Reklama

Niedziela Sosnowiecka

Pan Bóg ma swoje plany...

Półsierota wcześnie oddany krewnym, pochodził z niewielkiej wioski położonej na krańcach obecnej diecezji sosnowieckiej. Częściej czuł na grzbiecie razy pryncypała niż sytość w żołądku. Jasne momenty jego życia to niedzielna Msza św. w kościele parafialnym, gdzie nieporadnie powtarzał zasłyszane pacierze i do woli pasł oczy pięknem świątyni.

Edukację ukończył na trzeciej klasie podstawówki. Nie zaznał serca i ciepła rodzinnego domu. Wybuchła wojna. Młody wówczas chłopak został powołany do junaków. Uciekł z transportu i przez dwa lata wałęsał się po okolicy. Przywykł do niewygód i niebezpieczeństwa, stał się zadziorny i agresywny. Później, już po wojnie, jako ochotnik Milicji Obywatelskiej nie rozstawał się z bronią. Pierwszy raz w życiu poczuł się ważny. Jednak długo nie zagrzał tam miejsca, zwolnił się i wrócił na ojcowiznę. Zdobyty prestiż pozostał. Szła za nim fama zawadiaki i duszy towarzystwa, lubił się wyszumieć, zaimponować...

Ze wsi do miasta

W sąsiedniej wsi poznał dziewczynę z bogobojnej, zacnej rodziny, osiadłej na niemałym gospodarstwie. Wkrótce zostali małżeństwem; pojawiły się dzieci. Roboty było co niemiara, więc dotychczasowy hulaka harował od świtu do nocy. Jednak wyładowywał agresję na żonie, która dla niego przestała być już piękną, atrakcyjną dziewczyną. Była matką trojga dzieci – zalatana, zaniedbana nie miała czasu na nic. Poza tym on, nadal przystojny i ponętny, zaczął wracać do kawalerskich czasów. Inne kobiety były mu pociechą. Ich małżeństwo dopadł kryzys... Wyprowadzili się na peryferie wielkiego miasta.

Reklama

Bez Boga

Przez długie lata ich miejskie życie było trudne i ubogie, ale brnęli naprzód rozpędem i siłą młodości pokonując przeszkody. Już od dłuższego czasu pracował w fabryce jako robotnik. Powoli piął się w zakładowej hierarchii. Zdobywał doświadczenie i uznanie. A że czasy były takie, że liczyła się ilość, przyjęto go do partii. Czerwoną legitymację przyjął jako wyróżnienie. Nosił pierwszomajowe szturmówki, nasiąkał ideologią komunistyczną. Zaczął pełnić odpowiedzialne funkcje w aparacie, decydować. Prosty, bezkrytyczny umysł łatwo było zbałamucić. Wszystkie socjalistyczne doktryny zasłyszane na szkoleniach politycznych czy w uległych mediach przyjmował jako prawdy oczywiste i ostateczne. Nieustępliwą walkę państwa z Kościołem traktował jako konieczną.

Boga nie było w jego sercu. Odrzucił wszystko co trochę pamiętał z dzieciństwa i to, czego nauczył się we wczesnym etapie małżeństwa od żony i jej rodziny. A ona? Cierpiała, płakała, ale mimo to darzyła miłością. „Męczennica...” – powtarzał z ironią. Był trudny we współżyciu, wszyscy drżeli, gdy wracał do domu, ponieważ pewna była awantura. Nikt nie śmiał nawet oczu podnieść, gdy był rozwścieczony.

Zbliżało się jakieś niesamowicie ważne święto partyjne. Odwiedziny kolegów-towarzyszy. Wielka biba zakrapiana dużą ilością alkoholu. „Ale co oni pomyślą, że u nas tyle świętości. Zdejmiemy ze ścian krzyże i obrazki” – powiedział do żony. I to była ta kropla, która przerwała milczenie rodziny. „Za nic w świecie. Choćbyś mnie zabił, tego nie zrobisz!” – krzyczała. Zaskoczenie taką postawą, to jedyne, co wówczas czuł. Sam się nie ważył. Walka z krzyżem zakończyła się fiaskiem. Jednak on nadal nie zmienił swojej postawy. Kolejne zebrania partyjnych kolesiów, zamroczenie, powrót do domu, awantury... Pojawiają się już wnuki, z których wydaje się być zadowolony, ale gdy jedna z jego córek po raz trzeci zachodzi w ciążę, bardzo mu się to nie podoba. Chce żeby usunęła dziecko, ale tu też przegrywa…

Reklama

U kresu życia

Okazuje się jednak, że wszystko jest do czasu. I dla twardzieli Bóg ma swoje plany. Coraz gorsze samopoczucie, osłabienie, mniejsza ochota na imprezy, więcej czasu spędza przed telewizorem, pojawiają się bóle. Trzeba w końcu pójść do lekarza. Jestem zdrowy, całe życie byłem. Ale bóle stają się nie do wytrzymania. Mija kolejny rok. Wreszcie badania, wizyta u najlepszego specjalisty. A diagnoza brzmi jak wyrok: nowotwór złośliwy żołądka. Cała rodzina zamarła. Chory żyje w nieświadomości. Kolejne pobyty w szpitalu, powrót do domu, atak bólu i szpital.

Coś jest nie tak! Łagodnieje, wypytuje o wnuki, o ich sukcesy, o to co w domu, bo przez ostatnie tygodnie nie rozstaje się ze szpitalnym łóżkiem. „Ja już chyba z tego nie wyjdę” – mówi najbliższym, choć nadal zarzeka się, że nie chce księdza na swoim pogrzebie. Mijają kolejne dni. Starania rodziny o to, aby kapelan pojawił się w jego pokoju, skutkują. Nawet rozmawiają ze sobą. „Wiesz, przychodzi tu czasem ksiądz. Fajny facet. Można z nim pogadać” – wyznaje pewnego dnia swojej żonie. „To może byś się wyspowiadał, przecież całe życie tego nie robiłeś” – nieśmiałe podpowiedzi żony przerywa kolejny, potworny atak bólu. Leży kilka godzin nieprzytomny, jednak jest twardy. Bierze już morfinę, ale harda dusza w nim jeszcze gra. Dwa dni przed śmiercią dostępuje łaski sakramentu spowiedzi św. i przyjmuje Pana Jezusa do swojego serca. Jednak zapragnął Boga, a ten przyszedł do niego w śnieżnobiałym, małym opłatku. „Na ten moment czekałam całe życie” – tylko tyle, a może aż tyle mogła wydusić z zaciśniętego gardła ta, która autentycznie go kochała.

2014-02-20 13:02

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Z ziemi do nieba

Niedziela przemyska 37/2017, str. 4

[ TEMATY ]

opowieści

Stanisław Gąsiorski

Występ Diakonii Muzycznej Archidiecezji Przemyskiej

Muzyczno-poetycka opowieść o bohaterach naszej historii zgromadziła w podziemiach bazyliki archikatedralnej w Przemyślu niemałą grupę widzów w różnym wieku.

Czwartkowy wieczór 24 sierpnia był czasem refleksji i modlitwy dla tych mieszkańców Przemyśla, którzy korzystając z zaproszenia ks. Tadeusza Białego, Moniki Brewczak oraz Diakonii Muzycznej Archidiecezji Przemyskiej, wybrali się do przemyskiej katedry. Podziemia świątyni, na co dzień miejsce wycieczek turystów i ekspozycji zabytków sztuki sakralnej, stały się niewielką salą koncertową. Wstawiono kilkadziesiąt krzeseł, te jednak szybko okazały się niewystarczające dla licznie zgromadzonej publiczności.

Historię męczenników z Markowej, płacących życiem za ukrywanie Żydów w czasie niemieckiej okupacji, przybliżyła zebranym pani Maria Szulikowska, autorka tekstów wykorzystanych w pierwszej części programu. Części kolejne poświęcone zostały powstańcom warszawskim oraz żołnierzom niepodległościowego podziemia. Na ponadgodzinny program koncertu złożyły się pieśni i piosenki znane niemal wszystkim, więc publiczność chętnie dołączała ze śpiewem. Wiele osób ocierało łzy wzruszenia i nie było w tym nic nadzwyczajnego, zważywszy na zaprezentowany repertuar. Współczesny utwór autorstwa Jana Pietrzaka „Żeby Polska była Polską” i „Pieśń Konfederatów Barskich”, napisana ponad 170 lat temu przez Juliusza Słowackiego, to tylko dwa przykłady kompozycji przygotowanych przez Diakonię Muzyczną na ten wieczór. Warto jeszcze zwrócić uwagę na nastrojową, muzyczną opowieść o ostatnich dniach Danuty Siedzikówny, nastoletniej sanitariuszki Armii Krajowej. Gdy wykonywano na niej wyrok śmierci, „Inka” była rówieśniczką wielu występujących tego wieczoru dziewcząt.

„Z domu wynosi się to, co najważniejsze, co owocuje w przyszłych pokoleniach” – mówiła pani Maria we wstępie do programu. Jakby na potwierdzenie tych słów zarówno wśród publiczności, jak i na scenie znaleźli się przedstawiciele pokoleń: od kilkuletnich dzieci po tych, których siwe włosy pozwalały domyślać się, że niejedna wyśpiewana tu historia była swego czasu częścią ich życia. Coraz mniej liczni świadkowie trudnych lat mogą być spokojni; wydarzenia i ludzie skazani na zapomnienie przez niemieckich i sowieckich okupantów Polski, z każdym rokiem odżywają na nowo w pieśniach wykonywanych przez kolejne już pokolenia. To prawda, że kilkuletnia dziewczynka z buzią aniołka i długimi, jasnymi włosami na razie jeszcze nie rozumie, co znaczą śpiewane z przejęciem słowa „O Boże, skrusz ten miecz, co siekł nasz kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj”. Ale za kilka lat na pewno zapyta. I wówczas znajdą się gotowi, by odpowiadać.

CZYTAJ DALEJ

KGP: Jeśli ktoś otrzyma paczkę z nieoznakowanymi nasionami, niech się skontaktuje z policją

2020-08-05 09:22

[ TEMATY ]

niebezpieczeństwo

zagłada

nasiona

tvp.info

Do tej pory nie otrzymaliśmy zgłoszeń dotyczących przesyłek z Chin, zawierających nieoznakowane nasiona. Jednak jeśli ktoś takie nasiona otrzyma, proszony jest o kontakt z policją - powiedział PAP rzecznik Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Ciarka.

Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa poinformowała kilka dni temu na swojej stronie internetowej o tym, że w ostatnim czasie pojawiają się informacje dotyczące przesyłek z Chin, zawierających nieoznakowane nasiona. "Początkowo takie paczuszki pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, następnie dotarły do Europy, a w końcu i do Polski" - przekazano w komunikacie.

Inspekcja wskazała również, że osoby które otrzymają taką przesyłkę powinni zgłosić tę sprawę albo na policję albo do zespołu zarządzania kryzysowego, działającego przy Wojewodzie.

W rozmowie z PAP rzecznik Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Ciarka podkreślił, że do tej pory policjanci nie otrzymali zgłoszeń dotyczących przesyłek z nieoznakowanymi nasionami z Chin. "Niemniej jednak, jeżeli ktoś otrzyma taką przesyłkę proszony jest o kontakt osobisty lub telefoniczny z najbliższą jednostką policji lub z Państwową Inspekcją Ochrony Roślin i Nasiennictwa" - zaznaczył policjant.

Według zaleceń inspekcji w przypadku otrzymania paczki zawierającej nieoznakowane nasiona i jej otwarciu, należy nasiona zniszczyć. "Z punktu zachowania bezpieczeństwa fitosanitarnego, najprostszą i możliwą także do samodzielnego wykonania metodą jest spalenie tych nasion (najlepiej w piecu domowym lub kominku, ewentualnie metalowym pojemniku np. wiaderku, aby zachować również warunki bezpieczeństwa przeciwpożarowego" - napisano.

"Absolutnie nie należy takich nasion +wysiewać na próbę+. Nasiona o nieznanym pochodzeniu, a co najważniejsze, o nieznanym statusie fitosanitarnym, mogą być źródłem nowych, nie występujących dotychczas w kraju/w UE agrofagów szkodliwych dla roślin. Takie organizmy (np. szkodniki, grzyby, bakterie wirusy i in.) stanowią potencjalne zagrożenie dla roślin uprawianych i rosnących w naturze na danym obszarze i przy korzystnych warunkach do rozwoju oraz braku naturalnych wrogów/czynników ograniczających, mogą zadomowić się, powodując straty gospodarcze i środowiskowe" - podkreślono w komunikacie Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa.
(PAP)

Autor: Bartłomiej Figaj

bf/ lena/

CZYTAJ DALEJ

Kard. Raï: odbudujmy wspólnie zraniony Bejrut!

2020-08-05 15:12

[ TEMATY ]

Liban

wybuch

PAP

Libański kardynał Béchara Boutros Raï zaapelował do wspólnoty międzynarodowej o przyjście z pomocą rannemu Libanowi. W tekście zatytułowanym „Apel do państw świata” wezwał do utworzenia kontrolowanego przez ONZ funduszu na rzecz odbudowy Bejrutu.

W przejmującym przesłaniu maronicki patriarcha Antiochii podkreśla, że Bejrut to obecnie zniszczone miasto, które wygląda tak, jakby przetoczyła się przez nie wojna. Opisuje zniszczenia i spustoszenie spowodowane przez podwójną eksplozję. Przypomina o setkach rodzin, które w jednej chwili stały się bezdomne. „Ma to miejsce w chwili, gdy państwo przeżywa ogromny kryzys gospodarczy, co sprawia, że nie jest w stanie sobie poradzić z tą katastrofą” – podkreśla kard. Raï. Wskazuje, że „Kościół, który w całym Libanie utworzył sieć pomocy humanitarnej, stoi dziś przed nowym wielkim wyzwaniem, którego nie jest w stanie samodzielnie podjąć”. Maronicki patriarcha poprosił o pomoc kościelne organizacje charytatywne na całym świecie, aby pospieszyły z pomocą poszkodowanym mieszkańcom Bejrutu, by mogli odbudować swe domy i uleczyć rany.

Miejscem pierwszego schronienia dla pozbawionych dachu nad głową stało się m.in. sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu w Harissie. „Mimo że do Bejrutu jest 20 km to poczuliśmy jak budynek się trzęsie” – powiedział Radiu Watykańskiemu rektor sanktuarium ks. Khalil Alwan, który część pomieszczeń przekazał do dyspozycji Czerwonego Krzyża. Sanktuarium jest od wczoraj także szczególnym miejscem modlitwy. „Adoracja Najświętszego Sakramentu trwa całą dobę, od rana co godzinę odprawiamy Mszę” – podkreśla ks. Alwan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję