Reklama

Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Zasłużony dla Województwa Podkarpackiego

Sekretarz dwóch papieży, obecnie metropolita lwowski – abp Mieczysław Mokrzycki, otrzymał honorową odznakę „Zasłużony dla województwa podkarpackiego”. Uroczystość miała miejsce 4 stycznia br. w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie, podczas nadzwyczajnej sesji sejmiku województwa podkarpackiego

Uroczysta sesja zgromadziła wielu gości, wśród których znaleźli się: abp Adam Szal – metropolita przemyski, bp Jan Wątroba – ordynariusz diecezji rzeszowskiej, Ewa Leniart – wojewoda podkarpacki, parlamentarzyści, księża, a wśród nich dziekan lubaczowski ks. Andrzej Stopyra, przedstawiciele służb mundurowych, związku „Strzelec” oraz młodzież.

Przewodniczący sejmiku Jerzy Cypryś odczytał list gratulacyjny od marszałka Sejmu RP Marka Kuchcińskiego oraz uchwałę, jaką 27 listopada 2017 r. przyjęli radni województwa w sprawie przyznania abp Mieczysławowi Mokrzyckiemu odznaki „Zasłużony dla województwa podkarpackiego”.

Krzewiący polskość

Marszałek województwa podkarpackiego Władysław Ortyl w laudacji przybliżył postać abp Mieczysława Mokrzyckiego oraz podejmowane przez niego liczne działania, jak również służbę dwóm papieżom: św. Janowi Pawłowi II oraz Benedyktowi XVI.

Reklama

– Z wielkim oddaniem służył dwóm Papieżom, jako ich sekretarz i powiernik wielu spraw. Jest świadkiem prawdy o heroicznym życiu Papieża Polaka i jako jego wierny uczeń wypełnia duchowy testament wielkiego Świętego – mówił Marszałek. Wiele uwagi w laudacji poświęcił pracy abp Mokrzyckiego na Ukrainie, gdzie krzewi polskość oraz jednoczy mieszkających tam Polaków i Ukraińców.

– Jako duszpasterz archidiecezji lwowskiej nieustannie szuka porozumienia na płaszczyźnie polsko-ukraińskiej. Stara się budować porozumienie poprzez dialog i pojednanie – mówił marszałek Ortyl.

– Jesteśmy wdzięczni, że dzięki staraniom Księdza Arcybiskupa w muzeach i kościołach Podkarpacia znajdują się pamiątki i relikwie św. Jana Pawła II – powiedziała wojewoda podkarpacki Ewa Leniart.

Reklama

W imieniu parlamentarzystów Krystyna Wróblewska podziękowała abp Mokrzyckiemu za troskę o najbiedniejszych, o polskie kościoły i zabytki na Ukrainie.

Z kolei radny sejmiku podkarpackiego, dyrektor Zespołu Szkół im. gen. Józefa Kustronia w Lubaczowie Andrzej Nepelski ukazał rolę Lubaczowa, jako stolicy tej części archidiecezji lwowskiej, która znalazła się w granicach Polski po 1945 r. W mieście tym zamieszkał w sierpniu 1946 r. wygnany ze Lwowa abp Eugeniusz Baziak, metropolita lwowski, który był równocześnie administratorem apostolskim archidiecezji krakowskiej. To on zaproponował na biskupa pomocniczego ks. Karola Wojtyłę oraz go wyświęcił. W Lubaczowie rezydowali biskupi lwowscy: wspomniany już Eugeniusz Baziak, Jan Nowicki, Marian Rechowicz, Marian Jaworski, który w 1991 r. został metropolitą Lwowa. Z nim w tym samym roku wyjechał na Ukrainę ks. Mieczysław Mokrzycki.

Wracając do źródeł

Abp Mieczysław Mokrzycki urodził się 29 marca 1961 r. w Majdanie Lipowieckim w powiecie lubaczowskim. Edukację podstawową zdobywał w Łukawcu i Cieszanowie, średnią w Oleszycach. Po odbyciu studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim otrzymał w lubaczowskiej prokatedrze święcenia kapłańskie z rąk bp. Mariana Jaworskiego (17 września 1987 r.).

Po zdobyciu doktoratu w Rzymie, od 1996 r. był osobistym sekretarzem papieża Jana Pawła II aż do jego śmierci, a potem przez dwa lata sekretarzem papieża Benedykta XVI, który wyświęcił go w 2007 r. na arcybiskupa, a następnie mianował koadiutorem, a od 2008 r. metropolitą archidiecezji lwowskiej.

– Jesteśmy dumni z tego, że rodak z ziemi lubaczowskiej, a tym samym podkarpackiej, był u boku św. Jana Pawła II. Jechaliśmy z pielgrzymkami do Watykanu, jak do własnego domu, wiedząc, że otworzy on drzwi na nasze spotkania z Ojcem Świętym. Takiej promocji ziemi podkarpackiej, lubaczowskiej, jakiej uczynił ks. M. Mokrzycki, nikt inny nie uczynił, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Nikt też nie przepuszczał, że kiedyś metropolitą Lwowa będzie syn ziemi lubaczowskiej – mówił radny Andrzej Nepelski.

Wręczenie wyróżnienia

Odznakę, legitymację i pamiątkowy grawerton wręczyli przedstawiciele władz województwa podkarpackiego.

Abp Mieczysław Mokrzycki dziękując za odznaczenie powiedział m. in.: – Cieszę się, że zostałem wyróżniony tym odznaczeniem, bo to jest dowód, że moi rodacy, którzy mieszkają w Polsce, pamiętają o mnie. Jest to wyraz ich pamięci, wdzięczności, a przede wszystkim solidarności. Chcą przez to podkreślić, że nie zostawiają mnie samego w archidiecezji lwowskiej.

A w wypowiedzi udzielonej mediom dodał:

– Ziemia podkarpacka jest naszym domem. Moim domem. Niech waszym domem będzie Lwów i mój dom – siedziba arcybiskupów lwowskich. Ziemia podkarpacka jest ziemią piękną, bogatą w kulturę. A jednocześnie trudną, raczej mało urodzajną, wymagała twardości charakteru, praca na niej nas wychowywała. I teraz, jako kapłan, otrzymuję pomoc w tej trudnej pracy, a ta pomoc płynie od wzorców naszych świętych, od wielkich ludzi ziemi podkarpackiej. Oni są wsparciem duchowym. Cieszę się, że otrzymuję wiele zaproszeń, by dawać świadectwo o św. Janie Pawle II, który jest ciągle żywy w sercach rodaków i cieszę się, że poprzez przekazywanie świadectwa mogą dalej uobecniać go w Kościele i na Podkarpaciu, które tak bardzo kochał.

Sesja sejmiku była okazją do złożenia abp Mokrzyckiemu życzeń imieninowych. Metropolita przemyski abp. Adam Szal powiedział: – Związki abp. Mokrzyckiego z Podkarpaciem są bardzo mocne i żywe. Często tu bywa. Jest zapraszany, jako świadek pontyfikatu Jana Pawła II. Utrzymuje związek ze swoimi kolegami z Seminarium Duchownego w Przemyślu, w którym był przez dwa lata, zanim został przeniesiony do Lublina. Pragnę podzielić się osobistym epizodem, jaki przeżyłem będąc w Rzymie. Po Mszy św., celebrowanej przez papieża Jana Pawła II, mieliśmy okazję spotkać się z nim. Gdy zostaliśmy przedstawieni, jako delegacja z Przemyśla, Ojciec Święty zapytał: – Czy wy przyznajecie się do ks. Miecia, bo on się do was przyznaje. Dzisiejsze spotkanie jest takim przyznaniem się do abp Mokrzyckiego.

Uroczystość uświetnił występ Alicji Regi, reprezentantki Polski w Eurowizji Junior – Tbilisi 2017.

2018-01-24 12:44

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Zawsze był bardzo ludzki”- abp M. Mokrzycki wspomina św. Jana Pawła II

Każdego wieczoru Jan Paweł II podchodził do okna swojego gabinetu i błogosławił Plac św. Piotra. To jedno z wielu wspomnień abp Mieczysława Mokrzyckiego, obecnie arcybiskupa Lwowa na Ukrainie i wieloletniego drugiego prywatnego sekretarza papieża Polaka. „Don Mietek”, jak popularnie mówiono o nim w Watykanie, był także świadkiem śmierci Jana Pawła 15 lat temu. W wywiadzie dla Radia Watykańskiego opowiada o swoim codziennym życiu u boku Papieża, który urodził się dokładnie 100 lat temu w Wadowicach.

„Zawsze był bardzo ludzki, wspaniałomyślny, otwarty. Chociaż kierował całym Kościołem i Watykanem, zawsze był bardzo otwarty i naturalny w swoim zachowaniu. Zawsze miał czas dla innych; wiedział, jak słuchać. Nigdy nie sprawiał wrażenia, aby inni odczuli, że ma ważniejsze rzeczy do zrobienia. Ale przede wszystkim nauczył nas, że modlitwa może rozwiązać wszystkie problemy życia i świata” - wyznał abp Mokrzycki.

Zwrócił uwagę, że papież Franciszek także docenił swojego poprzednika, którego kanonizował kilka lat temu, za jego „wielką pasję do człowieka”, „otwartość, i gotowość do dialogu ze wszystkimi”.

Pytany skąd wziął to Karol Wojtyła, arcybiskup Lwowa powiedział: „Jan Paweł II wiele przeszedł w swoim życiu. Przeżywał wielkie radości, ale także chwile głębokiego smutku i wielkiego bólu. Kiedy się urodził, pierwsza wojna światowa już nie trwała, a potem przeżył całą drugą wojnę światową, a następnie wiele lat pod rządami komunistycznymi. Wszystko to nauczyło go, jak ważne jest dążenie do pokoju, praw człowieka i wolności. Dużo walczył i modlił się za te wartości. Dlatego rozmawiał z głowami państw i zwierzchnikami religii świata. Dlatego podróżował po świecie i głosił braterstwo. ”

„Don Mietek” wskazuje na obecnego Papieża wyraźnie ukształtowanego przez dziedzictwo Jana Pawła II. „Pomyślmy tylko o wielu międzynarodowych podróżach Franciszka, jego spotkaniach z młodymi ludźmi, o jego trosce o chorych, biednych, więźniów. Wszystkie te postawy były typowe dla Jana Pawła II. Bardzo się cieszymy, że Franciszek rozumie swoją misję pasterza Kościoła światowego w taki sam sposób, jak jego poprzednik” - zaznaczył metropolita lwowski.

Mówiąc o ostatnich dniach życia Jana Pawła II abp Mokrzycki zwrócił uwagę, że pozostawał wtedy przede wszystkim pod wrażeniem jego „wielkiej siły”. „Chociaż miał trudności z mówieniem i poruszaniem się, chociaż bardzo cierpiał, pokazał nam, że nigdy nie należy pozwolić, aby opadła nasza odwaga. Nauczył nas, że każda chwila, każdy stan w naszym życiu jest ważny i że pomimo wszystko możemy jeszcze wiele zrobić. Że nadal jesteśmy przydatni w starszym wieku, ważni dla świata. Dlatego wypełnił swoją rolę do końca i modlił się za ludzkość. A kiedy nadszedł czas śmierci, widziałem umierającego człowieka, który ma wielką wiarę i szczególny kontakt z Bogiem” - powiedział abp Mokrzycki.

Zaznaczył, że Jan Paweł II zmarł „cicho”, zasnął „w wielkim pokoju i w wielkim spokoju serca”. "Również dzisiaj, w czasie pandemii koronawirusa, można czerpać z jego przykładu odwagę, jeśli ktoś przypomni sobie choćby słowa słynnego wezwania Jana Pawła II, kiedy obejmował papieski urząd w 1978 roku: `Nie lękajcie się!` Słońce zawsze wychodzi po burzy. Musimy tylko nauczyć się przetrzymać burzę, aby znaleźć prawdziwy pokój i prawdziwą radość w naszym życiu” - powiedział abp Mokrzycki.

CZYTAJ DALEJ

Abp Nossol o kard. Wyszyńskim: Był wielki w tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej

2020-05-28 10:19

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

Archiwum rodziny Michnowiczów z Tomaszówki

kard. Stefan Wyszyński

- Miałem do niego zaufanie. Wiedziałem, że komu jak komu, ale jemu zależy na Kościele w Polsce, na wprowadzaniu reformy soborowej, na pojednaniu. Był wielkim człowiekiem a jego wielkość polegała również na tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej – tak o kard. Stefanie Wyszyńskim mówi abp Alfons Nossol, biskup senior diecezji opolskiej. Abp Nossol w rozmowie z KAI dzieli się wspomnieniami związanymi z Prymasem, opowiada o jego realizmie we wprowadzaniu reformy soborowej, o stosunku do ekumenizmu oraz roli, jaką odegrał w procesie polsko – niemieckiego pojednania. Dziś przypada 39. rocznica śmierci Prymasa Tysiąclecia.

KAI: Czy są jakieś wspomnienia związane z Prymasem Wyszyńskim, którymi chciałby się Ksiądz Arcybiskup podzielić?

- Tak. Pamiętam, jak wezwał mnie do siebie, by przekazać mi wiadomość o nominacji biskupiej. Byłem bardzo zaangażowany na KUL-u, mieszkałem tam. To było dla mnie niełatwe spotkanie. Prymas bez żadnych specjalnych wprowadzeń oświadczył, że Ojciec Święty życzy sobie, żebym przejął służbę biskupią w Opolu, bo tam potrzebny jest ktoś, kto z tych ziem pochodzi i zna ich swoistość. Powiedziałem mu – „Księże Prymasie, proszę wybaczyć, ale ja nie jestem kimś, kto jest w stanie sprostać wymogom takiej pracy. Przecież to musi przyjść duszpasterz, z pogłębionym doświadczeniem kapłańskim. Ja jestem teoretykiem, nie mam żadnych praktycznych doświadczeń. Nigdy nie byłem nawet wikarym, nie byłem proboszczem. Po święceniach zostałem skierowany na dalsze studia, bo nasze seminarium potrzebowało wykładowców”.

A on mi na to: „Oo, ja przeżywałem to samo. Przecież byłem w Lublinie, studiowałem. Raptem przyszło wezwanie, że mam zostać biskupem Lublina. I wszystkie moje założenia teoretyczne, ewentualne plany naukowe – wszystko się skończyło. Trzeba było pójść, bo takie było wezwanie Kościoła”.

Pozbawił mnie argumentów. Pozwolił mi się tylko wypowiedzieć. Widać było, że mu na tym bardzo zależy i muszę przyznać, że od czasu moich święceń biskupich – on mi właściwie w dużej mierze zawierzył.

Trzy dni przed jego śmiercią byłem w Warszawie, musiałem coś załatwić. My, biskupi, gdy przyjeżdżaliśmy do Warszawy, zawsze zostawialiśmy samochód na podwórzu Księdza Prymasa. To było pewne miejsce. Wyszła siostra, zapytałem o jego zdrowie. Powiedziała mi: „Księże biskupie, ostatnie chwile nadchodzą. A jakby tak ksiądz zajrzał do niego na chwileczkę?” Mówię „Dobrze, ale to trzeba go wpierw zapytać”. Spytała. Oczywiście, jak najbardziej, mam przyjść.

I on wtedy nawiązał do tamtego spotkania, do tych wątpliwości, obaw, że się nie ma doświadczenia duszpasterskiego, jest się teoretykiem. „No, widzisz, chłopcze” – powiada (byłem wtedy najmłodszym biskupem i dlatego on mnie tak tytułował: „chłopcze”). – „Tak żeś się wtedy bał, a przecież w Kościele opolskim się jakoś układa. Nie trzeba się było wtedy tak bardzo bać”. Powiedział też: „Wiesz, ja muszę powoli przygotować się do odejścia”. I jeszcze kilka pytań mi zadał. A potem: „Chłopcze, bardzo cię proszę, proszę mi udzielić swojego biskupiego błogosławieństwa”. Ja mówię: „Księże Prymasie, dobrze, ale proszę, niech najpierw Ksiądz Prymas mnie pobłogosławi”. Uczynił to, potem ja, pożegnałem się, wyszedłem.

Za dwa dni bodajże zmarł. Takie było to nasze ostatnie spotkanie, wspaniałe, kapłańskie, z jego głęboką troską ale i radością, że przynajmniej częściowo udało mi się tę moją teoretyczność przezwyciężyć.

KAI: Szczęśliwie udało się Księdzu Arcybiskupowi z tą teorią jednak całkowicie nie zerwać.

- Już jako biskup co drugi tydzień dojeżdżałem do Lublina, gdzie miałem 14 wykładów i seminarium. Mogłem więc nadal trochę teoretyzować ale też miałem szansę wprowadzać tę teorię, teologię Soboru Watykańskiego II w życie Kościoła.

KAI: A jak ocenia Ksiądz Arcybiskup wprowadzanie reformy soborowej w Polsce? Wobec kard. Wyszyńskiego pojawiały się zarzuty, że tę reformę opóźnia.

- On był wielkim realistą. Znał naszą polską mentalność. Wiedział, jak to jest ważne i że tu chodzi o przyszłość Kościoła na tych ziemiach. My w tamtym czasie byliśmy tak bardzo zajęci nasza zagrożoną politycznie egzystencją, że trzeba było odnowę soborową przyjmować bardzo roztropnie. Sobór to był swego rodzaju nowy początek. Ważne było, by przyjmować go w taki sposób, pogłębiony, duchowy, by był wsparciem dla Kościoła, zastrzykiem nowych sił.

Prymas faktycznie nie spieszył się z wprowadzaniem decyzji Soboru, zwłaszcza w obszarach duszpasterskich, ale nie dlatego, że się bał, albo był w jakimś sensie przeciwny tym reformom, tylko dlatego, że działał rozważnie. Kard. Wyszyński był przecież jednym z Ojców Soborowych. On te reformy uchwalał i miał świadomość, czym Sobór jest dla Kościoła, dla przyszłości Kościoła, zwłaszcza u nas, na Wschodzie.

Pamiętam, że na temat nauki soborowej miałem okazję rozmawiać z nim jeszcze w czasie studiów. Bardzo interesował się tym, jak my, studenci i młodzi księża na KUL-u przyjmujemy tę nową naukę, w jaki sposób jest nam przekazywana, jaki jest wpływ uczelni i czy studia na KUL pomagają nam być „ludźmi soborowymi”. Te pytania zadawał zresztą też później, gdy już byłem biskupem. W przerwach w czasie spotkań Episkopatu przechadzaliśmy się po jego ogrodzie i on często ze mną rozmawiał na temat Soboru i odbioru nauki soborowej.

Ja miałem to szczęście, że byłem uczniem ks. prof. Granata, który jeszcze w trakcie pracy Soboru omawiał z nami studentami każdy nowy dekret. Wyjaśniał je w sposób bardzo pogłębiony z perspektywy teologicznej oraz podawał praktyczne wskazówki odnośnie wprowadzania ich w życie na gruncie polskim. Tak więc ja osobiście byłem Soborem po prostu zachwycony. Dzięki niemu mogłem próbować w sposób radośniejszy nie tylko być w Kościele ale i być Kościołem.

KAI: Czy zatem w tamtym czasie nie przeszkadzało Księdzu Arcybiskupowi, że Prymas Wyszyński się nie spieszył?

- Nie. Ja wiedziałem, że komu jak komu, ale jemu na Kościele w Polsce bardzo zależy. Miałem do niego zaufanie. Poza tym, też byłem przekonany, że w pewnych sprawach nie należy się spieszyć, nie warto działać na siłę, spektakularnie. Trzeba to robić powoli. I skutecznie. To np. dotyczyło tematów ekumenicznych.

KAI: A jak wyglądało zaangażowanie ekumeniczne kard. Wyszyńskiego, jego stosunek do ekumenizmu?

- Gdy rozmawialiśmy prywatnie podczas moich pobytów u niego, czy podczas zebrań Episkopatu, o czym już wspominałem, on bardzo często mnie pytał właśnie o sprawy ekumeniczne. W wielu wypadkach ja nieco inaczej widziałem te problemy, akcentowałem, że nie trzeba się bać wpływów innych wyznań chrześcijańskich na nasz polski sposób patrzenia na Kościół. Trzeba podkreślić, że w czasach, gdy Prymas studiował teologię o ekumenizmie za wiele się nie mówiło. Natomiast nawet jeśli miał jakieś wewnętrzne obawy, czy opory, on dekret o ekumenizmie przyjął i go w Kościele w Polsce realizował.

Muszę zresztą przyznać, że nawet mnie pod tym względem zaskoczył. Nabożeństwa w czasie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan zawsze kończyły się w jednym z kościołów warszawskich i kazania w czasie tych nabożeństw głosili na przemian raz ksiądz katolicki raz duchowny z Kościoła reformacyjnego lub prawosławnego. A nasz Prymas, który się nie spieszył, który nie był nowinkarzem - temu się nie sprzeciwiał. Nie było to normą w polskich diecezjach. W wielu nie było zgody na to, by ktoś z niekatolickiego Kościoła głosił kazanie w świątyni katolickiej, podobnie, jak nie pozwalano, by ksiądz katolicki przemawiał w świątyni należącej do innego wyznania. W wielu miejscach nawet samo wstąpienie do świątyni niekatolickiej, by zobaczyć, jak wewnątrz wygląda, traktowane było jako coś niewłaściwego. Tymczasem Prymas, może nie zachęcał do tych wzajemnych kazań, ale zezwalał.

Sam pomysł był autorstwa bp Władysława Miziołka, biskupa pomocniczego warszawskiego, ówczesnego przewodniczącego Komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu, z którym ja zresztą też w ramach tej komisji współpracowałem. Gdy już byłem biskupem w Opolu, w czasie Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan też modliliśmy się w ten sposób. Mogę więc powiedzieć, że przejąłem to z diecezji Księdza Prymasa.

KAI: A czy Prymas Wyszyński sam brał udział w tych nabożeństwach?

- Nie, on sam nie brał udziału, natomiast wspierał działalność bp Władysława Miziołka. Doskonale wiedział, że jest to człowiek, który się na ekumenizmie zna, któremu na ekumenizmie zależy. I jego właśnie uczynił swoim biskupem pomocniczym. Prymas był zresztą w sprawach ekumenizmu na bieżąco. Bp Miziołek mu referował, jak układają się relacje z Polską Radą Ekumeniczną, jak wypadają te nasze dialogi, czy to postępuje naprzód, czy się wzajemnie ubogacamy, czy dochodzi do kłótni…

KAI: Dochodziło do kłótni?

- Do kłótni może nie, ale czasem niektóre sprawy stawiane były w sposób obsesyjnie jednoznaczny, bez otwartości konfesyjnej. Trzeba było działać systematycznie, wolno, nie na siłę. Tak właśnie pracował bp Miziołek i później również ja, jako przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Ekumenizmu.

Natomiast kard. Wyszyński widział, że ekumenizm się w Warszawie rozwija i że na tych spotkaniach, modlitwach o jedność, my, chrześcijanie się jednak zbliżamy.

KAI: Ma Ksiądz Arcybiskup ogromne zasługi i doświadczenie w pracy na rzecz pojednania polsko – niemieckiego. Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup rolę kard. Wyszyńskiego w tym procesie?

- Można śmiało powiedzieć: wielkim przyjacielem Niemiec nie był. Miał do Niemców i nawet do Kościoła w Niemczech stosunek krytyczny, choć to był krytycyzm twórczy. Ale wiedział, że razem musimy być Kościołem. Wspaniały list biskupów polskich do biskupów niemieckich - „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” – w istocie zapoczątkował proces pojednania. Zachwyciło mnie, gdy widziałem, wobec nagonki, która się wówczas rozpętała, jak kard. Wyszyńskiemu na tym pojednaniu zależało.

Oburzenie, w dużej mierze inspirowane politycznie i ideologicznie, było ogromne. Jak można Niemców prosić o przebaczenie? Ze strony władz komunistycznych pojawiały się oskarżenia, że biskupi zdradzają Ojczyznę. Ale oburzonych było też wielu starszych księży. Widziałem to też na KUL-u. Jak można? To, że my przebaczamy Niemcom, to jeszcze możemy zaakceptować. Ale, że my prosimy o przebaczenie?! To było dla wielu ludzi po prostu za dużo… Trzeba było sens tego orędzia przybliżyć ludziom duszpastersko. I to podjęto.

A podczas uroczystości millenijnych, 3 maja 1966 r. na Jasnej Górze, Prymas, wobec prawie milionowej rzeszy słuchaczy nawiązał do tej sprawy. Wyjaśniał to, przybliżał i wreszcie postawił pytanie. – Musimy się zdecydować, jako chrześcijanie. I dlatego muszę się was zapytać, jako wasz prymas: przebaczamy, czy nie przebaczamy?

Minutowa, okrutna cisza…

Proszę sobie to wyobrazić. Prymas się na to zdobył. Mógł ktoś przecież krzyknąć „Nie przebaczamy!”. Ale trwała cisza. I w końcu: „Przebaczamy!”.

W tym momencie krok na drodze do pojednania został postawiony. A cała sprawa z perspektywy duszpasterskiej ale i politycznej została rozwiązana. Po mistrzowsku.

Kard. Wyszyński był wielkim patriotą ale jego patriotyzm był zakorzeniony w świadomości jedności chrześcijańskiej. Patriotyzm związany z niechęcią, nieżyczliwością wobec innych – odrzucał. Była to postawa bardzo realistyczna, perspektywiczna i twórcza. Patrzył w ten sam sposób, co Jan Paweł II, który mówił, że „patriotyzm jest czymś wzniosłym, ale musi być on kształtem miłości a nie nienawiści”.

KAI: Kim był kard. Wyszyński dla Księdza Arcybiskupa?

- Był naprawdę prymasem. Miał świadomość swojej roli, tego, kim jest. Ale był też wielki w tym, że usiłował zrozumieć ludzi myślących inaczej. Miałem doświadczenie takich dialogów z nim, np. dotyczących ekumenizmu, o czym wspominałem. Nie żądał, by myśleć dokładnie tak, jak on. Byleby tylko mieć na względzie czynienie prawdy w miłości. „Veritatem facere in caritate” – to hasło tak ważne było na KUL-u, do czego też Prymas Wyszyński bardzo się przyczynił. Czynić prawdę w miłości, nie tylko głosić prawdę, ale ją czynić. To właśnie hasło wybrałem sobie na moją dewizę biskupią.

Rozmawiała Maria Czerska.

CZYTAJ DALEJ

Caritas ciągle pomaga

2020-05-29 09:34

xap

Choć wokół nas panuje pandemia to jednak Caritas nie zapomina o swoich podopiecznych. I nie dotyczy to tylko bardzo energicznie działającej Caritas diecezjalnej, ale także Parafialnych Zespołów Caritas.

Dobrym przykładem jest tu Parafialny Zespół Caritas z parafii pw. św. Mikołaja w Głogowie. Jak wyjaśnia pani Stefania Wiśniewska – Nasz parafialny zespół ma pod opieką ok. 120 osób. To także 99 osób objętych dodatkowo pomocą w ramach programu FEAD. I chociaż jest wirus to my jednak staramy się pomagać. W tym czasie dyżur pełnimy we dwie. Część osób, wiadomo, została w domu, bo są starsze lub chore.

Każdego miesiąca, w trzecią niedzielę miesiąca PZC zbierał ofiary do puszek na rzecz potrzebujących. Zawsze mieliśmy te pieniążki na bieżącą pomoc. - Teraz było troszkę gorzej, bo mniej osób było w kościele. Liczymy, że teraz się to zmieni – dodała pani Wiśniewska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję