Reklama

Kościół

Dziękuję Bogu za życie

Jerzy Makula jest jednym z najlepszych pilotów w historii polskiego lotnictwa.
To siedmiokrotny indywidualny mistrz świata w akrobacji szybowcowej, czterokrotny srebrny medalista w tej kategorii i ośmiokrotny drużynowy mistrz świata. Przez 38 lat był pilotem samolotów pasażerskich w PLL LOT. Obecnie jest prezesem Aeroklubu Polskiego. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o miłości do latania, drodze do sukcesów, najtrudniejszych chwilach podczas lotów i o tym, co jest najważniejsze w życiu

Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 20-22

[ TEMATY ]

lotnictwo

Vatican Media

W 2016 r. papież Franciszek podróżował Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. Kapitan Jerzy Makula pilotował samolot z tym wyjątkowym pasażerem na pokładzie. Na pamiątkę Ojciec Święty otrzymał model samolotu

Krzysztof Tadej: – Bał się Pan kiedyś, gdy pilotował samolot?

Jerzy Makula: – Będąc odpowiedzialny za pasażerów i załogę, nieraz czułem respekt. Ale to nie był strach. Pilot nie powinien się bać. To może paraliżować i skutkować niepodejmowaniem decyzji.

– Pod koniec 1982 r. miał Pan lecieć z Wrocławia do Warszawy. Wydawało się, że będzie to krótki, normalny lot. Jednak wydarzyło się coś niespodziewanego.

– A tak! Wtedy akurat byłem zdenerwowany, i to nawet bardzo. Lot był rzeczywiście nietypowy. Porwano samolot.

– Kto był porywaczem?

– Jeden z ochroniarzy. W tamtym okresie zdarzało się sporo porwań. Ludzie byli niezadowoleni z ówczesnego reżimu, niektórzy nie mogli wyjeżdżać z Polski i decydowali się na taki desperacki krok. Dlatego latali z nami ochroniarze. W naszym rejsie było ich dwóch. Pierwszy z przodu, między kabiną pasażerską a kokpitem, a drugi z tyłu samolotu. I właśnie ten pierwszy postanowił porwać samolot. Krótko po starcie wszedł do kokpitu z granatem. Widzieliśmy, że w każdej chwili może go odbezpieczyć.

– Jak Pan zareagował?

– Byłem w tym rejsie pierwszym oficerem. Z lewej strony siedział kapitan, a między nami mechanik pokładowy. Odwróciłem się w kierunku porywacza i zauważyłem, że oprócz granatu ma rewolwer. I to prawdziwego colta! Zażartowałem, czy może mi go dać potrzymać, bo nie byłem w wojsku i chciałbym zobaczyć, jak wygląda rewolwer. Bardzo się zdenerwował. Zobaczyłem zacietrzewienie i zmieniające się kolory na jego twarzy. Zażądał lotu do Berlina Zachodniego. Zakazał korzystania z urządzeń łączności. Wycelował w nas broń i zorientowaliśmy się, że żarty się skończyły.

– Poinformował Pan kontrolerów o tym, co się dzieje?

– Nie zdążyłem. Ale oni i tak szybko się zorientowali, co się stało. Po starcie powinniśmy lecieć w kierunku Trzebnicy, a następnie zmienić kurs na Warszawę. Zobaczyli, że polecieliśmy w inną stronę. Później, gdy analizowaliśmy lot, zastanawialiśmy się, czy mogliśmy postąpić inaczej. Gdyby np. pojawiły się chmury, to można byłoby coś wymyślić, żeby wprowadzić w błąd porywacza. Przy złej pogodzie nie zobaczy przecież ziemi, nie ma punktu odniesienia i nie zorientuje się, w jakim kierunku lecimy. Ale nic takiego nie można było zrobić. Była piękna, słoneczna pogoda. Lot trwał ok. 20 minut, bo odległość między Wrocławiem a Berlinem jest niewielka.

– Po kilku minutach nastąpiła kolejna stresująca sytuacja.

– Pojawiły się wojskowe samoloty. Zachowywały się bardzo agresywnie. Podlatywały bardzo blisko. Między pilotami mamy umówione znaki, dzięki którym można się porozumiewać bez słów, np. znak „Leć za mną”. Gdy pojawił się jeden myśliwiec, a potem drugi, to piloci dawali takie znaki. Zgodnie z żądaniem porywacza nie reagowaliśmy. To były bardzo stresujące chwile. Wiedzieliśmy, że piloci mogą dostać rozkaz zestrzelenia naszego samolotu. Dlatego jak nadlatywały myśliwce, to maksymalnie zwalnialiśmy prędkość, żeby szybko nas minęły, a po chwili lecieliśmy zdecydowanie szybciej. Takimi skokami pokonywaliśmy przestrzeń. Gdy wlecieliśmy na teren NRD, tam też pojawiły się wojskowe samoloty. Ale już widzieliśmy Berlin i stało się jasne, że zestrzelenie nam nie grozi. Wtedy zaczął się denerwować porywacz.

– Dlaczego?

– Myślał, że go oszukamy i wylądujemy w Berlinie Wschodnim. Musiałem mu wyjaśniać, że za chwilę zobaczy mercedesy, a nie trabanty czy wartburgi. Jak wylądowaliśmy, to wzdłuż drogi kołowania stały ładne karetki i straż pożarna. Agresor nieco się uspokoił. Gdy bardzo wolno kołowaliśmy na końcu pasa, wyskoczył przez otwarte drzwi bagażnika na płytę lotniska. W tym momencie zaczął do niego strzelać drugi ochroniarz.

– Jaki był finał tego porwania?

– Porywacz chciał się znaleźć w RPA i z późniejszych informacji wynikało, że tam trafił. My spędziliśmy wiele czasu na składaniu wyjaśnień. Ale cała sprawa zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał. Pasażerowie zachowywali się bardzo spokojnie, co jest zasługą całej załogi, która spokojnie, rzeczowo, konkretnie przekazywała potrzebne informacje. Tak jak powinno być w każdym locie.

– W odpowiedzi na pytania dotyczące cech pilotów dodaje Pan często jeszcze jedną: należy szybko podejmować decyzje.

– Gdy pilotuje się samolot, nieraz trzeba natychmiast reagować, a nie zastanawiać się, dlaczego wystąpił jakiś problem. Jeśli pilot tego nie zrobi, to skutki mogą być tragiczne. Z taką sytuacją miałem do czynienia już na początku swojej przygody z lotnictwem.

– Podczas startu szybowcem Czapla...

– Startowałem za pomocą wyciągarki. Na małej wysokości, może 20-30 m, kiedy szybowiec wznosi się pod kątem 45 stopni, pękła lina. Gdybym błyskawicznie nie zareagował, to spadłbym na ziemię i skutki mogłyby być opłakane. Skierowałem szybowiec w dół, żeby złapał trochę powietrza i żeby można było nim sterować. Udało mi się wyjść z opresji. Ale reakcja musiała być natychmiastowa. Od tego momentu uwierzyłem w siebie.

– Nieraz mówił Pan: „Moja droga do sukcesów to pokonywanie trudności i problemów”.

– Początki były rzeczywiście ciężkie i szło mi jak po grudzie. Ale każde, nawet drobne niepowodzenie powodowało, że zdobywałem nowe doświadczenia. Gdy instruktorzy byli niezadowoleni albo gdy sam zrobiłem coś nie tak, to starałem się dokładnie to analizować. Te doświadczenia okazały się podstawą sukcesu. Możemy odbyć kilka szkoleń, poznać doskonale teorię i zdać wszystkie potrzebne egzaminy, ale to przecież nie wszystko, żeby być dobrym pilotem. Pierwsze niepowodzenia podczas lotów były dla mnie nauką, jakich błędów nie popełniać w kolejnym locie.

– Niewiele brakowało, żeby został Pan nie pilotem, ale... górnikiem.

– Uczyłem się w technikum górniczym. Pracowałem rok pod ziemią w kopalni „Pniówek”. Zajmowałem się transportem do przodków, czyli miejsc, gdzie wydobywa się węgiel. Cieszę się z tego okresu mojego życia. Wiem, jak ciężko pracują górnicy. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie wiedzą, jaki wielki to jest wysiłek, jak trudne warunki panują pod ziemią. Zjeżdżając na dół, marzyłem jednak o lataniu i o tym, żeby być pilotem.

– Miłość do lotnictwa zaczęła się u Pana już w najmłodszych latach?

– W czwartej lub piątej klasie szkoły podstawowej przeczytałem opowiadanie o szybowcu, który wylądował na polu. Wcześniej nawet nie wiedziałem, co to jest szybowiec. Drugim impulsem były informacje w telewizji, że mój wujek, Edward Makula, w 1963 r. w Argentynie został szybowcowym mistrzem świata. Kiedy miałem 12 lat, sklejałem modele samolotów i marzyłem o lataniu. Chciałem, żeby sklejony model latał najwyżej i najdłużej. Udało mi się wygrać zawody modelarskie. Nagrodą był lot samolotem An-2. Poleciałem z rodzicami. Gdy zobaczyłem ziemię z góry, to ze szczęścia miałem łzy w oczach.

– Przez 38 lat pracował Pan w PLL LOT. Czy poza porwaniem samolotu spotykał się Pan z nietypowymi sytuacjami podczas rejsów?

– Było wiele przyjemnych chwil, np. ślub na pokładzie samolotu, gdy lecieliśmy do Bangkoku. Na pokładzie mieliśmy księdza i urzędnika stanu cywilnego. Ponieważ lot był długi, trwał prawie 10 godzin, ślub stanowił wielką atrakcję dla pasażerów i bardzo sympatycznie reagowali. Ale zdarzały się też trudne sytuacje. Kiedyś lądowałem na lotnisku w Newark, nad którym przechodziła gwałtowana burza. W powietrzu, w każdej minucie, krążyły dziesiątki samolotów i ruch był ogromny. Gdy lądowaliśmy, to burza pojawiła się nad pasem. Na końcówce podejścia do lądowania zobaczyliśmy ścianę wody, a po chwili już nic nie było widać. Trzeba było odejść na drugi krąg. Niestety, musnąłem środek burzy, samolotem trochę rzucało i było bardzo nieprzyjemnie. Do tego samolot uległ niewielkiemu uszkodzeniu od uderzenia pioruna. Ale po chwili opanowaliśmy sytuację i wszystko zakończyło się szczęśliwie.

– Często używa Pan określeń: „Opanowaliśmy”, „zrobiliśmy”.

– Lotnictwo to praca zespołowa, a nie tylko działania pilota. Każdy ma zadania do wykonania i wszystkie są bardzo ważne. Podczas wielogodzinnego lotu zdarza się wiele sytuacji, nad którymi muszą zapanować stewardesy i stewardzi. Ktoś choruje, boi się latać, ktoś za dużo wypił i obraża pasażerów... Sposób, w jaki rozwiąże problemy ta część załogi, wpływa na dalsze losy lotu. Nigdy też nie zapominam o mechanikach. Ktoś o nich powiedział, że są „szarymi korzeniami bujnych kwiatów”. Od nich bardzo wiele zależy. Co może zrobić pilot, jeśli samolot jest niesprawny? Często podkreślam, że każdy udany lot to wspólny sukces.

– 31 lipca 2016 r. pilotował Pan samolot z wyjątkowym pasażerem – papieżem Franciszkiem. Był to lot z Krakowa do Rzymu, gdy Papież wracał ze Światowych Dni Młodzieży w Polsce.

– Wspaniały, niezapomniany, wyjątkowy pod każdym względem lot. Muszę przyznać, że byłem bardzo przejęty. Gdy witałem Papieża, to słowa czytałem z kartki. Wcześniej, witając znane osoby, zawsze mówiłem swobodnie, a wtedy nie. Gdy wystartowaliśmy, postanowiłem zrobić dla Papieża coś wyjątkowego. Wiedziałem, po której stronie siedzi, i nad Krakowem zatoczyłem krąg, na niskiej wysokości – 900 m. Chciałem, żeby Ojciec święty jeszcze raz mógł zobaczyć Wawel, Błonia i Kampus Miłosierdzia w Brzegach, gdzie odprawiał Mszę św. dla młodzieży. Dla Papieża była to miła niespodzianka. Potem, po raz drugi, zrobiłem jeszcze coś niekonwencjonalnego. W trakcie lotu rozpoczęła się konferencja prasowa na pokładzie. Niestety, przedłużała się, a lecieliśmy stosunkowo szybko. Powiadomiłem kontrolerów w Austrii, że zrobię okrążenie w okolicach Grazu, żeby samolot był o 10 minut dłużej w powietrzu. Chodziło o to, żeby Papież mógł spokojnie zakończyć konferencję. Później, po wylądowaniu, w Internecie pojawiło się wiele wpisów osób z różnych krajów świata, które śledziły ten lot. Zastanawiano się, co się stało w Austrii. Jedni pisali o usterce samolotu, inni – że Papież chciał zobaczyć Alpy. A przecież nie mogłem zatrzymać samolotu w powietrzu! Po wylądowaniu Ojciec święty przyszedł do nas i nam podziękował. Potem nas pobłogosławił i się z nami pożegnał.

– Pan nigdy nie ukrywał, że jest osobą wierzącą.

– Nie miałem powodów, żeby to robić. Uważam, że nie należy przesadnie demonstrować swojej wiary, ale ukrywanie jej nie jest właściwe.

– Czy wiara pomaga Panu w lataniu? Czy modlił się Pan przed lotami?

– W czasie zawodów szybowcowych zawsze się modliłem. Mówiłem: „Panie Boże, pomóż mi. Nie chcę nikogo zawieść!”. Ta modlitwa mi pomagała.

– Panie Kapitanie, jaka będzie przyszłość lotnictwa cywilnego? Dużo się mówi o jeszcze większej komputeryzacji. Nawet Pan powtarzał anegdotę, że w przyszłości w kokpicie może się znaleźć tylko jeden człowiek i pies. Pies po to, by pilnować, żeby pilot niczego nie dotykał.

– To oczywiście żarty! Trzeba jednak przyznać, że obecnie bez komputerów koordynacja ruchu lotniczego, przy tak ogromnym zagęszczeniu samolotów w powietrzu, byłaby po prostu niemożliwa. 20 lat temu nad Atlantykiem w ciągu godziny znajdowało się ok. 500 samolotów. A dzisiaj dziesięć razy więcej! Człowiek jest i pozostanie niezbędny. To, że po starcie włączamy autopilota, nie zmienia tej sytuacji. Mamy bardzo dużo czynności do wykonania. Nie da się wszystkiego zaplanować, przewidzieć i zaprogramować. Piloci decydują np., ile zatankować paliwa, jaki powinien być ciężar samolotu, jakie uzyskiwać prędkości i co zrobić w powietrzu, gdy samolot jest za ciężki i nie powinien lądować. Decydujemy również, co robić w nagłych sytuacjach, gdy zachoruje pasażer czy nagle zmienią się warunki pogodowe.

– W 2017 r., ze względu na wiek, przeszedł Pan na emeryturę. Obecnie jest Pan prezesem Aeroklubu Polskiego. Czy Pan, mistrz lotnictwa, teraz się nie nudzi? Czy jest Pan szczęśliwym człowiekiem?

– Do wszystkiego trzeba się przygotować. Wiedziałem kilka lat temu, że ten moment nastąpi. Znając siebie, zdawałem sobie sprawę, że po przejściu na emeryturę nie mogę nagle nic nie robić. Ale też realnie patrzyłem na życie. Pewnych planów czy marzeń nie da się już zrealizować. Nie polecę np. w kosmos. Mam świadomość, że coś się kończy i powoli trzeba zacząć zwalniać. Takie jest życie. Z drugiej strony nie można się poddawać. Jestem dumny, że społeczność aeroklubowa, która liczy 7 tys. członków, wybrała mnie na swojego prezesa. Zaufali mi, uznali, że dobrze będę się zajmował Aeroklubem Polskim. Czynię to najlepiej, jak potrafię. Swoją wiedzę i doświadczenie chcę przekazać młodzieży. Inna radość jest związana z faktem, że nadal jestem potrzebny w PLL LOT. Zajmuję się pozyskiwaniem młodych pilotów i ich szkoleniem. Fundamentem mojego szczęścia jest rodzina. Mam czterech synów. Trzech wybrało lotnictwo, a czwarty, Wojtek, dochodzi do mistrzostwa w fotografii. Robi zdjęcia sportowe i ślubne w różnych krajach Europy.

– A żona?

– Żona była stewardesą. Poznaliśmy się podczas podróży wiele lat temu. Gdy urodziły się dzieci, zajmowała się ich wychowaniem. Patrząc na żonę, na dzieci i wszystko to, co mi się wydarzyło, jestem spełniony i szczęśliwy. I dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień, dziękuję Bogu za życie.

2018-10-03 08:01

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

LOT przejmie niemieckie linie CONDOR?

[ TEMATY ]

LOT

przewodnik

lotnictwo

Wikipedia /Ken Fielding

Condor Airbus A321-200

Jak dowiedział się portal wPolityce.pl Polskie Linie Lotnicze LOT (a precyzyjniej właściciel naszych narodowych linii spółka Polska Grupa Lotnicza) mogą przejąć niemieckiego przewoźnika turystycznego CONDOR. Ruszyły już negocjacje w tej sprawie.

Linie CONDOR były częścią upadłego imperium turystycznego Thomas Cook, same są jednak elementem bardzo obiecującym ekonomicznie. Ich atutem jest mocna siatka połączeń turystycznych z największych niemieckich lotnisk, usługi czarterowe, własne załogi i samoloty. Kłopotem - dług, który powstał gdy Thomas Cook wpadł w tarapaty i drenował z pieniędzy spółki zależne. Wtedy linie uzyskały kredyt z niemieckiego banku rozwoju.

Czy PGL może wygrać w licytacji/negocjacjach?

Szanse są spore, tym bardziej, że LOT może zagwarantować, że tych linii nie zepsuje, obecny zarząd udowodnił, że zna się na tym rynku.

Przypomnijmy - skazywane na upadek, lekceważone przez premiera Donalda Tuska narodowe linie lotnicze, obecnie przeżywają rozkwit, rozszerzając siatkę połączeń, utrzymując znaczną zyskowność.

Ich ekspansja ma wsparcie rządu, wpisuje się bowiem w realizację Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego.

Nie dogonimy świata, jak nie będziemy przejmować innych. Oczywiście zawsze z głową. Ale linie CONDOR to właśnie taki przypadek - mówi nam znający sprawę człowiek z otoczenia premiera.

Nieoficjalnie mówi się, że konkurentem PGL w staraniach o przejęcie linii CONDOR będzie międzynarodowy fundusz inwestycyjny. Oferty można składać do jutra.

Zaczyna się gra, która może dać narodowemu przewoźnikowi kolejny skok rozwojowy.

CZYTAJ DALEJ

Prymas Polak: Jutro o 21:37 będę modlił się o miłosierdzie Boże w czasie pandemii i zapalę święcę w oknie

2020-04-01 14:27

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

prymas Polski

episkopat.pl

Abp Wojciech Polak poparł apel kard. Stanisława Dziwisza, byśmy 2 kwietnia - w godzinie odchodzenia Jana Pawła II do domu Ojca - dokonali aktu zawierzenia Bożemu miłosierdziu, błagając by ustała pandemia koronawirusa. A jako znak duchowej wspólnoty możemy zapalić świecę w oknie.

Abp Polak wyjaśnia, że co prawda od momentu ogłoszenia Jana Pawła II błogosławionym, dniem liturgicznych obchodów św. Jana Pawła II jest 22 października, to jednak warto, abyśmy jutro, z okazji 15. rocznicy jego śmierci, także zjednoczyli się w modlitwie.

- W czasie epidemii, w czasie tak trudnej izolacji kiedy przeżywamy lęk i cierpienie, powrót do momentu odchodzenia Jana Pawła II do domu Ojca niech będzie okazją do zjednoczenia w modlitwie, by zawierzyć Bożemu miłosierdziu Polskę i świat - wyjaśnia Prymas Polski. Dodaje, że wówczas wszyscy fizycznie i duchowo byliśmy razem na placach i ulicach, natomiast dziś możemy ten dzień przeżyć we wspólnocie duchowej, zwłaszcza o 21. 37 w godzinie Jego odchodzenia”.

W ślad za apelem kardynała Dziwisza, Prymas proponuje, byśmy jutro naszą modlitwą uczynili akt zawierzenia, który Jan Paweł II wypowiedział w Sanktuarium w Łagiewnikach zawierzając świat Bożemu Miłosierdziu, łącząc go z błaganiem o miłosierdzie - dla nas i świata całego - w czasie pandemii.

- Tego zawierzenia nam potrzeba, zwłaszcza dzisiaj – wyjaśnia Prymas, dodając, że dzień odchodzenia św. Jana Pawła II do domu Ojca może być drogowskazem, by po raz kolejny zawierzyć świat miłosierdziu Boga. Nie tylko wzorem św. Jana Pawła II, ale także idąc śladami papieża Franciszka, który mówi, że imieniem Bożym jest właśnie miłosierdzie.

Abp Polak deklaruje, że jutro o 21.37 zapali święcę w swym oknie i odmówi akt zawierzenia Bożemu miłosierdziu. Zachęca do tego nas wszystkich.

***

Kard. Stanisław Dziwisz zaapelował, by w najbliższy czwartek, 2 kwietnia, o 21.37 zjednoczyć się we wspólnej modlitwie za wstawiennictwem Jana Pawła II i prosić o ustanie pandemii koronawirusa, prosząc też o zapalenie świec w naszych oknach na znak modlitewnej wspólnoty. Były sekretarz Jana Pawła II proponuje, by odmówić wtedy Akt zawierzenia Bożemu Miłosierdziu, który sam niedawno złożył w łagiewnickim sanktuarium:

„Wszechmogący Boże, w obliczu pandemii, która dotknęła ludzkość, z nową gorliwością odnawiamy akt zawierzenia Twemu miłosierdziu, dokonany przez św. Jana Pawła II. Tobie, miłosierny Ojcze, zawierzamy losy świata i każdego człowieka. Do Ciebie z pokorą wołamy.

Błogosław wszystkim, którzy trudzą się, aby chorzy byli leczeni, a zdrowi chronieni przed zakażeniem. Przywróć zdrowie dotkniętym chorobą, dodaj cierpliwości przeżywającym kwarantannę, a zmarłych przyjmij do swego domu. Umocnij w ludziach zdrowych poczucie odpowiedzialności za siebie i innych, aby przestrzegali koniecznych ograniczeń, a potrzebującym nieśli pomoc.

Odnów naszą wiarę, abyśmy trudne chwile przeżywali z Chrystusem, Twoim Synem, który dla nas stał się człowiekiem i jest z nami każdego dnia. Wylej swego Ducha na nasz naród i na cały świat, aby ci, których zjednoczyła walka z chorobą, zjednoczyli się także w uwielbieniu Ciebie, Stwórcy wszechświata i gorliwie walczyli również z wirusem grzechu, który niszczy ludzkie serca.

Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

Maryjo, Matko Miłosierdzia, módl się za nami. Św. Janie Pawle II, św. Faustyno i wszyscy święci, módlcie się za nami”.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Dziwisz: słowa „Nie lękajcie się!” nabierają nowego znaczenia w obliczu zagrożenia

2020-04-02 08:46

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Programowe słowa pontyfikatu św. Jana Pawła II: „Nie lękajcie się!” nabierają dziś nowego znaczenia w obliczu zagrożenia, przed jakim stanął świat i my wszyscy – mówił kard. Stanisław Dziwisz podczas Mszy św. w 15. rocznicę śmierci Jana Pawła II. Odprawił ją w kaplicy klasztornej sióstr Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie znajduje się obraz Jezusa Miłosiernego i relikwie św. Faustyny.

Eucharystię wraz z kard. Dziwiszem odprawiał także honorowy kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia bp Jan Zając. - Przeżywając trudny czas zagrożenia, jakie niesie ze sobą epidemia dotykająca i biczująca nie tylko nas, ale cały współczesny świat, kierujemy nasze spojrzenie ku Bogu żywemu, naszemu Stwórcy, Ojcu i Panu. W Nim i tylko w Nim nasza nadzieja – mówił rozpoczynając Mszę św. krakowski metropolita senior. Zachęcił do modlitwy „o ustanie plagi, o życie wieczne dla zmarłych, o zdrowie dla chorych, o wytrwałość dla niosącym im i nam wszystkim pomoc”. Zapewnił o tym, że wspiera ich w modlitwie.

Kaznodzieja podkreślał, że programem pontyfikatu Jana Pawła II był Jezus Chrystus. - W tym trudnym czasie zagrożenia, niepewności, cierpienia dotkniętych chorobą, lęku o los najbliższych, ogromnego trudu wszystkich stojących na pierwszej linii walki z epidemią, szukamy świateł, punktów oparcia, drogowskazów. Szukamy zrozumienia tego, co przeżywamy. Szukamy nadziei – mówił. Wskazał, że to w Chrystusie powinniśmy szukać tej nadziei. - On nas przeprowadzi przez ciemną dolinę, w jakiej znalazł się świat. On jest najważniejszym Nauczycielem. On jest Przewodnikiem. On jest Boskim Lekarzem i w Jego ranach nasze uzdrowienie – zapewnił. Dodał, że Jezus pomaga również przez „samarytańską posługę lekarzy, pielęgniarek, przez ofiarną służbę zdrowia i przez wszystkich, którzy w tych dniach nie przestają pełnić służby w społeczeństwie”.

- Programowe słowa pontyfikatu św. Jana Pawła II: „Nie lękajcie się!” – nabierają dziś nowego znaczenia w obliczu zagrożenia, przed jakim stanął świat i my wszyscy. Sam lęk nam nie pomoże. Pomoże nam nadzieja złożona w Bogu – nauczał osobisty sekretarz św. Jana Pawła II. Jak zauważył, pomoże spokój serca, a także „osobista i zbiorowa solidarność ze wszystkimi, niezależnie od jałowych podziałów, które nas tak bardzo oddaliły i oddalają od siebie w dzisiejszej Polsce”.

- Bierzmy przykład z Jana Pawła II. On wszystkich szanował, nikogo nie poniżał, z nikim nie walczył, o nikim źle nie mówił. Czy stać nas na taką samą, dalekowzroczną postawę? – zapytywał.

Najbliższy współpracownik Jana Pawła II wrócił do momentu odejścia papieża. - Otaczając jego łoże płakaliśmy, płakali lekarze, pielęgniarki i siostry, ale równocześnie ze łzami w oczach wyśpiewaliśmy Te Deum laudamus – „Ciebie, Boże, wysławiamy” – wspominał.

- Dziękowaliśmy i nadal dziękujemy Bogu za tego niezłomnego świadka wiary. Dziękowaliśmy i nadal dziękujemy za tego mądrego pasterza Kościoła i duchowego przywódcę współczesnego świata, który wprowadził nas w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa. Dziękowaliśmy i nadal dziękujemy za świętego, do którego z ufną modlitwą zwracają się dziś rzesze chrześcijan na całym świecie, prosząc o jego orędownictwo w niebie. Dziś czynimy to tym bardziej ufnie, tym bardziej usilnie – zakończył.

Zgodnie z prośbą krakowskiego metropolity seniora, o 21.37 w oknach zapłoną świece na znak modlitewnej wspólnoty i pamięci o św. Janie Pawle II. Kard. Dziwisz zachęca również, by w tej godzinie odmówić Akt zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu w obliczu pandemii.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję