Reklama

Sylwetki

Obrońca studentów i autonomii Uniwersytetu

W tym roku mija 35 lat od śmierci ks. rektora Wincentego Granata. W pamięci współczesnych zapisał się on jako człowiek wielkiej wiedzy i ogromnej życzliwości; doktor Bożych tajemnic i „doctor humanus” - doktor ludzki. Został zapamiętany jako człowiek prawy, odważny obrońca studentów i autonomii uniwersytetu

Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II, którego założenie w 1918 r. zbiegło się z narodzinami II Rzeczypospolitej, przechodził różne koleje losu. Jego historię współtworzyli uczeni, profesorowie, wychowawcy i studenci. W jego dzieje wpisali się też rektorzy, a jednym z nich był ks. Wincenty Granat - profesor, wybitny teolog i pisarz. Jego druga kadencja przypadła na koniec lat 60. - trudny okres dla nauki i środowisk akademickich w Polsce, naznaczony wydarzeniami marcowymi 1968 r. Zdecydowanie stając po stronie humanitarnych wartości, broniąc studentów, ks. Wincenty Granat okazał się rektorem odważnym i prawym, zapewnił uczelni godne i autonomiczne przetrwanie w trudnym momencie jej historii.

Kim był

Urodził się 1 kwietnia 1900 r. w znanym z produkcji porcelany Ćmielowie k. Ostrowca Świętokrzyskiego. Kształcił się w Sandomierzu, najpierw, w latach 1914-18, w Męskiej Szkole Filologicznej, a następnie w Wyższym Seminarium Duchownym (1918-23), gdzie odbył studia filozoficzno-teologiczne. Następnie swoje studia - jeszcze przed otrzymaniem święceń kapłańskich (przyjął je 24 sierpnia 1924 r.) - kontynuował na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W Wiecznym Mieście uzyskał dwa doktoraty: w zakresie filozofii i teologii. Po powrocie do kraju pracował w Radomiu - pełnił tam funkcję prefekta szkół powszechnych i średnich. Dał się poznać jako dobry organizator życia społecznego; owocnie prowadził działalność charytatywną. W 1933 r. został profesorem Wyższego Seminarium Duchownego w Sandomierzu, wykładał kilka przedmiotów, w tym logikę i teologię dogmatyczną. W okresie okupacji aktywnie działał w ramach tajnego nauczania.

Z KUL-em związał się w 1952 r. W lubelskiej Alma Mater przeszedł kolejne stopnie kariery naukowej, zyskując w 1970 r. stopień profesora nadzwyczajnego. Przez lata był kierownikiem II Katedry Teologii Dogmatycznej. W 1965 r. na posiedzeniu Senatu Akademickiego KUL został wybrany na rektora uczelni. Ponownie na to stanowisko Senat powołał go w 1968 r. Dwa lata później, po rezygnacji z funkcji rektora, ks. Granat opuścił Lublin. Zmarł 11 grudnia 1979 r. w Sandomierzu w opinii świętości. W czerwcu 1995 r. rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny.

Reklama

Dorobek naukowy

Przez całe swoje życie prowadził intensywne badania naukowe, których owocem było wiele prac o charakterze filozoficzno-teologicznym. Najważniejszym dziełem jest monumentalna, dziewięciotomowa „Dogmatyka katolicka” (Lublin 1959-67), przepracowana następnie w duchu Soboru Watykańskiego II i opublikowana pod tytułem „Ku człowiekowi i Bogu w Chrystusie” (t. I-II, Lublin 1972-74).

Ks. Granat położył niekwestionowane zasługi w zakresie recepcji zachodniej myśli teologicznej na grunt polski w okresie II Soboru Watykańskiego. Jego publikacje miały ogromny wpływ na kształtowanie się polskiej kultury intelektualnej. Przez wiele lat pełniły i do tej pory pełnią one funkcję nowatorskich i oryginalnych pomocy w kształceniu polskiego duchowieństwa oraz inteligencji katolickiej.

Lublin i wydarzenia marcowe

Ks. Wincenty Granat z ogromnym zaangażowaniem zabiegał o sprawy KUL-u w okresie wrogiej polityki władz PRL-u wobec katolickiej uczelni. W czasie sprawowania przez niego funkcji rektora, w 1968 r. w Polsce trwał kryzys społeczno-polityczny, powszechnie określany „wydarzeniami marcowymi”. Nastąpił on wskutek rozruchów studenckich w wielu miastach, m.in. w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Lublinie. Kryzys połączony był z rozgrywkami wewnątrz kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która, sprawując władzę państwową w sposób autorytarny, dążyła do uzyskania kontroli nad wszystkimi sferami życia społecznego. Bezpośrednim impulsem wybuchu zajść 10 stycznia 1968 r. stała się demonstracja studentów w Warszawie, którzy występowali przeciwko zdjęciu przez cenzurę spektaklu „Dziady”, wyreżyserowanego przez Kazimierza Dejmka na podstawie dramatu Adama Mickiewicza. Uczestnicy demonstracji zostali poddani różnym restrykcjom, niektórych dyscyplinarnie usunięto z uczelni. Sankcje i obostrzenia wywołały w dniach 8-11 marca powszechną akcję protestacyjną studentów domagających się liberalizacji życia politycznego. Protesty były brutalnie rozbijane przez oddziały milicyjne i tzw. aktyw robotniczy, składający się z pośpiesznie zmobilizowanych do tego zadania członków Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Do końca marca 1968 r. demonstracje studenckie zostały spacyfikowane.

Reklama

Zdjęcie „Dziadów” ze sceny stołecznego Teatru Narodowego wywołało demonstracje na Lubelszczyźnie - przede wszystkim w środowisku akademickim Lublina, w którym funkcjonowało podówczas pięć uczelni, w tym dwa uniwersytety: założony w 1944 r. UMCS i funkcjonujący od 1918 r. KUL. Lublin stał się świadkiem wielu zgromadzeń studenckich i wieców poparcia dla studentów z Warszawy. 11 marca 1968 r. w kierunku centrum miasta przeszło ok. tysiąca studentów, skandujących hasła: „Precz z cenzurą!”, „Żądamy wznowienia «Dziadów»!”. W pobliżu gmachu KUL-u przy Al. Racławickich zatrzymały ich milicja i „aktyw robotniczy”. Zażądano rozejścia się, wobec opornych użyto siły; zatrzymano kilkadziesiąt osób, w tym 21 studentów KUL-u.

Największy liczebnie wiec miał miejsce 13 marca. W tym dniu w „Chatce Żaka” zebrało się ok. 2 tys. studentów. Jedna z uczestniczek, Maria Wrzeszcz, podówczas studentka historii KUL-u, relacjonuje: „Wiec potwierdził fakt obarczenia winą za te zajścia studentów KUL-u, którzy wielokrotnie zabierali głos”. Domagali się obiektywnych i uczciwych informacji w mediach, uwolnienia aresztowanych studentów lubelskich uczelni i oczyszczenia ich z krzywdzących zarzutów.

Jak ojciec

Następnego dnia, 14 marca, lubelski dziennik „Sztandar Ludu” wydrukował oświadczenie rektora UMCS-u - prof. Grzegorza L. Seidlera, który postawił zarzuty studentom KUL-u. Stwierdził, że przebywając bezprawnie w gmachach UMCS-u, „uporczywie starali się siać niepokój i, mimo wyjaśniania spraw, złośliwymi pytaniami starali się godzić w ustrój Polski Ludowej, porządek prawny i zasady współżycia akademickiego”, a nadto „nawoływali do organizowania zebrań w celu wywołania awantur i niepokoju”.

W tej trudnej sytuacji, kiedy każde nierozważne działanie groziło likwidacją uniwersytetu, ks. rektor Wincenty Granat stanął heroicznie po stronie studentów. Kiedy lubelskie kolegia karno-administracyjne ukarały grzywnami 23 studentów, w tym 15 z KUL-u, ksiądz rektor wyłożył należną sumę, aby uwolnić te osoby od kary i umożliwić im kontynuowanie studiów. Wielkoduszność rektora pobudziła odwagę studentów do zorganizowania zbiórki pieniędzy, by wesprzeć ofiary antykomunistycznych zajść.

15 marca ks. Granat zwołał posiedzenie Senatu, którego pierwszym punktem obrad była sprawa publicznego oskarżenia studentów KUL-u, opublikowanego przez rektora UMCS-u. Senatorzy - jak czytamy w protokole posiedzeń - po dyskusji powzięli jednogłośnie następującą uchwałę: „Senat Akademicki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego protestuje stanowczo przeciwko tym (rektora UMCS-u - A.D.) zarzutom”. To z pozoru skromne oświadczenie nie mogło być rozumiane wówczas inaczej niż jako odważny akt solidarności z prześladowanymi studentami. Ks. rektor Granat nie ugiął się przed żądaniami władz także wtedy, gdy Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego zażądało usunięcia z uczelni uczestników zajść, według przesłanej listy proskrypcyjnej. Nikt z pracowników i studentów nie został wydalony z uniwersytetu.

W tym roku mija 35 lat od śmierci ks. rektora Wincentego Granata. W pamięci współczesnych zapisał się on jako człowiek wielkiej wiedzy i ogromnej życzliwości; doktor Bożych tajemnic i „doctor humanus” - doktor ludzki. Został zapamiętany jako człowiek prawy, odważny obrońca studentów i autonomii uniwersytetu.

Autor korzystał z publikacji: Maria Wrzeszcz, „Mój Marzec ’68”, w: „Koło Naukowe Historyków Studentów KUL 1919 - 2004. Księga Jubileuszowa”, Lublin 2004, s. 261-273.

Antoni Dębiński - ksiądz katolicki, profesor zwyczajny nauk prawnych, specjalista w zakresie prawa rzymskiego; od 2012 r. rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

2014-07-08 13:29

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Aby życia nie zmarnować

Niedziela kielecka 49/2019, str. IV

[ TEMATY ]

pomoc

sylwetka

Kielce

pomoc społeczna

TER

Teresa Brzeska nie umie żyć bez pomagania

Od lat słucha trudnych ludzkich historii, pomaga bezdomnym, samotnym matkom, ofiarom przemocy. Każdy człowiek zasługuje na miłość, szacunek i uwagę – mówi Teresa Brzeska, wiceprezes Kieleckiego Koła Towarzystwa św. Brata Alberta

Pracuje w nim z oddaniem jako wolontariuszka już trzydzieści pięć lat. Bez pomagania innym nie potrafi żyć. W wolnych chwilach odwiedza niewidomych oraz seniorów i organizuje im muzykoterapię.

Chęć pomagania i miłość od ludzi wyniosła z domu. – Moja mama bardzo lubiła nieść pomoc. Jeśli czegoś jej się dużo urodziło w polu, zanosiła do wielodzietnych rodzin. Wiedziała, że dzieci cierpią głód, że są problemy, alkohol, nie ma pieniędzy. Zanosiła wiadrami kapustę i ogórki. Widziałam to jako mała dziewczynka i podobało mi się to. Po latach, jako dorosła kobieta, spotkałam ks. prof. Jana Śledzianowskiego. Poinformował mnie, że chce w Kielcach utworzyć Koło Pomocy św. Brata Alberta. Zaproponował mi współpracę, która trwa od 1985 r. Początki wymagały od nas ogromnego zaangażowania. Założone przez nas Schronisko w Łukowej dla samotnych matek potrzebowało pilnie remontów, trzeba było również znaleźć pieniądze na utrzymanie kobiet, które się tutaj schroniły. Niektóre spodziewały się dziecka, inne przybywały już z dziećmi, uciekając przed przemocą. Jeździliśmy więc na kwesty do odległych parafii w naszej diecezji. Nie mieliśmy samochodów, trzeba było więc wstać po czwartej i jakoś dojechać – wspomina dziś Teresa Brzeska.

Ocalone życie

Czasem wraca do pierwszych spotkań z ubogimi. – Pewnego razu idąc na dyżur zauważyłam siedzącą na schodach przed biurem Koła Pomocy św. Brata Alberta uroczą dziewczynę. Opowiedziała mi swoją trudną historię. Rodzice się rozwiedli, mama wyjechała do Szwecji, ojciec poślubił inną kobietę. Została pod opieką starszego wuja, matka zapewniła ją, że będzie o nią dbała finansowo, aby mogła się uczyć, ale zastrzegła że nie może być absolutnie mowy o ciąży, o dziecku. Ona zakochała się, zaufała i zaszła w ciążę. Była dopiero w liceum. Zrozpaczona przybiegła tutaj po wsparcie, aby mogła wrócić do łask matki. Zaproponowałam jej pomoc. Rozpromieniła się i poczuła ulgę. Nie czuła się sama, razem z dzieckiem była bezpieczna. Sama nie była wtedy w stanie zapewnić mu należytej opieki, musiała ukończyć szkołę i zarabiać na swoje utrzymanie. Urodziła pięknego chłopca i oddała go do adopcji. Czasem wspominam tę młodą dziewczynę. Nie wiadomo jak skończyłaby się ta historia bez naszego wsparcia. Życie zostało ocalone – mówi.

Często dotyka ludzkich dramatów i płacze razem z ubogimi. – Do naszego biura przyszedł drobny, skulony mężczyzna lat ok. 70. Miał na imię Józef. Zapytał mnie, czy znajdzie się tutaj dla niego miejsce. Został bez dachu nad głową. Był samotny, mieszkał z siostrą, jej mężem i dziećmi w rodzinnym domu. Po śmierci rodziców namówiła go, aby zrzekł się spadku. Pewnego dnia oświadczyła, że to wszystko jest jej. – Wyszedłem więc – powiedział. Płakaliśmy oboje. Potem obiecałam mu, że znajdę dla niego u nas dom.

Wierna azylem dla samotnych matek

W Adwencie myśli o tych kobietach, które przewinęły się przez prowadzony przez Towarzystwo Dom Samotnej Matki w Wiernej (wcześniej w Łukowej) przez 30 lat istnienia placówki, o blisko trzystu dzieciach, które w tym miejscu znalazły schronienie, o tych które się tutaj urodziły. W Domu Samotnej Matki w Wiernej – w 2017 r. schronienie i opiekę otrzymało osiem kobiet i sześcioro dzieci, w 2018 – dziesięć kobiet i jedenaścioro dzieci. Ileż to przez te lata było opłatków, serdecznych spotkań... Wierna stałą się prawdziwym azylem dla samotnych matek. Dostrzegała, że tutaj czują się bezpieczne i spokojne. Siostry Pasterzanki dbają, aby było jak w domu, jak w rodzinie, ciepło serdecznie, przytulnie. Czasem kobiety zostają tutaj na kilka miesięcy, a czasem nawet na rok. Kiedy sytuacja tego wymaga i nie ma innej możliwości, matka po narodzinach może oddać dziecko do adopcji, gdzie czekają na niego nowi rodzice, którzy chcą otoczyć go miłością. – Kiedyś, będąc w jednej parafii opowiadałam mieszkańcom o pracy naszego Towarzystwa, mówiąc o takich właśnie przypadkach. W końcu kościoła stał mężczyzna z małym dzieckiem na ręku i dumnie prężył pierś. Okazało się potem, że chłopiec był adoptowany, a mama urodziła go będąc w naszym Domu w Wiernej – opowiada.

Jak plaster na ranę

– Kocham to robić. Zdarza mi się często płakać z tymi ludźmi, bo taką mam już empatię, ale potem mówię: „zaradzimy”, „jakoś będzie”. Ewangelia mówi „Nie ten kto mówi Panie, Panie dostąpi zbawienia”. Dlatego staramy się swoim konkretnym działaniem ukazywać realizm wiary chrześcijańskiej – tłumaczy. Myśląc o tych, którym pomaga, powtarza, że „widzi w nich potrzebującego Chrystusa”. Słucha ich bardzo trudnych, traumatycznych przeżyć, patrząc na ich okaleczone życie, naznaczone cierpieniem odrzuceniem, samotnością, co często jest tak wyraźnie wyrysowane na twarzach. Podkreśla, że pragną zrozumienia, wsparcia, współczucia i opieki. – Zdaję sobie sprawę, że całego świata nie uratujemy, ale jeśli choć jednemu człowiekowi pomożemy, to warto. Sprawia mi ogromną radość i satysfakcję, kiedy widzę na twarzy potrzebującego uśmiech, poczucie spokoju, gdy ustępuje z jego życia lęk przed przemocą i agresją, z którą musiał się zmagać, gdy może położyć głowę w bezpiecznym miejscu. Jesteśmy jak ten plaster na ranę. Przywracamy uśmiech, dajemy miłość.

Ze Schroniska dla Bezdomnych Mężczyzn w l. 2017-19 do chwili obecnej rocznie średnio korzystało od 70-90 osób, z Noclegowni – w 2017 r. – 64 osoby, 2018 r. – 67 osób , a w 2019 r. do września – 46 osób. Dawniej, po transformacji ustrojowej, w schronisku częściej szukali pomocy mężczyźni w sile wieku. Nie było tyle kontraktów, bezrobocie spychało ich w długi, nie byli w stanie opłacić mieszkania. Teraz więcej jest mężczyzn w okolicach 70 lat, emerytów z orzeczonymi eksmisjami. Oni tutaj znajdują schronienie. Biedni potrzebują miłości. Schronisko daje im poczucie przygarnięcia. Nikogo nie wykluczamy, ubóstwo nie odbiera godności człowiekowi. Św. Brat Albert mówił „każdemu należy się dach i strawa” – podkreśla Teresa. Towarzystwo prowadzi także dziesięć mieszkań chronionych, w których dom znalazło 16 osób.

Muzykoterapia z Teresą

Nawet będąc na emeryturze, nie zwalnia tempa. Obok licznych obowiązków znajduje czas na odwiedziny pensjonariuszy w jednym z DPS i prowadzi tutaj dwa razy w tygodniu muzykoterapię. Uczestniczą w nich niemal wszyscy pensjonariusze, którzy mogą przemieszczać się o własnych siłach, czy na wózkach. – Repertuar jest bardzo różnorodny – od pieśni maryjnych, które przeplatają naszą modlitwę różańcową. Jest litania, a potem przechodzimy do patriotycznych. Wtedy u niektórych kombatantów widzę taki zapał i radość – mówi. Czasem opowiadam ich o moich podróżach do różnych sanktuariów, przenosząc ich choć na chwilę oczyma wyobraźni w te miejsca. Staram się im przywieść z tych pielgrzymek jakieś pamiątki, obrazki np. św. Charbela z Libanu, Matki Bożej Pompejańskiej. A kiedy spotkanie się kończy, musi im obiecać, że wkrótce znów do nich przyjdzie.

Pozytywnie zajęta

– Kiedy tam jestem, nie mam wątpliwości że Pan Bóg dał tę starość, niedołężność, biedę, aby reszta się zbawiała. Człowiek może być kiedyś bliżej nieba. Obserwuję pracowników, jak się starają, troszczą o seniorów – leżących pokarmią, przebiorą. Jakaś dziewczynka przychodzi, zagra im na pianinie. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Odwiedza również regularnie niewidomych w ośrodku przy ul. Złotej w Kielcach. Przychodzi w odwiedziny, by im poczytać, porozmawiać, pośpiewać wspólnie.

Terasa mówi, że „chce przynieść do Pana Boga naręcza dobra”. Mimo, że jest na emeryturze, to jakby pracowała na dwóch etatach. Działa we wspólnocie Szkoła Maryi. W działaniu i modlitwie nie ma dla niej żadnych granic. Potrafi modlić się brewiarzem przez skype’a ze swoimi przyjaciółmi z różnych stron świata. Wyjeżdża na rekolekcje w Polsce i za granicą. – Jestem pozytywnie zajęta. Wiem co robić, aby życia nie zmarnować – mówi z uśmiechem.

CZYTAJ DALEJ

Polka zażyła pigułki aborcyjne i urodziła ciężko niepełnosprawną córkę

2020-05-21 14:46

[ TEMATY ]

aborcja

Fundacja Pro – Prawo do Życia

źródło: stronazycia.pl

Na jednej z grup dyskusyjnych należących do aborcjonistów pośredniczących w handlu nielegalnymi pigułkami poronnymi pojawiło się świadectwo kobiety, w przypadku której pigułka nie zadziałała. W konsekwencji, urodziła ciężko niepełnosprawną córkę po czym porzuciła ją w szpitalu. O sprawie informuje Fundacja Pro-Prawo do życia.

Od kilku lat działa w Polsce zorganizowana grupa przestępcza, która pośredniczy w handlu nielegalnymi pigułkami poronnymi i namawia kobiety do wykonywania aborcji za ich pomocą. Na jednej z grup dyskusyjnych należących do tego środowiska padło pytanie, co zrobić gdy nie uda się aborcja za pomocą pigułek i czy może to mieć wpływ na dziecko. "Czy można wtedy spróbować jeszcze raz? Co wtedy zrobić?" pytano.

Do dyskusji włączyła się kobieta, która wcześniej połknęła aborcyjne pigułki:

"[Pigułkowa aborcja] zawiodła. Córce przestały rosnąć kończyny. Z USG główka wskazywała na wyższy tydzień ciąży, niż długość kości udowej. Wody płodowe zaczęły odchodzić w 28 tyg. ciąży. Przetrzymano mnie w szpitalu do 31 tyg. i wykonano cesarkę. Mała urodziła się z wagą 1600 i licznymi wadami. Zostawiłam ją tam… Zrzekłam się praw… Wiem, że trafiła do ośrodka adopcyjnego… To było prawie dwa lata temu…„

Kobieta dała się namówić na aborcję pigułkową, której celem miało być szybkie i beztroskie pozbycie się nienarodzonego dziecka. Jednak jej córka urodziła się zamiast umrzeć. Próba pigułkowej aborcji doprowadziła dziewczynkę do ciężkiego kalectwa a matka porzuciła niepełnosprawnego maluszka w szpitalu.

"W tak makabryczny sposób może zakończyć się aborcja farmakologiczna z użyciem pigułek poronnych, w sprzedaży których pośredniczy aborcyjna grupa przestępcza. Jej członkowie namawiająPolki do tego typu pigułkowych aborcji. Według prawdopodobnych szacunków, każdego roku dokonuje się w naszym kraju tysięcy takich aborcji" - mówi Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do życia, której wolontariusze ujawnili ten wstrząsający przypadek.

Z inicjatywy Fundacji w całym kraju trwa kampania społeczna "Stop biznesowi śmierci", której celem jest pokazywanie prawdy o aborcjach pigułkowych i ostrzeganie Polaków przed tym procederem. Działacze Fundacji domagają się także natychmiastowego wszczęcia działań śledczych przeciwko aborcyjnym przestępcom.

W ostatnim czasie głośno było również o postawie wolontariuszki Fundacji Zuzanny Wiewiórki, która zaoferowała wsparcie psychiczne i materialne młodej dziewczynie chcącej połknąć pigułki. Ostatecznie do aborcji nie doszło za co Zuzanna Wiewiórka otrzymała tysiące gróźb od zwolenników aborcji.

CZYTAJ DALEJ

Austria: zmarł były przewodniczący episkopatu bp Johann Weber

2020-05-25 14:22

W wieku 94 lat zmarł 23 maja w austriackim Grazu były przewodniczący Konferencji Biskupów Austrii bp Johann Weber. Wieloletni biskup Grazu (w latach 1969-2001) był ważną postacią i inicjatorem licznych inicjatyw duszpasterskich Kościoła w Austrii w wielu dziedzinach. Ostatnio mieszkał w domu opieki w Grazu, gdzie w ub.r. obchodził 50. rocznicę swojej sakry biskupiej.

W Konferencji Biskupów Austriackich bp Weber był referentem ds. młodzieży, a następnie kierował komisją „Kościół i społeczeństwo”. Funkcję przewodniczącego episkopatu objął w maju 1995 r. w trudnym czasie dla Kościoła Austrii. Zrezygnował bowiem dotychczasowy przewodniczący, kard. Hans Hermann Groër po tym, jak dwa miesiące wcześniej ujawniono, że jako wychowawca w seminarium wykorzystywał seksualnie kleryka. Informacja ta wywołała kryzys w Kościele katolickim w Austrii. Ponad pół miliona osób podpisało się pod „ankietą Ludu Bożego”. W reakcji na to bp Weber powołał platformę „dialogu dla Austrii”, której zwieńczeniem było zgromadzenie delegatów tej inicjatywy oraz przedstawicieli Kościoła w październiku 1998 r. w Salzburgu. Wprawdzie nie rozwiązało to całkowicie głębokich podziałów wywołanych „sprawą Groëra”, ale z pewnością znacznie je zmniejszyło, a to dzięki autorytetowi, jakim cieszył się bp Weber.

„To było szczęściem dla Kościoła w Austrii, że w trudnym czasie 1995 r. bp Weber stał na czele episkopatu”, wspominał swego zmarłego poprzednika obecny przewodniczący Konferencji Biskupów Austrii kard. Christoph Schönborn. Podkreślił, że w bolesnych dla wspólnoty Kościoła latach tamtego okresu bp Weber sprawdził się jako „biskup mądry, taktowny, szukający porozumienia, a jednocześnie zaangażowany i odważny”.

Także prezydent Austrii Alexander Van der Bellen podkreślił zasługi bp. Webera dla Kościoła katolickiego w kraju. „Wraz ze śmiercią emerytowanego biskupa Grazu Kościół traci człowieka wielkich zasług, skromności i bliskiego kontaktu z ludźmi”, stwierdził prezydent Austrii. Przypomniał, że niewątpliwie punktem kulminacyjnym jego posługi była wizyta papieża Jana Pawła II w leżącym w diecezji Graz sanktuarium maryjnym Mariazell w 1983 r. oraz objęcie przewodnictwa w Konferencji Episkopatu Austrii w trudnym okresie dla Kościoła i kraju.

Johann Weber urodził się 26 kwietnia 1927 r. w Grazu, stolicy austriackiej Styrii. Tam także uczęszczał do szkoły oraz tzw. małego seminarium diecezjalnego, zamkniętego w 1938 r. po zajęciu Austrii przez niemieckich nazistów. Po służbie wojskowej w czasie drugiej wojny światowej Weber rozpoczął studia teologiczne na uniwersytecie w Grazu. Święcenia kapłańskie przyjął 2 lipca 1950 r. Od 1956 r. przez sześć lat był duszpasterzem młodzieży pracującej, od 1962 r. – proboszczem parafii św. Andrzeja w Grazu, gdzie rozwijał szereg inicjatyw socjalnych. 10 czerwca 1969 r. papież Paweł VI mianował ks. Webera biskupem diecezji Graz-Seckau. Sakrę biskupią otrzymał 28 września 1969 r. w katedrze w Grazu.

W duchu Soboru Watykańskiego II bp Weber był przekonany, że dialog jest istotną cechą wiary chrześcijańskiej i starał się wprowadzać w życie tę zasadę życia Kościoła. Był on inicjatorem wielu ważnych wydarzeń dla życia Kościoła w Austrii, poczynając od Synodu Krajowego w latach 1973-74, przez Katholikentag – zjazd katolików w 1981 r. w Grazu, „Pielgrzymkę różnorodności” w 1966 r., Drugie Europejskie Zgromadzenie Ekumeniczne w 1997 r. w Grazu, po „Dialog dla Austrii” w 1983 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję