Reklama

Wywiady

W 40. rocznicę święceń kapłańskich abp. Marka Jędraszewskiego: 24 maja 1973 - 24 maja 2013

Razem poznawać Chrystusa

KS. WALDEMAR KULBAT: - Rocznice, jubileusze pozwalają powracać do początków, „gdzie wszystko się zaczęło”. Jak Ksiądz Arcybiskup wspomina swoje dzieciństwo i lata młodości, rodzinny dom, szkołę, kolegów?

ABP MAREK JĘDRASZEWSKI: - Dla mnie wszystko zaczęło się w Poznaniu i tam też - z krótkimi przerwami na wikariat w Odolanowie (1973-75) oraz na studia w Rzymie (1975-80) - wszystko nieprzerwanie trwało, aż do dnia 8 września 2012 r., kiedy odbył się mój uroczysty ingres do archikatedry łódzkiej, a wraz nim oficjalne objęcie rządów w archidiecezji łódzkiej. Dzieciństwo, tak jak je dzisiaj wspominam, miałem szczęśliwe, choć upływające w dość dużej biedzie, wynikającej z trudnych czasów powojennych. Na takie piękne wspomnienia wpłynął przede wszystkim obraz rodzinnego domu, który ciągle we mnie trwa: kochających i zatroskanych o swe dzieci Rodziców oraz Rodzeństwa (dwaj bracia i siostra). Był to dom na wskroś przeniknięty zdrową, religijną atmosferą, w którą w naturalny i dla wszystkich oczywisty sposób było wplecione świętowanie każdej niedzieli. Z dziecięcych lat pozostał też obraz codziennie klękającego do modlitwy mego ojca (inżynier budowlany) oraz pieśni adwentowych lub wielkopostnych, które nuciła moja mama podczas swej domowej krzątaniny. Miałem szczęście do wspaniałych księży pracujących w mojej parafii na poznańskich Winogradach oraz do szkoły - słynnego Liceum Ogólnokształcącego im. Karola Marcinkowskiego, popularnego „Marcinka”. To była prawdziwie elitarna szkoła, nie tylko, jeśli chodzi o wysoki stopień nauczania, ale przede wszystkim ze względu na wartości, które próbowała zaszczepić w uczniach - w tamtych, niełatwych czasach PRL-u. Z „Marcinka” wywodzą się liczni wybitni poznańscy profesorowie uniwersyteccy, lekarze, adwokaci, twórcy kultury... Warto wspomnieć, że każdego roku spotykają się oni ze sobą, obchodząc kolejne rocznice swojej matury. Zawsze jest najpierw Msza św., później spotkanie w szkole, na koniec w grupach klasowych w różnych restauracjach i kawiarniach. Te spotkania są okazją nie tylko do osobistych wspomnień, ale także do wspólnej refleksji odnoszącej się do spraw bardziej ogólnych, dotyczących życia społecznego, narodowego, Kościoła.

- Pan Bóg prowadzi człowieka drogą, która przygotowuje go do przyszłych zadań. Czy dostrzega Ksiądz Arcybiskup takie „przebłyski” zapowiedzi powołania, przyszłych zadań?

- Gdy myślę o tym w perspektywie mojej posługi biskupiej, najpierw w archidiecezji poznańskiej (od 1997 r.), a obecnie w archidiecezji łódzkiej, jestem przekonany, że Pan Bóg prowadził mnie dość prostą drogą, przygotowując w ten sposób do kolejnych zadań, jakie miały mnie spotkać. Studia w Rzymie (1975-80) pozwoliły mi osobiście doświadczyć wielkości i doniosłości Kościoła powszechnego. Był to czas, kiedy w Kolegium Polskim, gdzie mieszkałem przez prawie pięć lat, mogłem z bliska patrzeć na wielu wybitnych polskich biskupów, przybywających w różnych sprawach do Wiecznego Miasta, w tym także na kard. Karola Wojtyłę. Byłem na Placu św. Piotra, kiedy ogłoszono jego wybór na papieża, brałem udziałem w jego inauguracyjnej Mszy św. 22 października 1978 r. Po powrocie do Poznania oprócz zajęć dydaktycznych na Papieskim Wydziale Teologicznym byłem prefektem w Arcybiskupim Seminarium Duchownym, co pozwoliło mi intensywnie uczestniczyć zarówno w życiu intelektualnym miejscowego środowiska teologicznego, jak i „dotykać” problemów młodych ludzi przygotowujących się do kapłaństwa. Następnie praca w „Przewodniku Katolickim” niejako wymusiła na mnie wejście jeszcze bardziej w głąb nauczania społecznego Kościoła i uwrażliwienie na wiele spraw o charakterze społecznym i narodowym. Było to w okresie wielkich przemian związanych z 1989 r. oraz trudnych lat 90., naznaczonych wielkim kryzysem ekonomicznym wywołanym reformami Balcerowicza z jednej strony oraz z ostrymi atakami na Kościół ze strony ugrupowań laicko-liberalnych z drugiej strony. To wszystko domagało się wielkiej wrażliwości na problemy zwykłych ludzi oraz odważnej i jasnej, wytrwałej i systematycznej obrony i wyjaśniania nauki Kościoła, co usiłowaliśmy czynić na łamach „Przewodnika Katolickiego”. Z dzisiejszej perspektywy te doświadczenia uważam za bezcenne dla siebie.

- Studia w kraju i za granicą oraz specjalizacja w dziedzinie filozofii były z pewnością w życiu Księdza Arcybiskupa wielką przygodą i pozwoliły poznać fundamenty europejskiego dziedzictwa. W jakiej mierze ta formacja intelektualna pomaga Księdzu Arcybiskupowi w pracy i dialogu z ludźmi? Czy wybór specjalizacji był związany z wcześniejszymi zainteresowaniami?

- Trudno przecenić wartość moich studiów rzymskich. Miałem szczęście słuchać wykładów czy brać udział w seminariach prowadzonych przez wybitnych profesorów Gregoriany. Lubiłem równocześnie zwiedzać Rzym, będący jedynym miastem na świecie, w którym tak wyraźnie przenikają się wieki i tysiąclecia, ucząc pokory wobec dziedzictwa wielkiej historii Europy, zwłaszcza historii samego chrześcijaństwa - i to niemal od samych jego początków, od Apostołów Piotra i Pawła. Powoli kształtowała się we mnie pewna synteza humanizmu, który swoje fundamenty znajduje w Ewangelii i który jednocześnie nieustannie syci się największymi dokonaniami ludzkiej myśli, malarstwa i architektury. Do tego doszła praca doktorska poświęcona myśli Emmanuela Levinasa, co pozwoliło mi pogłębić wiedzę na temat filozofii dialogu (w Poznaniu, jeszcze przed wyjazdem do Rzymu, interesowałem się już filozofią Gabriela Marcela), a przede wszystkim dostrzec wagę wymiaru etycznego ujawniającego się w spotkaniu z drugim człowiekiem jako podstawową odpowiedź na ideologie głoszone przez systemy totalitarne.

- Poznanie półtoramilionowej archidiecezji, księży, elit intelektualnych, kręgów zawodowych, parafii to ogromne i ważne zadanie. Łódź ma opinię miasta o niskim poziomie praktyk religijnych, dręczonego plagami społecznymi. W jaki sposób Kościół łódzki mógłby pomagać ludziom w przezwyciężaniu trudności, duchowego zagubienia, pomagać w odnalezieniu drogi do Boga?

- Nie ma innej drogi jak ta, którą wskazał Pan Jezus w Ewangelii. Jeśli Jan Paweł II nauczał w encyklice „Redemptor hominis”, że „człowiek jest drogą Kościoła”, to Kościół łódzki, idąc za tym papieskim nauczaniem, musi, po pierwsze, wytrwale i uparcie kroczyć drogami człowieka, zwłaszcza biednego, wykluczonego i zagubionego, oraz, po wtóre, musi ukazywać mu Chrystusa. Wszystko to jest niejako wpisane w moje biskupie zawołanie „Scire Christum” - znać, poznawać Chrystusa. Ze strony zarówno księży i osób życia konsekrowanego, jak i wiernych świeckich wymaga to ogromnego zaangażowania i poświęcenia, a także odważnego wychodzenia w stronę wszystkich ludzi, którzy są wrażliwi na prawdę i dobro i którzy tego świadectwa o prawdzie i dobru mają prawo spodziewać się przede wszystkim ze strony Kościoła. Tego wychodzenia uczy nas jakże wyraziście Ojciec Święty Franciszek.

- Niezwykłym wydarzeniem stały się prowadzone przez Księdza Arcybiskupa co miesiąc „Dialogi w Katedrze”. To jakby nasz łódzki areopag, miejsce dialogu i ewangelizacji. Jakie problemy, poszukiwania i nadzieje odczytuje Ksiądz Arcybiskup w treści stawianych pytań?

- Dotychczas odbyło się pięć edycji „Dialogów”. Każde spotkanie było poświęcone innemu tematowi: „Wiara i rozum”, „Wiara i cierpienie”, „Wiara i modlitwa”, „Wiara i kultura” oraz „Wiara i rodzina”. Przed nami jeszcze kolejnych pięć poświęconych zagadnieniom związanym z podstawowymi tajemnicami chrześcijańskiej wiary, takimi jak Eucharystia, Boże Miłosierdzie czy życie wieczne, oraz problemom wychowania i godności człowieka. Wszystkie dotykają wprost ludzkiej egzystencji. To sprawia, że w związku z każdym poszczególnym tematem pojawia się od około czterdziestu do pięćdziesięciu pytań, a zatem stosunkowo wiele. Niektóre z nich są bardziej ogólne, w innych z kolei ludzie stawiają mi pytania bardzo konkretne, niekiedy wprost intymne, dotyczące ich osobistych problemów czy wręcz dramatów. Naturalnie, można odpowiedzieć tylko na niektóre z nich. Na więcej nie ma już po prostu czasu, tym bardziej że w ramach „Dialogów” jest możliwość postawienia mi bezpośrednio pytań przez obecne w katedrze osoby. Ich wielka liczba wskazuje na to, że proponowana przeze mnie tematyka jest dla nich ważna. To z kolei stanowi wspaniałą okazję do tego, aby przybliżyć im wiele spraw związanych z chrześcijańską wiarą i nauką Kościoła katolickiego. Przeżywany przez nas obecnie Rok Wiary jest zatem dla Kościoła łódzkiego także pod tym względem ogromną szansą zbliżenia się do Chrystusa i poznania Go - właśnie tak, jak życzył sobie tego Ojciec Święty Benedykt XVI w „Porta fidei” i jak brzmi moje biskupie zawołanie.

- W imieniu swoim i naszych czytelników dziękuję serdecznie za rozmowę.

2013-05-20 15:07

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Anna Rastawicka: kard. Stefan Wyszyński widział w każdym człowieku dziecko Boże

2020-07-07 12:01

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

śmierć

człowiek

ARCHIWUM

W każdym człowieku, również w tym odnoszącym się do Kościoła z nienawiścią, kard. Stefan Wyszyński widział Boże dziecko.

Miał przekonanie, że często ludzie, którym się wydaje, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś Jego fałszywym obrazem a prawdziwego Boga zupełnie nie znają – mówi Anna Rastawicka, jedna z najbliższych współpracownic Prymasa Wyszyńskiego. Jak podkreśla w rozmowie z KAI, Prymas Polski był głosicielem Boga Miłosierdzia.

Maria Czerska (KAI): Wybrała Pani życie konsekrowane w instytucie świeckim. Czy postać Prymasa Wyszyńskiego miała wpływ na wybór tej drogi?

- Tak. Poznałam Księdza Prymasa jako dziecko – 14 września 1952 w kościele Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku udzielił mi sakramentu bierzmowania. Miałam 8 lat, gdyż w tym czasie do bierzmowania przystępowało się zaraz po pierwszej komunii świętej, a ja przyjęłam Pana Jezusa mając 7 lat. Przed bierzmowaniem baliśmy się, że Ksiądz Prymas będzie nas pytał z katechizmu. Ale on pytał tylko o imię jakie sobie wybraliśmy i tak przechodził od jednego dziecka do drugiego. Pamiętam jego wysoką, ciepłą postać. I ten majestat – to mi pozostało w sercu do dzisiejszego dnia.
Gdy miałam 13 lat zaczęłam uczestniczyć w młodzieżowych spotkaniach ruchu Rodzina Rodzin. Ruch prowadziła członkini Instytutu – ciocia Lila, czyli p. Maria Wantowska. Przychodziliśmy czasem do Księdza Prymasa na opłatek, czy „jajko”. Po maturze, miałam 18 lat, gdy p. Wantowska zabrała nas do Niepokalanowa na zakończenie roku pracy formacyjnej Rodziny Rodzin. Pamiętam, odtworzyła nam wtedy nagranie kazania kard. Wyszyńskiego z 1962 r. do lekarzy. Mówił, o potrzebie obrony Kościoła przez ludzi świeckich. Zapamiętałam taką myśl – Kiedyś chciano ukamienować Chrystusa a teraz lecą kamienie na Kościół. I nie ma kto by stanął i osłonił. Pomyślałam wtedy: „czy mogłabym coś lepszego zrobić z moim życiem, niż stanąć i próbować chociaż trochę osłonić?”. I tak podjęłam decyzję o wstąpieniu do Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła (obecnie Instytut Prymasa Wyszyńskiego).

- To był dopiero początek współpracy z kard. Wyszyńskim.

Już jako członkini Instytutu, po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pracować w Sekretariacie Prymasa Polski na Miodowej. Oprócz mnie zatrudnione tam były jeszcze 4 osoby z Instytutu. Początkowo przygotowywałam dary dla grup, które przychodziły do Księdza Prymasa na audiencje. Nie było możliwości druku, więc organizowałyśmy przepisywanie tekstów kard. Wyszyńskiego, które wręczałyśmy uczestnikom wraz ze zdjęciami Prymasa. Protestował – „Dzieci, nie róbcie tego, nie dawajcie moich zdjęć…” – „Ale Ojcze, ludzie o to proszą”. Ostatecznie pozwolił.
Po kilku latach zaczęłam pomagać naszej założycielce, p. Marii Okońskiej, w opracowywaniu redakcyjnym kazań Księdza Prymasa. Maria Okońska miała głębokie przekonanie, że każde słowo kard. Wyszyńskiego trzeba ocalić, gdyż to jest mądrość nie na jedne pokolenie. Tymczasem on mówił zawsze z głowy, nigdy nie pisał kazań, chyba, że najważniejsze cytaty. Początkowo nagrywaniem zajmowały się członkinie Instytutu, później poproszono o to księdza kapelana, który wszędzie towarzyszył Księdzu Prymasowi. Te nagrania były spisywane a następnie – właśnie przez nas – opracowywane językowo. Dzięki temu mamy 67 autoryzowanych tomów maszynopisu. Każdy po kilkaset stron.
Jeśli chodzi o nagrania, część z nich znajduje się w Polskim Radiu, które pomagało nam utrwalić je cyfrowo. We własnym archiwum mamy ok. tysiąca nagranych kazań. Posiadamy też archiwum fotograficzne z tysiącami zdjęć robionych przez m.in. br. Cypriana Grodzkiego – franciszkanina z Niepokalanowa i innych fotografów, którzy towarzyszyli Księdzu Prymasowi podczas rozmaitych uroczystości.
Natomiast fotografie prywatne, w tym również fotografie z czasu uwięzienia, wszystkie poza małymi wyjątkami, zrobiła p. Maria Okońska. Kiedy dostała przepustkę i pierwszy raz jechała do Komańczy do uwięzionego Księdza Prymasa, właśnie br. Cyprian przyniósł jej na dworzec aparat i pokazał, jak ma go obsługiwać. I chociaż uważała, że jest człowiekiem a-technicznym i rzeczywiście nie miała talentu do tych spraw, otrzymała jakąś szczególną łaskę do tego zadania. Zrobiła ich ok. 10 tys. Są w zbiorach Instytutu.
Na początku lat 90. wspomniane autoryzowane kazania kard. Wyszyńskiego zaczęły ukazywać się w edycji „Dzieła zebrane kard. Wyszyńskiego”. Do tej pory wydane zostało 20 tomów. Teksty uporządkowane są chronologicznie. Zostało jeszcze wiele do zrobienia, gdyż jesteśmy dopiero w 1967 roku.

Powiedziała Pani w jednej z rozmów: „Pamięć o kard. Wyszyńskim wydaje mi się bardzo okaleczona”. Co okalecza pamięć o kard. Wyszyńskim? - Prymas w społecznej świadomości najczęściej kojarzony jest jako bohater drugiego planu z filmów o Janie Pawle II. Stojąca w tle monumentalna, pomnikowa postać, trochę przywodząca na myśl Inkwizycję. Nieustraszony obrońca Kościoła, pancerny kardynał gromiący swoim pastorałem komunistów. Tymczasem to był człowiek wielkiej dobroci, niezwykłej wrażliwości, który na swoich nieprzyjaciół potrafił patrzeć z miłością i wyrozumiałością, bo - jak mówił - tak właśnie patrzy na nas Bóg. To był człowiek, który z takim samym szacunkiem odnosił się do najniżej i najwyżej stojących w hierarchii społecznej ludzi. Ze współczuciem potrafił dostrzec z ambony, że płacze dziecko, bo wypadł mu z ręki miś. Kard. Wyszyński zwyciężał miłością. Był jednym z najpiękniejszych duchowo ludzi, jakich spotkałam. Niestety i on sam jako człowiek i jego nauczanie są bardzo mało znane. KAI: Jakie elementy tego nauczania zostały najbardziej zapomniane?

- Przede wszystkim szacunek dla o wielkiej godności każdego człowieka. „Dziwisz się, że Bóg ciebie miłuje, bo nie znajdujesz w sobie nic, co by było dla Niego do miłowania. Ale on znajduje. Bo on widzi w Tobie swoje dziecko” - tak nauczał. I takimi właśnie oczami starał się patrzeć na innych ludzi. Widział w nich Dzieci Boże.
Jeszcze jako kleryk, przed święceniami zapisał sobie postanowienie: „Miłosierdzie Boże na wieki wysławiał będę”. Prawda o Bogu Miłosierdziu była czymś bardzo mu bliskim, choć nie łączył tego z nabożeństwem polecanym przez św. siostrę Faustynę (trzeba pamiętać, że w czasach, gdy kierował Kościołem w Polsce Stolica Apostolska zakazała tego kultu).
Pewnego razu Ksiądz Prymas mówił konferencję o miłości nieprzyjaciół. Pamiętam - często o tym opowiadam, bo mnie to szczególnie urzekło - nie mogłam zrozumieć tego jak można kochać nieprzyjaciół. Był to czas, gdy Pierwszym Sekretarzem PZPR był pan Gomułka i rzeczywiście wiele zła wyrządził Kościołowi i samemu Księdzu Prymasowi. Może krzywdy bym mu nie zrobiła, ale kochać takiego człowieka? Po konferencji zebrałam się na odwagę i zapytałam – „Ojcze, a tego Gomułkę to ty też kochasz?”. Odpowiedział: - “Aniu, przecież Bóg go kocha. To co ja mam do powiedzenia?”.
Z komunistami rozmawiał z ogromną cierpliwością. Jedna z rozmów z Gomułką i Cyrankiewiczem trwała 11 godzin. Kiedy miał odejść Gierek, Ksiądz Prymas spotkał się z nim. Pojechał nawet do niego do domu, do Klarysewa. Potem Gierek to wspominał – „On ze mną rozmawiał, jak z człowiekiem”.
Nie wszyscy rozumieli sens Porozumienia rządem w 1950 r. Przecież komuniści byli obłożeni ekskomuniką. W Watykanie, w Sekretariacie Stanu pytano ze zdumieniem - Czy Prymas z diabłem rozmawia? Odpowiadał: „Z diabłem nie, ale z ludźmi będę rozmawiał”. Miał też głębokie przekonanie, że często ludzie, którym wydaje się, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś fałszywym obrazem Boga, z wytworzonym przez siebie majakiem, „monstrum”, którego się boją, a które z prawdziwym Bogiem nie ma nic wspólnego. Prawdziwego Boga, który jest Miłością - nie znają. Uważał, że wciąż mają szansę - bo przecież w istocie nie odrzucają Boga, tylko Jego fałszywy obraz.
Zawsze z podziwem patrzyłam na jego umiejętność łączenia miłości i prawdy. Nie zamazywał jej, nie był ugodowy, łatwy dla swoich rozmówców. Widział błędy, piętnował je ale potrafił oddzielić błąd od człowieka. Prymas - o tym się bardzo mało mówi – zawsze podkreślał, że cały ład społeczny powinien opierać się o szacunek dla człowieka. Sam ustrój, forma rządów jest w gruncie rzeczy czymś wtórnym. Zwracał na to uwagę i po wojnie, gdy zaczynał się socjalizm i w roku 1980, gdy zdawało nam się wszystkim, że koniec socjalizmu jest już bliski i że to co po nim nastąpi będzie rajem na ziemi. Podkreślał, że istotą zmiany jest wewnętrzna przemiana człowieka. Bo nie chodzi o to, by pieniądze z kasy państwowej przeszły z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei, a krążąca butelka wódki z rąk jednych pijaków w ręce drugich pijaków, tylko żeby przyszło „nowych ludzi plemię”. Żyjemy już 30 lat w wolnym kraju i wciąż przekonujemy się o prawdzie tych słów.

- Prymas Wyszyński w swoim nauczaniu społecznym bardzo podkreślał też wartość codziennej pracy. W jaki sposób on sam pracował?

- Miał wielką umiejętność pracy, co wiązało się też z umiejętnością dobrego wykorzystywania czasu. O tym też pisał w swoich postanowieniach przed święceniami - trzeba cenić każdą chwilę, bo każda chwila jest w życiu ważna. Fakt, że podołał tak ogromnej pracy, jaką miał do wykonania – wydaje się cudem. Był arcybiskupem Gniezna i Warszawy. To jest obecnie 5 diecezji: warszawska, warszawsko – praska, łowicka, gnieźnieńska i bydgoska. Oprócz tego był administratorem apostolskim Ziem Odzyskanych. Wszędzie tam bierzmował, udzielał święceń. Gdy się czyta „Pro Memoria” łatwo zobaczyć jak jego dzień był wypełniony co do minuty. Przechodził od jednego zajęcia do drugiego z ogromną sprawnością.
Rano na jego biurku leżał zawsze stos korespondencji. Po godzinie - wszystko było uporządkowane. Odpisywał zawsze na każdy list, nawet dziecku. Kiedy miał napisać np. list pasterski - po prostu siadał i pisał, wiedział, co ma napisać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których wymknęła mu się uwaga: „O, tak bym poszedł na spacer, a muszę coś pisać...”. To, czego mu naprawdę brakowało, to czasu na spokojną adorację Eucharystyczną. Pamiętam, kiedyś zatrzymał się przy mnie w kaplicy i powiedział: “Jesteś szczęśliwa, że możesz się modlić. A ja muszę gonić od jednych ludzi do drugich…” Ofiarowywał to Bogu - “To dla Ciebie, Boże, idę do tych ludzi”.
Praca była jego modlitwą, służbą Bogu poprzez służbę bliźnim. Na tej służbie był cały czas. To było jego życie, które kochał. W czasie uwięzienia największym jego bólem było to, że nie może być w czynnej służbie - w głoszeniu Słowa, w katedrze, między kapłanami. Gdy był chory i nie mógł gdzieś pojechać - był bardzo nieszczęśliwy. Zwłaszcza, gdy nie mógł pojechać na Jasną Górę. Kiedyś - pamiętam - nie mógł uczestniczyć w jakiejś uroczystość Matki Bożej i żartobliwie narzekał - “Nie chciała mnie, nie chciała. Teraz będę siedział pod murkiem...”.
Kard. Wyszyński właściwie nie miał prywatnego życia. Sam mi kiedyś powiedział: “Wiesz, ja chyba naprawdę nie mam już nic swojego”. Odpoczywał 20 minut po obiedzie. Wtedy też zresztą najczęściej przeglądał prasę i czytał.

- Jakie książki czytał?

- Czytał bardzo dużo, jednocześnie kilka książek - coś z teologii, coś z socjologii, coś z literatury. To była cała jego rozrywka - nie chodził przecież do teatru, nie oglądał telewizji. Jego ulubione książki to „Trylogia” Sienkiewicza, ale bardzo lubił też Makuszyńskiego, Tołstoja, „Chłopów” Reymonta. Po śmierci kard. Wyszyńskiego uczestniczyłam w spotkaniu z Ojcem Świętym w Rzymie. W pewnym momencie papież się zamyślił i powiedział: „Prymas to odchodził jak Boryna…”

- Kard. Wyszyński mówił o szacunku i miłości do drugiego człowieka. W jaki sposób okazywał to w życiu codziennym?

- Np. przy stole. Ksiądz Prymas nie zajmował się tylko własnym talerzem, ale rozglądał się, czy komuś czegoś nie podać. Zachęcał do jedzenia. Był uważny. Potrafił dostrzec, że ktoś jest zmęczony, że źle się czuje. Martwił się tym. W sytuacji złego samopoczucia trzeba było się naprawdę dobrze maskować, żeby go nie niepokoić. Choć czasem przeciwnie - to mogła być szansa na wyciągnięcie Księdza Prymasa na wspólny spacer i chwilę odpoczynku. Ludzie pisali do niego z prośbą o pomoc w załatwieniu zagranicznych lekarstw - pomagał, gdy tylko mógł. Dzieci prosiły o znaczki watykańskie - gdy tylko znał adres dziecka, zawsze odpisywał. Do ludzi odwiedzających go odnosił się z taką samą uwagą i szacunkiem - czy to był prosty chłop czy ważny ambasador.
Znana jest opowieść człowieka, który kiedyś, jako młody chłopak odwiedził kard. Wyszyńskiego z grupą polonijną. Był najmłodszy z tego grona. Wszyscy zajęli miejsca a dla niego akurat zabrakło krzesła. Prymas to dostrzegł, poszedł do drugiego pokoju i przyniósł krzesło. Po latach ten chłopiec ufundował pomnik kard. Wyszyńskiego u stóp Jasnej Góry.

- Dobrze znany jest szacunek kard. Wyszyńskiego do kobiet, otwartość na kobiety w Kościele oraz troska o duchowość i duszpasterstwo kobiet. Jakie elementy nauczania i postawy Prymasa wobec kobiet są do odkrycia na nowo w Kościele w Polsce?

- Przede wszystkim Ksiądz Prymas patrzył na kobietę w perspektywie planu Boga. Uważał, że i kobieta i mężczyzna mają przed sobą zadania równie ważne, choć inne. Uważał, że mają być dla siebie pomocą, co nie umniejsza znaczenia żadnego z nich. Nie chodzi o to, by ze sobą konkurowali poprzez jakieś formy feminizmu czy maskulinizmu - lecz by się dopełniali.
Kard. Wyszyński patrzył na kobietę całościowo, z szacunkiem dla wszystkich wymiarów jej powołania. Bardzo doceniał duchowe i intelektualne możliwości kobiet. Był przekonany, że Bóg je bardzo hojnie wyposażył i należy z tego korzystać. Nigdy nie dyskwalifikował kobiet, nie sprowadzał ich roli jedynie do zadań domowych. Widział wartość tego, co wnoszą w życie społeczne i życie Kościoła. Miał też świadomość wagi duszpasterstwa kobiet i szczególnych potrzeb duchowych. Powtarzał, że odejście mężczyzn od Kościoła nie jest jeszcze największym dramatem, ale odejście kobiet – jest ostateczną katastrofą.
Warto przypomnieć, że Ksiądz Prymas miał też ciekawe i konkretne propozycje rozwiązań społecznych doceniających rolę kobiety. Był przekonany, że kobieta, która wychowuje dzieci powinna otrzymywać uposażenie porównywalne do tego, jakie można uzyskać pracując zawodowo, gdyż wypełnia najważniejsze zadanie dla narodu – przedłuża jego życie. Postulował stworzenie elastycznych rozwiązań, które umożliwiałyby połączenie macierzyństwa z pracą zawodową. Zawsze stawał po stronie kobiet i w obronie kobiet. Światłem na tej drodze była dla niego Matka Boża.
Myślę, że swój naturalny, prosty stosunek do kobiet wyniósł z domu rodzinnego. Bardzo kochał swoją matkę, miał trzy siostry rodzone i jedną przyrodnią. Wszystkie okazywały mu wielkie serce. Szczególnie bliski kontakt miał ze swoją siostrą Stanisławą. To z nią pojechał na Mszę świętą prymicyjną na Jasną Górę. Ostatnią Mszę świętą przed śmiercią odprawił też dla swoich sióstr, które odwiedziły go w rocznicę sakry biskupiej, 12 maja 1981 r.

- Czy w codzienności kard. Wyszyńskiego była Pani świadkiem szczególnych ingerencji Opatrzności?

- To, co było cudem – to pokój serca, który zachował mimo wszystkich trudnych okoliczności życia. I to, że podołał tej wielkiej pracy. Jako młody człowiek, podczas własnych święceń kapłańskich marzył o tym, aby litania do Wszystkich Świętych trwała jak najdłużej. Leżąc krzyżem na posadzce bał się, że gdy wstanie, to nie utrzyma się na nogach. Zakrystianin powiedział mu wtedy – „księże, z takim zdrowiem, to lepiej od razu na cmentarz…”. Ale już następnego dnia pojechał z siostrą na Jasną Górę, na prymicję – prywatną, bez żadnych uroczystości. Mówił – pojechałem, żeby mieć Matkę, żeby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej.

- Jak na obecną sytuację w Kościele w Polsce należałoby patrzeć z perspektywy nauczania kard. Wyszyńskiego?

- Przede wszystkim – z nadzieją. Prymas zawsze ją miał. Mówił – nie ma kryzysu Kościoła, choć może być kryzys w Kościele. Uczył, że Kościół to żyjący Chrystus a Chrystus nie umiera i nie podlega kryzysom. Kiedy pytano z niepokojem – Eminencjo co teraz będzie? Odpowiadał: „Tylko Bóg na pewno będzie, a my w Nim”

CZYTAJ DALEJ

Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

2020-07-07 08:31

[ TEMATY ]

nowenna

szkaplerz

Matka Boża Szkaplerzna

Archiwum parafii

Od 7 lipca - trwa Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

Dzień pierwszy — 7 lipca

O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędow­niczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Two­je dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.

Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich po­trzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wie­ków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.

„Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czer­pać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki".

Jan Paweł II

Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błagamy, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy słu­żąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mo­gli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczęśliwej wieczności.

Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.

Ojcze nasz...Zdrowaś Maryjo...Chwała Ojcu...

Dzień drugi — 8 lipca
„Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić".
Stefan kard. Wyszyński

Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocie­szasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozu­mieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.

Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.
Ojcze nasz...Zdrowaś Maryjo...Chwała Ojcu...

CZYTAJ DALEJ

Jak wakacje to tylko z Eucharystią!

2020-07-08 19:30

ks. Łukasz Romańczuk

#wakacyjnemsze

Wakacje trwają w najlepsze. Mimo, że wciąż pojawia się zagrożenie COVID-19, wielu Polaków wybiera się w różne strony naszego pięknego kraju. Jedni nad morze, inni w góry, jeszcze inni na Mazury. W naszej archidiecezji znajduje się wiele pięknych kościołów Pokażmy je, oznaczmy hashtagiem #wakacyjnemsze i dzielmy się naszym wspaniałym rejonem, a także zaprośmy "do nas" na Mszę św. 

#WakacyjneMsze  to inicjatywa, która ma zachęcić do aktywnego uczestnictwa w Eucharystii także podczas wakacji. “Od Pana Boga nie ma wakacji” - często słyszymy z ambon, gdy rozpoczyna się błogi czas odpoczynku. Robiąc zdjęcie, umieszczając je na Facebooku, Instagramie czy Twitterze, nie tylko dajemy świadectwo naszej wiary, ale także zachęcamy innych, aby np.: uczestniczyli w niedzielnej Mszy św. 

Można to zrobić w następujący sposób:

https://twitter.com/kslukromanczuk/status/1280916194548158464


A tak do akcji zachęcał rzecznik Episkopatu Polski, ks. Paweł Rytel-Andrianik:

https://twitter.com/niedziela_pl/status/1279285681576181760



CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję