Reklama

Rodzina

Zaangażowana obecność

Smutek to jeszcze nie depresja. Żal, niechęć czy przemęczenie zdarza się odczuwać raczej wszystkim. Mówimy czasem: „deprecha mnie łapie”. I najczęściej myślimy wtedy o jakimś przejściowym stanie wyczerpania. Z taką „deprechą” można sobie poradzić samemu. Bo jak szybko złapała, tak szybko puści. Wyzwaniem okazuje się jednak prawdziwa depresja. Z nią nie pójdzie tak łatwo. I na pewno nie da się jej pokonać w pojedynkę

Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 54-56

[ TEMATY ]

depresja

Niedziela Młodych

©opticaltech - stock.adobe.com

Depressus” to po łacinie „niski”, „zaniżony”, „poniżony”. W geografii depresją nazywamy teren poniżej poziomu morza. Tak samo można nazwać jakieś zapadlisko, które powstało w skorupie ziemskiej przez ruchy tektoniczne. Mniej więcej to dzieje się z człowiekiem. Coś się w nim obniża, zapada. Schodzi do poziomu, w którym nie jest już w stanie żyć w pełni. I nie umie się sam stamtąd wydostać. Depresja jest chorobą. I bardzo boli. To coś gorszego niż chandra czy utrzymująca się migrena. Dobrze się dzieje, że o problemie jest coraz głośniej. W Polsce już drugą dekadę obchodzi się Dzień Walki z Depresją. Nie bez powodu. Bardzo nieodpowiedzialne byłoby ignorowanie jej obecności czy objawów. Zwłaszcza w kręgu najbliższych. Naszą uwagę powinny przykuwać utrzymujące się długo i połączone ze sobą: utrata zapału do życia, narastające poczucie winy, coraz częstsze rozdrażnienie i coraz niższy próg odporności na stres. Utrata wiary we własne siły i w to, że człowiek będzie w stanie zrobić w życiu coś wartościowego. Coraz trudniej wstać z łóżka. I choć się nie zna przyczyny – czasem się płacze. „Zapadająca się” osoba przestaje zabiegać o relacje. Izolacja i niechęć do wychodzenia na zewnątrz to już poważny znak. Pojawia się widoczna na zewnątrz dezorganizacja życia. Człowiek po prostu gaśnie. I często sam nie wie, dlaczego. Milcząco wyje z bólu. Depresja często wiąże się z utratą sensu życia. Dlatego w skrajnych przypadkach może prowadzić do uzależnień, a nawet samobójstw. Wspomniana chandra poturbuje człowieka maksymalnie kilkanaście godzin. Jeśli jednak taki stan utrzymuje się przez kilkanaście dni, najprawdopodobniej mamy do czynienia z depresją. I tutaj koniecznie trzeba pomocy.

Skąd się to bierze?

Przyczyny są wciąż badane. Doprecyzowywane. Depresja jest pod tym kątem dość niejednorodna. W jakimś sensie wiąże się z właściwą każdemu człowiekowi wrażliwością, którą u każdego można nadwyrężyć w inny sposób. Najczęściej przyczyny wskazuje się po prostu na konkretnych przykładach. Wspomniane wyżej objawy depresji pojawiają się np. u ludzi samotnych, zwłaszcza świeżo po utracie bliskiej osoby. Stan żałoby nieraz przeradza się w stan depresyjny. Podobnie z rozwodem. Do depresji może doprowadzić nagła utrata pracy czy jakiś silny wstrząs emocjonalny. Zdarza się, że depresja dotyka osoby przepracowane. Gdy człowiek chwyta się najróżniejszych zajęć i żyje w biegu, nie fundując swojemu wnętrzu czasu na odpoczynek i ciszę, jest to dużym zagrożeniem dla poczucia sensu życia. Tutaj trzeba zwrócić uwagę także na osoby konsekrowane i kapłanów. Zabieganie i prowadzące nieraz do wyczerpania psychofizycznego usprawiedliwianie go „duchem służby” stały się niestety przyczyną niejednego wypalenia. Nierozpoznana depresja potrafi złamać powołanie. Podobnie z młodymi pracownikami „na dorobku”. Trzeba tutaj szczególnej troski otoczenia i uświadamiania, jakie są grupy ryzyka.

Depresja się czai. Często przychodzi niespodziewana. Po cichu. I uderza nawet w tych, którzy zazwyczaj „kipią energią”. Z depresją można się spotkać u ludzi, którzy doświadczyli poważnego wzgardzenia czy ataku na poziomie własnej wartości. Mówi się dziś wiele o hejcie czy mowie nienawiści. To wcale nie przewałkowany temat. Niejedna osoba „zgasła” właśnie z powodu pozornie niewinnego niszczenia jej przez innych. Trzeba także wspomnieć o osobach, które znalazły się w stanie depresji przy wychodzeniu z uzależnień czy sekt. Czy to możliwe? Czy osoba „uwolniona” nie powinna raczej odczuwać radości z odmiany życia? Tak. Ale jednocześnie odczuwa ogromny żal spowodowany poczuciem „zmarnowanych lat” czy bycia wykorzystaną. Depresja może wreszcie dotyczyć ludzi borykających się z poważnymi kompleksami czy niepowodzeniami. Na końcu warto zadać pytanie: co łączy wszystkie te osoby? Każdą z nich możesz spotkać. I każdą z nich możesz być ty sam.

Reklama

Psycholog? Proszę mnie nie obrażać!

Wciąż niestety są osoby, które na słowo „psycholog” reagują z lekką drwiną. Tym bardziej, gdy miałoby ono dotyczyć ich samych bądź ich bliskich. Zdarza się, że ktoś powie: „E tam! Po co mi psycholog?” albo: „Moim psychologiem jest Pan Jezus. Innych nie potrzebuję”. Takie podejście może się okazać bardzo płytkie. A czasem pyszne. Gdy boli ząb, nikt nie mówi: „Moim dentystą jest Pan Jezus”. Albo nie radzi choremu: „Słuchaj, po prostu się módl” lub: „Nie przejmuj się. I tak nie masz najgorzej. Inni to w ogóle nie mają zębów”. Nie! Jak boli, to idę do lekarza, bo ból potrafi sparaliżować życie, pracę, a także modlitwę. Jak bolą zęby, to idę po pomoc do dentysty. Jak boli ręka, to idę do ortopedy, bo pracować się nie da. Jeśli więc z takim bólem udaję się po pomoc, to o ile bardziej na specjalistyczną pomoc zasługuje psychika. Bez której przecież nawet ząb i ręka na nic się zdadzą. Czy dobry stan psychiczny nie jest równie ważny i godny tego samego? Nie wolno lekceważyć choroby ludzkiego wnętrza, a nią właśnie jest depresja. Niebezpiecznie jest odmawiać pomocy sobie bądź bliskim albo spodziewać się rozwiązania wszystkich problemów „na spowiedzi”. Najlepszą pomocą dla chorego na depresję jest terapia połączona z przyjaźnią. Podwójne i kompleksowe wsparcie. Jak dla dziecka ojciec i matka, tak dla „zgaszonej” osoby – specjalista i bliscy.

Jak towarzyszyć i jak nie pocieszać?

Z depresją można się zetknąć w rodzinie, w pracy, w duszpasterstwie. Zresztą to się dzieje często. Po pierwsze – ważne jest rozeznanie. Odróżnienie stanu przejściowego od choroby. Gdy sygnały są na tyle niepokojące, że można podejrzewać depresję, przede wszystkim nie wolno panikować i wystraszyć chorego. Drugą skrajnością byłoby lekceważenie tego stanu. Szczera rozmowa i nastawienie się raczej na słuchanie – to fundament dojrzałego towarzyszenia. Osoba chora na depresję boryka się z poczuciem winy: myśli, że jest ciężarem; że zawraca głowę; że jej niemoc wynika z lenistwa, o które coraz bardziej się oskarża. Porównuje się z innymi i widzi siebie jako nieudacznika. Wyrzuty są wielkie. I nie wolno choremu ich dokładać. Dlatego błędem byłoby pocieszanie go czyimś cierpieniem, np.: „Inni mają gorzej”, „Wcale nie masz powodów do smutku” etc. Niewłaściwa jest także skrajna mobilizacja: „Weź się w garść!”, „Ogarnij się!”, „Nie przejmuj się!”. Chory na depresję oddałby przecież wszystko, by się ogarnąć, i marzy o tym, by się nie przejmować! Ale nie potrafi. I to jest właśnie jego problem. Przytoczone wypowiedzi mogą zatem obciążać go jeszcze bardziej i potęgować w nim smutek. Interpretuje je wówczas jako wyrzuty: „Nie umiesz być wdzięczny za to, co masz”, „Jesteś nieogarnięty”. Jean Vanier w swojej książce „Jak pokonać depresję?” pisze: „Osoba pogrążona w depresji musi odczuć, że jest kochana i akceptowana”. To jest to. Taka osoba bardziej potrzebuje doświadczyć bycia przyjętą niż pouczaną. Bardziej kochaną niż znoszoną. Takie doświadczenie odblokowuje w niej obraz siebie jako godnej miłości, a więc atrakcyjnej i wartościowej.

Przyjaciele Hioba

W psalmach jest takie piękne zdanie: „Pan go pokrzepi na łożu boleści. W czasie choroby poprawi mu posłanie” (Ps 41, 4). To jest chyba ten właściwy kierunek. Bóg, który nie przyspiesza, nie pogania. Cierpliwie towarzyszy. Nie mówi: „Wstawaj już!”, ale czuwa przy chorym i poprawia posłanie, aby wygodniej mu się chorowało. To esencja towarzyszenia osobie w depresji.

Reklama

Ks. Bogusław Szpakowski w książce pt. „Bliskość, która leczy” nazywa taką postawę „zaangażowaną obecnością”. Taka obecność niesie wsparcie. Ma w sobie coś z przyjaciół Hioba, którzy „siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, a nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu” (Hi 2, 13). Podobnie rolę przyjaciela w czasie depresji opisuje Parker Palmer, amerykański pisarz, nauczyciel i aktywista. W swojej książce „Na sam dół: depresja i duchowa podróż” wspomina, że w jego chorobie odwiedzało go wielu bliskich. Przeważnie czuł się wtedy samotny i odcięty od przyjaciół: oni mówili wiele, a on trwał uwięziony w bólu, do którego oni nie umieli dotrzeć albo którego nie chcieli zrozumieć. Przychodził jednak jeszcze jeden przyjaciel. Odwiedzał go sam, na kwadrans, tylko po to, by mu zrobić masaż. Prawie nic nie mówił. Pewnego dnia powiedział tylko jedno zdanie: „Palmer, widzę, że dziś chyba jesteś trochę silniejszy”. Autor wspomina, że te słowa, wypowiedziane z serca i po głębokim namyśle, dały mu najwięcej otuchy. Warto się więc wystrzegać zagadania osoby chorej i serwowania jej wielu szybkich i płytkich pociech. Przyjaciele są po to, aby towarzyszyć osobie pogrążonej w ciemności.

Depresja to nie bożek

Niedobrze byłoby oczywiście w czasie choroby czynić z depresji centrum świata. Warto, by życie toczyło się względnie normalnie. Trzeba oczywiście „skontrolować”, delikatnie dopytać chorego o myśli samobójcze czy uzależnienia. Najważniejsze to ukierunkowywać spojrzenie na to, co w nim dobre i piękne. Stawiać przed oczy dobre czasy, które wrócą, oraz wszystko to, co uda się osiągnąć w przyszłości. Osoby z depresją, odpowiednio zachęcone, nieraz znajdują pociechę w różnorodnych pasjach. Ważne, by w przeżywaniu choroby nie wyręczać ani osoby chorej, ani terapeuty. Przyjaciel czy wspierający chorego duszpasterz to jasno określona rola: towarzysz drogi. Cierpliwy i oddany brat. „Spokojnie, każdy ma różne słabości. Ciebie akurat dotknęła depresja. Ale to minie. Zobaczysz. A póki trwa – wcale nie przestaję być z tobą” – takie słowa mogą naprawdę koić. Jeśli stan depresyjny jest na tyle poważny, że obok rozmów z psychologiem (a czasem spotkań z psychiatrą) zalecone zostało także leczenie farmakologiczne, przyjaciel powinien zachęcać do wierności metodzie leczenia.

Modlitwa i duchowość w depresji

Aaron Kheriaty i John Cihak są autorami „Katolickiego przewodnika po depresji”. To nieocenione źródło inspiracji i pomocy w przeżywaniu depresji zarówno od strony chorego, towarzysza, duszpasterza, jak i terapeuty. Dotyka ono bardzo ważnego tematu: modlitwy i w ogóle sfery duchowej w czasie depresji. Zdarza się, że osoba chora nie jest w stanie modlić się tak jak dawniej i przeżywa z tego powodu wiele bólu oraz poczucia winy. Czuje, że oddala się od Boga; że jest Bogu niemiła. Stan depresji to czas, gdy w chorym może się dokonać uzdrowienie obrazu Boga. Modlitwa jest utrudniona, ale nie jest niemożliwa. W przestrzeń bólu warto wlewać balsam prawdy o Jezusie, który nie odtrąca, ale przygarnia: zwłaszcza „tych, którzy się źle mają” (Łk 5, 31).

Samą modlitwę warto ukazywać nie tylko jako rozmowę, ale bardziej jako spotkanie z Bogiem. Taka modlitwa może nauczyć człowieka przychodzenia do Jezusa w całej prawdzie o sobie samym. Modlitwa w depresji może poszerzyć spojrzenie na Boga, na siebie samego oraz na samą modlitwę. We wspomnianym „Przewodniku” autorzy cytują słowa przywołanego wcześniej Parkera Palmera, który stwierdza, że depresja może być uświęcająca. Wydobywa bowiem człowieka z iluzji na temat własnej niezniszczalności. A przecież każde odejście od iluzji tym bardziej zbliża nas do prawdy. Poza tym, gdy osoba w depresji doświadcza cierpliwej obecności przyjaciół, troski terapeuty oraz miłości nieznudzonego jej chorobą Boga, jest w stanie głębiej kontemplować istotę dobra, którego bezinteresownie doświadcza. To z kolei rodzi wdzięczność, a po wyjściu z depresji zostaje w pamięci na zawsze. I uczy bycia takim samym wobec innych.

Exit

Człowiek, który przeżył depresję, staje się głębszy. Jego wrażliwość, nadszarpnięta i zraniona, wydaje jeszcze większe owoce. Wzrasta wewnętrzna siła. „Depresja pokazała mi, że jest we mnie coś głębszego, mocniejszego i prawdziwszego niż moje ego, niż moje emocje, niż mój intelekt i moja wola” – pisze Palmer. W perspektywie depresji bardziej widać, że życie jest darem. Gdy depresja ustępuje, rodzi się przeogromna wdzięczność za ten dar. Wyjście z depresji to nie tylko powrót do formy. To uzdrowienie jakiejś rany. Vanier nazywa depresję „kryzysem wyzwalającym”, który, jeśli jest przeżyty z terapeutą i w obecności przyjaciół, jest w stanie jeszcze bardziej rozwinąć piękne człowieczeństwo. Jednak by wyjść z depresji, sam chory również musi tego chcieć. Warto zatem nie tylko zachęcać, ale wiernie omadlać oddając Bogu w modlitwie osobę chorą i jej wolę.

2019-02-13 07:44

Ocena: +7 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bezradność

Niełatwym doświadczeniem życiowym jest poczucie bezradności, bezsilności. Bezradność to nie tylko odkrycie przeszkód, które napotykamy i które wydają nam się nie do pokonania. Bezradność jest zagrożeniem dla duszy. Wraz z nią bowiem do naszego serca wkradają się smutek, melancholia, lęk, a na końcu depresja.

Bezradność rodzi się, gdy na twoich oczach rozpadają się rzeczy ważne, a ty nie masz na to wpływu. Bezradność pojawia się nagle, atakuje brutalnie albo wręcz przeciwnie – ogarnia człowieka powoli, łudząc nadzieją na rychłą poprawę losu.

Bezsilność nie zawsze zależy od nas. Czasem bywa owocem ludzkiej obojętności albo ignorancji. Niekiedy jednak może być wynikiem naszych własnych zaniedbań.

Wielu z nas odczuwa także bezradność wobec samego siebie, swojego rozwoju, swoich relacji z ludźmi, wobec swojego wyrażania miłości, swojego charakteru.

Tę bezradność można zamaskować tiulem radosnego, spełnionego życia... żyjąc bezradnie. Widać to wtedy, gdy próbujemy naprawiać innych, ale nie siebie. Widać to wtedy, gdy małe sprawy czynimy główną misją swojego życia, ale wielkie problemy przestajemy nazywać problemami i udajemy, że nie istnieją.

Bezradność jest trucizną, którą demon perfekcyjnie wykorzystuje, by zniechęcić nas do radości, by odebrać nam entuzjazm i okraść nas z wdzięczności za tysiące małych rzeczy, które nam się codziennie przydarzają.

Czy można sobie poradzić z własną bezradnością?

Ojciec Tomáš Halík w książce Hurra, nie jestem Bogiem! podpowiada, jak sobie radzić z bezradnością. Pisze tak: „Warto nauczyć się wypuszczać sprawy z rąk, mając świadomość, że człowiek nie może być wszystkim. To prawdziwa ulga – kontynuuje – móc ułożyć się do snu, oddając wcześniej w modlitwie swój dzień w Boże dłonie. Bóg zaczyna przemawiać, gdy opuścimy świadomie okupowany Boży tron. Nasze egocentryczne «ja» bywa najbardziej natrętnym pretendentem do tronu Boga”. Ten egocentryzm produkuje często bezradność. Nauczyć się wypuszczać sprawy z rąk...

A co o bezradności mówi nam Bóg? Paradoksalnie bezsilność może być narzędziem w Jego ręku. To nie znaczy, że Bóg pragnie naszej bezradności, tak jak nie pragnął śmierci swojego Syna na krzyżu. Wobec potęgi zła właśnie bezsilność Ukrzyżowanego stała się śmiercią naszej śmierci. Ukrzyżowany, po ludzku bezradny Chrystus przyniósł nam wszystkim życie. Nigdy wcześniej Jego władza nie była tak wielka jak w tym momencie, gdy nie mógł już poruszyć przybitą do krzyża ręką. Wtedy poruszyła się moc Boga. Człowiek został odkupiony. Grzechy przebaczone. Miłość została podarowana wszystkim.

Kiedy my czujemy się bezradni, wręcz ukrzyżowani przez problemy i zło tego świata, możemy postąpić jak Chrystus: oddać Bogu własną bezsilność, przestać walczyć, przestać oskarżać. Bezsilnie położyć się krzyżem u stóp krzyża, choćby we własnym pokoju.

Bezsilny, ale nabierający mocy. Aby później wstać i żyć mocą krzyża.

Mój lekarz Chrystus

Wśród lekarzy są specjaliści od różnych chorób. Idziemy do nich, kiedy coś nam dolega. Czekamy w kolejce niepewni diagnozy. Niektórzy z nas „dorobili” się już nawet „swojego” lekarza, bo ich choroby są przewlekłe.

Zdarza się, że choruje nam dusza. Objawy tej choroby mogą być różne, czasem trudne do zdiagnozowania. Co wtedy robić? Do kogo iść? Mój lekarz: Chrystus – specjalista od duszy. Chcemy Mu opowiedzieć o swoich dolegliwościach – o zagubieniu, rozczarowaniu, samotności, obojętności, bezradności i bezduszności. Zawierzmy Mu, a On nam pomoże, wyleczy nas, uzdrowi.

CZYTAJ DALEJ

Dziś uroczystość Zesłania Ducha Świętego

2020-05-31 08:47

[ TEMATY ]

Zielone Świątki

Zesłanie Ducha św.

Adobe.Stock.pl

Dziś - siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa - Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało "uzbrojone mocą z wysoka" a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm - wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.

W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się "Pięćdziesiątnicą" - z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, - bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. "I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał" (Dzieje Ap., II, 2-4).

W ten sposób rozpoczyna się nowy etap - czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.

Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz "do dzieła, które im wyznaczyłem", czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.

Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego - Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.

Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są "majem" - najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.

Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.

CZYTAJ DALEJ

Badania: COVID-19 atakuje nie tylko płuca, wpływa również na mózg, nerki czy serce

2020-06-01 07:09

[ TEMATY ]

zdrowie

Adobe.Stock.pl

Choć wirus SARS-CoV-2 atakuje głównie płuca - na całym świecie przybywa obserwacji, które dają pewien obraz jego wpływu również na resztę organizmu, np. na mózg, serce, nerki, układ odpornościowy czy krwionośny.

Większość spośród milionów osób zakażonych SARS-CoV-2 ma tylko łagodne objawy albo infekcja przebiega u nich bezobjawowo. Jednak u setek tysięcy choroba ma ciężki, powikłany przebieg. "Nigdy wcześniej nie widzieliśmy niczego podobnego" - tak (według BBC) brzmi zdanie, najczęściej powtarzane przez brytyjskich lekarzy, opiekujących się ciężko chorymi na COVID-19.

Informacje docierające na początku pandemii pozwalały sądzić, że wirus atakujący drogi oddechowe ograniczy się do wywoływania zapalenia płuc, podobnego do grypy. Tymczasem COVID-19 wydaje się chorobą wieloukładową, atakującą różne tkanki i narządy, jak gruźlica czy borelioza. Jednak w odróżnieniu od znanych chorób wieloukładowych nie ma opartych na stuleciach doświadczeń podręczników, które opisywałyby właściwe leczenie. Pojawiają się pojedyncze doniesienia o lekach czy terapiach, które pomogły choremu lub nie. Jednak aby zdobyć rzetelną wiedzę, konieczne są szeroko zakrojone i długotrwałe badania kliniczne. Trwają dziesiątki, jeśli nie setki takich badań, prowadzonych w wielu krajach.

Gdy koronawirus wywoła zapalenie płuc, powoduje trudności z oddychaniem, co prowadzi do niedotlenienia pozostałych narządów i tkanek. Jeśli organizmowi nie uda się zwalczyć zapalenia płuc, może ono być śmiertelne - w istocie jest to główna przyczyna zgonów związanych z COVID-19. Ale niedotlenienie nie jest jedynym problemem. Co więcej, współistniejące choroby układu oddechowego w rodzaju astmy nie są dla pacjentów tak poważnym czynnikiem ryzyka, jak się obawiano. Groźniejsze okazały się choroby wpływające na stan naczyń krwionośnych – podwyższone ciśnienie tętnicze, cukrzyca i choroby serca. Częściej umierają mężczyźni, osoby otyłe, a zwłaszcza starsze. Według danych Intensive Care National Audit and Research Centre ponad 70 proc. pacjentów przyjmowanych na oddziały intensywnej opieki medycznej w Anglii, Walii i Irlandii Północnej stanowili mężczyźni, a odsetek osób z nadwagą i otyłych także przekraczał 70 proc. Ponad dwie trzecie zmarłych na oddziałach intensywnej opieki stanowiły osoby powyżej 60. roku życia.

Nie wiadomo jednak, dlaczego niektórzy 70–latkowie trafiają do szpitala „tylko” z niewydolnością oddechową i wystarczy im niewielka pomoc respiratora, podczas gdy zdarzają się dwudziestolatkowie, u których szybko rozwija się wielonarządowa niewydolność. Jako że Afroamerykanie i Azjaci wydają się bardziej wrażliwi na wirusa od Europejczyków, wielu lekarzy przypuszcza, że w grę mogą wchodzić czynniki genetyczne. Nie ma na to jednak twardych dowodów.

Obraz choroby często nie ogranicza się do zapalenia płuc. Lekarze na całym świecie obserwowali wiele zaskakująco ciężkich powikłań COVID-19.

Jednym z nich jest tworzenie się zakrzepów, związane prawdopodobnie ze stanem zapalnym wyściółki naczyń krwionośnych, ale także z podwyższonym poziomem budulca skrzepów – fibrynogenu. Zdrowa osoba ma w litrze krwi od 2 do 5 gramów fibrynogenu, podczas gdy u chorych na COVID-19 stwierdzano nawet kilkanaście gramów na litr. Inne związane z krzepnięciem białko (D-dimer), zamiast typowych dziesiątek czy setek jednostek, może osiągać poziom kilkudziesięciu tysięcy jednostek.

Holenderskie badanie (prowadzone w Leiden University Medical Center, Erasmus University Rotterdam i Amphia Hospital w Bredzie), przedstawione na łamach "Thrombosis Research" wykazało komplikacje związane z zakrzepami nawet u 38 proc. chorych z ciężkim przebiegiem COVID-19. Szczególnie intrygującym przykładem jest opisywana na łamach "Science" tak zwana "happy hypoxia", co w wolnym przekładzie można nazywać "szczęśliwym niedotlenieniem". Pacjenci "happy hypoxia" zachowują się normalnie i twierdzą, że czują się dobrze, mimo że poziom wysycenia hemoglobiny ich krwi tlenem (saturacja) jest niższy niż standarowe 95 proc. Bywa, że saturacja wynosi znacznie mniej niż 80 proc., co normalnie oznacza utratę przytomności a nawet zagrożenie życia. Lekarze przypuszczają, że przyczyną tego zjawiska są zakrzepy krwi w płucach.

Liczne doniesienia (podsumowane na łamach "Nature") mówią o obecności zakrzepów również w innych narządach - nerkach, jelitach, wątrobie czy w mózgu. W przypadku mózgu najcięższym powikłaniem spowodowanym najprawdopodobniej przez zakrzepy w naczyniach mózgowych jest udar, do którego - jak zwracał uwagę "New England Journal of Medicine" - dochodzi nawet u młodych pacjentów. Pierwsze chińskie i amerykańskie badania sugerowały, że do udaru dochodzi u 2-5 proc. pacjentów. Nowsze badanie, przeprowadzone przez specjalistów z NYU Grossman School of Medicine wskazuje, że chodzi o 1 proc., jednak udary związane z COVID-19 przebiegają szczególnie ciężko: pacjenci umierają siedem razy częściej, niż w przypadku udarów u niezakażonych.

Udar nie jest jedynym ani najczęstszym powikłaniem dotyczącym układu nerwowego. Jak informowało "Nature", nawet u 65 proc. osób, w przypadku których test na SARS-CoV dał wynik dodatni, doszło do utraty smaku i węchu. Zdaniem niektórych naukowców może to wynikać z bezpośredniego oddziaływania wirusa na układ nerwowy. Już podczas epidemii w Wuhan opisywane były (np. w "JAMA Neurology") też takie objawy, jak uczucie splątania i zaburzenia świadomości.

Oprócz mózgu, COVID-19 szkodzi także sercu. Jak piszą naukowcy na łamach "JAMA Cardiology", jego ostra niewydolność może być skutkiem niedotlenienia lub procesu zapalnego, jednak niektóre z opisanych przypadków wydają się wskazywać, że wirus może bezpośrednio zakażać i niszczyć mięsień sercowy.

Jak wynika z przeprowadzonych we wczesnej fazie pandemii badań chińskich (publikowanych w „The Lancet”)i włoskich (Instituto Superiore di Sanita), od 25 do 27 proc. hospitalizowanych pacjentów, którzy zmarli z powodu COVID-19, miało problemy z nerkami. Często towarzyszą one zapaleniu płuc. Nie jest jasne, co powoduje te problemy – może to być wina zakrzepów, nadmiernej reakcji zapalnej, niedotlenienia lub bezpośredniego ataku wirusa na nerki. Wielu pacjentów potrzebuje dializy, jednak stosowanie sztucznej nerki utrudnia nadmierne krzepnięcie krwi, co wymaga stosowanie leków przeciwzakrzepowych, o czym donosiło "Johns Hopkins Medicine".

Szczególnie ciężkie przypadki COVID-19 zdaniem ekspertów powodowane są przez "burzę cytokinową" – nadmierną reakcję zapalną układu odpornościowego, która uszkadza zdrowe tkanki i narządy nawet po zwalczeniu infekcji. Zjawisko to opisywane było np. przez "The Journal of Infection". Choć zadaniem cytokin takich jak TNF, IL-6 czy IL-1β jest powstrzymanie namnażania wirusa, ich nadmiar szkodzi organizmowi który miały chronić.

Nie ma na razie pewnych danych co do częstości występowania takiej reakcji, jednak wysoki poziom cytokin we krwi obserwowano u wielu pacjentów, którzy później zmarli. W takich przypadkach najlepsze wyniki daje podawanie leków hamujących działanie cytokin (na przykład opisywanego w "Annals of Oncology" tocilizumabu). Jedno badanie zamieszczone na łamach "The Lancet" sugeruje także wczesne podawanie leków hamujących krzepniecie krwi (jak heparyna czy antytrombina), co miałoby zapobiegać burzy cytokin. (PAP)

Autor: Paweł Wernicki

pmw/ zan/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję