Reklama

Jan Paweł II

Kim była Emilia Wojtyłowa

„Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - te słowa usłyszała od swego lekarza Emilia Wojtyłowa, gdy się okazało, że spodziewa się dziecka. Mimo to zdecydowała się je urodzić. Żyła jeszcze dziewięć lat po narodzinach Karola - przyszłego papieża

Była jesień 1919 roku. Emilia wraz ze swym mężem Karolem Wojtyłą i synem Edmundem od sześciu lat mieszkała w Wadowicach, a od niecałego roku w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Kościelnej. Była w siódmym niebie, gdy się dowiedziała, że spodziewa się kolejnego dziecka.

Długo na nie czekała. Syn Mundek miał już trzynaście lat. Córeczka Olga, którą urodziła przed trzema laty, żyła tylko 16 godzin. Emilia bardzo przeżyła jej śmierć. Zaczynała już się martwić, czy w ogóle będzie jeszcze mogła zajść w ciążę. Tym bardziej że kończyła trzydziesty szósty rok życia. A tak pragnęła, by Edmund miał rodzeństwo. W końcu jej nadzieje się spełniły. Wreszcie rodzina się powiększy. Była szczęśliwa.

Ale idylla nie trwała długo.

Reklama

Tak bardzo chciała żyć

Od lekarza, znanego ginekologa i położnika wadowickiego, usłyszała diagnozę, która brzmiała jak wyrok: ciąża jest zagrożona. Lekarz powiedział, że jej nie donosi i nie ma szans urodzić żywe dziecko. A jeśli dziecko się urodzi - to kosztem życia matki. Aby więc ratować siebie, powinna usunąć poczęte już dziecko - oznajmił jej stanowczo lekarz. „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - tłumaczył.

Emilia była w szoku. Ma zabić dziecko, które nosi w sobie? Czy jej życie jest ważniejsze niż dziecka? Każde ma przecież taką samą wartość. I każde jest święte - wierzyła mocno. Ale była też świadoma, że jej życie też jest potrzebne. Miała przecież syna, Edmunda, który liczył dopiero trzynaście lat. To jeszcze dziecko. Jak sobie poradzi bez matki? Pamiętała, że tyle lat miała ona sama, gdy zmarła jej mama. Wiedziała, jak ciężko jest być półsierotą i za nic w świecie nie chciała narażać swojego dziecka na taki los. A co będzie, jeśli oboje, i ona, i dziecko, nie przeżyją porodu? Edmund nie będzie miał ani matki, ani rodzeństwa. No i co będzie z jej mężem? Miała zgotować mu los wdowca? Tyle wspólnych planów jeszcze mieli. Skończyła się wojna, Polska stała się niepodległa, jej syn Edmund po dwóch latach szkoły w Górnej Austrii był teraz z nią w domu, zdrowo rósł, dobrze się uczył. Mąż wynajął nowe, większe mieszkanie. Życie zaczynało się stabilizować.

Emilia chciała żyć. Tak bardzo chciała żyć.

Reklama

Na ich odpowiedzialność

Decyzję podjęła bardzo szybko. Już po pierwszej rozmowie z mężem nie miała wątpliwości: urodzi to dziecko! Przecież ono ma prawo żyć. Jak będzie trzeba, to ono da sobie radę, musi tylko mu to umożliwić. A cokolwiek się stanie, znaczy, że taka jest wola Boża.

Emilia pragnęła za wszelką cenę wypełnić swe przeznaczenie. W ten sposób pojmowała powołanie do bycia żoną i matką. Nie mogła teraz od tego uciec. Zrezygnować.

- Musiała być bardzo świadoma swej roli matki, niezwykle dojrzała, bo tylko taka osoba może powiedzieć: wolę umrzeć niż się pozbyć swojego dziecka - komentuje dziś psycholog Maria Król-Fijewska. Natomiast psycholog Anna Zabrodzka dodaje, że postępowanie Emilii Wojtyłowej świadczy też o jej ogromnej pokorze. - Nie jej plany były najważniejsze, cechowała ją zgoda na życie takie, jakie ono jest. Wiedziała, że nie od niej wszystko zależy. Miała jasno określony system wartości.

- Ciążę Emilii poprowadził inny lekarz, z wadowickich koszar, w których pracował jej mąż, podoficer Karol Wojtyła - relacjonuje historyk z Wadowic Michał Siwiec-Cielebon, który poznał tę historię od akuszerki przyjmującej poród Emilii. - Akuszerka mówiła mi, że Emilia Wojtyłowa była załamana, gdy lekarz zasugerował jej aborcję. W pełni zdawała sobie sprawę z zagrożenia życia swojego i dziecka, tym bardziej że diagnoza padła z ust najbardziej znanego wówczas położnika w Wadowicach. Ale szybko nabrała zaufania do lekarza, którego znalazł jej w swoim miejscu pracy mąż. Był to doktor Taub, który słynął ze skuteczności leczenia, nawet trudnych i beznadziejnych przypadków.

Doktor Taub był świadom, że utrzymanie przy życiu poczętego dziecka może skończyć się tragicznie. Ale nie nalegał na aborcję. Podjął się ryzyka poprowadzenia ciąży Emilii na wyraźną prośbę obojga małżonków. I na ich odpowiedzialność.

Niemożliwe stało się możliwe

Drugi syn Emilii urodził się 18 maja 1920 r. około godziny siedemnastej.

Tego dnia w Wadowicach było wyjątkowo gorąco jak na tę porę roku. Temperatura dochodziła nawet do trzydziestu stopni Celsjusza. Do tego było duszno. Emilia leżała na łóżku w swoim domu. Kiedy skurcze porodowe były coraz silniejsze, poprosiła położną, żeby otworzyła okna. Potrzebowała więcej powietrza. I więcej siły.

Gdy zbliżała się godzina siedemnasta, rozległo się bicie kościelnego dzwonu, a potem śpiew Litanii loretańskiej ku czci Najświętszej Maryi Panny. Mieszkańcy Wadowic, jak zawsze w maju o tej porze, uczestniczyli w nabożeństwie majowym.

Zbieg okoliczności? Zapowiedź cudu? Bo w tym właśnie momencie dziecko Emilii przychodziło na świat. Rodziła je, wsłuchując się w śpiew Litanii ku czci Matki Bożej. Jakby Ktoś w górze w tym porodzie pomagał.

Urodził się cudowny chłopczyk. A właściwie chłopak. Był bowiem wyjątkowo duży, silny, zdrowy. I głośno płakał, jakby chciał przekrzyczeć ludzi śpiewających Litanię w pobliskim kościele.

Gdy akuszerka położyła niemowlaka na piersiach matki, zobaczyła, że po policzkach Emilii płyną łzy, na twarzy zaś rysuje się szeroki uśmiech. Matka czuła radość, wzruszenie i szczęście, że zdarzył się cud. Bo i dziecko, i ona żyją. Do tego zamiast chuderlawego, słabego dzieciątka, którego się spodziewała, urodziła wielkiego, mocnego chłopca.

Papież znał tę historię

- Położna zapamiętała ten poród na całe życie! Drugiego tak niezwykłego, przy śpiewie Litanii loretańskiej, nigdy nie odbierała - opowiada Michał Siwiec-Cielebon.

- Ojciec Święty znał tę historię, rozmawiał bowiem kiedyś z tą akuszerką i wspominał później, że przychodził na świat przy śpiewie Litanii ku czci Matki Bożej - mówi kard. Stanisław Dziwisz.

Były też inne zbieżności. Sam Papież powiedział kiedyś w rocznicę swoich urodzin, gdy był w jednej z włoskich parafii: „Urodziłem się pomiędzy godziną siedemnastą a osiemnastą, czyli o tej samej godzinie, o której pięćdziesiąt osiem lat później zostałem wybrany na papieża”.

To dziecko będzie kimś wielkim

Po urodzeniu Karola Emilia sprawiała wrażenie jakby odżyła, odmłodniała, nabrała sił. Na jedynym zachowanym zdjęciu z kilkumiesięcznym synkiem wreszcie się uśmiecha. Trzyma go przed sobą, ubranego w białą sukieneczkę. Sama w ciemnej sukni, uczesana w kok, w uszach ma kolczyki. Zadbana, elegancka, radosna.

Niemal oszalała na punkcie tego dziecka - podkreślały sąsiadki Wojtyłów. Bez przerwy lulała go w domu w drewnianej kołysce, śpiewała mu do snu, nosiła go w poduszce, trzymała na kolanach. Nie mówiła na niego Karol, tylko zawsze - zdrobniale - Loluś, a gdy był starszy - najwyżej: Lolek. To było najbardziej oficjalne określenie syna.

Codzienna krzątanina przy dziecku najwyraźniej sprawiała jej przyjemność. Mimo że nie było jej łatwo. Warunki dość trudne: woda - w studni, musiała ją więc dźwigać wiadrami do domu na piętro. Aby wykąpać dziecko, musiała zagotować wodę i przelać ją do balii. Do gotowania służył piec, w którym trzeba było najpierw napalić. Pieluchy były wtedy z tetry, wymagały więc nieustannego prania i gotowania - a łazienki w domu przy Kościelnej nie było. Nie bardzo też Emilia miała gdzie suszyć bieliznę. Prasowała w kuchni na stole. Prozaiczne domowe czynności zajmowały jej wiele godzin, wyczerpywały i tak wątłe siły. Do tego dochodziły zakupy, przygotowywanie posiłków, sprzątanie.

- Pani Wojtyłowa znosiła wózek z dzieckiem na nasze podwórze - wspominała sąsiadka Helena Szczepańska. - Przed naszą kamienicą było trochę zieleni. Na środku stała studnia. Pani Wojtyłowa przywoziła dziecko, siadała przy tej studni, a ja wychodziłam na ganek. Często prosiła mnie, żebym zeszła i przypilnowała Lolusia, bo ona musi dopilnować obiadu albo wyjść po sprawunki. Wtedy schodziłam i woziłam jej synka.

W czerwcu 1920 r., kiedy skończył się rok szkolny, więcej czasu miał drugi syn Emilii, i to on wtedy jej pomagał przy Lolku, gdy mąż był w pracy.

- Przy znoszeniu wózka po tych stromych krętych schodach pomagał matce jej starszy syn, Edmund - opowiadała sąsiadka Helena Szczepańska. - Do tego jeszcze matka ciągle go posyłała po pieluszki, po ubranka. Biedny Mundek biegał wciąż na górę, nieraz było mi go nawet żal! Ja wtedy myślałam - cóż z tego dzidziusia wyrośnie! Skaczą koło niego jak koło królewicza.

Emilia kochała bardzo Karola, to było oczywiste. Tak cudownie urodzony, można powiedzieć - cudownie ocalony, darowany przez los i Boga, stał się teraz oczkiem w głowie matki.

- Pewnego razu rozmawiałam z panią Emilią, ta nachyliła się nad wózkiem, w którym leżał mały Lolek, i powiedziała: „To dziecko będzie kimś wielkim” - wspomniała Helena Szczepańska. Powiedziała to z takim wewnętrznym przejęciem, z taką pewnością, jakiej u nikogo nie spotkałam. Mam wrażenie, że to przekonanie pani Wojtyłowej podzielali jej mąż i starszy syn. Matczyna intuicja Emilii nie zawiodła.

Nauczył się cierpienia od matki

Tak naprawdę jednak od chwili tego porodu domowa codzienność Emilii bywała już bardzo różna. Bo coraz częściej zdarzały się takie dni, kiedy czuła się bardzo źle. Właściwie od urodzenia trzeciego dziecka nie było z nią dobrze, jej życie naznaczone było chorobami, coraz większym cierpieniem, nieustanną słabością.

Wiedziała jednak, że mąż musi pracować zawodowo, i organizowała zajęcia tak, by domownicy jak najmniej odczuwali jej niedyspozycję. Nie było tak, że dom był zaniedbany, że nie było ugotowanego obiadu, a dzieci pozostawione bez opieki.

- To potwierdza, że musiała być kobietą silną psychicznie i bardzo dobrze zorganizowaną - zaznacza psycholog Anna Zabrodzka. - Widać, że w każdej sytuacji przejawiała aktywność, co świadczy o tym, że nie popadała w depresję czy zniechęcenie - dodaje psycholog Ewa Osóbka-Zielińska.

Siłę dawała jej też wiara i modlitwa. Nikt nie pamiętał, by narzekała na swój los czy złorzeczyła. A kiedy było trzeba, umiała prosić o pomoc. W nagłych sytuacjach zwracała się nie tylko do Heleny Szczepańskiej, ale również do innej z sąsiadek - Zofii Pukło. Gdy Lolek już chodził, zabierała go do siebie do domu, a że sama miała małe dzieci, chłopiec mógł się tam z nimi spokojnie pobawić. Później, gdy stan zdrowia Emilii się stopniowo pogarszał, pani Pukłowa co niedziela, regularnie, zjawiała się zaraz po porannej Mszy św. w domu Wojtyłów, by dopilnować ich spraw domowych. Siłą rzeczy musiał się w nie angażować również mąż Emilii. A trzeba przyznać, że był niezwykle oddany żonie i dzieciom, praktycznie nigdzie nie chodził po pracy, każdą wolną chwilę spędzał w domu. Pomagał też w lekcjach Edmundowi, który uczył się już w gimnazjum.

Jak wspomina sąsiadka, Maria Janina Kaczorowa, już w roku 1927 choroba Emilii mocno dawała się we znaki: - To wyglądało na serce i jakiś reumatyzm. Martwiła się, że jest taka bezsilna. Pamiętam, że wywieziono panią Emilię na leczenie. Nie pamiętam dokąd. Cierpiała na bezwład nóg. I inne choroby. W Wadowicach ludzie mówili, że ma ona coś z kręgosłupem albo z wątrobą.

Inni sąsiedzi podzielali to przekonanie. Zapamiętali też, że w słoneczne dni mąż wynosił Emilię na leżaku na balkon. Zajęta była wtedy szyciem lub cerowaniem.

Taki obraz matki miał również jej syn, Jan Paweł II.

André Frossard zanotował: „Swoją matkę znał właściwie wyłącznie jako osobę chorą. (…) Jego wspomnienia o matce są dosyć mgliste; pamięta jednak, że było mu przykro, kiedy raz pojechała do Krakowa bez niego, pewnie po poradę lekarską”.

Marta Burghardt, autorka książki „Wadowickie korzenie Karola Wojtyły”: - Niezwykle wymowne są jego słowa, w których stwierdza, że nauczył się cierpienia od matki.

Na co jednak konkretnie chorowała Emilia i dlaczego tak bardzo cierpiała, nie wiadomo. Nie potrafi tego powiedzieć nawet nikt z jej rodziny.

- Nie zachowały się żadne przekazy na ten temat - wyjaśnia dzisiaj Maria Wiadrowska, prawnuczka siostry Emilii.

Podobną opinię wyrażają inni krewni wywodzący się z rodziny Kaczorowskich i z rodu Wojtyłów. O szczegółach choroby Emilii nigdzie nie ma śladu. Nie pozostała dokumentacja medyczna, nawet jedna recepta.

Przyjmowała życie, jakie jest

W roku 1927 było z nią już na tyle źle, że konsekwencje stały się poważne: jej mąż Karol postanowił przejść na wcześniejszą wojskową emeryturę. Musiał na stałe zaopiekować się żoną i siedmioletnim synem. Emilia nie była już w stanie prowadzić domu, nie mogła podołać najprostszym obowiązkom. Co więcej - sama zdana była na pomoc innych. Trudność sprawiały jej najbardziej prozaiczne czynności. Coraz więcej było takich dni, które musiała spędzać w łóżku, z dala od wszystkich spraw. Niekiedy nawet całymi tygodniami leżała w zamkniętym pokoju, do którego Lolek rzadko wówczas wchodził - matka nie chciała bowiem, aby patrzył na jej cierpienie.

Karol Wojtyła senior przejął więc zarządzanie gospodarstwem domowym. Robił zakupy, przygotowywał posiłki, zmywał naczynia, sprzątał mieszkanie, prał. W tym okresie przypomniał też sobie wyniesione z domu rodzinnego rzemiosło - krawiectwo. Odwiedzający Lolka koledzy często widywali jego ojca przy takich czynnościach, jak: szycie, przerabianie starych ubrań, cerowanie skarpetek. Znajdował też czas, żeby syna i jego kolegów wprowadzać w dzieje ojczyste, opowiadał im różne zdarzenia z historii Polski, uczył języka niemieckiego. I pływania - bo kochał sport. Niekiedy wędrował z Lolkiem i jego kolegami po górach. A gdy do domu przyjeżdżał Edmund (studiował już wtedy medycynę w Krakowie), dołączał do nich i on. Rozgrywał wtedy mecze piłki nożnej z młodszym bratem, chodził z nim na spacery nad Skawę albo grali razem w ping-ponga.

Emilia cieszyła się, że bracia mają ze sobą tak dobry kontakt. Mimo choroby nie zajmowała ich sobą, nie narzekała, chociaż jej starszy syn, znakomity student medycyny, interesował się zdrowiem matki i angażował w przebieg leczenia. Przeglądał lekarstwa, udzielał porad, konsultował się z lekarzami. Może to dawało jej nadzieję na wyzdrowienie?

Na ile mogła, włączała się w przygotowanie Lolka do Pierwszej Komunii Świętej. To ona uczyła go pierwszych modlitw, tłumaczyła, jak ważna w ludzkim życiu jest wiara. Matczynym okiem Emilia obserwowała religijne zainteresowania syna, widziała, jak bardzo pragnie on zostać ministrantem. Starała się podtrzymywać go w tej decyzji. Ale zarazem nie narzucała swojej wizji. Rozumiała, że to musi być jego wybór. Że każde z dzieci musi przeżyć własne życie według swojego zamysłu, a nie matki. Nawet gdyby miało tego później żałować.

Kiedy jednak dzień Pierwszej Komunii Świętej Lolka zbliżał się, na początku 1929 r., stan zdrowia Emilii pogorszył się już tak bardzo, że nie miała siły zajmować się synem. Nie mówiąc już o komunijnych zakupach dla niego: białej koszuli czy bucikach. Przeżywała to bardzo, niekiedy napomknęła którejś z sąsiadek, że przez chorobę zaniedbuje Lolusia. Ale - jak przy wielu okazjach podkreślały jej sąsiadki z tamtych lat - Emilia, z natury realistka, w każdej sytuacji umiała godzić się z wolą Bożą. Przyjmowała życie takie, jakie jest, bez buntu i złorzeczenia. To najważniejszy motyw wypowiedzi sąsiadek o pani Wojtyłowej.

„Czas ucieka, wieczność czeka”

W sobotę 13 kwietnia 1929 r. temperatura w Wadowicach wynosiła plus piętnaście stopni Celsjusza. Było bardzo ciepło, zważywszy, że w Niemczech odnotowano w tym samym czasie mrozy. Wiał wiatr północno-wschodni. W powietrzu czuć było już wiosnę. Zieleń zwiastowała powolne odradzanie się przyrody do życia, według stałego rytmu natury. Odwiecznego porządku rzeczy. Ale w domu Wojtyłów nikt tego nawet nie zauważył. W salonie, na łóżku, leżała cierpiąca Emilia. Było zimno. W powietrzu czuć było nadchodzący koniec. Bezpowrotne przemijanie życia. A panująca wokoło cisza zwiastowała przygotowanie do drogi. Najdłuższej. Najważniejszej. Na drugą stronę istnienia. Wszystko według stałego rytmu, odwiecznego, naturalnego porządku. Bo jeśli jest życie, to musi być i śmierć. Innej możliwości nie ma.

Przy chorej Emilii od rana czuwał mąż. Patrzył, jak żona słabła z godziny na godzinę. Ale wciąż była przytomna. Poprosiła go, by sprowadził do niej z parafii księdza z Komunią Świętą. Koniecznie chciała też przyjąć sakrament namaszczenia chorych.

Gdy kapłan zjawił się w domu, po odmówieniu modlitwy „Ojcze nasz” namaścił poświęconym olejem dłonie i czoło Emilii, a potem podał jej Komunię Świętą. Leżała zbolała, ale na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jej oczy wyraźnie się ożywiły. Była spokojna, milcząca. Gasła, mając świadomość, że sakrament, który przyjęła, jednoczy z męką Chrystusa i przygotowuje na przejście do wieczności.

Czy bała się śmierci? Zapewne, jak każdy. Może tylko z tą różnicą, że śmierć była nieodłączną towarzyszką życia Emilii, przychodziła po jej bliskich, a teraz upomniała się o nią. Może więc zdążyła się do niej przyzwyczaić?

Ale czy można przywyknąć do śmierci?

Z całą pewnością natomiast, jak opowiadały sąsiadki, Emilia do końca ufała w Boże miłosierdzie i w Bożą opiekę. Nie miała wątpliwości, że „życie tylko zmienia się, ale się nie kończy”. Tyle razy słyszała te słowa na pogrzebach innych ludzi, a teraz odnosiła je do siebie.

I znów, tak jak bywało już w ważnych chwilach, tak teraz, gdy dobiegało końca jej ziemskie życie, patrzyła w okno, na zegar ze znamiennym napisem: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Wieczność - stawała się tak bardzo realna. Była niemal na wyciągnięcie ręki.

Co Emilia mówiła przed śmiercią? - tego nie wiadomo. Dobrze, że mąż trwał z nią do samego końca. To on odprowadzał ją w tę najważniejszą podróż. Odchodziła, mając przy sobie kochaną osobę. Według starej tradycji odchodzenia. Nie za szpitalnym parawanem, ale w domu, wśród najbliższych.

Kres ziemskiego życia Emilii nastąpił 13 kwietnia 1929 r. Odeszła cicho, spokojnie, tak jak żyła.

Dlaczego ta śmierć nadeszła akurat teraz? Po co Panu Bogu była potrzebna w Niebie czterdziestopięcioletnia Emilia Wojtyłowa, skoro w domu w Wadowicach został jej dziewięcioletni synek, który tak bardzo potrzebował jeszcze matki?

Wtedy wydawało się to niepojęte. I nielogiczne. Dopiero z perspektywy niemal stu lat, kiedy to osierocone dziecko jest najbardziej znanym świętym na świecie, można dopatrywać się głębszego sensu tej - przedwczesnej niewątpliwie - śmierci. Choć po ludzku wciąż stanowi ona tajemnicę, wpisuje się w Boży plan wobec przyszłego papieża.

Więcej o Emilii Wojtyłowej czytaj w książce, która właśnie ukazała się w księgarniach pt: „Matka Papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej”. Patronat nad publikacją objęła „Niedziela”.

2013-09-30 14:34

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pakistan uhonorował katolicką „matkę zapomnianych”

2020-07-29 09:25

[ TEMATY ]

dzieci

matka

Pakistan

Caritas Polska

Pakistański rząd docenił ofiarną posługę katolickiej zakonnicy, która zmarła niosąc pomoc muzułmańskim dzieciom zarażonym koronawirusem. Siostra Ruth Lewis, zwana „matką zapomnianych”, przez ponad 50 lat opiekowała się porzuconymi i upośledzonymi dziećmi.

Została uhonorowana „Sitara-e-Intiaz”, jednym z najwyższych państwowych odznaczeń przyznawanych przez Islamską Republikę Pakistanu.

Beata Zajączkowska – Pakistan

Siostra Lewis miała 75 lat. Większość życia spędziła w swym rodzinnym Karaczi, gdzie wraz ze współsiostrami ze Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Chrystusa Króla prowadziła „Dom pokoju”. W jednym z nieleczonych wywiadów powiedziała, że chciała odrzuconym dzieciom stworzyć dom oraz przywrócić uśmiech i nadzieję. „Jej śmierć była prostą konsekwencją jej życia. Postanowiła zostać przy chorych dzieciach licząc się z tym, że może to być jej ostatnia posługa. Tak też się stało” – mówi Radiu Watykańskiemu ks. Daniel John, który długie lata współpracował z Matką Teresą Pakistanu, jak mówiono o zakonnicy zmarłej na COVID-19.

„Siostra Routh zobaczyła oblicze Chrystusa w tych dzieciach i nastolatkach, którzy byli marginalizowani, porzuceni i zapomniani przez społeczeństwo. Jej jedynym pragnieniem było służyć odrzuconym, niezależnie na wyznawaną przez nich wiarę. Chciała im stworzyć rodzinę, przez długie lata otaczała serdeczną troską. Jak ważni dla niej byli podopieczni świadczy fakt, że przez pół wieku nie miała swojego pokoju, tylko spała w sali razem z dziećmi, by służyć im pomocą nawet w nocy, gdyby tego potrzebowali. Była dla nich prawdziwą matką

- mówi papieskiej rozgłośni ks. Daniel John. – To jej zaangażowanie zostało zauważone i docenione również przez wyznawców islamu, którzy przez lata wspierali finansowo ośrodek. Pogrzeb siostry Routh został zorganizowany przez państwo. To pokazuje, jak bardzo jej posługa miłosierdzia zaowocowała szacunkiem ze strony wielu muzułmanów w tym kraju”.

Prowadzony przez siostrę Ruth „Darul Sukoon”, czyli „Dom pokoju” był schronieniem dla porzuconych i niepełnosprawnych dzieci, cierpiących zarówno na upośledzenie fizyczne, jak i umysłowe. Zakonnica dbała nie tylko o to, by stworzyć im dom i zapewnić edukację, ale zachęcała też do różnorakiej aktywności. W 1998 r. czworo z jej podopiecznych zdobyło medale na Paraolimpiadzie w Stanach Zjednoczonych.

CZYTAJ DALEJ

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

2020-08-13 10:17

[ TEMATY ]

wniebowzięcie

Wniebowzięcie NMP

15 sierpnia przypada uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Wiara we wniebowzięcie Maryi w tradycji chrześcijańskiej obecna jest od pierwszych wieków, choć stała się ona jednym z dogmatów dopiero w roku 1950 i to tylko w Kościele katolickim. W Kościołach wschodnich święto obchodzone jest jako „Zaśnięcie Matki Bożej”.

Wniebowzięcie Maryi to fakt, który w ostateczny sposób potwierdza Jej niezwykłą misję, jaka została powierzona Jej w zamyśle Bożym poczynając od Niepokalanego Poczęcia i Zwiastowania. Na wszystkich etapach swego ziemskiego pielgrzymowania Maryja coraz głębiej poznawała „jak wielkie rzeczy uczynił Jej Wszechmocny”. A wszystkie te „wielkie rzeczy” doznają we wniebowzięciu jakby ostatecznego zwieńczenia.

Wniebowzięcie Maryi jest szczególnym uczestnictwem w Zmartwychwstaniu Jej Syna i uprzedzeniem zmartwychwstania wszystkich wierzących. To właśnie Maryja ukazuje nam pełnię powołania chrześcijańskiego. A Wniebowzięcie jest ostatecznym potwierdzeniem, że droga, którą podążała Maryja, jest drogą świętości, prowadzącą do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Zabranie Maryi z „duszą i ciałem” do nieba, otwiera drogę dla każdego z nas, pod warunkiem podążania Jej śladem – całkowitego zawierzenia Bogu.

Sama uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja "wraz z ciałem i duszą" została wzięta do nieba, a moment śmierci był dla niej rodzajem „zaśnięcia”.

Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele od pierwszych wieków.

Natomiast obchody tego święta jako Zaśnięcia Bogurodzicy mają swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził je w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W ówczesnej prefacji znajdujemy słowa: "Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa".

Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba. Jednym z dowodów tej wiary jest fakt, że Kościół nigdy w swojej historii nie poszukiwał relikwii ciała Maryi i nie wystawiał ich ku czci publicznej.

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.

"Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej" (Breviarium fidei VI, 105)

Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.

Interesujące jest, że Jan Paweł II był przekonany, że Maryja doświadczyła śmierci naturalnej. Zagadnieniu temu poświęcił jedną ze swych katechez nt. Wniebowzięcia, wygłoszoną 26 czerwca 1997 r. Wyraźnie stwierdza, że na pewno Matka Boża zmarła, ponieważ zmarł i Chrystus, że Maryja przeszła przez śmierć, bo i On przeszedł przez śmierć.

A odnosząc się do pojmowania śmierci jako konsekwencji grzechu pierworodnego, od którego Maryja była wolna, Jan Paweł II wyjaśnia, że choć: „Maryja została zachowana od grzechu pierworodnego na mocy szczególnego przywileju Bożego, nie znaczy to, że otrzymała Ona również cielesną nieśmiertelność”. „Maryja, uczestnicząca w dziele odkupieńczym i zjednoczona ze zbawczą ofiarą Chrystusa, mogła podzielić cierpienie oraz śmierć dla odkupienia ludzkości” – dodaje.

Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.

Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.

W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.

Uroczystość Wniebowzięcia NMP w większości krajów europejskich jest dniem wolnym od pracy m. in. w Austrii, Belgii, Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Polsce, na Litwie, Słowenii. W Polsce dodatkowo w tym dniu przypada Święto Wojska Polskiego – święto Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, obchodzone 15 sierpnia na pamiątkę zwycięskiej Bitwy Warszawskiej w 1920 r.

CZYTAJ DALEJ

Wniebowzięcie czy Zaśnięcie NMP? [FELIETON: Między Wschodem a Zachodem #2]

2020-08-15 00:53

www.pasat-charter.pl

Cerkiew pw. Zwiastowania NMP wyspy Tinos

Dziś odbędą się uroczystości związane ze świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. I tak jak nam to Święto „od zawsze” kojarzy się z pielgrzymkami na Jasną Górę i świętowaniem kolejnej rocznicy Cudu nad Wisłą, to dzisiaj opiszę, jak to wielkie święto maryjne jest obchodzone w Grecji, w której większość mieszkańców jest wyznania prawosławnego = ortodoksyjnego (nie mylić z kościołem grekokatolickim, który dawniej był nazywany unickim). Niestety, mało kto wie, że i Grecy wiążą swoją najnowszą historię i odzyskanie Niepodległości po 400 (sic!) latach otomańskiej niewoli ze wsparciem z Nieba. Rocznica ich powstania narodowego z 1821 r., które przyniosło im upragnioną niepodległość, jest co roku obchodzona 25 marca, w święto Zwiastowania NMP. Co roku zaś 15 sierpnia cała Grecja kieruje swoją uwagę na uroczystości na wyspie Tinos, którą śmiało możemy nazwać grecką Częstochową.

Poniżej opisuje najbardziej charakterystyczne ciekawostki z obchodów tego Święta. Zanim zacznę, pragnę zaznaczyć, że mój artykuł polega na przedstawieniu m.in. podejścia do kwestii tego maryjnego święta. Kwestie eschatologiczne oraz doktrynalne należy zostawić teologom, którzy mają o wiele większą wiedzę ode mnie.

Zacznę od nazwy święta, ponieważ ona nieco różni się od naszej. W Cerkwi Prawosławnej mówimy bowiem o Zaśnięciu NMP. Nasi wschodni bracia w wierze są zdania, że Maryja nie tyle umarła, lecz zasnęła, potem zmartwychwstała i została zabrana do nieba. Czyli mniej więcej powtórzyła dzieło swojego Syna, a naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jak możemy też przeczytać na stronie prawoslawie.pl: Matka Boża nie zwyciężyła śmierci własnymi siłami, została zbudzona ze Swego Zaśnięcia przez Chrystusa. Bogurodzica stanowi prawzór zmartwychwstania całego stworzenia. Dalej jest napisane: o zaśnięciu Bogurodzicy Chrystus przybył w chwale otoczony aniołami i Świętymi, by przyjąć Jej duszę. Było to niejako zapowiedzią Jego drugiego Przyjścia na świat – paruzji. Natomiast u nas, zgodnie z konstytucją apostolską Munificentissimus Deus Ojca Świętego Piusa XII wynika, że Bogurodzica zasnęła i została zabrana wraz z ciałem i duszą do nieba. Jednakże w tym dokumencie papieskim nie jest wprost napisane, czy Maryja umarła jako człowiek, czy też zasnęła i została zabrana do wiecznej chwały jako “żywa”. Myślę, że prawdę poznamy dopiero na końcu świata.

Chciałbym teraz przybliżyć Wam jedno miejsce w Grecji, które w sposób szczególny przeżywa uroczystość Wniebowzięcia/Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest nią wyspa Tinos położona na morzu Egejskim w archipelagu Cyklady. Osobiście ją nazywam grecką Częstochową. Dlaczego? Na wyspach cykladzkich mieszkają głównie Grecy wyznania rzymskokatolickiego (jest to wynikiem długiej okupacji Cyklad przez katolicką Wenecję). 15 sierpnia w Grecji jest nazywane Δεκαπενταύγουστος czyli piętnasty sierpnia. Druga nazwa to wspomniane Κοίμηση της Θεωτόκου czyli Zaśnięcie Bogurodzicy. Co ciekawego jest na tej wyspie? Jest to cerkiew i znajdująca się tam ikona Matki Bożej. Legenda mówi, że świątynia została założona po tym, jak jednej z sióstr mieszkających w klasztorze przyśniła się Maryja i wskazała jej miejsce, gdzie jest ukryta ikona. Po jej odnalezieniu, uznano ten sen za objawienie, dlatego świątynia została zbudowana pod wezwaniem Παναγίας Ευάγγελιστριας (wym. Panajias Ewangelistrias) co tłumacząc na język polski znaczy Zwiastowania NMP.

Kolejna legenda głosi, że za pośrednictwem tej ikony miały miejsca liczne cuda. Jeden z nich mówi o załodze statku z ΧΧ. wieku, prawdopodobnie jego początku. Miejscem docelowym statku miała być Hiszpania, jednak, kiedy załoga przebywała niedaleko Tinos, pogoda zaczęła im nie sprzyjać. Mocne wichry, w dodatku statek był ciągle zalewany. Jakby tego brakowało, okazało się, że w statku jest duża dziura. Zrozpaczeni marynarze zanieśli błagania do Matki Bożej o ratunek i wtedy stała się rzecz niesłychana. Wichry ustały, a duża ryba zaklinowała się w dziurze, uniemożliwiając tym samym dalszy wlew wody. Statek spokojnie dotarł do portu. W ramach dziękczynienia obdarowali świątyni mały srebrny stateczek, który widnieje przy wejściu do niej.

Innym znanym cudem jest zatopienie greckiego krążownika „Elli” przez Włochów 15 sierpnia 1940 roku (Włosi jako pierwsi z państw Osi zaatakowali Grecję, za oficjalną datę wybuchu wojny włosko-greckiej uznaje się 28 października 1940 roku). Na pokładzie krążownika oraz na nadbrzeżu było wielu pątników, ale nikt nie ucierpiał!! Ten fakt uznano za kolejny cud i miał on dodać otuchy Grekom w nadchodzącej wojnie, że czuwa nad nimi Matka Boża.

Ponadto, każdego roku odbywa się procesja ikony z portu do cerkwi. Niestety, w tym roku z racji wiadomych, nie dojdzie ona do skutku. Jednakże podczas całej tej procesji, wierni często wyjdą naprzeciw tej ikonie, uklękną i chcą by obraz Maryi przeszedł nad nimi. Wierzą bowiem, że poprzez to uniżenie uproszą od Bogurodzicy wiele łask dla siebie i dla swojej rodziny. Zdarzają się i tacy, którzy całą trasę pokonają na kolanach. To, moim zdaniem, jest przykład pokory i uznania niższości wobec mocy Bożej. A jak głosi jedna z znanych katolickich pieśni: Przed obliczem Pana uniżmy się / Pan sam wywyższy nas.

To tylko kilka z przykładów cudów, które mają miejsce za wstawiennictwem Matki Bożej z Tinos. Oczywiście, do każdego “cudu” należy podchodzić ostrożnie, szczególnie że w historii było już wiele kontrowersyjnych “uzdrowień”, niemniej jednak jest zdania, że na pewno część z tych niewyjaśnionych okoliczności z Tinos jest autentyczna. Pamiętajmy, że chrześcijaństwo opiera się nie tylko na ratio, czyli rozumie, ale również na fides, czyli wierze. Zatem nie bądźmy jak niektórzy, którzy chcieliby mieć wszystko udokumentowane na nagraniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję