Reklama

Rodzina

Powinni być martwi, a urodzili się żywi

W Polsce rocznie wykonuje się ponad 100 tys. tzw. legalnych aborcji. Liczba ta sukcesywnie wzrasta. W Sejmie podjęto już trzy próby nowelizacji ustawy o całkowitym lub częściowym zakazie aborcji. Po nagłośnieniu morderstwa chłopca z zespołem Downa, dokonanego w Szpitalu im. Świętej Rodziny w Warszawie, powstał obywatelski projekt całkowitego zakazu aborcji, który trafił pod obrady Sejmu

Karol był dzieckiem planowanym, wyczekiwanym. Idąc na USG, nie myślałam o żadnych chorobach, o ciężkiej grypie, którą przeszłam w drugim miesiącu ciąży. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, czy to jest chłopiec, czy dziewczynka. Badanie w piątym miesiącu wykazało choroby dziecka. W jednej chwili zawalił nam się cały świat. Karol miał częściowo niewykształcone spoidło mózgu. W szóstym miesiącu okazało się, że ma przepuklinę przeponową. A to była już wada zagrażająca życiu. Przez dziurę w przeponie narządy wewnętrzne: jelita, śledziona przemieszczały się do klatki piersiowej i uciskały płuca. Nie wiadomo było, czy płuca się rozwiną. Sam poród był także niewiadomą – czy Karol go przeżyje. Na szczęście lekarze byli dla nas wsparciem. Nigdy nie sugerowali aborcji. Postanowiliśmy z mężem czas do porodu maksymalnie wykorzystać. Była piękna, ciepła pora roku. Chodziliśmy na długie spacery po Krakowie. Mieliśmy wsparcie od innych rodziców chorych dzieci, których nigdy nie widzieliśmy. Czas poświęciliśmy na modlitwę i na Msze św. Nigdy dotąd nie byliśmy tak nakręceni irracjonalną siłą. Zdaję sobie sprawę, że to łaska Boża nas prowadziła.

Nie dawali mu trzech lat życia

Karol urodził się przez cesarskie cięcie i od razu został przewieziony na intensywną terapię. Przez pewien czas był w stanie krytycznym. Lekarze dawali mu kilka dni życia. Jego stan się ustabilizował. Przeszedł pierwszą operację. Przeżył pół roku na intensywnej terapii. Potem jeszcze rok w szpitalu z respiratorem. Zabraliśmy go w końcu do domu. To był najtrudniejszy dla nas czas. Spaliśmy z przerwami po dwie godziny na dobę. Ciągle włączały się alarmy Karolka. Ja dodatkowo zachorowałam na zapalenie wątroby. Byłam leczona interferonem – to taka „mała chemia”. Bardzo źle ją znosiłam. Nie mogłam się ruszać z powodu dużego bólu stawów. Cała opieka nade mną i synkiem spadła na męża. W końcu kolejny raz podjęliśmy z lekarzem próby odłączania Karolka od respiratora. Po dwóch latach życia został od niego uwolniony. Teraz Karol ma osiem i pół roku, a jego stan to cały czas wielka tajemnica. Miał i jeszcze ma sporo problemów ze zdrowiem. Mniejszych i większych. Ma obustronną głuchotę i wszczepiony implant ślimakowy. Słyszy, ale nie mówi. Samodzielnie je, lecz wszelkie płyny musi mieć podawane dożołądkowo. Ma porażoną strunę głosową i się zachłystuje. Chodzi przy balkoniku albo prowadzony za rękę. Lekarze nie dawali mu tylu lat życia przy funkcjonowaniu jak obecnie.

Wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą twarz Karolka

Karol to kilka porządnych cudów. Miał najgroźniejsze pierwotne, utrwalone nadciśnienie płucne. Lekarka powiedziała, że schorzenie tego rodzaju nigdy nie cofa się samoistnie. Trzeba wykonać przeszczep płucoserca. W wypadku mojego synka byłoby to niemożliwe. Po pewnym czasie nadciśnienie się cofnęło. Stwierdzono u niego w 3 przewężenie tchawicy. Spowodowała to rurka tracheostomijna. Pulmonolog nie mógł uwierzyć, że dziecko jest wydolne oddechowo i nie sinieje. Podczas kolejnej wizyty okazało się, że przewężenie zmniejszyło się i wystarczy jedynie balonikowanie. Zalecono ok. 6 takich zabiegów. U Karola wystarczyły 2. Zdaniem ortopedy, to niesamowite, że syn siedzi po tak długiej hospitalizacji i leżeniu. Jego kręgosłup jest w niezłym stanie.

Reklama

Karol chodził do przedszkola. Teraz uczęszcza do specjalnej szkoły. Ma wspaniałych nauczycieli, ukochanego pana od muzyki. W szkole mówią, że gdy ktoś ma gorszy dzień, wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą buzię Karolka, aby przepędzić smutki. W tym roku synek przystąpi do Pierwszej Komunii św. Jest pogodnym dzieckiem. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa. Zosia i Anielka to zdrowe dziewczynki.

Musieliśmy zbudować nowy świat, inny niż ten poukładany, wymarzony sprzed narodzin Karola. Syn otworzył nas na inne perspektywy. Zrozumieliśmy, że nasze dotychczasowe plany nic nie znaczą. Trzeba nauczyć się żyć inaczej. Najważniejsze, że w tym naszym egzystowaniu doświadczamy Boga.

Machina śmierci

Historia małego Karolka, opowiedziana przez jego mamę – Annę Kasprzyk, może pomóc podjąć właściwą decyzję kobietom stojącym na zakręcie i monitowanym przez lekarzy, którzy straszą szybkim upływem czasu, który został na, jak mówią – pozbycie się kłopotu. A może skłoni do refleksji zwolenników zabijania dzieci i uświadomi im, że tak mało wiedzą o Bożych planach dotyczących ludzkiego życia. Oby w świadomości naszych posłów, którzy ustalają prawo aborcyjne, pojawiła się iskierka wątpliwości, która zatrzyma wydanie wyroku na zabicie niepełnosprawnych, nienarodzonych dzieci. Jak dotąd machina śmierci, którą jest przemysł aborcyjny, zbiera obfite żniwo.

Reklama

W ubiegłym roku przepadł w Sejmie obywatelski projekt ustawy całkowicie zakazującej wykonywanie aborcji. Nie był to odpowiedni czas na składanie takich wniosków. Przeżywaliśmy gorączkę kampanii wyborczych. Czekała nas całkowita zmiana władzy i Polacy byli skupieni głównie na tym.

Poprzedni projekt zaostrzający ustawę aborcyjną, by broniła prawa do życia dzieci chorych, spotkał się natomiast z dużym zainteresowaniem i wywołał żywą dyskusję. Wprawdzie 27 września 2013 r. przepadł w Sejmie, ale wystąpienie pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Aborcji” Kai Godek wywołało bardzo ostrą reakcję posłów lewicy. Ówczesna marszałek Sejmu Ewa Kopacz zabroniła nawet prelegentce używania określenia „zabijanie dzieci”. Widocznie uszy posłów są zbyt delikatne, aby słuchać podobnych okropności. A według Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, życie ludzkie trwa od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. – Na dziecko z zespołem Downa patrzy się jak na człowieka, który żyje dlatego, że badania się pomyliły, matka je zlekceważyła lub zrobiła dziecku łaskę i pozwoliła mu się urodzić. Tak nie może być – powiedziała wówczas Kaja Godek, matka 4-letniego synka z zespołem Downa. W Polsce abortuje się dzieci z zespołem Downa, zespołem Turnera i wieloma innymi chorobami, których lista nie została przez Ministra Zdrowia ujawniona. Pozostaje to tajemnicą lekarską, za którą może kryć się wiele nadużyć.

Jak naturalne poronienie...

Obowiązujące prawo aborcyjne zakłada w określonych przypadkach możliwość dokonania zabiegu do końca 3. trymestru ciąży. Zdarza się, że wyjątkowe przypadki są podobne do historii 14-letniej dziewczyny, która bulwersowała opinię publiczną przed kilkoma laty. Otóż dziewczyna zaszła w ciążę ze swoim kolegą z klasy. Dowodzono nieprawdy o gwałcie. Matka dziewczyny z grupą propagatorek aborcji wywierała nacisk na niezdecydowaną córkę. Kilka szpitali odmówiło dokonania zabójstwa, zrobił to dopiero wyznaczony przez Ministerstwo Zdrowia szpital w Gdańsku. Matka dziewczyny złożyła pozew do Strasburga o odszkodowanie za utrudnianie procederu. I wygrała.

Legalnie przeprowadza się aborcje eugeniczne, które dotyczą usunięcia upośledzonego lub nieuleczalnie chorego płodu. Aby się przekonać, czy dziecko urodzi się zdrowe, trzeba wykonać badania prenatalne, które są inwazyjne. W późniejszym czasie mogą zagrozić utrzymaniu ciąży. Test przesiewowy nie daje odpowiedzi na pytanie o stan zdrowia dziecka, USG natomiast pozwala wykryć wady u niego dopiero w 5. lub 6. miesiącu ciąży. Kobieta, która decyduje się na długie, trwające wiele tygodni, i żmudne badania, dostaje niepomyślną diagnozę. I słyszy wówczas od lekarza słowa: Jest dla pani wyjście. To będzie wyglądało tak jak naturalne poronienie. W rzeczywistości różnie to wygląda. Zdarzają się przypadki urodzenia żywych dzieci, które w łonie matki dożyły 28. tygodnia. O tych zastraszających historiach, dokonujących się także w polskich szpitalach, mówi Maria Bienkiewicz – długoletnia obrończyni życia nienarodzonych oraz pracownica fundacji Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. – Zdarzają się ginekolodzy, którzy niemal doszukują się chorób genetycznych. Do takiego lekarza zgłasza się kobieta będąca w trudnej sytuacji życiowej, mająca kilkoro dzieci, i słyszy słowa: Dziecko ma problemy zdrowotne, może pani zakończyć ciążę. Zdesperowana, często pozostawiona sama sobie godzi się z tą decyzją. Zostaje wywołany przedwczesny poród. Jest zasada, że matka nie może widzieć rodzącego się dziecka. Dostaje środki odurzające. W szyjce macicy ma założony preparat wywołujący jej skurcze. Leży otumaniona z podłożoną miską. O niczym nie wie. Dziecko rodzi się, wpada do tej miski. Ono żyje. Długi czas kwili, wydaje odgłosy życia. Nikt z personelu się nim nie interesuje. Szpitale stosują „procedurę odstąpienia od reanimacji”. Czasami bywa tak, jak w jednym z wrocławskich szpitali – na przełomie stycznia i lutego 2014 r. w 23-24 tygodniu ciąży w trakcie sztucznego porodu urodziło się żywe dziecko, które ważyło 700 g. Lekarze przystąpili do reanimacji i zaintubowali dziecko. Dlaczego dziewczynce udzielono pomocy? Znaleźli się świadkowie tego wydarzenia i obawiano się nagłośnienia sprawy. W sierpniu tego samego roku w Opolu w wyniku cesarskiego cięcia urodziło się dziecko z zespołem Downa. Żyło. Bez żadnej pomocy umierało przez 4 godziny.

W Niemczech żyje kilkunastoletni chłopiec, który przeżył aborcję. Odstawiono go gdzieś na bok. Męczył się 10 godzin, w końcu ktoś nie wytrzymał i udzielił mu pomocy. Zatrważające, że los takiego małego człowieka zależny jest od kondycji psychicznej lekarzy. Według statystyk, w wyniku indukowanego porodu 15 proc. dzieci przychodzi na świat żywych. Ze sprawozdań rządowych wynika, że w wyniku takich procedur codziennie umiera dwoje dzieci. – W latach 60. ubiegłego wieku – wspomina prof. Roman Czekanowski – przedwcześnie urodzone dzieci były topione w wiadrach z wodą lub wystawiane na mróz, aby zamarzły. W statystykach szpitalnych wpisywano, że urodziły się martwe. Dziś umierają w naczyniach na odpady, odstawione gdzieś na bok. Położne mają zakaz udzielania pomocy maleństwom. Strach przed utratą pracy paraliżuje ich działania. Żyją w ciągłym stresie. Wiedzą dobrze, co się dzieje na oddziałach położniczych, i nie mogą nic zmienić. Niektóre nie wytrzymują tej presji i odchodzą z pracy. I wówczas zaczynają mówić. Mogą także, jak lekarze, odmówić wykonywania takich zabiegów. Przez kierownictwo nie jest to jednak dobrze widziane.

Twarde sumienia

Okres PRL-u był rajem aborcyjnym. Dokonywano zabiegów na życzenie, jak usunięcia zepsutego zęba. Kobiety robiły to w dużej mierze z niewiedzy. Panował pogląd, że dziecko przeznaczone do aborcji to zespół komórek, zygota, jakiś niewykształcony twór wielkości ziarnka fasoli. Przemysł aborcyjny żerował na niewiedzy kobiet. Lekarze wiedzieli, co robią. Zdarzali się wśród nich tacy, którzy aby odwieść pacjentkę od zabiegu, roztaczali przed nią makabryczną wizję rozczłonkowanych nóżek, rączek. Na nic się to zdało. Jedna pacjentka po wyjściu z takiego gabinetu stwierdziła stanowczo: – To jakiś sadysta. Opowiadał mi niestworzone historie i napawał się moim wzburzeniem. Rewolucji w świadomości kobiet dokonał dopiero słynny „Niemy krzyk”, nakręcony przez amerykańskiego lekarza Bernarda Nathansona, człowieka, który w swojej przeszłości zawodowej otworzył klinikę aborcyjną i był odpowiedzialny za 75 tys. tego typu zabiegów. Przyczynił się także do zalegalizowania aborcji w Stanach Zjednoczonych. Po zabiegu oglądanym przy pomocy ultrasonografu zaprzestał swoich praktyk. – Nie ma żadnej różnicy między 12-tygodniowym a 28-tygodniowym płodem – mówił. – Dokonywanie zabiegu przerwania ciąży jest dzieciobójstwem. Zabijany płód doznaje takich samych cierpień jak dorosły torturowany skazaniec. Nathansona oskarżano o manipulacje, ale on przyznał się, że manipulował badaniami w okresie aborcyjnym, a nie późniejszym.

Aż dziwne, że kobiety bogate w taką wiedzę, która dobitnie uświadamia im, że zabijają ukształtowanego już człowieka, który się boi i ucieka przed narzędziami chirurgicznymi, nadal decydują się na taki zabieg. Wiele z nich robi to z braku dostatecznej wiedzy, z powodu zastraszenia i przerażenia nową sytuacją. W chwili otrzymania wiadomości o uszkodzeniu płodu potrzebują wsparcia lekarza, bliskich, aby podjąć odpowiedzialną decyzję. Kalekie dziecko to nie koniec życia. To – zdaniem pani Ani z Krakowa – budowanie od podstaw innego świata, w którym, tak jak w każdym innym, będą blaski i cienie. Ojciec dziś już kilkuletniej Martynki, widząc zmagania rehabilitacyjne swojej córeczki, która urodziła się z zespołem Downa i wadą serca, stwierdza: – Te upośledzone dzieciaczki jakby podświadomie rozumieją, że są trochę inne, i dają z siebie wszystko. Ich cierpliwość i samozaparcie są godne podziwu – to zupełnie niedostrzegany wymiar człowieczeństwa upośledzonych.

Dzieci, które przeżyły

O tym, jak wielka jest wola życia, świadczą zanotowane przypadki żywych narodzin w wyniku nieudanych aborcji w Stanach Zjednoczonych. Żyje tam 44 tys. takich osób – są namacalnym świadectwem tych zbrodni. W 1977 r. w 6. miesiącu, po nieudanej aborcji, urodziła się zupełnie zdrowa Melissa Ohden. Tak samo jak Josiah Presley – południowokoreański chłopczyk, który urodził się ze zniekształconą lewą ręką i potem został adoptowany przez amerykańską rodzinę, czy Gianna Jessen – najbardziej znana ofiara aborcji, obecnie gorąca propagatorka walki o zaprzestanie aborcyjnych praktyk. – Kiedy mnie zobaczyli, doświadczyli horroru morderstwa. Byłam ślepa i poparzona, powinnam być martwa, a urodziłam się żywa – mówi w filmie nagranym na płytę. Została adoptowana. Po kilku miesiącach wykryto u niej porażenie mózgowe, będące wynikiem niedotlenienia mózgu podczas zabiegu. Lekarze prognozowali, że Gianna nie będzie mogła nawet podnieść głowy. Dziś jeździ po całym świecie i głosi ewangelię życia. – Kiedy słyszę, że należy dopuścić aborcję w sytuacji, gdy dziecko może być upośledzone, to w moim sercu rozgrywa się horror. Cóż to za arogancja silnych, którzy chcą decydować, kto może żyć, a kto nie?! A przecież tym, co ich samych utrzymuje przy życiu, jest miłosierdzie Boga, nawet jeśli oni Go nienawidzą – powiedziała Gianna w amerykańskim Kongresie i w brytyjskim parlamencie. A te kraje są prawdziwym rajem aborcyjnym. W USA na skutek poparcia Baracka Obamy zabija się dzieci w późnych miesiącach ciąży, tak samo w Wielkiej Brytanii, Niemczech. A zdarzają się przypadki, że dziecko, które z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych szans na przeżycie, jednak rodzi się zdrowe. Tak było w Wielkiej Brytanii w przypadku małej Amilli. Tamtejsi lekarze mają obowiązek ratować dziecko, które rodzi się po 24. tygodniu ciąży. U matki Amilli ciąża była zagrożona. Kobieta w szpitalu walczyła ze swoim organizmem o każdy dzień, chciała dotrwać do owego magicznego 24. tygodnia. Zdesperowana, wykorzystując dużą wagę dziecka, oszukała lekarza, który powiedział: – Płód ma 23 tygodnie i 6 dni, więc będę ratował. Mała urodziła się z przezroczystą skórą i zrośniętymi oczami. Zaczęła płakać. Dziś jest zdrowym, normalnie rozwijającym się dzieckiem.

Człowiek ze swoją butą i arogancją wiedzy chce być panem życia i śmierci. A ingerencja w Boże działania przynosi nieoczekiwane skutki. Wobec tylu oczywistych dowodów ciekawe, co musi się stać, aby obudzić nasze sumienia, aby upomnieć się o prawo do życia dla tych najbardziej bezbronnych.

Pocieszające jest to, że młode pokolenie sprzeciwia się aborcji. Majowe badanie sondażowe IBRIS nie pozostawia złudzeń. Większość Polaków jest za całkowitym zakazem aborcji.

2016-09-28 08:34

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kraków: w sobotę ogólnopolska pielgrzymka rodzin dzieci utraconych

2020-06-04 10:56

[ TEMATY ]

rodzina

modlitwa

Adobe Stock

Wspólna modlitwa zgromadzi w najbliższą sobotę 6 czerwca w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach przybyłe z całej Polski rodziny dzieci utraconych.

Pielgrzymka jest adresowana przede wszystkim do rodzin, które przedwcześnie utraciły swoje dzieci, nienarodzone i narodzone, bez względu na wiek dziecka i okoliczności jego śmierci. Rodziny proszone są o przywiezienie ze sobą karty z imieniem swojego dziecka oraz świecę. Zmarłe dzieci pragniemy zawierzyć Bożemu Miłosierdziu.

Pielgrzymka rozpocznie się wspólną modlitwą Anioł Pański w południe 6 czerwca, a następnie Mszą świętą pod przewodnictwem bp. Jana Zająca. Po Eucharystii kolejnym punktem będzie adoracja Najświętszego Sakramentu połączona z koronką do Bożego Miłosierdzia oraz aktem zawierzenia zmarłego dziecka Bożemu Miłosierdziu.

Wszystkie rodziny przeżywające stratę dziecka, które w związku z aktualną pandemią nie będą mogły przyjechać, zachęcamy do łączności duchowej i uczestnictwa za pomocą internetu – TV Miłosierdzie (www.milosierdzie.pl oraz na kanale YouTube „sanktuariumbozegomil”).

Organizatorzy proszą, aby rodzice przywieźli ze sobą karty z imieniem swojego dziecka oraz świecę. Imiona dzieci zapisane na kartach zostaną złożone na ołtarzu. Jeśli rodzice nie mogą osobiście przybyć na pielgrzymkę, mogą wpisać imię dziecka w specjalnej Księdze Dzieci Utraconych na stronie www.du.milosierdzie.pl.

Koordynatorem pielgrzymki jest ks. dr Janusz Kościelniak, posługujący od 2009 r. w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie. Duszpasterstwem rodziców dzieci utraconych opiekuje się od kilku lat. Prowadził dwa razy rekolekcje dla rodziców, w każdym miesiącu odprawia Mszę św. z adoracją Najświętszego sakramentu dla rodziców w żałobie po śmierci dziecka. Był współorganizatorem dwóch Pielgrzymek Rodziców Dzieci Utraconych do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Z okazji jednej z nich powstał Modlitewnik dla Rodziców Dzieci utraconych. Od 7 stycznia jest duszpasterzem rodzin dzieci utraconych w archidiecezji krakowskiej.

Dzień Dziecka Utraconego przypada na całym świecie 15 października. To dzień szczególnej pamięci o dzieciach zmarłych przed narodzinami i o ich rodzinach. Statystyki wskazują, że około 10–15% wszystkich ciąż kończy się poronieniem, z czego do 80% poronień dochodzi w pierwszym trymestrze ciąży. Jest to zawsze dramatyczne przeżycie dla rodziców i całej rodziny.

W wielu miastach w Polsce odprawiane są tego dnia Msze św. w intencji zmarłych dzieci oraz ich rodziców. Organizowane są też spotkania, podczas których rodzice mogą podzielić się swoim bólem oraz doświadczyć wspólnoty z osobami, które również przeżyły śmierć dziecka.

CZYTAJ DALEJ

Kościół musi być przeźroczysty

2020-05-29 20:38

Agnieszka Bugała

Ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski podczas Forum Młodych w listopadzie 2019 r. we Wrocławiu

Wywiad z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim stał się przedmiotem wielu komentarzy medialnych i oskarżeń pod adresem naszego tygodnika. „Niedziela” od zawsze stoi po stronie prawdy i przeciwstawia się wszelkim patologiom, niezależnie od tego, gdzie one miały – lub mają – miejsce. Ochrona dzieci przed nadużyciami ze strony dorosłych jest naszym najwyższym nakazem i zawsze będziemy ją stawiać na pierwszym miejscu. Podjęliśmy decyzję o ponownej publikacji wywiadu, by przeciąć falę niepotrzebnych spekulacji i ataków na naszą redakcję. Treści zawarte w publikowanym poniżej tekście w zakresie oceny postaw niektórych osób są prywatnym stanowiskiem rozmówcy, za które redakcja nie ponosi odpowiedzialności.

Ks. Jarosław Grabowski
Redaktor Naczelny
Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

* * *

O tym, dlaczego wystąpił w filmie braci Sekielskich i co dalej z oczyszczaniem Kościoła z ks. Tadeuszem Isakowiczem – Zaleskim rozmawia Agnieszka Bugała

- Agnieszka Bugała: Księże, poprosiłam o tę rozmowę, bo po premierze drugiego filmu Sekielskich my, świeccy wierni, jesteśmy zdezorientowani. Z jednej strony słyszymy o zatrważającym procederze przenoszenia kapłanów-pedofili do innych parafii, z drugiej słyszymy, że samo mówienie o tym i wskazywanie winnych procederu jest szkodzeniem, szkalowaniem i atakiem na Kościół. Nie jestem dziennikarką śledczą, ale jako katolicki dziennikarz mam prawo zapytać katolickiego księdza, który zdecydował się wziąć udział w tym filmie, o powód.

- Ks. Isakowicz – Zaleski: Może mnie pani pytać o wszystko, zobaczymy co z tej naszej rozmowy uda się pani opublikować.

- Po emisji pierwszego filmu braci Sekielskich pt. „Tylko nie mów nikomu” reakcje hierarchów były różne – od prymasa, który za pedofilię w Kościele przepraszał, po abp. Sławoja Leszka Głódzia, który filmu nie widział, ale powiedział do jednej z kamer, że „ma inne zajęcia i nie ogląda „byle czego”. Okazało się również, że główny informator współpracujący z Sekielskim, Marek L. okazał się oszustem. Czy to Księdza nie zniechęciło do udzielenia twarzy i głosu sprawie?

- Uważam, że należy mówić na ten temat w różnych miejscach, nie tylko w tych, które są związane z Kościołem, ale także w tych, które są z dala od Kościoła, bo problem jest bardzo ważny i nie widzę przeciwskazań. Co do oszusta – to był jeden z elementów poprzedniego filmu, ale oprócz – zdemaskowanego zresztą – jednego oszusta, film pokazał wiele prawdziwych rzeczy w tej sprawie i dowiódł, że mówienie na ten temat ma ogromne znaczenie społeczne. Ja nie zgłosiłem się do udziału w filmie. To twórcy zgłosili się do mnie, przyjechali i nagrali moją wypowiedź. Warunek, jaki postawiłem to aby tego, co powiem nie cenzurować.

- Mam wrażenie, że poruszamy się na dwóch płaszczyznach – z jednej strony problem pedofilii w Kościele – i stosunek do niej wielu wydaje się być jasny – z drugiej – mówienie o problemie, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest oceniane jako bezpośrednie uderzenie w Kościół.

- To najczęściej powtarzany błąd, niestety firmowany przez ludzi Kościoła. Nie uderza w Kościół ten, kto wskazuje i demaskuje zło, jakie ma miejsce, ale ten, kto próbuje to ukryć. Przenoszenie księży z parafii na parafię, lekceważenie ofiar i bólu, który im zadano – to jest uderzenie w Kościół. To wymaga oczyszczenia, naprawy.

- Filmy barci Sekielskich mają specyficzną konstrukcję. Po drugiej części widać, że jest to metoda, nie przypadek. Mam na myśli filmowanie ukrytą kamerą osób, które film pokazuje jako podejrzane, ale jeszcze nie skazane prawomocnym wyrokiem. A jednak w Polsce każdy, nawet przestępca z wyrokiem, ma prawo do ochrony swojego wizerunku. Podam przykład z dziennikarskiego podwórka: Kiedy robię materiał w więzieniu w Wołowie – a są tam osadzeni z dużymi wyrokami, to więzienie o zaostrzonym rygorze – muszę każdego z moich rozmówców poprosić o pisemną zgodę na fotografowanie i opublikowanie nie tylko jego twarzy, ale czasem tyłu głowy, bo jest tam, np. rozpoznawalny tatuaż. W filmie mamy zupełnie inne metody pracy. Czy Księdzu to nie przeszkadzało? Nagrywanie bez zgody rozmówców? Siostra zakonna, przyłapana kamerą w zakrystii, która się rozpłakała i pobiegła przed ołtarz?

- O ile pamiętam film, to osoby nagrywane ukrytą kamerą nie były wymieniane z imienia i nazwiska. Obejrzałem film i nie ma tam niczego, czego bym nie wiedział wcześniej.

Jeśli chodzi o siostrę zakonną, to uważam, ze zrobiono z niej kozła ofiarnego. Znam siostry zakonne, szanuję je i cenię, ale one są bezradne. W systemie polskiego Kościoła nie mają nic do powiedzenia. Opisywałem w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim w książce pt. „Chodzi mi tylko o prawdę” w 2012 r. przypadek w diecezji krakowskiej – nawet zeznawałem w sądzie kościelnym w tej sprawie – że molestowania wobec ministranta dokonywał proboszcz, który ma gigantyczną teczkę w IPN, zwerbowano go z powodów homoseksualnych – świadkiem był wikary i siostra zakonna. Siostra zakonna złożyła zeznania, ale naciśnięto na nią, szybko je wycofała i została przeniesiona. Ale ja nie mam żalu do tej siostry, ten system tak działa. A w filmie? Cóż ta biedna siostra miała zrobić? Jeśli jakiś fragment w filmie miałbym zakwestionować, to właśnie ten. Ta scena nie była potrzebna, wszyscy w tej społeczności wiedzą kim jest siostra a ona nie była sprawcą, żeby ją nagabywać.

- Ale gdy chłopak z kamerą wchodzi do pustego korytarza to wiemy, z logiki filmu, kogo chce spotkać, zresztą później spotyka i nagrywa Arkadiusza H. w kaplicy szpitalnej…

- Tyle, że problem tego wszystkiego leży w zupełnie innym miejscu. Gdyby Kościół chciał, jasno, wyraźnie i skutecznie, zwalczyć pedofilię i wszystkie inne zażyłości, bo to nie jest jedyny nierozwiązany systemowo problem w Kościele, to byśmy takich filmów nie musieli kręcić. Dopóki nie ma odwagi tego przeprowadzić, to daje amunicję wszystkim innym środowiskom, także, albo przede wszystkim, nieprzychylnym Kościołowi. Podstawowym błędem Kościoła od roku 1990 – według mnie – jest grzech zaniechania. To było bardzo wyraźne widać przy sprawie abp Paetza w 2002 r. , oraz lustracji w 2006 r., gdy konkretni hierarchowie blokowali i tuszowali tę sprawę.

Pierwszy film braci Sekielskich, niezależnie jak byśmy to oceniali, powinien przynieść konkretne działania Kościoła. Niestety, nie przyniósł. Jeśli dziś mamy mieć do kogokolwiek pretensje – mówię to z pełną odpowiedzialnością – to nie do dziennikarzy, którzy są mniej, lub bardziej tendencyjni, ale do władz kościelnych, które tego nie zrobiły i nie widzą potrzeby oczyszczenia. Różne deklaracje, które padają, są deklaracjami pustymi, za którymi nie idzie żadne działanie. Dziś jesteśmy w sytuacji, w której Kościół sam sobie przygotował grunt pod to, że oddał pole innym osobom – które kręcą filmy, przygotowują publikacje, które wyjaśniają te sprawy. Bardzo wyraźnie odczułem to w roku 2006 r., gdy byłem zwolennikiem samolustarcji przez Kościół, ale kard. Dziwisz to zablokował, zamiótł pod dywan i przez 14 lat nic nie zrobił w tej sprawie. To samo w sprawie abp Paetza, dlatego te sprawy będą ciągle wracały, bo błąd jest po stronie Kościoła.

- Na czym polega ten błąd?

- Składają się na niego trzy elementy. Pierwszy to mentalność z czasów komunizmu, że Kościół jest oblężoną twierdzą i żadną miarą nie można rozwiązywać jego problemów w sposób jawny, publiczny. O ile w czasach komunizmu było to uzasadnione – Kościół był atakowany, był IV wydział SB, który zwalczał Kościół, itd. – to teraz już nie jest, przecież od 30 lat żyjemy w wolnym kraju, w wolnym państwie i nie ma żadnego powodu, żeby Kościół miał dalej stosować tę zasadę oblężonej twierdzy. Drugi powód to lekceważenie opinii publicznej. Wielokrotnie spotykałem się z takimi słowami: „Pokrzyczą dziennikarze, napiszą, wszystko ucichnie”. Ale jest trzeci, moim zdaniem bardzo ważny i o tym chciałem powiedzieć w filmie: zło pochodzi od tzw. mafii lawendowej, czyli księży, coraz liczniejszej grupy, homoseksualistów, powiązanych ze sobą w wielu sprawach, będących czasem dla siebie wzajemnymi partnerami, którzy tuszują nie tylko te sprawy – i to było widać przy lustracji, gdzie kard. Dziwisz wprost mi powiedział, że nie mogę pisać o homoseksualistach. Te trzy powody blokują możliwość oczyszczenia i nie widzę możliwości zmiany. Nie wierzę już w deklaracje księdza Prymasa. Bo cóż z nich wynika? Wychodzi godzinę po filmie… A jakby filmu nie było, to by nie było reakcji?

- Ale mamy też sytuację bez precedensu – po raz pierwszy, godzinę po filmie, który sugeruje popełnienie i ukrywanie przestępstwa w Kościele – dwóch hierarchów wydaje sprzeczne oświadczenia. Prymas mówi „że nie dochowano obowiązujących w Kościele standardów ochrony dzieci i młodzieży”, a kuria kaliska, w imieniu bp. Janiaka pisze w oświadczeniu, że „podjęta została współpraca z prokuraturą zgodnie z przepisami prawa karnego. Jednocześnie wszczęto wstępne postępowanie kanoniczne, powiadomiono Kongregację Nauki Wiary”…

- I to jest wielka radość dla tych, którzy wierzą, że tylko filmy Sekielskich są w stanie pokazać nie tylko przestępstwa, które Kościół ukrywa, ale też bezradność Kościoła. Bardzo słusznie to pani zauważyła, ale rodzi się pytanie: Na co Ksiądz Prymas czekał? Na film?

- Czy myśli Ksiądz, że Ksiądz Prymas wiedział wcześniej o tym niedopełnieniu, o którym mówi w oświadczeniu?

\r\n

- Proszę pani, mogę powiedzieć z cała pewnością i zobaczy pani analogię – o lustracji i o problemach z homoseksualistami wiedzieli wszyscy po kolei dostojnicy kościelni, z którymi rozmawiałem, łącznie ze wspominamy już kard. Stanisławem Dziwiszem. Ale jaka była ich rada? „Wrzuć to pieca, na co ci to jest potrzebne, nikt się historią nie interesuje”, itd. Ale kiedy byłem uparty i dalej prowadziłem badania, to dwa razy kardynał zaatakował mnie publicznie – wysyłając komunikaty, dając zakaz publikowania. Gdyby Kościół sam chciał to zrobić, to by zrobił. „Nie widziałem, pierwszy raz słyszę” – to są takie wymówki, które w tych sprawach brzmią dziecinnie.

- Ksiądz jest historykiem, zna wartość dokumentów w przygotowaniu jakiejkolwiek publikacji, porozmawiajmy jeszcze chwilę o rzetelności warstwy dokumentacyjnej filmu, bo jednak po premierze Prokuratura Krajowa wydała ważne oświadczenie. Z dat, które prokuratora podała wynika, że we wrześniu 2019 r. wpłynął zarzut przeciw Arkadiuszowi H. W filmie wyemitowanym 17 maja 2020 r. nie pada ta informacja. Jest za to sugestia, że nie ma współpracy między kurią i prokuraturą. To rzuca cień na wiarygodność filmu, wręcz sugeruje manipulację faktami. Gdy odkrywamy elementy manipulacyjne, to tracimy zaufanie.

- A moje zaufanie do ludzi Kościoła, a jestem księdzem od 40 lat, podważają te wszystkie „nie wiem”, „nie słyszałem”, „nie jestem kompetentny”, „to tamten biskup”, „ja byłem tylko pomocniczym” – i tak piłeczka lata, a ofiar przybywa. Kościół jest instytucją, ma dwa tysiące lat i równocześnie jest to Kościół, który naucza – mówi politykom co jest dobre, a co złe, naucza społeczeństwo – ma rolę mentora, ma taki mandat i to jest rola, którą ja akceptuję i wspieram, ale jeśli zaczyna się wikłać w myślenie, że on funkcjonuje na innych zasadach i w gruncie rzeczy sam swoich orędzi nie wypełnia, to ja jestem zaniepokojony i będę reagował.

Wie pani, co mnie zaniepokoiło w tym filmie najbardziej? Odpowiedź biskupa Janiaka, który, w sądzie, na wyraźne pytanie, czy pan – forma jest tragiczna, ale tak do niego mówiono, niestety – wiedział o tych sytuacjach, odpowiada: „Nie mogę powiedzieć tak, i nie powiem nie”. To jest rzecz, która dyskwalifikuje go do dalszego bycia zarządcą diecezji.

- W jednym z wywiadów apelował Ksiądz, by podał się do dymisji…

- Dlatego, że podstawową zasadą ewangeliczną, której wymaga się od każdego kleryka, jest zasada „niech mowa wasza będzie ta-tak, nie-nie, a co jest nadto od diabła pochodzi”. Jeżeli biskup, w sądzie, w obecności kamer sądowych, mówi takie rzeczy, to znaczy, że on kompletnie odszedł od tej zasady. I to nie jest już taka kwestia, czy prokuratura wcześniej wiedziała, czy później. Ja patrzę na Kościół i widzę, że biskup nie potrafi powiedzieć prawdy publicznie, w sądzie. I to jest szok.

Ale jest jeszcze druga, szokująca wypowiedź w tym filmie, jednego z braci – że biskup powinien także troszczyć się od dusze krzywdzonych, którzy bardzo często, z tego powodu, odchodzą z Kościoła, a nie tylko dbać o los sprawcy. To wypisz wymaluj sytuacja moja sprzed 14 lat. Kiedy ja mówiłem o ofiarach to nie było ważne, najważniejsze było to, aby broń Boże sprawca nie poniósł konsekwencji. Kard. Dziwisz powołał w Krakowie komisję „Pamięć i Troska”, na której czele stanął Jan Szkodoń – dzisiaj sam ma problemy, bo jest oskarżany o zachowania pedofilskie – który wydał ogromny dokument. I w tym dokumencie nie ma ani jednego słowa „ofiara”, w ogóle to pojęcie nie istnieje! Istnieje pojęcie „dobro Kościoła”, troska, „by osoba nie została pomówiona” – i ja się z tym wszystkim zgadzam, ale nie ma słowa o ofiarach. Z moich rozmów z różnymi ofiarami, to są najczęściej ludzie dorośli, wynika, że mają największy żal do Kościoła o to, że nikt nie chce otoczyć ich ojcowską troską – jest procedura, paragraf, sztuczka, analiza, kto powiedział a kto nie powiedział, nie w tym terminie, nie pod ten adres napisał – to wszystko jest dobre dla adwokatów świeckich, ale nie dla Kościoła.

- Może dlatego, że w tych sprawach mamy do czynienia również z prawnikami, tyle, że kościelnymi?

\r\n

- Ale pokrzywdzeni potrzebują w Kościele nie tylko sprawnych znawców paragrafów, ale pochylenia nad ich raną! To jest prawdziwa, głęboka istota Kościoła. Opowiem historię, która zobrazuje moją diagnozę tego problemu. Młoda kobieta, która była molestowana przez duchownego napisała do nuncjatury. Dostała odpowiedź, po wielu miesiącach, że może zeznawać. I rzeczywiście, pojechała do Warszawy, nuncjusz ją przyjął, wszystko zgodnie z protokołem i konfrontacja – komisja pięciu księży, którzy ją przesłuchują. I ona mówi mi tak: W jaki sposób ja mam mówić o intymnych doświadczeniach, które przeżyłam jako mała dziewczynka, przed pięcioma mężczyznami, którzy każą wypełniać rubryki i podchodzą do tej mojej traumy na zasadzie: formularz, pieczątka? Aż się prosi, żeby w takiej komisji były osoby świeckie, żeby były kobiety, przed którymi łatwiej można się otworzyć, które to rozumieją. Opowiadała zdruzgotana: zero empatii. Wszystko grzecznie, kawka, szczęść Boże, ale żadnej empatii wobec ofiary. I Kościół dlatego przegrywa, oddaje to pole, bo nie stosuje tych najprostszych zasad, które nawet na policji już są – przychodzi psycholog, specjalista, który potrafi odróżnić konfabulację od prawdy, pozwoli się wygadać, stworzy warunki psychologicznego komfortu. No i są kobiety, które niosą pomoc kobietom – to jest naprawdę bardzo ważne, bez tego nie ruszymy dalej.

Też doświadczyłem różnych rzeczy w Kościele i wiem, że chłód i sztywność są na porządku dziennym, a ofiary potrzebują ojcowskiej troski, nie urzędnika w kurii, który załatwia sprawę, wypełnia rubryki i wraca do domu. Musimy tym ludziom zacząć służyć.

- Ja obejrzałam ten film nie tylko jako dziennikarz, ale też jako mama trójki dzieci. I chyba najbardziej zabolała mnie ta sytuacja w kurii, gdy rodzice przychodzą w imieniu swoich dzieci. Zwykliśmy nazywać ordynariuszy diecezji ojcami, a tu mamy sytuację odczuwalnego dyskomfortu – jak najszybciej skończyć to spotkanie, nie wchodzić w szczegóły, no a skoro są dorośli, to niech przyjdą sami.

- To są, niestety mechanizmy, które są powielane od wielu, wielu lat: biją w nas, trzeba się bronić, czyli jesteśmy my i oni.

- Ale czy to jeszcze Kościół Chrystusa?

- Kiedy wyszła książka pt. „Chodzi mi tylko o prawdę” wezwano mnie do kurii krakowskiej na tzw. Radę Kapłańską, gdzie byłem przesłuchiwany – dlaczegoś napisał, czy ty sobie zdajesz sprawę co zrobiłeś, itd. Zostałem potraktowany jako przestępca. Jednak gdy doszło wreszcie do dyskusji merytorycznej, a więc na temat konkretów, to okazało się, że wielu młodych księży, którzy tam byli, zaczęli brać moją stronę mówiąc: No dobrze, ale dokąd się da to tuszować? Jeden z księży profesorów, który był tam obecny, zresztą mój wychowawca z seminarium, powiedział przy wszystkich, że te problemy to są zgniłe beczki z kapustą w budynku, wcześniej czy później beczki eksplodują i będzie smród, nie tylko w piwnicy, ale w całym budynku. Powiedział, że trzeba te beczki wynieść. I ktoś musi to zrobić, choć najlepiej byłoby zrobić to wspólnie.

- Tak, tyle że angażowanie się w „wynoszenie beczek” może skończyć się tak, jak to, co obserwujemy teraz w ataku na Tomasza Terlikowskiego. Wszyscy są zgorszeni jego udziałem w filmie, ale niewielu przypomina o kamieniu młyńskim u szyi, o którym mówił Chrystus w przypadku zgorszenia maluczkich…Czy to jest rzeczywista obrona Kościoła, potrzebna i właściwa?

- Ja nie wiem, czego bronią ci, którzy atakują Terlikowskiego – powiem ryzykownie, że świętego spokoju kurii, ale z pewnością nie Kościoła. Ja znów odwołuję się do wydarzeń z poprzednich lat – bo trzykrotnie to przeżyłem – winny nie jest sprawca, ale ten, który to opisał. A więc jeśli nie piszesz, to jesteś dobrym księdzem, dziennikarzem katolickim, dobrym członkiem Kościoła. Jesteś dobry, gdy przymykasz oczy na zło. A przecież lekarz musi powiedzieć pacjentowi diagnozę, aby móc go leczyć, nie może go oszukiwać, bo gdy nie zacznie się leczyć, to umrze! I to dzieje się w Kościele – ludzie Kościoła uciekają przez diagnozą o nich samych.

- A może nie aż tak, może raczej zasada pani Dulskiej: pierzmy brudy we własnym domu? I to pranie brudów być może się dzieje, ale poza okiem kamer?

\r\n

- Oboje wiemy, że dopóki nie ma skandalu, nie ma reakcji. Dziennikarze to nie są wrogowie Kościoła, to są ludzie, którzy bardzo często zwracają uwagę na słuszne sprawy i trzeba ich wysłuchać, a nawet jeśli ich działania mają być inspiracją, to przyjmijmy ją. Ludzie świeccy są konieczni w strukturach Kościoła, aby on mógł być spójny, kompletny, aby mógł się oczyszczać i zmieniać. Dość takich delegatur, gdzie biskup mianuje księdza, który jest od niego zależny, jest jego panem życia i śmierci i nagle ten podporządkowany z zasady ksiądz ma być delegatem do spraw pedofilii. Nie, niech to będą ludzie świeccy, którzy lepiej to rozumieją jako ojciec, czy matka rodziny, a przede wszystkim są niezależni w wyrażaniu swojej opinii.

- A czy nie jest tak, że gdy włącza się nam mechanizm obrony Kościoła, w niektórych sytuacjach ważny i dobry, to tak naprawdę utożsamiamy kościół hierarchiczny z Kościołem – mistycznym Ciałem Chrystusa i stąd tyle nieporozumień? Stawiamy znak równości między ludźmi Kościoła, którzy są czasem antyświadectwem – z Oblubienicą Chrystusa.

- To nie jest to samo. Kościół musi być jak akwarium – przeźroczysty. Każdy musi móc zobaczyć co tam w środku jest. A co jest najważniejsze w akwarium, aby woda była klarowna o czysta?

- Filtr.

- Tak, potrzebna jest aparatura, która doprowadza tlen i oczyszcza zbiornik. Akwarium zostawione samemu sobie, bez filtra, po pewnym czasie zarasta glonami, a woda mętnieje i ryby umierają. Przejrzystość Kościoła jest konieczna, musi być element, który go filtruje. Prawo kanoniczne tak stanowi, że biskup właściwie przed nikim za nic nie odpowiada.

- Odpowiada, jest jeszcze Stolica Apostolska.

- Tak, ale jeśli ktoś blokuje przepływ informacji między daną diecezją a Watykanem, to papież o niczym może nie mieć pojęcia. To przecież wydarzyło się w przypadku abp Paetza, kiedy dopiero szukająca sprawiedliwości pani Wanda Półtawska przebiła się przez kordon obrońców Kościoła, którzy blokowali informacje wysyłane z Poznania do Jana Pawła II.

- Dobrze, to w jaki sposób wprowadzić do drogiego nam Akwarium filtr i co miałoby nim być, bo rozumiem, że prawdy ewangeliczne nie wystarczają?

- Czas, aby ludzie świeccy zostali zaangażowani do współpracy i pomocy, fachowcy, eksperci. Przed laty trzy osoby napisały do mnie z pani archidiecezji, wrocławskiej, o tym, że były molestowane i ich historie najpierw krył kard. Gulbinowicz, potem abp Gołębiewski dopiero jak przyszedł obecny metropolita to nadał sprawie właściwy bieg.

- Czyli?

- Zrobił to, co należy, natychmiast skierował sprawę do Watykanu i dwie z trzech już się zakończyły, na jedną jeszcze czekamy.

- W filmie mówi Ksiądz bardzo mocne zdanie i dla mnie, jako świeckiej osoby wstrząsające, mianowicie, że w czasie studiów rzymskich starszy kapłan doradzał zamykanie na noc drzwi od środka. Nie chodzi o wyobraźnię, chodzi o wyobraźnię skali problemu – nasuwa się refleksja: jak bardzo musi być zepsuty system, gdy dochodzi do takich sytuacji. Ostrzeżenie trzeba rozumieć jako sytuację, w której niczego nie możemy zmienić, jest jak jest…

- System jest zepsuty. I znów wrócę do niechlubnego przykładu Poznania, molestowanych kleryków i abp Paetza. Byłem w Rzymie w 2002 r., gdy sprawa Paetza była na ustach wszystkich, tych z Polski i tych z innych krajów. Ta sprawa pokazała, że system jest zepsuty i niewydolny. Wszyscy wiedzieli, ale potrzeba było pani Półtawskiej, świeckiej osoby, która przebiła się do Watykanu i powiedziała swojemu przyjacielowi o tym, co się dzieje w Polsce. Zresztą, o tym później pani Półtawska mówiła, list księży poznańskich musiała przemycić do Ojca Świętego, to nie była prosta sprawa. To pokazuje do jakiego stopnia okłamywano Jana Pawła II. Dlatego nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że to rzuca cień na osobę świętego Papieża. W żadnym wypadku nie rzuca, to pokazuje, że w otoczeniu papieża, niektórzy, bo nie wszyscy, zachowywali się w sposób skandaliczny. Tuszowanie tej sprawy, jak i kilku innych, jak np. sprawy założyciela Legionistów Chrystusa o. Marciala Maciela Degollado pokazuje jakich papież miał współpracowników, jak troszczyli się o niego i o Kościół.

- Bracia Sekielscy zapowiedzieli już trzecią część filmu. Czy to zapowiada dewojtylizację? Ten termin wciąż powraca?

- W żadnym wypadku. Papież był krystaliczny, nikt i nic nie jest w stanie zakwestionować jego świętości. Jednak wielu księży w Watykanie to są homoseksualiści, którzy się wspierają, awansują i dość często w wypaczony sposób postrzegają rzeczywistość. Zresztą, na własne uszy słyszała pani wypowiedź Marcina Przeciszewskiego na Forum Młodych we Wrocławiu, które pani prowadziła…

- Tak, Marcin Przeciszewski, prezes KAI publicznie przyznał, że skandaliczne zachowania i skłonności Juliusza Paetza były w Watykanie znane i za karę wyświęcono go na biskupa i posłano do Łomży.

- Tak, świadkiem tej wypowiedzi był nawet Prymas. I teraz konkluzja, jak zepsuty musi być system, który wyświęcenie kapłana na biskupa uważa za karę?

- …

- Ciąg dalszy tej historii niestety jest taki, że na terenie diecezji łomżyńskiej dochodziło do molestowania wśród duchownych. Niektórzy, o skłonnościach homoseksualnych, zrobili szybkie i błyskotliwe kariery, byli wysyłani za granicę.

- Skąd ma Ksiądz tę wiedzę?

- Dostaję listy, tak jak wcześniej z pani diecezji, czy z innych miejsc. Paetz nie tylko działał w Poznaniu i Rzymie, później działał też, bardzo swobodnie, w Łomży.

- I nikt nie reagował?

- Nuncjusz, abp Józef Kowalczyk nie tylko o tym wiedział, ale przez 18 lat tuszował to, co powinno trafić do Watykanu. Wypowiedź Przeciszewskiego była o tyle ważna, że pokazuje, że powoli dojrzewamy do mówienia prawdy. Gdybym ja powiedział to pięć lat temu, to byłbym suspendowany.

- Czyli Ksiądz miał tę wiedzę?

- Tak, pisałem też w tej sprawie, ale było to rzucanie grochem o ścianę. System jest dość szczelny, rozbicie go jest trudne, ale konieczne.

- Wszyscy, którzy zaatakowali Księdza za udział w filmie zwracali uwagę na dwie rzeczy: data premiery – przed wyjątkowym jubileuszem Papieża – i powoływanie się na to, że w strukturach Kościoła są ludzie bez powołania, zwerbowani przez służby, którzy od lat mu szkodzą.

- Drugi zarzut należy do teorii spiskowych. W książce „Księża wobec bezpieki” dość dokładnie to badam i opisuję – wrzucanych, na siłę, agentów, była garstka. To nie byli ludzie, którzy zrobili choćby karierę, bo nie wytrzymali i odeszli – to jest np. przypadek jezuity Turowskiego, który był oficerem SB, wstąpił do zakonu jezuitów i wytrzymał tam 10 lat. To, że problemy Kościoła są spowodowane sabotażem i inwigilacją to są mity, nie fakty. Nawet, gdyby uznać, że ta koncepcja ma sens, to tym bardziej Kościół powinien chcieć lustracji w trybie pilnym. Teraz sprawa jest przedawniona, minęło 30 lat, ze znanych mi agentów żyje jeszcze kilku, reszta już jest na Sądzie Bożym.

- A nie przeszkadzało Księdzu, że to jednak „prezent” na urodziny Świętego?

- Nie ma dobrej daty, na takie sprawy każda data jest zła. Za chwilkę będziemy przed Bożym Ciałem. W Kościele zawsze jesteśmy przed czymś, albo po czymś. Jeśli ktoś nie chce, to znajdzie tysiąc powodów, by zablokować taką publikację. Problem leży w tym, że gdyby Kościół zaczął porządki po pierwszym filmie, to drugi nie miałby z czego powstać.

- Ale jednocześnie jesteśmy w takiej sytuacji, że po pierwszym filmie to właśnie Kościół zareagował, powołał Fundację św. Józefa, a inne środowiska – zobaczyliśmy ten problem choćby w przypadku znanego muzyka i historii z Tęczowym Music Boxem – nie zrobiły nic, nie zareagowały…

- Proszę pani, a czy politycy coś robią? Rządzi prawica, mamy powołaną komisję, państwową, do walki z pedofilią – do jej powołania według mnie też przyczynił się film Sekielskich – i od 9 miesięcy nikt nie jest w stanie wskazać kandydatów. Po drugim filmie zrobił to dopiero Rzecznik Praw Dziecka. Senat też nie zrobił – tam rządzi Koalicja. Sejm – nie podjął, premier – nie podjął. Popatrzmy też na to, że istnieje silne lobby, które nie chce rozwiązania tego problemu.

- Skąd taka diagnoza?

- Bo wyjdą niecne sprawy, w różnych środowiskach.

- Uparcie powiem: czekam jednak, aż bracia Sekielscy zrobią film o Tęczowym Music Boxie, dołączą do pana Mariusza Zielke i pokażą skalę problemu.

- Zostańmy w naszej rozmowie w Kościele, bo obojgu jest nam on drogi. Kościół ma być wzorem do naśladowania, a nie jednym z wielu miejsc, w których również źle się dzieje. On ma mandat głoszenia Ewangelii, a więc wie jak dochodzić prawdy, chronić słabych – sam musi szukać sprawiedliwości, musi się oczyszczać, naprawiać zło jako pierwszy. Wtedy ma pełne prawo moralne mówić innym jak postępować. Mówienie: u innych też tak jest, albo gorzej, to marne pocieszanie się, sama pani przyzna.

- Przyznaję, całym sercem. Tylko w działaniach braci Sekielskich brakuje mi symetrii i muszę postawić pytanie – sobie, a w naszej rozmowie również Księdzu - dlaczego kolejny film o pedofilii w Kościele i zapowiadana rewizja działań Jana Pawła II?

- Może dlatego, że to Kościół jest punktem odniesienia dla wielu osób, środowisk i spraw? Nawet ci, którzy są daleko, patrzą na Kościół, on budzi emocje. Dzieje się tak dlatego, że założył go Bóg, a nie człowiek, więc ta boskość przyciąga. Kościół musi być wzorem, nawet w tym jak robić porządki.

- Rozmawialiśmy o akwarium, a może powinniśmy o źródle? Jeśli zanieczyścimy źródło…

- Będziemy mieć zatrute rzeki, na zawsze. Moim zdaniem bez interwencji papieża Franciszka Kościół w Polsce już sobie nie poradzi z porządkami, oczyszczaniem i reformą. Czekam na jego głos.

CZYTAJ DALEJ

Dzień świętości życia kapłańskiego

2020-06-04 16:16

Renata Czerwińska

- Kapłan musi być przede wszystkim człowiekiem modlitwy, bo inaczej grozi mu aktywizm. Modlitwa to także działanie duszpasterskie - mówił bp Józef Szamocki podczas dnia świętości życia kapłańskiego.

Zobacz zdjęcia: Dzień świętości życia kapłańskiego

Odbył się on w diecezji toruńskiej 4 czerwca w kościele pw. bł. Stefana Wincentego Frelichowskiego - z powodów epidemiologicznych w okrojonym składzie, nie zabrakło jednak przedstawiciela żadnego dekanatu. Po wspólnej modlitwie liturgią godzin kapłani wysłuchali konferencji bp. Józefa Szamockiego na temat źródeł świętości w życiu kapłana. Zauważył on również z ukontentowaniem, że postać ks. Frelichowskiego - autentycznego w swoim powołaniu kapłana ogarniętego Bożym Duchem - staje się coraz bardziej popularna nie tylko w naszej diecezji. Zwrócił uwagę choćby na to, że właśnie przez jego wstawiennictwo na Jasnej Górze medycy modlili się o ustanie epidemii koronawirusa.

Podczas Eucharystii bp Wiesław Śmigiel mówił o pięknie powołania kapłańskiego, a także o tym, jak ważne jest wyczulenie na Boże wezwanie i natychmiastowa odpowiedź na Jego głos. Nawiązując do perykopy ewangelicznej, a także historii proroka Eliasza, zrzucającego ogień na swych przeciwników, zauważył, że Boży ogień jest zupełnie inny - to nie gniew, zapalczywość, zemsta, ale płomień miłości. 

W trakcie Mszy św. zebrani w świątyni księża odnowili swoje przyrzeczenia kapłańskie, a 16 z nich wstąpiło do Stowarzyszenia Kapłanów Diecezji Toruńskiej im. bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, pragnąc naśladować jego duchowość. Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu kapłani odmówili litanię do Błogosławionego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję