Reklama

Jak szedłem do Papieża (2)

O. Jan Góra, dominikanin, który zmarł 21 grudnia 2015 r., darzył Jana Pawła II wyjątkową miłością, o czym wielokrotnie miał okazję opowiadać. W dominikańskim miesięczniku „W drodze” ukazał się jego reportaż z rzymskiego spotkania z niedawno wybranym Papieżem. To spotkanie pokazało, że o. Góra był gotów na wiele szalonych działań, aby dotrzeć do Papieża Polaka.
Wszystkie spotkania z Janem Pawłem II były wyjątkowe. Niezwykle barwny jest opis audiencji i późniejszego spotkania z Ojcem Świętym w Castel Gandolfo.
Poniżej drukujemy drugą część relacji o. Jana Góry

Niedziela Ogólnopolska 4/2016, str. 20-22

Archiwum o. Jana Góry OP

Z poznańską młodzieżą – Castel Gandolfo, 1980 r.

Z poznańską młodzieżą – Castel Gandolfo, 1980 r.

Wszystko stało się tak, jak obmyśliliśmy to sobie zawczasu. Tłum, siedzący dotychczas grzecznie na swoich krzesełkach, zerwał się momentalnie, by wiwatować i pozdrawiać Papieża. Elegancko ubrani londyńczycy ani dostojni kapłani jubilaci nie zorientowali się, jak i kiedy dopadliśmy barierki. Ucapiliśmy się jej jak mackami i stoimy. Temperatura placu wzrasta. Czekamy. Ale to czekanie tylko podnieca nas i rozpala. Nagle od strony Spiżowej Bramy zerwały się oklaski. Nic jeszcze nie widać, ale oklaski i śpiewy potężnieją i jakby się zbliżały. Tak, na plac musiał wjechać sam Ojciec Święty. Szum tłumu, oklaski i śpiewy stają się nawałnicą jakby i burzą. Zewsząd nas ogarnęły już i porwały. Nagle dostrzegamy białą sylwetkę. Jest!!! Widzimy go!!! Idzie powoli i wita się z ludźmi. Las rąk zwraca się ku niemu. Ludzie wiszą jedni na drugich. Jedni wspinają się na ramiona drugich. Na nas też nacierają. Może nieco mniej niż na innych, ponieważ dostojni jubilaci w sutannach starają się jakoś pohamować i okazać powagę właściwą stanowi duchownemu i wiekowi godnemu tak pięknego jubileuszu.

Ale znowu tragedia. Kiedy wszystkie przeszkody zdawały się już pokonane, kiedy zdawało się, że osiągnęliśmy swój cel i zrealizowaliśmy marzenie, kiedy dopadliśmy barierki, Ojciec Święty szedł akurat drugą stroną ścieżki.

Reklama

Jakże dziwne i nieprzenikające się wzajemnie są te dwa światy oddzielone barierką. Z jednej strony rozśpiewany i rozkołysany tłum. Ludzie z wyciągniętymi rękami, z gardłami pełnymi gorączki i obcojęzycznych dźwięków, ludzie z trudem łapiący oddech z wrażenia. Z drugiej strony gromada dostojników otaczających Papieża. Dygnitarzy watykańskich. Są zawsze spokojni, przyglądający się tłumowi, zimni, wytworni, dostojni, eleganccy i pobłażliwi. Jeden Papież wśród nich się wyróżnia i do nich nie pasuje. Odróżnia się nie tylko bielą swojej papieskiej sutanny, białej po dominikaninie papieżu Piusie V, ale całą swoją serdeczną postawą i ramionami zwróconymi ku tym ludziom, którzy przyszli tutaj z daleka, żeby się z nim spotkać, żeby się go dotknąć, żeby go uściskać. Ci ludzie przyszli z daleka, ponieważ wierzyli, że moc ogromna wychodziła od niego. Papież wiedział, po co oni tutaj przyszli, i oni też wiedzieli. Nie wiedzieli tylko, tak mi się przynajmniej wydawało, ci najbliżej Papieża stojący. Oni jakby brzydzili się tym tłumem, którym Papież się nie brzydził.

Do naaas!...

Nie wytrzymałem. Nie zważając na dostojników otaczających Ojca Świętego i na ich lodowate spojrzenia, zapominając o postawie stosownej dla osoby ubranej w habit zakonny, darłem się jak nieprzytomny: – Ojcze Święty, do naaas!... Ojcze Święty, do naaas!... A Krzysztof zza ucha mi wtórował: – Góra przyszła do Mahometa!... Góra przyszła do Mahometa!... Ojciec Święty się odwrócił. Spojrzał na nas, zawołał po imieniu i powiedział: – Niech Góra czeka. Ja tam i do was przyjdę! Krzysztof zaczął mnie kopać w kostkę: Poznał cię, poznał cię. Dobra nasza!

Papież zbliżał się do tronu. Audiencja miała się zaraz rozpocząć. Musieliśmy wrócić na swoje krzesła, które cudownym zbiegiem okoliczności jakoś się ostały. Wprawdzie jakiś kanonik chciał nam jedno miejsce zagrabić, ale kiedyśmy mu grzecznie wytłumaczyli, że to właśnie my tutaj siedzimy, równie grzecznie cofnął się.

Reklama

Audiencja – to Plac św. Piotra, to tysiące ludzi, tron na podwyższeniu i palmy, to Gwardia Szwajcarska, korpus dyplomatyczny, wytworności i dostojności tego świata, książęta i księżne, panie i panowie. To również mnóstwo kardynałów, biskupów i księży. Przede wszystkim zaś mnóstwo ludzi zwyczajnych. Najbliżej Papieża chorzy. Ludzie na wózkach, ludzie o kulach i poruszający się przy pomocy innych. Dlaczego ci właśnie ludzie są najbliżej Papieża? Dlaczego do nich zbliża się przed wszystkimi? Dlaczego do nich, przed biskupami i korpusem dyplomatycznym, dlaczego? Czego chce on nas przez to nauczyć? Co chce nam przez to powiedzieć? Chorych nazywa umiłowaną cząstką Chrystusowego Kościoła. Za nich się modli i ich modlitwom się powierza. Mówi, że na nich oparł swój pontyfikat.

Monsinior z czerwonymi guzikami przy sutannie i z czerwonym pasem przedstawia Papieżowi rozmaite grupy pielgrzymów. Ale nie zdąży jeszcze dobrze wypowiedzieć tytułu lub nazwy grupy, gdyż ci natychmiast zrywają się ze swoich krzeseł i klaszczą, i wyją, i śpiewają z radości Papieżowi. Papież ich dostrzega, kiwa do nich ręką, a ci, czując, że są dostrzegani i zauważani, wpadają w trans jakby i dostają spazmów radości. A kiedy skończyło się to przedstawianie, Papież przemówił po włosku.

Potem inny monsinior przedstawiał grupy mówiące językiem francuskim. Kogóż tam nie było. Ministranci z katedry z Reims ubrani w białe alby, z ogromną makietą swojej katedry, jakieś chóry odzywające się akordami i pieniami na dźwięk swojej nazwy i na przyjazne gesty Ojca Świętego. Któż by ich wszystkich spamiętał. Przyjechali ogromnymi autokarami, które stoją teraz gdzieś niedaleko. Studenci francuscy, licealiści, harcerze – skauci. Nigdy nie spodziewałem się, że ci Francuzi potrafią być tak bardzo serdeczni.

Później przedstawiali jakieś grupy po angielsku, po hiszpańsku i portugalsku oraz po niemiecku. Papież w każdym z tych języków przemawiał i pozdrawiał przybyłych. Tak sobie pomyślałem wtedy, że następny papież będzie musiał nauczyć się po chińsku.

Polaków nie trzeba było Papieżowi przedstawiać. Najpierw streścił swoje przemówienie, a potem przypomniał, że oto minęło 41 lat od wybuchu drugiej wojny światowej, że naród polski poddany został straszliwej okupacji i złożył ofiarę z 6 milionów istnień swoich synów i córek na różnych frontach, w obozach i więzieniach. Powiedział, że ten ogromny wkład naszego narodu uzasadnia w sposób szczególny moralne prawo do niepodległości i suwerenności naszego bytu narodowego oraz to, że suwerenność oznacza słuszne prawo do samostanowienia. Prosił także o modlitwę w tej intencji. Świadomi tego, co działo się wówczas w Polsce, powstaliśmy z miejsc i ze łzami zaczęliśmy śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy” oraz „Boże, coś Polskę”. Inni, nic nie rozumiejąc, a wyczuwając coś niezwykłego, spoglądali to na nas, to na Papieża, który twarz ukrył w dłoniach.

Najukochańsza cząstka Kościoła

Za chwilę Papież miał podejść do chorych. I wtedy miała miejsce scena jak ta opisana przed dwoma tysiącami lat.

„Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, bywali uzdrawiani. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich” (Łk 6, 17-19).

Stale tak robi, że przed wszystkimi udaje się do chorych, ażeby ich ucałować, błogosławić im i polecić się ich modlitwom. Krzysztof, doświadczony już w tych sprawach i w papieskich zwyczajach, kazał nam ten moment wykorzystać i w chwili, kiedy Papież podniósł się z fotela, porzuciliśmy nasze miejsca i jeszcze raz rzuciliśmy się w kierunku barierki. Porządkowy watykański, widząc napór tłumu i rozumując w lot, że nie da rady oraz że audiencja oficjalna skończona, chcąc ratować swój surdut i wylakierowane buty, przeskoczył barierkę i dał spokój tłumowi, który parł teraz i nacierał na barierkę. Ludzie leżeli nam już na plecach i wspinali się na palcach, wyciągając głowy i ręce. Obaj z Krzysztofem dopadliśmy barierki, a zręcznie manewrując ramionami, uplasowaliśmy się wcale dobrze. Drugi Jan, nie mając takiego zrywu, został nieco w tyle, a teraz prosił, ażeby zrobić mu trochę miejsca przy samej barierce. Nie bardzo było jak to zrobić, ponieważ jakaś panienka z Almaturu, pokonując firtel księży jubilatów, wepchała się tuż koło mnie i powodując nieśmiałość duchownej osoby, powstrzymywała mnie przed bardziej stanowczym zrobieniem miejsca dla Jana.

Ale oto księża jubilaci powstali i ruszyli z miejsc, by spotkać się bliżej z Papieżem i żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Zrobiło się nieco luźniej. Panienka z Almaturu nieco się przesunęła i takim oto sposobem zrobiło się trochę miejsca dla drugiego Jana.

Powoli zbliżał się Papież. A tymczasem nastał wieczór, zrobiło się ciemno i można powiedzieć, że noc powoli nadciągała. Gwiazdy i księżyc wyszły na niebo.

Rozpalone spojrzenia, tętna serc przyspieszone, wszystkie czucia spotęgowane, wszystkie głosy złączyły się i płynęły strumieniem ognia ku tej postaci na biało odzianej. Dreszcz przenikający co chwila tak oślepiał i obezprzytamniał, że ludzie z wyciągniętymi rękami darli się wprost naprzód, ze wszech sił starając się dotknąć Papieża. Entuzjazm zalewał mózgi i serca i stapiał wszystkich w jedną bryłę drgającą w uniesieniu.

Coś z wielkanocnego poranka

Papież podszedł do nas najzwyczajniej. Raz jeszcze zwrócił się do nas po imieniu. Pamiętał czasy krakowskie, spotkanie w Tatrach na Rusinowej Polanie i zaprosił nas na jutro do Castel Gandolfo, by wspólnie odprawić Mszę św. Potem jeszcze przez chwilę mówiliśmy ze sobą. Tutaj nie jestem w stanie oddać nic z tego, com usłyszał i uczuł, sam zostawiam to dla siebie. Rozryczałem się jak bachor. Papież oddalił się po chwili. A nad głowami szalał tłum i noc zapanowała gwieździsta.

Jak długo siedziałem na placu, nie wiem. Siedzieliśmy we trzech z Janem i Krzysztofem, nie mogąc przyjść do siebie. Zdumiewaliśmy się tym, że nas pamiętał z imienia. Bo miała w sobie tamta chwila coś z poranka Zmartwychwstania, kiedy Chrystus zawołał Marię po imieniu, a potem się oddalił. Wtedy Maria pojęła coś, czego przedtem nie mogła zrozumieć, wtedy Maria odkryła tajemnicę dotychczas przed Jej oczami zakrytą. Tajemnicę miłości, która zwraca się do człowieka w jego niepowtarzalności i odrębności. Siedzieliśmy tak zamyśleni, dawno przestawszy rozmawiać. Z tego odrętwienia wytrącił nas strażnik jakiś czy też porządkowy, nakazując opuścić krzesła w bezładzie porozrzucane na placu. Audiencja dawno się już skończyła. Zamykał widocznie opustoszałe sektory albo też chciał poustawiać porozrzucane krzesła. Do domu szliśmy pieszo. W klasztorze wszyscy się dziwili temu naszemu późnemu powrotowi. To niemożliwe, żeby audiencja trwała tak długo, coście robili do tej pory? – pytali i kiwali głowami. Ci Polacy są rzeczywiście jacyś inni. Któż ich wyrozumie do końca?

Serce i temperament silniejsze niż przepisy etykiety

Jutro jedziemy do Castel Gandolfo. Będziemy odprawiać Mszę św. z Papieżem. Jedziemy razem ze studentami z naszego duszpasterstwa akademickiego z Poznania. Na miejscu mamy być o 7.30. Potem zamykają bramę.

Szukamy budzików po całym klasztorze. Musimy wstać o 4.00. Bracia mieszkający w Rzymie od dawna uśmiechają się, patrząc na te przygotowania. Obstawiony budzikami, dobrze już po północy usiłuję zasnąć. W końcu nie wiem, czy i ile spałem. Otrząsnąłem się już o godzinie 3.00. Kąpiel, golenie i spadamy. Budzę jeszcze naszych studentów, którzy rozbili swoje namioty na podwórku klasztornym domu generalskiego u św. Sabiny. Jak świat światem czegoś podobnego tam jeszcze nie widzieli. Polacy stanęli obozem. Robimy kawę i wyruszamy. Ulice Rzymu o czwartej nad ranem są jeszcze puste. Zbiegliśmy ze wzgórza Awentynu w kierunku Koloseum i dworca Termini. A chociaż Włosi to naród zwyczajny wszystkiego, to przecież nieliczni przechodnie gapili się na to stado młodych prowadzonych przez dwa biało-czarne pingwiny (bo tak wyglądają dominikanie w habitach). Potem biegaliśmy po dworcu, szukając właściwego pociągu. Rozkład jazdy wskazywał inny tor, ogłoszenia jeszcze inny. Tymczasem na żadnym ze wskazanych naszego pociągu nie było. Nikt też nie potrafił nam wskazać, gdzie jest. Godzina odjazdu minęła, a my denerwowaliśmy się ogromnie. Zupełnie jak w Polsce. Wreszcie wjechał spóźniony. Dopadliśmy miejsc i jedziemy. W pociągu przyszło zmęczenie. Wczorajsze wrażenia i ta noc spędzona w półśnie obezwładniły nas zupełnie. Dopiero konduktor postawił nas na nogi. Castel Gandolfo. Wysiadamy. Wspinamy się na wzgórze, na szczycie którego stoi papieski pałac. Jesteśmy dzisiaj pierwsi. Dwaj Szwajcarzy, postawni i kolorowi, stoją w bramie. Powoli nadciągają inni. Ojciec Święty chciał spotkać się z Polakami będącymi w Rzymie i zaprosił ich wszystkich na wspólną Mszę św. Jest już grupa z Orbisu, są młodzi z Almaturu, są Polacy z angielskiej parafii prowadzonej przez księży jezuitów, jest grupa dziewczyn prowadzona przez księdza Pawlika. Są turyści i pielgrzymi indywidualni. Nazbierało się tego sporo. My jednak jesteśmy pierwsi. Przyjechał wreszcie ksiądz Przydatek. Kochany, ale jezuita, toteż jako pierwszych wpuścił Polaków z Anglii pod przewodem księży jezuitów. Potem weszli inni. Nasi zaczęli szemrać, że ci dewizowcy zawsze pierwsi, nawet tutaj, że to niesprawiedliwe, bo my przecież byliśmy pierwsi przed bramą. Z trudem wraz z Janem pozamykaliśmy te niewyparzone gęby. Przyszła wreszcie kolej i na nas. Szwajcarzy nieco się cofnęli i idziemy. Najpierw na dziedzińczyk, potem po schodach na piętro do sali audiencjonalnej, do której wstawili ołtarz i przerobili ją na kaplicę. Znowu beznadziejnie smutni, że usadzą nas gdzieś na końcu z właściwą sobie watykańską grzecznością. Uradowaliśmy się, kiedy watykański porządkowy, wypełniwszy jedną stronę kaplicy do końca, zaczął wypełniać drugą od początku. Tak oto będąc ostatnimi, staliśmy się pierwszymi. My jak my, i tak pójdziemy koncelebrować, ale nasza młodzież. Cali szczęśliwi!

Idziemy do zakrystii się ubierać. Kapłaństwo stroi się i poprawia, wyrównując sobie wzajemnie wszelkie nierówności i zgrubienia przy szatach. Nagle wszedł Papież. Stanął koło nas, jak za dawnych, dobrych, krakowskich czasów, kiedy przechodząc, witał się z każdym i każdego zauważał. Od tamtego czasu nic się nie zmienił. Pozostał taki sam. Kochany.

Ustawiamy się do koncelebry. Każdy chce być jak najbliżej Papieża. Stali bywalcy już wiedzą, kiedy przyjść i jak się ustawić. Pouczają też innych, tych przyjezdnych, tzn. nas, nieobytych i nieumiejących się poruszać na watykańskich posadzkach, żeby się nie pchać i nie nacierać na Papieża. Ale nie do nas to gadanie. Tylko ja wiem, ile czekałem na paszport, a potem przez całą noc na wizę jedną i drugą, i trzecią. Potem też jeszcze czekałem i zajmowałem miejsca w kilku kolejkach. To nie sztuka tak ładnie gadać, kiedy mieszka się w Rzymie i wsiada w autobus albo własny samochód. Kler polski pcha się do Papieża i dobrze robi. Do kogo ma się pchać, jak nie do Papieża? Cóż, kiedy serce i temperament silniejsze niż przepisy etykiety i porządku. Ale to była zawsze mocna strona duchowieństwa polskiego. To, że szliśmy na całego.

W Castel Gandolfo

Podczas Mszy śpiewamy stare polskie pieśni. Wszyscy czekaliśmy, że Papież coś do nas powie. W Polsce strajkują. Sytuacja jest niejasna i niepewna. Papież jednak chciał się z nami tylko modlić. Trzech księży z kapłańskiej gorliwości rzuciło się do pomocy w rozdawaniu Komunii św. Ale po pewnym czasie, widząc, że nikt do nich nie podchodzi, zrezygnowali. Wszyscy szli do Papieża, by otrzymać Ciało Chrystusa.

Po Mszy św. krótka modlitwa i upragnione spotkanie. Ciąg dalszy wczorajszej rozmowy rozpoczętej na Placu św. Piotra. Opowiadamy o sobie, o duszpasterstwie, o Poznaniu, o tym, że jesteśmy z młodzieżą, że oni są autostopem bez pieniędzy, ale za to z konserwami, o tym, że go kochamy... A potem ze wzruszenia nie możemy nawet mówić. Jemu zaś bił z oczu blask i siła szła od niego. Bo kiedy wyciągnął do kogoś ręce, a oczy utkwił w kimś z osobna, czuło się, że wzrok jego widzi więcej. Ściskaliśmy go i czepialiśmy się jego szat. On zaś kładł ręce na naszych głowach i żegnał nas, każdego z osobna, jak ojciec żegna dzieci, które wysyła w podróż daleką. Oderwaliśmy się od ziemi i staliśmy jakby we śnie albo zachwyceniu. Jeszcze wspólne zdjęcia z Papieżem, który nie zapomniał zapytać fotografa, czy wszyscy zostali ujęci. Tak nie chciało się nam stąd odchodzić! Ściskaliśmy i tarmosiliśmy Papieża, nie wiedząc, jak przedłużyć chwile z nim spędzane, nie wiedząc, jak przedłużyć chwilę obecną... Na pożegnanie dostałem od Papieża różaniec, który dałem później mojej Matce.

Kilka godzin bez przebudzenia

Wracaliśmy do klasztoru podniesieni na duchu i szczęśliwi. Cóż wspanialszego mogło nas spotkać? Po tym spotkaniu nie spodziewaliśmy się już niczego. Wprawdzie zostały nam jeszcze dwa dni w Rzymie, ale to już nie było to. Na nic już nie czekaliśmy. Zupełnie wyczerpani dotarliśmy do klasztoru. Było południe, a my byliśmy zmęczeni, jakby to był późny wieczór. Nie mogąc ustać na nogach, spałem kilka godzin bez przebudzenia, a potem, kiedym przebudzony i umyty spojrzał na Rzym i tę kopułę, i na tych ludzi, i na ten nieustanny przypływ ludzki na Placu św. Piotra – to mnie jakowyś żal ogarnął, że się to wszystko skończyło. Żal rósł i niechęć powrotu w jarzmo szarego życia, w ten codzienny kierat spraw drobnych i śmiesznych, w to życie miejskie i cywilizowane. Musiałem wracać.

„Jasiu, trzymaj się”

Krzysztofa spotkałem raz jeszcze. Przyszedł mnie pożegnać i odprowadzić na lotnisko. W samochodzie powiedział mi: – Wiesz, Jan, tak mi się jakoś wydaje, że to spotkanie z Papieżem jest wyrazem wdzięczności mojego ojca, któremu tamtej nocy przyniosłeś Komunię św. Pamiętasz, Jan, to było już po północy, biegliśmy w ciemnościach przez miasto, a potem windą na piętnaste piętro...

Długo nie mogliśmy przyjść do siebie. Stale żyliśmy wspomnieniem tych kilku chwil spędzonych z Papieżem. Bez końca powtarzaliśmy sobie szczegóły, które z czasem jeszcze bardziej nabierały znaczenia. Spotkanie z Ojcem Świętym, słowa przez niego wypowiedziane odżyły później. Rzucone w moją stronę na pożegnanie: „Jasiu, trzymaj się” – utkwiło mi w pamięci. Przypomniałem je sobie wtedy, kiedy w wigilię Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny odchodził z naszego rodzinnego domu do szpitala mój Ojciec. Kiedy zaś w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia umierał na moich rękach i odchodził do Pana, słowa te powtarzałem sobie bez przerwy. I dopiero wtedy zrozumiałem, że musiałem pojechać do Rzymu, ażeby usłyszeć to dziwnie podówczas brzmiące pożegnanie. Bo ten Papież ma w sobie coś takiego, że gdy mówi, to nie tylko to, co mówi, ale i jak mówi, zachowuje się w pamięci. I musiałem tam pojechać dla jednej jeszcze rzeczy. Po tę garść ziemi z rzymskich katakumb, którą jak relikwię włożyłem Ojcu do trumny.

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” nr 6/1981. Śródtytuły pochodzą od redakcji „Niedzieli”.

2016-01-20 09:03

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Niemcy: papież nie przyjął rezygnacji arcybiskupa Hamburga

2021-09-15 19:08

[ TEMATY ]

biskup

Niemcy

papież Franciszek

rezygnacja

flickr.com/episkopatnews

Franciszek nie przyjął rezygnacji Stefana Heßego z urzędu arcybiskupa Hamburga. Mimo naruszenia obowiązków w zakresie postępowania w przypadkach przemocy seksualnej arcybiskup pozostaje na swoim stanowisku. Oświadczenie nuncjatury apostolskiej w Berlinie ogłosiła 15 września Konferencja Biskupów Niemieckich w Bonn.

55-letni obecnie Heße, były szef personalny i wikariusz generalny archidiecezji kolońskiej, zawiesił swoje obowiązki służbowe po przedstawieniu 18 marca raportu o przestępstwach seksualnych w Kolonii i na ręce papieża zgłosił gotowość ustąpienia z urzędu. Obecnie Watykan postanowił, że Heße, który od 2015 jest arcybiskupem Hamburga, mimo krytyki pod jego adresem, pozostanie na stanowisku.

CZYTAJ DALEJ

Benedykt XVI: negowanie natury człowieka prowadzi do samozniszczenia

2021-09-16 20:53

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

rodzina

małżeństwo

homoseksualizm

Vatican News/AFP

Benedykt XVI

Benedykt XVI

Również człowiek ma naturę, która została mu dana. Jej naruszanie bądź negowanie prowadzi do samozniszczenia – ostrzega Benedykt XVI w refleksji na temat konsekwencji przemian, jakie zachodzą w pojmowaniu małżeństwa i rodziny.

Papież Senior napisał tę analizę w związku z publikacją wyboru jego tekstów, które ukazały się dzisiaj we Włoszech w zbiorze pod tytułem: „Prawdziwa Europa. Tożsamość i misja”. Książkę wstępem opatrzył Papież Franciszek.

CZYTAJ DALEJ

Apel Jasnogórski z udziałem wiernych Archidiecezji Wrocławskiej

2021-09-17 21:52

ks. Łukasz Romańczuk

bp Jacek Kiciński

bp Jacek Kiciński

Dziś Apel Jasnogórski prowadzony był przez ks. bp. Jacka Kicińskiego 

Z racji Pielgrzymki Duchowieństwa i Wiernych Archidiecezji Wrocławskiej w kaplicy Cudownego Obrazu obecni byli kapłani, siostry zakonne i wierni świeccy z terenu naszej archidiecezji. 

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję