jednym z nich jest mł. chor. Marcin Markowicz, który – jak sam przyznał – wpadł na pomysł, żeby wykorzystać drukarkę 3D, którą jakiś czas temu kupił synowi, i drukować na niej przyłbice ochronne.

"To była decyzja całej rodziny, a przy druku pomaga mi mój 12-letni syn Tobiasz. Pierwszą partię przyłbic wydrukowaliśmy próbnie na użytek batalionu, w którym służę. Ku naszemu zdziwieniu poszło to tak dobrze, że postanowiliśmy kontynuować drukowanie przyłbic, by przekazać je tym instytucjom, które tego najbardziej potrzebują" – powiedział żołnierz, który służy w niżańskim batalionie WOT.

Do tej pory mł. chor. Markowiczowi udało się wydrukować w domu 70 przyłbic. Trafiły one do Domu Pomocy Społecznej w Cmolasie, Powiatowego Szpitala Specjalistycznego w Stalowej Woli i do batalionu, w którym służy żołnierz. "Nie spoczywamy na laurach i działamy dalej" – zadeklarował mł. chor. Markowicz. (PAP)

Autor: Wojciech Huk

huk/ joz/

CZYTAJ DALEJ

Premier ogłosił zmiany w rządzie; Jarosław Kaczyński wicepremierem

2020-09-30 15:43

PAP/Radek Pietruszka

Zmiany w rządzie mają w mniejszym stopniu charakter personalny, a w większym - strukturalny; nowa struktura rządu ma służyć lepszemu podejmowaniu decyzji - powiedział w środę premier Mateusz Morawiecki.

Z najważniejszych zmian: Jarosław Kaczyński obejmie funkcję wicepremiera, Grzegorz Puda będzie nowym ministrem rolnictwa i leśnictwa. Przemysław Czarnek będzie nowym ministrem edukacji i nauki, a Jarosław Gowin obejmie funkcję wicepremiera, pokieruje resortem rozwoju, pracy i technologii.

Szef rząd poinformował na środowej konferencji prasowej, że zmiany w rządzie mają w mniejszym stopniu charakter personalny, a w większym - strukturalny.

"Nowa struktura rządu ma służyć lepszemu podejmowaniu decyzji, a zasadniczo uspójnieniu pewnych działań w ramach różnych resortów, które będą powiększone w wielu obszarach i w wielu miejscach. Ma służyć temu, żebyśmy znaleźli najlepszą, szybką odpowiedź na czasy, które charakteryzują się ogromnym, ogromnym wyzwaniem. Wyzwaniem, które niesie ze sobą pandemia, ale także proces wychodzenia z niej od strony gospodarczej" - powiedział Morawiecki.

Przed rekonstrukcją rządu Morawiecki kierował pracami 20 resortów. Według listy przekazanej PAP przez KPRM, w wyniku rekonstrukcji powstanie ich 14.

W skład rządu weszło czterech wicepremierów: Jarosław Kaczyński, Jacek Sasin, Piotr Gliński i Jarosław Gowin. W poprzednim gabinecie Morawieckiego w randze wicepremiera byli: Jacek Sasin, Piotr Gliński i Jadwiga Emilewicz.

Niektóre z funkcjonujących resortów zostaną poszerzone o dodatkowe działy.

Resort rozwoju (kierowany dotychczas przez Jadwigę Emilewicz) przekształcony zostaje w ministerstwo rozwoju, pracy i technologii - jego szefem będzie Jarosław Gowin. Ministerstwo środowiska (kierowane przez Michała Wosia) i ministerstwo klimatu (kierowane przez Michała Kurtykę) zostają połączone w ministerstwo klimatu i środowiska, którym pokieruje Kurtyka.

Z kolei Piotr Gliński będzie szefował nowemu resortowi kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. Swoją funkcję utrzymał Tadeusz Kościński, który zostanie szefem nowego ministerstwa finansów i funduszy. Natomiast nowym ministerstwem edukacji i nauki pokieruje Przemysław Czarnek (dotychczas resortem nauki i szkolnictwa wyższego kierował Wojciech Murdzek, a resortem edukacji narodowej - Dariusz Piontkowski).

Zlikwidowane zatem zostaną: ministerstwo cyfryzacji (kierowany wcześniej przez Marka Zagórskiego), ministerstwo sportu (kierowany przez Danutę Dmowską-Andrzejuk), ministerstwo gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej (kierowane przez Marka Gróbarczyka), funduszy i polityki regionalnej (kierowane przez Małgorzatę Jarosińską-Jedynak) oraz resort środowiska (połączony z resortem klimatu), ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego.

W niezmienionej formule będą funkcjonować: ministerstwo obrony narodowej, kierowane ponownie przez Mariusza Błaszczaka, ministerstwo spraw zagranicznych kierowane nadal przez Zbigniewa Raua, ministerstwo aktywów państwowych, kierowany wciąż przez wicepremiera Jacka Sasina, ministerstwo rolnictwa i rozwoju wsi, kierowane przez nowego ministra Grzegorza Pudę, który zastąpi Jana Krzysztofa Ardanowskiego, ministerstwo infrastruktury, kierowane ponownie przez Andrzeja Adamczyka, ministerstwo sprawiedliwości, kierowane ponownie przez Zbigniewa Ziobrę, ministerstwo spraw wewnętrznych i administracji, kierowane ponownie przez Mariusza Kamińskiego, a także ministerstwo zdrowia - kierowane nadal przez Adama Niedzielskiego.

Ponadto dotychczasowe ministerstwo rodziny, pracy i polityki społecznej będzie funkcjonować jako ministerstwo rodziny i polityki społecznej, którym nadal kierować będzie Marlena Maląg – Minister Rodziny i Polityki Społecznej.

W Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w randze ministra-członka Rady Ministrów pozostaną: Michał Dworczyk (jako szef KPRM) i Łukasz Schreiber. Konrad Szymański będzie w KPRM pełnił funkcję ministra ds. UE. Do KPRM wejdzie również dwóch nowych ministrów: Michał Cieślak (z ramienia Porozumienia) oraz przedstawiciel Solidarnej Polski, którego nazwisko zostanie podane w innym terminie. (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Wadowice: nie żyje s. Magdalena Strzelecka – kustosz Domu Rodzinnego Jana Pawła II

2020-10-01 09:36

[ TEMATY ]

śmierć

Siostra zakonna

nazaretanki.org

S. Magdalena Strzelecka zmarła 29 września w wieku 85 lat. W latach 1984-2010 była kustoszem Domu Rodzinnego Jana Pawła II w Wadowicach. Pogrzeb s. Magdaleny Strzeleckiej odbędzie się w czwartek. Nazaretanka spocznie na wadowickim cmentarzu parafialnym.

Siostra Magdalena (Daniela) Strzelecka pochodziła ze Szczekocin. Urodziła się w rodzinie o patriotycznych tradycjach. Jej ojciec Antoni był legionistą Józefa Piłsudskiego i brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Został ranny w bitwie pod Warszawą. W czasie II wojny światowej dom rodzinny s. Magdaleny w Szczekocinach służył jako skrzynka kontaktowa placówki Armii Krajowej.

Śluby zakonne przyjęła w 1957 r. w zgromadzeniu nazaretanek w Kielcach. Następne etapy jej służby zakonnej to Częstochowa, Piekoszów, Kraków, a od 1977 r. - Wadowice.

Przez 25 lat uczyła religii. Od 1984 aż do 2010 r., kiedy rozpoczęła się przebudowa Domu Rodzinnego Jana Pawła II, jako kustosz papieskiego muzeum wraz z trzema innymi siostrami oprowadzała turystów i pielgrzymów, przybliżając postać małego Karola Wojtyły, późniejszego papieża Jana Pawła II.

"Ojca Świętego Jana Pawła II poznałam w okresie Bożego Narodzenia w 1960 r. jako młodego biskupa. Wówczas to odwiedził nasz dom w Częstochowie, w którym prowadziłyśmy liceum dla dziewcząt. Z homilii, którą wtedy wygłosił, przebijało wielkie umiłowanie Świętej Rodziny z Nazaretu, a zarazem zatroskanie o współczesną rodzinę" - wspominała pierwsze spotkania z Janem Pawłem II. O papieżu mówiła, że był wybitną osobowością, pełną prostoty i niestwarzającą dystansu między nim a człowiekiem, z którym się spotykał.

Dzięki jej staraniom i zabiegom współpracujących z nią sióstr udało się wzbogacić zbiory muzeum o pierwszą sutannę, jaką założył papież, ubranie kardynalskie, stroje i sprzęt sportowy, a także różaniec, na którym modlił się w Radiu Watykańskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję