Reklama

Parada łez

Parada Zwycięstwa sił sprzymierzonych nad Niemcami i Japonią w II wojnie światowej przeszła ulicami Londynu 8 czerwca 1946 r. Zabrakło na niej Polaków, chociaż walczyli od pierwszego do ostatniego dnia wojny na europejskich i afrykańskich frontach

Niedziela Ogólnopolska 37/2018, str. 42-43

Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego

Ryszard Witkowski, Warszawa, 1 sierpnia 1945. Obchody pierwszej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Złożenie wieńca na zbiorowej mogile powstańczej w parku Dreszera. Widoczne ruiny kościoła św. Michała Archanioła (ul. Puławska 95). Fotografia udost

Tak zaczynała się wizerunkowa klęska Polski, trzecia po militarnej i politycznej. W niepełne dwa miesiące od radosnej defilady ulicami Londynu, 1 sierpnia 1946 r., w kierunku wojskowego cmentarza na Powązkach, przeszła przez Warszawę inna parada – Parada Łez. Popatrzmy na to wydarzenie oczyma jednej z jego uczestniczek – Haliny Komierowskiej. Zostawiła ona garść spisanych w zeszycie wspomnień. Ich bohaterkami są cztery matki, z których każda straciła w powstaniu jednego lub dwóch synów.

Samą autorkę nieszczęście to spotkało rok wcześniej. Andrzej Komierowski ps. Andrzej, żołnierz elitarnego oddziału AK „Osa”-„Kosa”, został aresztowany podczas ślubu swojego kolegi w kościele św. Aleksandra w Warszawie 5 czerwca 1943 r. Przesłuchiwany na Pawiaku został rozstrzelany 17 września na terenie „Gęsiówki”. Była to wielka tragedia polskiego podziemia – zostało ujętych przez Niemców, torturowanych i zamordowanych kilkudziesięciu młodych ludzi największych nadziei. Za nieostrożność i brawurę płaciło się wówczas cierpieniem i życiem.

Druga z matek to bratowa Haliny Komierowskiej – Bronisława Michałowska, nazywana we wspomnieniach domowym imieniem Nuna. Jej syn Ludwik ps. Wania, a wśród bliskich Ludek, żołnierz batalionu „Parasol”, został pochwycony przez Niemców w samych początkach powstania i rozstrzelany wraz z innymi Polakami u podnóża skarpy ursynowskiej we wsi Wolica. Dziś do tego miejsca dociera już nowa stołeczna dzielnica Wilanów. Ofiary miały zagipsowane usta i skrępowane ręce. Ludwika rozpoznano po kwicie z pralni, który zachował się w kieszeni marynarki. Odnalezienie i identyfikacja zwłok były całkowicie przypadkowe.

Reklama

Pierwsze wrażenie z okaleczonej Warszawy

W przededniu rocznicy wybuchu powstania obie panie przyjechały pociągiem z Łodzi, dokąd przeniosła się duża część mieszkańców Warszawy. Oddajmy głos autorce wspomnień – Halinie Komierowskiej.

„31 lipca [1946 r.] wyjechałyśmy obie z Nuną do Warszawy. Na miejscu byłyśmy o 8-ej wieczór. Nuna bała się wrażenia, jakie na mnie zrobi Warszawa. Ja sama lękałam się trochę tej wyprawy. Miałam w oczach taką Warszawę, jaką opuszczałam przed dwoma laty: całą w łunach i dymach pożarów, całą w ruinach i zgliszczach. Tymczasem co za radosna niespodzianka! Przez okna tramwaju widzę domy. Stoją szeregiem całe, pokaleczone tylko, zamieszkałe. Aleje Jerozolimskie żyją. Krótkowzrocznymi oczami sięgam poprzez zieleń drzew w głąb bocznic i mam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Co za szczęście, że tyle jednak ocalało, dzięki Ci, Boże! Na Marszałkowskiej rozstajemy się z Nuną, wysiadam przy Wilczej i wędruję do Staszewskich [zaprzyjaźniona rodzina] na Skorupki. Wiedziałam, że mieszkają w swoim dawnym mieszkaniu, tylko nie od frontu, bo front został zbombardowany, ale wszedłszy w wylot ulicy, stanęłam bezradna. Przecież tu nie ma żadnego śladu siedziby ludzkiej. Kompletne rumowisko, przez które się znaczy coś jakby ścieżka wydeptana stopami ludzkimi. Przed sobą ujrzałam kilkoro ludzi. Dokąd oni idą? – myślałam. I oto zobaczyłam ze zdumieniem, że znikają wśród ruin, a więc ludzie tu mieszkają. Ruszyłam więc odważnie naprzód, to wspinając się na rumowisku, to zbiegając w dół, i oto ujrzałam szczątki bramy wjazdowej N. 14. Na środku podwórka wśród resztek cegły figura Matki Boskiej, a u stóp jej grządki kwiatów. Ruszyłam na 3-cie piętro niegdyś poprzecznej oficyny ocalałej z całego pięknego domu (...)”.

Matki spłakane, żałosne

Następnego dnia do przybyszek z Łodzi dołączą kolejne matki opłakujące synów, mieszkające w tym, co po Warszawie zostało. Są to Jadwiga Wasserbergerowa i Maria Saska. Syn pierwszej z nich – Zdzisław „Smok”, plutonowy w batalionie „Zośka”, poległ 14 września przy ul. Szarej na Powiślu. Z kolei Bohdan Saski „Bohun”, kapral 1. kompanii batalionu „Parasol”, zginął w pałacu Krasińskich podczas bombardowania.

Reklama

Powróćmy do zeszytu wspomnień.

„Nazajutrz rano wstąpiła po mnie Nuna i ruszyłyśmy piechotą na punkt zborny pod ocalały gmach Banku Towarzystw Spółdzielczych [Dom pod Orłami], gdzie miałyśmy się spotkać z panią Saską, matką kolegów drużynowych Jędrka i Ludka. Stałyśmy właśnie pod tym domem, z którego wyszedł Ludek po swoje przeznaczenie. Po chwili zajechało auto ciężarowe «Parasola», wdrapałyśmy się na nie i ruszyłyśmy na cmentarz wojskowy. Drogę przez pustynne getto wspominam jako jakiś sen koszmarny.

Na cmentarzu ogarnęło mnie rzewne uczucie. Te ogromne kwatery mogił powstańczych jedna przy drugiej, jednakowo ubranych kwiatami, tak jak jedna myśl, jeden zapał święty wiódł ich do śmierci ofiarnej. Tu kwatera «Parasola», tam «Zośki», a wszędzie matki spłakane, żałosne. Odszukałam mogiłę Tadeusza Mirowskiego – «Oracza». Tuż obok spoczywa Zawadzki [Tadeusz Zawadzki – «Zośka»], przewodnik młodzieży, co mógł stać się gwiazdą przewodnią swego pokolenia. Myśl moja uleciała do [imię nieczytelne], jego współpracownika i ucznia. Dalej mogiła Romockich, przy niej pochylona tragiczna postać matki. Z sercem przepełnionym żałobą wracam do mogił «Parasola». Pani Saska przyćmionym głosem przekonywa Nunę, że powinna tu sprowadzić prochy Ludka. Jada zapatrzona w przestrzeń marzy o tym, jak to ona pochowa swojego Zdzicha tu, obok kolegów. Jakże szczęśliwe wydają się jej te matki, które wiedzą, gdzie spoczywa ich dziecko, mogą pielęgnować jego mogiłę, obcować z nią.

Pod krzyżem powstańczym odbywa się uroczystość żałobna. Wracamy w milczeniu do naszego auta. Wysiadam z Nuną po drodze i odbywamy pielgrzymkę na Powiśle do naszych ruin. Nuna prowadzi mnie na Szarą, gdzie wśród zwalisk domu, w którym miał jakoby zginąć Zdzich, Jada urządziła symboliczną mogiłkę. Zapalamy świeczkę umieszczoną w głębokiej szczelinie obok krzyża i spuszczamy w dół nasze wiązanki kwiatów. Na obiad jedziemy do Jady na Mokotów. Jest i pani Romocka”.

Jadwiga Romocka była matką dwóch powstańców warszawskich. Są oni najbardziej znani ze wszystkich tu wspominanych bohaterów. Żaden z nich nie przeżył powstania. Pierwszy to Andrzej, dowódca 2. kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, ps. Morro. Drugi to Jan, posługujący się w konspiracji imieniem Bonawentura. Pod tym imieniem jest znany także jako autor przejmujących wierszy. Na cztery dni przed swoją śmiercią dostał jeszcze awans na pierwszy stopień oficerski. Zginął jako podporucznik. Ich matka – pani Jadwiga, aby się utrzymać, przez wiele lat po wojnie sprzedawała dewocjonalia w kościele św. Michała na warszawskim Mokotowie.

Po obiedzie pani Halina odwiedza inną swoją przyjaciółkę, leżącą w Szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze. Posłuchajmy, co mówi o tej wizycie:

„Maniusię widzę po raz pierwszy od jej powrotu z Ravensbrück i Murnau. Wygląda ładnie. Rozmawiamy bez końca, w podwójnej separatce Maniusia jest sama, więc nikt nam nie przeszkadza, gdy wspomina radosną chwilę przywitania ze swoimi chłopcami; czuję, że ogarnia ją jakby zawstydzenie wobec mnie. Kochana Maniusia, dziś jedyna moja najlepsza przyjaciółka”.

Dziś w pełni tego nie zrozumiemy. Tak kończył się już dla pani Haliny ten rocznicowy dzień.

Warszawski 1 sierpnia

Od wczesnego dzieciństwa pielgrzymowałem tego dnia z moim ojcem Marianem na wojskowe Powązki. Ojciec był absolwentem Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Stefana Batorego, maturę zdał w 1938 r. Chodząc wśród brzozowych krzyży, czytał imiona szkolnych kolegów i ożywiał swoje wspomnienia. Z tych wędrówek najlepiej zapamiętałem dwóch braci: Jana i Tadeusza Wuttke. Byłem wówczas uczniem szkoły podstawowej i na lekcjach geografii korzystaliśmy z atlasu opracowanego przez ich ojca – prof. Gustawa Wuttke. Tego dnia, po przekroczeniu bramy cmentarnej, wchodziło się do innego świata. Zwykli, szarzy ludzie zmieniali się – inne twarze, błyszczące oczy, a nawet sylwetki jakby się prostowały, wszyscy nabierali ducha. Panował nastrój skupienia, powagi, modlitwy, a także dumy z historii naszego miasta, naszego narodu. W jednej chwili opadało z nas błoto szyderstwa i komunistycznej propagandy, ale ten dzień musiał wystarczyć na cały rok. Znajomi z pracy czy sąsiedzi spotykani wówczas na wojskowych Powązkach stawali się nam bliżsi, bardziej przyjaźni. Podobne zjawisko objęło warszawiaków, którzy wyszli na ulice i place śródmiejskich dzielnic Warszawy wieczorem w przeddzień pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, i trwało dużo, dużo dłużej.

Obce grzechy

W obchodach powstańczej rocznicy zaczęło się coś zmieniać w latach 90., zabrzmiała jakaś inna nuta, początkowo jeszcze słabo, a w obecnym stuleciu już bardzo wyraźnie. Były to głośne gwizdy i okrzyki podczas przemówień, składania wieńców czy nawet tylko pojawiania się wielu osób należących do ówczesnych władz państwowych lub miejskich. Wychodząca w Polsce prasa, będąca własnością obcego kapitału, początkowo zjawisko to ignorowała, lecz później na ludzi, którzy w obchodach sierpniowej rocznicy uczestniczyli często od dziesiątków lat, posypały się gromy. Co się wówczas wydarzyło – najłatwiej będzie wyjaśnić, cytując słowa premiera Mateusza Morawieckiego, który na spotkaniu z mieszkańcami Olsztyna (13 lipca 2018 r.) powiedział: „Od 1989 r. tak wiele uczyniono, żeby wcisnąć w nasze sumienia obce grzechy, żeby nam przypisać odpowiedzialność za największe zbrodnie w historii ludzkości”.

W ten sposób dopisano ostatni rozdział do księgi kłamstwa, rozpoczętej nieobecnością Polaków na Paradzie Zwycięstwa. Z bohaterskiego narodu ogromnych ofiar poniesionych w ciągu 20 lat od „Operacji Polskiej” NKWD 1937 r. do ostatnich wyroków śmierci 1956 r. uczyniono zbrodniarzy. W rocznicowych 1-sierpniowych zgromadzeniach jako przedstawicie władz państwowych lub miejskich zaczęli uczestniczyć ludzie, którzy brali udział w tym wciskaniu w nasze sumienia grzechów naszych wrogów. Przez wypowiadane słowa lub brak reakcji wtedy, kiedy była ona koniecznie potrzebna, wpisywali się w to wszystko, co nosi nazwę „pedagogiki wstydu”. Jeżeli popatrzymy na to w świetle słów Papieża Polaka, które były wypowiedziane też w Olsztynie 6 czerwca 1991 r.: „nie ma prawdziwej wolności bez prawdy” – zrozumiemy już wszystko. Ludzie rządzący III Rzecząpospolitą mieli usta pełne słów o wolności, a często sączyli kłamstwo i w ten sposób nam tę wolność odbierali. Nie powinni oni czuć się bezpiecznie między brzozowymi krzyżami, pod pomnikiem Gloria Victis. Warszawa patriotyczna, dumna stolica dumnego narodu, reaguje gniewnie, spontanicznie, nie ma względu na urząd ani na osobę; zna historię, pamięta wszystko. Wartości określone dewizą „Bóg, Honor, Ojczyzna” ceni wyżej niż takie jak „europejskość”, „tolerancja” czy „nowoczesność”. Smutne, bardzo smutne, że w środowiskach czy partiach politycznych, które wciskały nam w sumienia obce grzechy, byli i ciągle są ludzie pochodzący z zasłużonych dla ojczyzny rodzin. Z gwizdami poradzono sobie, czyniąc oficjalną część obchodów zupełnie bezosobową i milczącą. Jednak nie jest to zgodne z polską tradycją, a o naszych bohaterach powinniśmy głośno mówić całemu światu. Marzy mi się taki Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego, w którym w części oficjalnej obchodów wszyscy przedstawiciele władz państwa, a także opozycja i władze miasta Warszawy bez lęku pokażą Polakom swoje czyste twarze.

Modlitwa

Zakończmy fragmentem wiersza napisanego przez Jana Bonawenturę Romockiego – jego matkę Jadwigę już spotkaliśmy. Tytuł wiersza: „Modlitwa” – możemy ją odmówić za współczesnego Polaka, każdego z nas.

„Od rezygnacji w dobie klęski,
Lecz i od pychy w dzień zwycięski,
Od krzywd, lecz i od zemsty za nie
Uchroń nas, Panie!

Uchroń od zła i nienawiści,
Niechaj się odwet nasz nie ziści.
Na przebaczenie im przeczyste
Wlej w nas moc, Chryste!”

Dziękuję mojej żonie Marii za odnalezienie wśród pamiątek rodzinnych zeszytu ze spisanymi wspomnieniami, a także kuzynce Oldze Wiechnik za zgodę na publikację zapisków jej prababki Heleny Komierowskiej.

2018-10-10 11:16

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dyspensa od uczestnictwa we Mszy św. odwołana

2020-05-29 13:40

Agnieszka Bugała

6 czerwca kończy się dyspensa od uczestnictwa we Mszy św. w niedzielę i święta nakazane – abp Józef Kupny wydał stosowny dokument.

Udzielona 27 marca dyspensa od 6 czerwca zostaje odwołana, oznacza to, że nieobecność na Mszy św. w niedzielę i święta nakazane – jeśli nie stoi na przeszkodzie choroba, lub opieka nad chorym, co w czasie trwającej pandemii szczególnie przypomina wrocławski metropolita – jest popełnieniem grzechu ciężkiego.

„W związku ze zniesieniem przez władze państwowe ograniczeń co do liczby mogących uczestniczyć w liturgii w kościołach i kaplicach, jako Arcybiskup Metropolita Wrocławski, postanawiam z dniem 6 czerwca 2020 r. o zakończeniu obowiązywania Dyspensy od obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i święta nakazane” – czytamy w oświadczeniu.

Abp zachęca wiernych do ożywienia życia sakramentalnego z zachowaniem wszystkich norm bezpieczeństwa wymaganych w czasie trwającej pandemii.

Agnieszka Bugała - za www.archidiecezja.wroc.pl

CZYTAJ DALEJ

Myślę, że dla Maryi warto „stracić głowę”

2020-05-30 10:20

Archiwum

Myślę, że dla Maryi warto „stracić głowę” - mówi ks. Łukasz Preising

Kim dla mężczyzny jest Maryja? Jak budować męskość przez relację z Matką Boga? Czy to w ogóle możliwe? Na te i inne pytania odpowiada ks. Łukasz Preising z Towarzystwa Ducha Świętego. Zapraszamy na ostatnią, piątą rozmowę z cyklu #SpotkaniazMaryją.

Kim w życiu mężczyzny może być Maryja?

Maryja zawsze prowadzi do Jezusa, dlatego rozpocznę od spojrzenia właśnie na Niego. Gdy wchodzimy w rozważanie życia Jezusa, robimy to na podstawie Ewangelii. Zazwyczaj rozważamy jakieś fragmenty z czasu Jego działalności. Z przekazów ewangelicznych wiemy, że zanim to nastąpiło, Jezus prowadził zwyczajne, ukryte życie w Nazarecie, dorastając, ucząc się i pracując. W całym tym „zwyczajnym” okresie życia Jezusa była obecna Maryja i dalej, aż po Krzyż i Zmartwychwstanie, a potem jest obecna z uczniami. Słowo „obecna” jest tu bardzo ważne, gdyż Maryja nie jest po prostu gdzieś obok, ale jest aktywna - niosąc również ciężary codzienności związane z byciem przy Jezusie czy wręcz nosząc Go pod sercem. Wystarczy przypomnieć sobie czas po Zwiastowaniu; podróż do Betlejem, narodziny w grocie, Herod mordujący dzieci, ucieczka do Egiptu, a potem powrót do Nazaretu i właśnie ten zwyczajny czas Jej obecności.

Otóż poprzez chrzest życie Jezusa jest obecne w historii każdego chrześcijanina. A całe Jego życie jest naznaczone obecnością Jego Matki. Tak jak Bóg jest obecny w całym naszym życiu, tak również obecna jest przy nas jego Matka. I tutaj chciałbym przejść do odpowiedzi na pytanie: kim w życiu mężczyzny może być Maryja? Każdy mężczyzna potrzebuje w swoim życiu obecności kobiety, we wszystkich etapach swojej historii. Jako młody chłopiec potrzebuje czułej i pełnej życia mamy, później matki mądrej i słuchającej, potrzebuje również kobiety, która stanie się miłością jego życia, z którą założy rodzinę. Otóż, relacja z kobietą obecną w życiu mężczyzny, do której miłość ciągle wzrasta, jest potężną siłą, potężną motywacją do przekraczania granic, do wysiłku, do rezygnacji z siebie. Maryja, która jest piękna miłością, dobrocią, czułością i której obecność mężczyzna odkrywa w swoim życiu, staje się nie tylko obrończynią i pocieszycielką w trudnych sytuacjach, ale inspiracją dla serca mężczyzny, „osobową motywacją” do walki i miłości.

Z pewnością nosimy takie doświadczenie tego, jak bardzo mali chłopcy potrafią czynić piękne gesty miłości wobec swoich mam, nie wspominając o tym, czego potrafi dokonać zakochany chłopak wobec dziewczyny, czasami mówi się o takiej osobie, że „straciła głowę”. Maryja jest zawsze kochająca, zawsze piękna miłością, zawsze obecna, dlatego może być, jak by to artyści powiedzieli „muzą” życia dla mężczyzny. Myślę, że dla Maryi warto „stracić głowę”.

Jak mężczyzna, krocząc za wzorem Maryi, może nieść błogosławieństwo ludziom, do których idzie?

Niewątpliwie można by tu poruszyć wiele przestrzeni, ale to, co wydaje mi się tak bardzo istotne w dzisiejszych czasach i co jest, można powiedzieć, u początku relacji to uważność – słuchanie. Maryja jest uważna na słowa archanioła, to powoduje, że nie tylko idzie do Elżbiety, aby zobaczyć znak potwierdzający to, co Gabriel powiedział, ale ta uważność daje jej zdolność wczucia się w sytuację i potrzeby Elżbiety. Sytuacja powtarza się w Kanie. Maryja widzi, słucha, wczuwa się w to, co dzieje się podczas wesela. Ucząc się od Maryi i wchodząc z Nią w relacje mężczyzna, jeśli ma rodzinę, uczy się być uważnym na to, co dzieje się w rodzinie, staje się wrażliwy na potrzeby żony, dzieci. Słucha, widzi, jest czujny. Nie jest to tylko inteligentna spostrzegawczość, lecz uważność serca niezbędna, by wnosić szczęście w rodzinę, otoczenie, by wnosić Jezusa tam, gdzie się żyje.

Podobnie kapłan, aby nieść błogosławieństwo, musi najpierw „odbierać” sercem to co dzieje się wśród osób mu powierzonych. Muszę wiedzieć, gdzie i w co wchodzę z Jezusem. Uważność – szczególnie ważna, gdy tak wielu młodych ukierunkowuje swoją uwagę na „świat” wirtualny. Na rzeczywistość, która tak naprawdę nie jest życiem i go nie daje.

Co ksiądz, a także mężczyzna, może odkrywać dzięki Różańcowi?

W skrócie o Różańcu mówi się, że jest modlitwą kontemplacyjną. Kontemplujemy razem z Maryją, życie Jezusa. Ale to jest droga, środek. Ostatecznie to, co dla mnie jest najważniejsze, to, co odkrywam, to samo spotkanie na modlitwie z Jezusem i z Maryją. Różaniec staje się miejscem, w którym stajemy się sobie coraz bliżsi, w tym znaczeniu, że ja na tej modlitwie czynię kroki w kierunku zażyłości, ponieważ ze strony Jezusa i Maryi ta zażyłość jest zawsze. W różnych modlitwach, tak i w różańcu, o coś prosimy, coś rozważamy, uwielbiamy, ale ostatecznie chodzi o bycie z drugim. Na różańcu jestem właśnie z Maryją i jestem z Jezusem. Chodzi o dojście do momentu, kiedy największą radością jest samo spotkanie, samo przebywanie z tymi, których się kocha.

Ostatnio mamy coraz więcej propozycji dla mężczyzn, którzy chcą pogłębiać duchowość Maryjną. Są np. wojownicy Maryi, jest pierwszosobotni Różaniec dla mężczyzn przed kościołem św. Barbary w Krakowie. Skąd, zdaniem księdza, taki zwrot panów w kierunku Matki Bożej?

Pewnie, każdy mężczyzna odkrywający pobożność Maryjną ma swoją indywidualną drogę budowania relacji do Matki Bożej. Ale myślę, że ostatecznie pod tymi różnymi motywami, kryją się bardzo fundamentalne prawdy o życiu. Człowiek współczesnej cywilizacji zachodniej oderwał się od Boga, ale przez to i od życia. W takim sensie, że sama cywilizacja wydaje się nie nieść życia, jakby w dużej mierze nie zawierała w sobie tej wizji Boga, którą ma wobec człowieka i w ogóle stworzenia.

Współczesna cywilizacja odrywa od tego, co naturalne, zwykłe, proste, odrywa od Boga, od drugiego człowieka i stworzenia. W Maryi ludzie instynktownie, często nawet o tym nie wiedząc, odnajdują tę pierwotną prostotę, harmonię, poukładane relacje, odnajdują Życie pisane wielką literą. Maryja jest pełna łaski, to znaczy pełna Bożej obecności, pełna Ducha Świętego a Duch Święty doprowadza dzieło Chrystusa do końca, stwarza nas na nowo, wszystko odnawia w nas i w stworzeniu, tak że stajemy się podobni do Jezusa, a tego pragnie Maryja. Ona chce naszego spotkania z Duchem Świętym.

Jak Maryja i Duch Święty zdaniem księdza współdziałają w dziele nowej ewangelizacji?

Odpowiadając, nawiążę tutaj do wcześniejszego pytania, trochę dopowiadając. Dlaczego taki wzrost pobożności Maryjnej wśród mężczyzn? Myślę, że chodzi tu też o konkret. Maryja ewangelizowała prostymi środkami, ale bardzo skutecznymi: idzie napełniona Duchem Świętym do Elżbiety i z miłością służy, w zwykłym domu, w zwyczajnej rodzinie. Nowa ewangelizacja musi zacząć się od domów, od prostej przemiany serca domowników. Maryja daje mężczyźnie do ręki konkret. Właśnie w tej konkretnej posłudze miłości widać to jak niesamowicie działa Duch Święty. Bogu chodzi o konkretną przemianę serca. „I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36, 26-27). Serce z ciała, żyjące, to serce pełne Ducha, które jest również otwarte na nowe, kreatywne i konkretne formy okazywania miłości i miłosierdzia.

Czy mężczyzna może budować swoją męskość poprzez rozwijanie relacji z Maryją? Jak to zrobić?

Powiem krótko. Każdy mężczyzna dojrzewa, wzrasta do świętości przy kobietach mądrych, dojrzałych, świętych. Również kobieta, mając blisko siebie dojrzałych, odpowiedzialnych, świętych mężczyzn będzie wzrastać, dojrzewać, kwitnąć. Nie oznacza to, że ktoś, kto nie miał dobrych wzorców lub związał się z kimś niedojrzałym nie będzie wzrastał, będzie to dla tej osoby zwyczajnie trudniejsze. Chodzi tu o ogólną zasadę: dojrzewamy lepiej wśród ludzi mądrych, świętych, dojrzałych. Maryja jest najpiękniejszą i najmądrzejszą Kobietą, świętą, pełną łaski, z największym życiowym doświadczeniem. Jest Matką umiejącą doradzić i poprowadzić. Przy Niej każdy mężczyzna może dojrzewać właśnie jako mężczyzna.

Jak, księdza zdaniem, św. Józef kochał Maryję w codzienności? Czego możemy się nauczyć od świętych małżonków?

Życie Świętej Rodziny było zwyczajne w sensie ich codziennych zadań, aktywności. Trzeba powiedzieć, że życie Maryi i Józefa było skoncentrowane na Jezusie. To On był centrum ich życia. Można powiedzieć, że będąc prawdziwym małżeństwem, byli jednocześnie osobami autentycznie konsekrowanymi dla Boga. Wybranymi dla i ze względu na Jezusa. Jednocześnie i właśnie z tego względu, że życie świętego Józefa koncentrowało się wokół Jezusa, dlatego też w sposób najpiękniejszy potrafił on obdarować swoją Małżonkę miłością. Miłością, której źródłem był właśnie Jezus. Można powiedzieć, że Józef i Maryja przeżywali najpiękniejszą miłość małżeńską. Gdybym miał powiedzieć, jak św. Józef kochał Maryję w codzienności, to powiedziałbym, że autentycznie, z zaangażowaniem i prawdziwie. Nie chodzi tu o to, co robił konkretnie, lecz, że robił to autentycznie, prawdziwie i z miłością, bo Jezus był prawdą i miłością życia Józefa, dlatego Maryja była miłością życia Józefa. Nie da się tego oddzielić.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję