Reklama

Turystyka

Urok Lazurowego Wybrzeża

Kto szuka spokoju, powinien w sezonie omijać Lazurowe Wybrzeże szerokim łukiem ze względu na tłumy turystów i upały. Jednak ten piękny rejon jest nadal świetnym miejscem na letni aktywny wypoczynek

Niedziela Ogólnopolska 29/2014, str. 50-51

[ TEMATY ]

podróże

turystyka

WITOLD DUDZIŃSKI

Widok z ogrodu w Eze na Lazurowe Wybrzeże

Lazurowe Wybrzeże, gdzie przez 300 dni w roku gwarantowana jest słoneczna pogoda, tętni życiem przez jego większą część, ale największe tłumy ściągają tu w lipcu i sierpniu. Dla setek tysięcy turystów zwiedzanie Cannes, Nicei czy Saint-Tropez właśnie wtedy to jedna z podróży marzeń. Przyciągają: legenda tych miejsc i moda, wspaniałe widoki i plaże, skaliste w wielu miejscach wybrzeże, słońce i jasnoniebieskie morze.

Dyskusja o granicach Lazurowego Wybrzeża, nazywanego też Riwierą Francuską, trwa, a szczególnie gorąca jest wśród deweloperów i agentów nieruchomości, bo nazwa regionu działa na wyobraźnię ich klientów. Na ogół przyjmuje się, że ciągnie się ono od słynnego portowego Tulonu – lub nawet Cassis, leżącego w pobliżu Marsylii – aż do granicy z Włochami. Historycznie Lazurowe Wybrzeże należy do Prowansji, jednak najczęściej traktuje się je jako osobny region turystyczny.

Uciekając przed chłodem

Szalejąca w Marsylii w latach 30. XX wieku epidemia cholery zmusiła dwóch angielskich dżentelmenów do zatrzymania się w Cannes – małej wiosce rybackiej. Urzekły ich krajobrazy, łagodny zimowy klimat i smak pikantnej zupy rybnej. Zachwyceni, kupili działkę i zbudowali willę. Wkrótce w ich ślady poszli następni przyjezdni. Tak narodził się kurort Cannes i cała Riwiera Francuska, gdzie wielcy tego świata – w tym arystokraci i rodziny królewskie – szukali ucieczki przed chłodem i mrozem.

Reklama

Cannes odwiedza co roku kilkaset tysięcy turystów. Słynny pałac festiwalowy (od 1946 r. odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Filmowy) to betonowy budynek, na którym trudno zawiesić oko. Za to nieopodal znajdziemy miłe miejsce do plażowania – nie ma tu takich tłumów jak w okolicach legendarnego hotelu Carlton. Uwagę turystów przyciągają odciski dłoni gwiazd wraz z ich autografami na trotuarze przed pałacem.

Choć nadmorski bulwar Croisette przypomina wybieg dla modelek, a ceny kawy w kawiarence na plaży mogą zmrozić, to i tak warto tu zajrzeć. Cumujące w porcie jachty to często kilkupoziomowe giganty, część ma nawet lądowiska dla helikopterów czy miejsce na samochód.

Naprzeciwko piaszczystych plaż w zatoce Cannes leżą dwie wysepki. Na obydwu w IV wieku pewien mnich założył klasztory. île Saint-Honorat od XIX wieku zamieszkują cystersi. Wyspa znakomicie nadaje się do wędrówek, wytyczona trasa spacerowa wiedzie m.in. do wieży obronnej nad brzegiem morza. Na île Sainte-Marguerite – jak głosi legenda – więziony był człowiek w żelaznej masce, bohater powieści Dumasa.

Reklama

Miasto belle époque

Świetną bazą do podróżowania po wybrzeżu jest Nicea. Autobusy dowiozą nas do interesujących miejsc drogami biegnącymi przez malownicze miejscowości. Sama Nicea to największy i najbardziej ruchliwy kurort na Lazurowym Wybrzeżu. Pod względem liczby turystów, ale i liczby muzeów oraz galerii sztuki ustępuje we Francji tylko Paryżowi: jest ich tu ponoć 250!

Od lat miasto urzekało artystów swoim śródziemnomorskim klimatem – pastelowymi ścianami budynków, odcieniem morza, bujną roślinnością i bliskością Alp Nadmorskich.

Najpopularniejszym miejscem spacerów jest kilkukilometrowy nadmorski bulwar Promenade des Anglais – Promenada Anglików. Obsadzony palmami, ze ścieżkami dla rowerzystów, przyciąga plażowiczów – można wejść na kamienistą plażę albo usiąść na ławce z widokiem na morze. Wzdłuż promenady ciągną się okazałe rezydencje, wzniesione niegdyś przez angielskich lordów i rosyjskich arystokratów, luksusowe hotele, jak słynny Negresco, zbudowany w charakterystycznym koronkowym stylu belle époque, z czasów największej świetności Nicei.

Aby poznać Niceę, trzeba wybrać się na zabytkową starówkę – Vieux Nice. To najbarwniejsza część miasta – labirynt krętych uliczek i pastelowych, zabytkowych już domów – pulsująca życiem, ukwiecona. Pełno tu sklepików, butików, galerii, restauracji i kawiarni. O każdej porze w powietrzu unosi się zapach lawendy i świeżych ziół. Warto wybrać się na Cours Saleya – jeden z najlepszych we Francji targów. Owoce, warzywa i kwiaty sprzedaje się tu codziennie, z wyjątkiem poniedziałków, zarezerwowanych dla staroci.

Na Place Rossetti – głównym placu starej Nicei – wznosi się pełna wdzięku katedra św. Reparaty, patronki miasta, zbudowana w 1650 r. Wewnątrz króluje barok, olśniewający marmurem i złoceniami. Uwagę zwraca obraz przedstawiający dysputę o Najświętszym Sakramencie, powstały w szkole Rafaela.

Miłośnicy sztuki mogą odwiedzić muzea Henri Matisse’a i Marca Chagalla, Musée des Beaux-Arts de Nice z obrazami mistrzów włoskich i francuskich (Monet, Dufy, Rodin) czy też gromadzące sztukę najnowszą Musée d’Art Moderne et d’Art Contemporain (César, Warhol). W XIX wieku zaczęli zjeżdżać do Nicei kuracjusze, a wśród nich bogaci Rosjanie. Pozostawili po sobie m.in. monumentalną katedrę St. Nicholas z 1912 r., z charakterystycznymi zielonymi kopułami, zbudowaną na wzór moskiewskiej cerkwi Wasyla Błogosławionego.

Klimat Riwiery

Jednak klimat francuskiej Riwiery odczuwa się ponoć szczególnie w Saint-Tropez. Delikatna morska bryza, zapach ryb i owoców morza, aromaty ziół pozostają w pamięci na długo. Saint-Tropez, dawna wioska rybacka, dziś miasto należące do tych najbardziej eleganckich, zostało odkryte przez paryżan w XIX wieku. Było wśród nich wielu malarzy i pisarzy, którzy to miejsce uczynili tematem swoich prac. Sława Saint-Tropez rosła, pisarka Colette już w latach 20. ubiegłego wieku narzekała, że miejscowość jest zbyt chętnie odwiedzana.

Zaczęły przybywać gwiazdy kina. Przede wszystkim Brigitte Bardot, która przyjechała tu w 1956 r., by zagrać główną rolę w filmie Rogera Vadima „I Bóg stworzył kobietę”. Od tamtej pory do Saint-Tropez ściągają ludzie show-biznesu. Jest tu kilka snobistycznych plaż – jak choćby Tahiti – na których bywają aktorzy, modelki i towarzyska śmietanka z całego świata. Ale są i takie, na których wypoczywają wtajemniczeni – są małe i względnie ciche.

Portowe nabrzeże Saint-Tropez ponoć wciąż wygląda jak na filmach o żandarmie z Louisem de Funesem. Sporo tu knajpek z ogródkami zwróconymi w stronę morza i sklepików, a nad samą wodą ulokowali się artyści ze sztalugami. Obrazy, niektóre pokazujące małą wioskę z przeszłości, można obejrzeć w Musée de l’Annonciade. Warto też odwiedzić cytadelę z XVI wieku wraz z Muzeum Marynarki, upamiętniającym tradycje morskie Saint-Tropez.

Widok z Jardin Exotique

Oprócz największych kurortów warto wybrać się do mniejszych miejscowości, położonych nieco w głębi lądu, ale także często odwiedzanych przez turystów: Vence i Saint-Paul de Vence, leżących koło Nicei, oraz Grasse w pobliżu Cannes. Vence jest malowniczo położone na wysokiej skale, średniowieczne centrum miasteczka otoczone jest murami obronnymi.

Na placu Clemenceau zwraca uwagę katedra z XI wieku. W Vence ostatnie lata życia spędził Witold Gombrowicz. W Grasse znajduje się słynna na świecie fabryka perfum. Powietrze nad miastem przesycone jest ich zapachem.

Saint-Paul de Vence, miasteczko, którego początki sięgają XVI wieku, jest położone na zboczu wzgórza. Można tam spacerować godzinami, podziwiając wąskie uliczki, baśniowe kamienne domy, otoczone girlandami kwiatów, kamienne schody i fontanny. Jako pierwsi zachwycili się nim Paul Signac i Pierre Bonnard. Mieści się tu jedno z najpiękniejszych małych muzeów Fondation Maeght ze zbiorami Chagalla i Miró.

W drodze z Cannes do Nicei warto zajrzeć do Antibes, które słynie ze wspaniałych fortyfikacji z XIV-XVII wieku. Dziś służą one jako wał morski i nadają miasteczku wyjątkowy urok. Antibes przez lata było mekką dla artystów. Mieszkał tutaj m.in. Pablo Picasso, którego dzieła zgromadzono w Musée Picasso w dawnym zamku Grimaldich z XIV-XVI wieku.

W eze, miejscowości położonej niedaleko Nicei, na szczycie klifów nad morzem, nad riwierą, warto się zapuścić w labirynt wąskich, stromych zaułków i brukowanych, ukwieconych uliczek. Ale chyba największą atrakcją jest umieszczony na zboczu Jardin Exotique – ogród egzotyczny z niesamowitymi kaktusami i kwiatami tropikalnymi. Widok z niego na Lazurowe Wybrzeże zapiera dech w piersiach. q

2014-07-16 09:03

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Na rybkę? Do Katanii

Niedziela Ogólnopolska 51/2019, str. 72-73

[ TEMATY ]

podróże

tradycja

Margita Kotas

Jedne z większych okazów – charakterystyczne mieczniki...

Cytrusy i winogrona wyhodowane na południowych stokach Etny, ulice wyłożone bazaltową kostką, zabytkowe świątynie, stare domy o tynkach w kolorze lawy i świeże ryby. Katania zachwyca przybyszów różnorodnością.

Wiele jest powodów, by odwiedzić Katanię. To drugie co do wielkości miasto Sycylii jednych przyciąga zabytkami i swym barokowym klimatem, drugich – bliskością tajemniczej i wciąż groźnej Etny, jeszcze innych, rozmiłowanych w operze – postacią genialnego syna tego miasta, Vincenza Belliniego, który spoczywa w katedrze św. Agaty, a miłośników kuchni – słynną na okolicę pasta alla Norma, nazwaną tak na cześć jednej z oper mistrza. Cokolwiek jednak nie przywiodłoby nas do Katanii, wcześniej czy później, często nawet w sposób niezamierzony, trafimy w końcu na znajdujący się kilka kroków od katedry Mercato dei Pescatori – targ rybny i przepadniemy z kretesem. Ja przepadłam.

Scena operowa

Saaaaarde! Freschisimmi! – Sardynki! Najświeższe! Nawoływanie sprzedawcy jest tak donośne, że podskoczywszy w miejscu, niemal wypuszczam z rąk aparat. Uśmiecha się do mnie od ucha do ucha, zadowolony z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Chociaż nie o wrażenie przecież chodzi. Najważniejsze to szybko sprzedać towar, a ten jest naprawdę najświeższy – na katańskim targu swój połów z prowizorycznych straganów sprzedają miejscowi rybacy. Bazaltowa kostka placu ocieka morską wodą, w powietrzu ogrzewanym sycylijskim słońcem unosi się intensywny zapach morza i ryb. Słońce nie sprzyja świeżości wystawionego tu towaru, dlatego liczą się czas i szybkość. Wiedzą o tym zarówno katańskie gospodynie domowe, które ze znawstwem dokonują przeglądu zawartości straganów, jak i rybacy, którzy z werwą nawołują klientów do swoich stoisk. Okrzyki są nie tylko donośne, ale i niesamowicie śpiewne. Ich melodie, choć konkurencyjne, tworzą niezwykłą harmonię. Zaskakują doskonale postawione głosy rybaków. To zabawne, ale nie w Mediolanie, a właśnie tu, na katańskim targu rybnym, uświadamiam sobie najmocniej, że Włochy to kraj słynnych oper. Jakby nad targiem unosił się duch samego mistrza Belliniego. Otoczony ciemnymi kamienicami placyk jest sceną niezwykłej, powtarzającej się od wieków opery.

Królestwo ryb

Affogaaato! – Ośmiornica! – niesie się z jednej strony. Spaaada! – Miecznik! – odkrzykuje ktoś z drugiej. Orati, dentici! – trzeci głos zachęca do kupienia krewetek. Nie mniejsze wrażenie niż kunszt wokalny rybaków robi na mnie bogactwo ich połowu. Różnorodność ryb i owoców morza jest ogromna. Od drobnych sardynek po ogromne cernie i tuńczyki, ćwiartowane na życzenie klientów tasakami wielkimi niczym topory. Wyglądające jak straszydła żabnice, morszczuki, przeplatane koralem barweny, piotrosze niczym kosmiczne stwory z fantazyjną płetwą grzbietową, różne gatunki dorady, strzępiele, charakterystyczne mieczniki i pałasze ogoniaste – ryby o długich, płaskich ciałach przypominających ostrza piły; jedne rozciągnięte w całej swej długości, inne fantazyjnie zwinięte przez rybaka w rulony srebrzą się w słońcu Sycylii. Kalmary i barwiące ciemną sepią mątwy, a tuż obok małże i omułki. Małe ślimaczki, które desperacko starają się uciec ze skrzynki. Niektórym ta sztuka się udaje, jedne więc swoim ślimaczym tempem zmierzają pod stragany, inne po ich powierzchni suną w kierunku pęczków cebuli, które ni stąd, ni zowąd rozsiadły się wśród morskich stworzeń.

Królestwo ryb wciąga tak mocno, że przestaje się kontrolować czas. Fascynują zarówno różnorodne stworzenia, jak i rybacy, którzy panują niepodzielnie na swoich straganach. Mężczyźni o ogorzałych, pociętych morskim wiatrem twarzach z wprawą ćwiartują i filetują ryby, by po chwili rozpocząć swój wokalny popis nawoływania klientów. Główni aktorzy tego targowego spektaklu bez niechęci spoglądają w obiektyw aparatu, nic sobie nie robiąc z poplamionych rybimi łuskami i wnętrznościami swetrów. W naciśniętych na głowy czapkach, z papierosami w kącikach ust, posyłają szelmowskie uśmiechy turystkom – świadomi bycia częścią składową jednej z największych katańskich atrakcji.

W cieniu wybuchowej sąsiadki

Historia Katanii położonej u południowych podnóży Etny jest z nią dramatycznie spleciona. Miasto założone przez Greków w 729 r. przed Chr. na przestrzeni wieków było wprawdzie zdobywane i przechodziło z rąk do rąk, ale największe zniszczenia zadała mu natura. W 1669 r. część miasta i szesnaście okolicznych wiosek zalała lawa Etny. Z pomocą przerażonym mieszkańcom przyszła patronka miasta – św. Agata, to jej welon wyniesiony w procesji przez ludność zagrodził bowiem drogę i zmienił bieg lawy, która skręciła przed klasztorem Benedyktynów i spłynęła do portu, po czym wdarła się 700 m w głąb morza. Dziś miasto odbudowane w 1693 r., w dużej mierze ma kolor lawy, a wiele budowli w jego starej części jest pokrytych tynkiem z krzemionki robionej z pyłu wulkanicznego. Lawą, która wpłynęła do miasta w pamiętnym 1669 r., wybrukowano część ulic. Imię Etny nosi główna ulica Katanii Via Etnea, gdzie w l`ora del gelato – tzw. porze jedzenia lodów, godzinę przed zmierzchem – mieszkańcy miasta gromadzą się na passegiatę, wieczorny spacer. I choć często spoglądają w kierunku Etny, nie czują lęku, dumni jak ich odbudowane miasto. Nie bez kozery na jednej z bram miasta wykuto napis: „Podnoszę się z popiołów jeszcze piękniejsza”.

CZYTAJ DALEJ

Kapłan oddany Bogu i ludziom

2020-06-05 18:36

ks. Wojciech Kania

W kościele parafialnym pw. Trójcy Świętej w Rudniku nad Sanem pożegnano śp. ks. inf. Czesława Walę.

Duchowieństwo, siostry zakonne i wierni świeccy pożegnali wybitnego duszpasterza i patriotę ks. Czesława Walę w jego rodzinnym mieście Rudniku nad Sanem. Mszy św. przewodniczył metropolita częstochowski abp Wacław Depo. Koncelebrowali bp Krzysztof Nitkiewicz, Ordynariusz Diecezji Sandomierskiej oraz biskup pomocniczy Diecezji Radomskiej Piotr Turzyński.

ks. Wojciech Kania

– Wasze miasto, w którym urodził się ten charyzmatyczny kapłan i do którego wrócił na emeryturę po przeszło 50 latach niezwykle owocnej pracy duszpasterskiej, miało być miejscem wytchnienia i oczekiwania na ostateczne spotkanie z Panem. Tymczasem, pomimo choroby i słabnących sił, ks. Wala dalej pielęgnował zapoczątkowane przez siebie dzieła, koncentrując się na pracy z głuchoniemymi i budowie dla nich, jakże potrzebnego ośrodka. Nic dla siebie, wszystko dla Chrystusa i drugiego człowieka. Taki był do ostatniego tchnienia – powiedział na początku liturgii bp Nitkiewicz.

ks. Wojciech Kania

Abp Wacław Depo nakreślił w homilii kilka obrazów z życia zmarłego, którego poznał jeszcze jako kleryk sandomierskiego seminarium. Opowiedział, że pierwszy raz zobaczył księdza Walę modlącego się na kolanach przy wiejskiej kapliczce razem z grupką dzieci. W tym miejscu wybudował później kałkowskie sanktuarium. Metropolita Częstochowski podkreślił pobożność maryjną zmarłego i otwartość serca, która sprawiała, że dzielił się dosłownie ostatnią kromką chleba. Jego głęboka pobożność szła w parze z przejrzystością życia, do tego stopnia, że nie miał nawet w domu firanek.

Abp Depo wspominał również o największych osiągnięciach ks. inf. Czesława Wali, w tym o budowie Sanktuarium Maryjnego w Kałkowie – Godowie.

– Wszyscy dziwili się skąd taki plan, nawet zarzucano mu, że wymyślił sobie sanktuarium. On zawsze mówił, że to jest sprawa Maryi, zawierzył jej i powstało miejsce, które gromadzi pielgrzymów i to jest cudowne – mówił abp Depo. Hierarcha podkreślał również, że ks. Wala kierował się wielką miłością do Ojczyzny, której uczył innych. – Jego umiłowanie ojczyzny i odpowiedzialność za nią jest dla nas zobowiązaniem. Dlatego dziękujemy Bogu za jego osobę, jego dzieła niech będą zawsze wdzięczną pamięcią o jego postawie i jego zawierzeniu Panu Bogu we wszystkim – powiedział abp Wacław Depo.

ks. Wojciech Kania

Do uczestników uroczystości pogrzebowych ks. inf. Czesława Wali specjalny list skierował Prezydent RP Andrzej Duda, w którym zaznaczył, że Ksiądz Infułat dawał wszystkim wspaniałe świadectwo życia Ewangelią. – W ciągu przeszło 55 lat posługi duszpasterskiej Ksiądz Infułat dał wspaniałe świadectwo, że dla człowieka kierującego się wskazaniami Ewangelii nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki swojej serdeczności i determinacji potrafił pokonywać największe przeciwności – napisał Prezydent.

Na zakończenie Eucharystii za posługę ks. inf. Czesława Wali dziękował bp pomocniczy z Radomia Piotr Turzyński, który reprezentował bpa Henryka Tomasika. Odczytany został również list od Przełożonej Generalnej Sióstr Pallotynek s. Izabeli Świerad, a ks. Stanisław Gurba odczytał list od Matki Generalnej Zgromadzenia Sióstr Salezjanek Najświętszych Serc s. Ines De Giorgi. Słowa wdzięczności i pożegnania wypowiedział również w imieniu samorządowców Burmistrz Miasta Rudnik nad Sanem Waldemar Grochowski oraz współpracownicy śp. Ks. Wali.


Po Mszy św., ciało ks. inf. Czesława Wali zostało przewiezione do Kałkowa, gdzie odbędzie się dalsza część uroczystości pogrzebowych.

Ks. inf. Czesław Wala urodził się 23 października 1936 r. w Rudniku nad Sanem. Był absolwentem miejscowego liceum ogólnokształcącego. Po maturze przez rok pracował w Urzędzie Gminy. Następnie wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk Sługi Bożego bp. Piotra Gołębiowskiego 7 czerwca 1964 r. Jako wikariusz pracował w Sławnie, a od 1967 r. rozpoczął pracę w Krynkach koło Starachowic. Często pełnił posługę w oddalonej o 9 kilometrów od Krynek wsi Kałków. Dzięki jego staraniom w miejscowości tej powstał punkt katechetyczny oraz kaplica. Dnia 17 października 1971 r., na beatyfikację o. Maksymiliana Kolbego, skromna kaplica przemieniła się w nieduży kościół pod jego wezwaniem. Parafia w Kałkowie została erygowana 1 października 1981 r., a ks. Wala został jej pierwszym proboszczem. W 1982 r. zrodziła się idea budowy sanktuarium Maryjnego. Mimo przeszkód czynionych przez władze, 22 maja 1983 r. do budującego się kościoła sprowadzono kopię obrazu Matki Bożej z Lichenia. Maryjną świątynię poświęcił w 1988 r. bp Marian Zimałek. Na przełomie lat 1985 i 1986 ks. Wala wybudował Golgotę Martyrologii Narodu Polskiego. Po przejściu na emeryturę zamieszkał w Rudniku nad Sanem, gdzie rozpoczął budowę domu opieki i formacji dla głuchoniemych.

CZYTAJ DALEJ

Do Nieba idziemy drogą gestów

2020-06-06 22:49

Małgorzata Pabis

Ks. Łukasz Kopczyński i ks. Dawid Hebda, tegoroczni neoprezbiterzy, dziękowali sobotę, 6 czerwca, w czasie porannej Mszy świętej w sanktuarium Bożego Miłosierdzia za otrzymany dar kapłaństwa.

W homilii ks. Hebda przywołał fragment Ewangelii: „Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz”, a potem postawił pytania: - Czy jeden grosz jest w stanie zmienić moje życie?? Czy jeden „drobny” uczynek może wpłynąć na moje życie wieczne? Sądząc po ludzku, z pewnością nie. Nie ma takiej opcji. Jeden drobny gest?? - Niemożliwe! Sądząc po Bożemu… Tak, może wpłynąć na moje życie wieczne – powiedział.

Odwołując się do Słowa Bożego, kapłan mówił, że Jezus nas ogląda, ogląda nasze życie. - On ciągle jest obecny i widzi nas zupełnie inaczej, niż widzą nas ludzie. - Widzi nas w zupełnie innym świetle. My sami nie widzimy się w takim, w jakim On nas widzi. Dlaczego tak jest?? Bo my bardzo często się oskarżamy, nie zauważamy dobra. Bo zapomnieliśmy już o oskarżycielu, Szatanie, czy też przeciwniku, jak nazywa go św. Piotr Apostoł w swoim liście.

Moi drodzy, Szatan nie pozwoli, abyśmy dostrzegali nasze dobre uczynki, nasze gesty. On chce nas karmić negatywami. Tymczasem Jezus stoi jako cierpliwy trener w naszym narożniku i przygląda się, ogląda, aby we właściwym czasie interweniować – powiedział.

Kaznodzieja przypominał dalej, że Jezus jest czujnym obserwatorem, czujnym, ale i niezwykle cierpliwym. - Zwróćmy uwagę na kobietę z dzisiejszej Ewangelii. Gdybyśmy byli obserwatorami i widzielibyśmy ubogą wdowę, wrzucającą jeden grosz do skarbony, jaka byłaby nasza reakcja?? Boże, jeden grosz?? Nie wstyd jej? Jezus tymczasem patrzy głębiej. Jakże przenikliwy jest wzrok Jezusa… „Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swe utrzymanie.”

Bardzo często oceniamy ludzi powierzchownie, płytko. Jezus natomiast dostrzega pełnię. Widzi nie tyle zewnątrz co wewnątrz – podkreślił kapłan i kontynuował: - Jezus dostrzega nasze gesty. Kobieta w dzisiejszej Ewangelii jest fenomenalna. Dlaczego? Bo drobnym gestem przyciąga uwagę Jezusa. My do Nieba idziemy drogą gestów, gestów! a nie wielkich dzieł. Jestem pewny, że każdy z nas wykonał w życiu pewien gest, gest Chrystusa. Gest ten mógł zostać niezauważony przez drugich, ale Chrystus go widział. On ten gest, gdy go wykonywaliśmy, oglądał, a więc mamy już bilet do Nieba. Warto nasze gesty sobie przypominać. Pamiętać o nich. Wtedy nie popadniemy w rozpacz duchową.

Ks. Hebda zwrócił uwagę, że w dzisiejszej Ewangelii nikt nie zainteresował się ubogą wdową. - Nikt prócz Jezusa. Prosta, uboga wdowa. Cóż w niej interesującego?! Jezus jest świetnym nauczycielem dla nas i pokazuje nam, abyśmy dostrzegali tych, którzy mogą się nam wydawać obojętni. Nie tylko zauważa tę kobietę, ale i przywołuje do siebie uczniów, aby zwrócili na nią uwagę. Jezus z ubogiej wdowy robi nauczyciela gestów. Uboga wdowa staje się nauczycielem. Drobny gest, jest wielki w oczach Boga – mówił.

Kaznodzieja wspominał wydarzenie z czasu, kiedy był diakonem. - Prowadziłem jedną z lekcji indywidualnego nauczania. Oczywiście, lekcja przygotowana, podręcznik otwarty. Zamierzałem podać temat, więc wygodnie usiadłem na krześle. Proszę ucznia, aby otworzył zeszyt. Uczeń nadal stoi wyprostowany, ze złożonymi rękami, zwrócony w stronę krzyża. Nie musiał nic mówić, ale jego gest złożonych rąk mówił wszystko. Myślę sobie: no tak. ksiądz, a zapomniał o modlitwie. Ten moment zapadł mi w pamięci dlatego, że w tej chwili, role się odwróciły. Ja stałem się uczniem, a ten mały chłopiec nauczycielem, nauczycielem wiary.

Kończąc homilię, ks. Hebda prosił: - Naśladując Chrystusa, bądźmy uważnymi obserwatorami, abyśmy zauważali gesty, zwłaszcza te, które wydają się nieistotne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję