Zima. To się zawsze zimą przypomina. Zaczyna się od ostrzeżeń i komunikatów policji, a potem każda stacja w codziennych wiadomościach podaje stosunek ujemnej temperatury do liczby zamarzniętych osób. Te pierwsze grudniowe mrozy rzeczywiście robią wrażenie. Po tematach wakacyjnych wypadków drogowych, ofiar jesiennej depresji przychodzi czas na nich. Oswajamy ten czas i te liczby, bo są coraz większe. A zimno dotyka także nas, nawet kiedy pokonujemy odległość między budynkiem a samochodem, stoimy chwilę na przystanku czy wybieramy dłuższą drogę pieszo. Wtedy ich widzimy. Przez chwilę każdy z nas przeżywa coś w rodzaju współodczuwania, zwłaszcza wcześnie rano i wieczorem. Nie latem, nie jesienią, a właśnie wtedy, gdy sami marzniemy. Mijamy ich przed sklepem, może ofiarujemy monetę, jeśli nie jest zbyt zimno na zdjęcie rękawiczek. Albo w ogóle jeśli nie jest zbyt zimno... – Jutro mu dam, przygotuję sobie w kieszeni.
Jutro go nie ma. Albo nie ma jutra.
Oczywiście, żadna to pomoc wrzucenie złotówki do pustego pudełka. Zdajemy sobie z tego sprawę. Ktoś powinien się tym zająć! Ale ten siedzący przed sklepem, prowadzący przed sobą sznurkami powiązany świat na czterech, trzech czy dwóch chybotliwych kółkach – to ON. Przyglądam się, jak nad ranem beznamiętnie dociera do śmietnika i grubym kijem coś odgarnia. Ja segreguję odpady z poprzedniego dnia: plastik/metal, szkło, papier. Reszta do ogólnego pojemnika. Żeby zadbać o ekologię. Żeby czyjś prapraprawnuk za 100, 200 czy milion lat miał...
ON nieruchomieje. Patrzy. Nie na mnie, a na to, co wrzucam. Czeka, aż sobie pójdę. Ten człowiek. ON. Mój wyrzut sumienia.
„Trzeba nam z pokorą podchodzić do siebie nawzajem, nie z wysokości dającego i biorącego, ale z prawdą o nas, która jest przede wszystkim godnością wypływającą z Boga” (abp Wacław Depo, IX Pielgrzymka Bezdomnych na Jasną Górę, 8 listopada 2014 r.).
Liczby alarmują, rachunki są dość proste, o ile można je powiązać z rzeczywistością. Po przeprowadzonych kilka lat temu badaniach bezdomności (2008 r.) okazało się, że w Polsce liczba osób bezdomnych waha się między 30 tys. a 500 tys. Skąd takie różnice? Przede wszystkim liczy się osoby w jakiś sposób rejestrowane, czyli korzystające z pomocy ośrodków i placówek, do których trafiają czasem na jedną, dwie noce. Inne miejsca to hale dworcowe czy jakieś niekonwencjonalne punkty w przestrzeni publicznej. Ale to tylko cząstka prawdy.
Liczenie tych policzalnych odbywa się w konkretną zimową noc. I tylko tam, gdzie są właśnie wtedy widoczni. Sporą część bezdomnych stanowią ci, którzy spędzają najgorszy czas kątem u znajomych czy rodziny, mają nakaz eksmisji lub przebywają w warunkach nienadających się do mieszkania i za chwilę znajdą się na ulicy. Inna grupa to ludzie uzależnieni i uchodźcy, którzy w momencie przeprowadzania badania bezdomności są w trakcie terapii i korzystają z pomocy placówek zajmujących się wsparciem uzależnionych od narkotyków, alkoholu lub przebywają czasowo w ośrodku dla uchodźców. Wielu z nich wraca na ulicę. Według Europejskiej Typologii Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego ETHOS, istnieje aż 13 sytuacji oznaczających bezdomność lub wykluczenie mieszkaniowe.
Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wyznaczyło pierwsze ogólnopolskie badanie bezdomności na 7-8 lutego 2013 r., następne zaplanowano na 2015 r.
Stosowana metoda to „liczenie głów”, koordynowane przez wojewodów i wykonywane przez służby, urzędników i pracowników organizacji pozarządowych, prowadzących 80 proc. placówek stacjonarnych, świadczących pomoc bezdomnym. Badanie to jest wzorowane na metodologii od lat stosowanej przez Pomorskie Forum na rzecz Wychodzenia z Bezdomności. Jednej nocy – aby wykluczyć podwójne liczenie – „ankieterzy” udają się do miejsc, w których mogą przebywać ludzie bezdomni, liczą ich i jednocześnie wypełniają prosty kwestionariusz. Metoda ta jest czasochłonna, wymaga zaangażowania dużej grupy osób, przynosi rezultat zaniżający skalę zjawiska bezdomności i konserwujący jej bardzo wąskie – czasem oparte na stereotypach – rozumienie... Nie jest też „badaniem”.
Choć przedsięwzięcia takie powinny być podejmowane w każdym kraju, trzeba wiedzieć, co tak naprawdę „badają”...
Twarze sine może od mrozu, ale śmierdzące alkoholem. Jak pomóc? W końcu sami wybierają takie życie – myślimy. Alkohol niszczy więzi, rodziny, wiele takich historii kończy się bezdomnością. Wybierają wolność, nie pozwalają sobie pomóc w ogrzewalniach, miejscach, gdzie trzeba się umyć, podporządkować pewnym regułom, a przede wszystkim nie wolno pić. No to jak żyć? Często wybierają wolność, jaka by ona nie była, w jakimś zrujnowanym budynku bez drzwi i okien, w altance czy letnim domku na czyjejś działce. Nie podporządkują się, bo to ich życie, gorsze, lepsze, ale wolne. Jednak podobnie jak każdy kij ma dwa końce, tak i uzależnienie, szczególnie narkomania, to nie zawsze sytuacje, które można określić jako bezpośrednią przyczynę bezdomności. Zdarza się, że bezdomny dopiero w tej nowej sytuacji zaczyna mieć poważny problem – z alkoholem, narkotykami... A bezdomność wyniknęła z innych przyczyn.
„Uwolnić się od tego i wziąć wskazówki na dalsze życie bez alkoholu. Alkohol rozpustoszył wszystko, od tego się zaczęło. Potracili wszystko, co mieli, rodziny, dzieci, domy...” (Waldek).
Wchodzę na Jasną Górę, chcę uczestniczyć we Mszy św. w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej z bezdomnymi, którzy przybyli tu z całej Polski na swoją IX pielgrzymkę. Po drodze jestem świadkiem niecodziennej scenki: z jednej strony jacyś ludzie wychodzący już z sanktuarium przyglądają się odznaczającej się grupie. „Patrz, patrz, bezdomny! – słyszę podniesiony, zdziwiony głos. Na to z grupy wchodzącej na swoją Mszę św. odwraca głowę wysoki, zaniedbany mężczyzna: „Sam jesteś bezdomny!”. Łapie pod rękę starszą, trochę do siebie podobną kobietę i oboje śmiało podążają w kierunku kaplicy, by uklęknąć jak najbliżej Obrazu...
„Marzyłem o tym, żeby tu być. To trzeba przeżyć! Jest nas tu pewnie z tysiąc, ale w ogóle dużo, dużo więcej...” (Krzysztof).
Na koniec wrócę do śmieci. Nie jestem przeciw segregowaniu odpadów. Nie uważam, że to jest pozbawione sensu. Jestem przeciw segregowaniu ludzi. Przeciw skrajnościom, podziałom, którym zdarza się nam czasem ulegać.
A Bóg wszystkich zaprasza do świętości, także bezdomnego, który ma szansę być świętym.
A święty może zostać bezdomnym. Każdy.
Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy
świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę -
czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt
wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii.
Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze
odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene
nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane
i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”.
Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia
jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia
i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy
jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość,
nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala
Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji
kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi
jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia.
Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny
do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy
wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale
cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu.
Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie.
Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by
je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała
sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło.
Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu,
albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim
życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości.
Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask
na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii
św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że
i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością.
Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie
jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec
osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę,
że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
Janusz Radziszewski podczas uroczystego wyznania wiary przed święceniami diakonatu stałego.
Już tylko kilka dni dzieli Janusza Radziszewskiego od święceń diakonatu stałego. 1 października w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego kandydat złożył wymagane przed święceniami wyznanie wiary i przysięgę.
To kolejna, a zarazem jedna z ostatnich stacji na drodze Janusza Radziszewskiego do diakonatu stałego. W czwartek 1 października podczas liturgii w wałbrzyskiej parafii na Podzamczu złożył on uroczyste wyznanie wiary oraz przysięgę przewidziane dla kandydata przygotowującego się do przyjęcia święceń.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.