Reklama

Polityka

Kanon rodzinny: Bóg, Honor, Ojczyzna

Najciekawsza osobowość w świecie finansów III Rzeczypospolitej. Twórca najbardziej udanego przedsięwzięcia ekonomicznego minionego dwudziestolecia - Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK). Senator RP obecnej kadencji z okręgu Biała Podlaska. Rzecznik prawdy i uczciwości w biznesie.

Gdynia - lekcja historii

Urodził się w 1963 r. w Gdyni, później rodzice przenieśli się do Gdańska. Choć w Gdyni mieszkał tylko przez pierwszy miesiąc swojego życia, to właśnie to miasto obdarza szczególnym sentymentem. Tu bowiem jego rodzice, a zwłaszcza ojciec, który zmarł, kiedy chłopiec miał 9 lat, pokazywali mu dynamikę rozwoju II Rzeczypospolitej. Wymowny symbol: Gdynia - wioska, którą w ciągu kilkunastu lat Polacy rozbudowali w europejskie miasto. Jego budowniczymi byli również dziadkowie chłopca - zarówno ze strony matki, jak i ojca. Historia tego miasta przyczyniła się do tego, że Bierecki junior nigdy potem nie czuł wobec innych kompleksów. Tu uczył się patriotyzmu od dziadków, szczególnie Jana Zembrzuskiego, mazowszańskiego szlachcica, przed wojną oficera żandarmerii polowej w Gdyni. To dzięki rodzicom i dziadkom może dziś z całym przekonaniem podkreślać, że jego dom rodzinny był absolutnie patriotyczny.

Grzegorza Biereckiego kształtowała rodzina. Przedwojenna literatura patriotyczna, a wiersze Władysława Bełzy należały do domowego kanonu lektur obowiązkowych chłopca i jego o 6 lat starszego brata. - „Kto ty jesteś? - Polak mały” i inne wiersze Bełzy wymagane były u nas w domu na pamięć. Szczególnie dbały o to obie babcie - opowiada Grzegorz Bierecki. - Z dziadkiem śpiewaliśmy piosenki piłsudczykowskie, których wiele znałem na pamięć. Chodziliśmy też na groby ofiar II wojny światowej i zawsze zapalaliśmy tam świeczki. Ojciec był harcerzem przed wojną. Inspirował mojego drużynowego, by prowadził drużynę w duchu II Rzeczypospolitej. Podsuwał nawet konkretne pomysły młodemu chłopakowi, który je chłonął. Ojcu zależało, żeby uczniowie poznawali prawdziwą historię. Dbał też o to, aby w programie drużyny uwzględniano obchody przedwojennych świąt patriotycznych. Było to harcerstwo prowadzone w duchu „Kamyka”, czyli Aleksandra Kamińskiego. Zupełnie pozbawione akcentów peerelowskich.

Reklama

Rodzice

Ojciec Grzegorza Biereckiego - Teodoryk w czasie wojny był więźniem obozu w Stutthofie. Po wojnie studiował dyplomację w Sopocie. Kiedy jednak studenci zaczęli domagać się wyjaśnienia fałszerstw wyborczych z roku 1946 i 1947 - komuniści szkołę rozwiązali. Jednym z organizatorów strajku był ojciec Grzegorza i niewykluczone, że tylko wytatuowane numery niemieckiego obozu koncentracyjnego uratowały go przed więzieniem komunistycznym. Wówczas, znając już kilka języków obcych, Bierecki senior założył w Gdyni przedsiębiorstwo spedycji zagranicznej. Działało ono jednak niezbyt długo: komuniści upaństwowili je, pozostawiając Biereckiemu tę samą pracę, ale już na „państwowej posadzie” w Gdańsku. Mama Grzegorza - Marianna do emerytury pracowała jako nauczycielka w placówkach oświatowych znajdujących się na terenie szpitali czy sanatoriów. Najdłużej - w sanatorium przeciwgruźliczym. Pedagog z powołania. Zawsze serdeczna, opiekuńcza, oddana dzieciom.

Wartości najwyższe

Olbrzymim autorytetem dla chłopca był dziadek Zembrzuski. Szczególnie kiedy zabrakło ojca. To on opowiadał chłopcom historię Trójmiasta. O bohaterach II wojny światowej, a także o komunistycznej zbrodni w 1970 r. w Gdyni i Gdańsku. - Przede wszystkim jednak mówił o czasach przedwojennych. O sile państwa, ale i o jego ułomnościach - wspomina Grzegorz Bierecki. - Generalnie, o tym wszystkim, co można sprowadzić do pojęć: Bóg, Honor, Ojczyzna. Były one zawsze u nas wartościami najwyższymi. Jeśli ktoś ich nie przestrzegał, to uważano go w naszej rodzinie za politycznego łobuza i nie podawano mu ręki.

W szkole podstawowej Biereckiego juniora nie zajmowała jednak w żaden sposób polityka. Pochłonięty był nauką i szachami, którą to pasję przekazał mu ojciec. Podobnie jak on swoim dorosłym już dziś dwóm synom. Dopiero w czasie szkoły średniej w otoczeniu Grzegorza zaczęły pojawiać się dyskusje o polityce, w szczególności dotyczące Polski. Jednak najwięcej czasu poświęcał poezji. Czytał literaturę piękną, szczególnie tomiki poetyckie. Sam też pisał wiersze, z których kilka, za namową brata, wysłał na konkurs poetycki. Otrzymał wówczas pierwszą nagrodę: był nią udział w zajęciach koła naukowego polonistów na Uniwersytecie Gdańskim. Odtąd pochłaniały go 2 wielkie pasje: szachy i hermeneutyka. - Byłem dumny z tego, że mogłem poszerzać wiedzę z dziedziny literatury w daleko większym zakresie niż na szkolnych zajęciach. Tym bardziej że moja licealna polonistka korzystała podczas lekcji z podręczników pamiętających lata pięćdziesiąte - wspomina Grzegorz Bierecki. - Moimi kolegami w dyskusjach o literaturze byli więc wyróżniający się już na polonistyce studenci. I było to naprawdę dobre przygotowanie do studiów polonistycznych.

Reklama

Działacz społeczny

Tymczasem przyszedł rok 1980 i zaczęły się ogólnopolskie strajki. Te kilka tygodni strajków i następujące po nich miesiące stały się dla siedemnastolatka swoistym uniwersytetem politycznym. Wprawdzie już od kilku miesięcy był czytelnikiem podziemnej prasy, szczególnie „Robotnika Wybrzeża”, to jednak wielość dotychczas nieznanych wydarzeń z zakresu praktyki demokracji zdominowała jego wcześniejsze fascynacje. Szybko wrócił z wakacji i jako wolontariusz pomagał strajkującym. W pierwszych dniach zajęć szkolnych natomiast założył w liceum, i jej przewodniczył, Federację Młodzieży Szkolnej, kilka miesięcy później przekształconą w Federację Młodzieży Walczącej.

Stan wojenny nie podciął skrzydeł młodemu buntownikowi. Z pierwszą lokatą dostał się na wymarzoną polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim. Teraz czas zaczął dzielić między studia, szachy i trwające do rana dyskusje o literaturze współczesnej. Do tego dochodziła jeszcze działalność w podziemiu. Był m.in. działaczem Ogólnopolskiego Komitetu Oporu, wydawcą, redaktorem podziemnego miesięcznika „Wprost”. Wraz z innymi organizował kolonie letnie dla dzieci działaczy podziemia. Już jako student działał też w NZS i organizował „podziemne” wykłady z najnowszej historii zarówno dla robotników, jak i dla młodzieży.

Grzegorzowi Biereckiemu, co podkreśla, towarzyszyło w tym „wojennym” dojrzewaniu kilka niezwykłych osobowości, a wśród nich przyszła żona Marzena oraz wybitny historyk Jerzy Godlewski i późniejszy prezydent Polski - Lech Kaczyński, którego znał już od 1981 r. Jednak ich ścisła współpraca zapoczątkowana została, kiedy Grzegorz Bierecki, w 1985 r., został delegowany przez NZS do Tajnego Regionu Solidarności.

Po pewnym czasie działalność Grzegorza Biereckiego została też zauważona przez Służbę Bezpieczeństwa. Przypłacił to kilkumiesięcznym więzieniem w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Szczęście do szczęśliwych pomysłów

Strajki w 1988 r. w Gdańsku Grzegorz Bierecki przyjął jako zupełną oczywistość. Sam je współorganizował na Uniwersytecie Gdańskim. Brał też udział w obradach Okrągłego Stołu, choć nie uważał ich za najtrafniejsze rozwiązanie. Po częściowo wolnych wyborach w 1989 r. i utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego nie uważał też, że jest to już wolna Polska. Kiedy jednak Lech Kaczyński, jako nieformalny przewodniczący NSZZ „Solidarność”, powierzył mu organizowanie zupełnie nowych kas zapomogowo-pożyczkowych, Grzegorz Bierecki zabrał się do tego z prawdziwą radością. - Warto przypomnieć, czym były wówczas kasy zapomogowo-pożyczkowe działające w komunistycznych związkach zawodowych. Stanowiły one fundament finansowy OPZZ - opowiada Grzegorz Bierecki. - Tymczasem wartość wkładów w kasach zapomogowo-pożyczkowych zżerała inflacja. Tworzyły się ogromne kolejki po pożyczki w tych kasach. Promowano „kolesiostwo” i kredyt dostawał ten, kto miał „układy”, a nie ten, kto tego najbardziej potrzebował. Lech Kaczyński powiedział mi wówczas, abym stworzył coś, co by było atrakcyjną i alternatywną dla OPZZ kasą zapomogowo-pożyczkową. I wówczas wpadłem na pomysł stworzenia Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. Nie była to jakaś absolutna nowość. W czasie zaborów działały np. „Kasy Stefczyka” i im podobne. Jednak pomysł na nasze kasy, „unii kredytowej”, znalazłem w USA. Napisałem więc raport Lechowi Kaczyńskiemu, a Leszek całą koncepcję zaakceptował. Zresztą - mam swego rodzaju „szczęście do szczęśliwych pomysłów”… Kiedy zachorowałem na nowotwór skóry, znalazłem znakomity pomysł na przeniesienie do Polski nowatorskiego sposobu leczenia raka skóry, który stosowano już np. w Niemczech. I założyłem w Gdańsku klinikę SANITAS, gdzie ludzie mogą się leczyć z podobnych schorzeń.

Początkowo, w 1992 r., SKOK-i powstawały tylko w dużych zakładach pracy: portach, stoczniach, hutach, kopalniach. Największe zainteresowanie znalazły jednak na Wybrzeżu. Później na Śląsku. W 1996 r. weszła rozszerzona ustawa o SKOK-ach, która dawała im możliwość działania w organizacjach środowiskowych. Wtedy spółdzielcy z Kas zwrócili się do środowisk katolickich, najliczniejszych w Polsce. - Wraz ze Stowarzyszeniem Rodzin Katolickich zaczęliśmy zakładać kasy parafialne. Spontaniczność i zaangażowanie obu zainteresowanych stron przypominały niekiedy pospolite ruszenie… - podkreśla Grzegorz Bierecki. - I to nadało Kasom największą dynamikę.

* * *

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe rozpoczęły swoją działalność w 1992 r. Prezydent Lech Kaczyński uważał je za najważniejszy ruch społeczny po 1989 r. Niezwykły wkład w ich budowę i działalność Grzegorza Biereckiego na tym polu doceniła Światowa Rada Unii Kredytowych, mianując go swoim wiceprzewodniczącym. Jest to najwyższe stanowisko, jakie zajmuje Polak w międzynarodowym świecie finansów. W tej chwili do SKOK-ów przynależy dwa i pół miliona Polaków. Stały się one jednak „solą w oku” obecnej ekipy rządzącej. W sposób doskonały bowiem bronią pracowników przed monopolem i lichwiarstwem banków. Tymczasem w kampanii zniechęcania do SKOK-ów lewicowe media porównują je do „parabanków”. Nowa ustawa finansowa zaś, lobbowana przez bankowców i wprowadzona w tym roku, może stać się zagrożeniem dla spółdzielczych kas. Ostrzeżeniem jest to, co dzieje się w kilku totalitarnych krajach Ameryki Południowej, gdzie spółdzielcze kasy są wprost zwalczane. Grzegorz Bierecki ma jednak nadzieję, że w Polsce do tego nie dojdzie.

2013-01-02 11:57

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pożegnaliśmy legendę muzyki ludowej

2020-06-17 11:09

Niedziela kielecka 25/2020, str. VI

[ TEMATY ]

sylwetka

artysta

ludowość

Arch CK Jędrzejów

Stefan Wyczyński (1932 – 2020)

W wieku 87 lat, 26 maja br. zmarł Stefan Wyczyński, lider i współzałożyciel Kapeli z Lubczy, nestor świętokrzyskich muzyków ludowych. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w kościele Matki Bożej Częstochowskiej w Lubczy.

Trumna zmarłego do kościoła wprowadzona została przy brzmieniu zespolonych kapel ludowych, muzyków z powiatów jędrzejowskiego i pińczowskiego. Zagrali „Serdeczna Matko”. Janusz Kruk, akordeonista, który 30 lat grał w kapeli Stefana Wyczyńskiego, podkreślał, że muzycy przyjaciele chcieli w ten sposób towarzyszyć Zmarłemu w ostatniej drodze.

Obdarzony przez Boga

Ks. kan. Stanisław Gil podczas Mszy św. żałobnej powiedział, że Stefan Wyczyński był wielkim ambasadorem Lubczy nie tylko w powiecie, regionie czy w Polsce, ale również za granicą. – Był wielkim utalentowanym muzykiem, ale też prawdziwym przyjacielem. Był artystą, obdarzonym przez Boga zdolnościami i talentami, którymi potrafił się dzielić z ludźmi – mówił proboszcz. W rozmowie z Niedzielą ks. prob. Gil zauważa, że Stefan Wyczyński umiał uczynić coś ważnego ze swego życia, nie zakopał talentów, a przy tym był człowiekiem wielkiej kultury, towarzyskim, uśmiechniętym, otwartym wobec ludzi. – Jego zacna rodzina, jego kapela i jego przyjaciele dostali w nim przykład, na którym należy się oprzeć i wzorować – opowiada. Podkreśla także, jak ważna była wiara w życiu śp. Stefana, który na kilka dni przed śmiercią w obecności rodziny pojednał się z Bogiem, przyjął sakramenty. – Codziennie rano, 8 godzina, pan Stefan był w kościele – wspomina ks. Gil.

Stefan Wyczyński na scenie spędził ponad 70 lat.

W imieniu ludowej braci muzycznej regionu świętokrzyskiego zmarłego Stefana Wyczyńskiego pożegnał Adam Kocerba, szef kapeli ludowej „Działoszacy” z Działoszyc. Jak powiedział, to dla niego smutny obowiązek i zarazem zaszczyt, ponieważ Stefan Wyczyński był ikoną folkloru muzycznego. Przypomniał bogatą historię działalności artystycznej Zmarłego.

Rozsławił Kielecczyznę

Podczas Mszy św. list pożegnalny od wojewody świętokrzyskiego Zbigniewa Koniusza odczytał Marek Mentel, przewodniczący jędrzejowskiej rady powiatu.

„Przez całe swe artystyczne życie kultywował folklor muzyczny ziemi świętokrzyskiej, a także pielęgnował dziedzictwo kulturowe. Jego pasja oraz miłość do muzyki rozsławiła Kielecczyznę, wzbogacała wyobraźnie oraz podkreślała znaczenie sztuki ludowej w życiu człowieka. Odejście Stefana Wyczyńskiego to ogromna strata dla kultury regionu świętokrzyskiego” – napisał wojewoda w liście pożegnalnym.

Sylwetka

Stefan Wyczyński ur. w 1932 r. na scenie spędził ponad 70 lat. Przyjaciele wspominają, że był muzykiem na sto procent, a na scenie czuł się jak „ryba w wodzie”. Pierwsze dożynki zagrał jako siedemnastolatek. Był muzycznym samoukiem o wielkiej intuicji. Pochodził z muzykującej rodziny. W latach 60. XX wieku zaczął śpiewać w kapeli brata, Feliksa Wyczyńskiego. Potem założył własną, której był kierownikiem i solistą. Słynął z niezwykłej charyzmy i poczucia humoru. Napisał kilkaset tekstów ludowych oraz satyrycznych. W tysiącach liczy się jego muzykowanie na weselach. Mawiał, że nigdy go nie wygwizdano… Znawcy muzyki ludowej oceniają, że jego muzyczne kreacje miały lekkość, polot i wdzięk.

Jako solista Stefan Wyczyński odniósł wiele sukcesów artystycznych, a najważniejsze z nich to m.in.: – I miejsce podczas ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym w 1971 r., II miejsce w Festiwalu Kapel i Śpiewaków Polski środkowej w Poznaniu; nagrody Buskich Spotkań z Folklorem, Honorowy Jawor (konkurs Radia Kielce „Jawor u Źródeł Kultury”). W 2019 r. Stefan Wyczyński  został laureatem „Złotego Gryfa” w  kategorii „Edukacja i kultura, pielęgnowanie tradycji kulturowych i historycznych”.

Od 1999 r. w Kapeli Stefana Wyczyńskiego gra również syn artysty, Jacek Wyczyński.

CZYTAJ DALEJ

Kościół mnie uratował

2020-06-17 11:08

Niedziela Ogólnopolska 25/2020, str. 14-15

[ TEMATY ]

świadectwo

Adobe Stock.pl

Miałam kilka lat. Nie wiem, kiedy „to” się zaczeło. Pamiętam od zawsze. Pamiętam też, że nikt nie kiwnął palcem, żeby pomóc.

Przykro mi, że moim oprawcą był mój ojciec. Przykro mi, że był tylko wiecznie bezrobotnym murarzem, alkoholikiem. Gdyby to był ktoś inny, być może pan Sekielski by mnie wysłuchał. Gdyby moim oprawcą był ksiądz, każdy by mi współczuł. Ojciec nie wzbudza już żadnej sensacji, nikogo nie obchodzi... Takich jak ja jest wiele i czujemy się gorsze od najgorszych.

Gehenna

Urodziłam się w bardzo dysfunkcyjnej rodzinie. Byłam dla wszystkich ogromnym rozczarowaniem. Moja mama spodziewała się syna, a urodziły się bliźnięta. Był to stan wojenny, zima. Półtora kilograma nieszczęścia, które każdemu w mojej rodzinie na całe życie pokrzyżowało plany. Ciągle chora i ciągle płacząca. Kula u nogi, jak to zwykle mawiali moi rodzice. Moja mama nigdy mnie nie przytuliła, nie wzięła na ręce. Nie usłyszałam od niej, że mnie kocha. Zwracała się do mnie zawsze bezosobowo – w najlepszym wypadku. Zawsze, kiedy ojciec wracał pijany do domu, brała mojego brata i uciekała.

Miałam kilka lat. Nie wiem, kiedy „to” się zaczęło. Pamiętam od zawsze. Nie miało znaczenia, czy był pijany czy trzeźwy. Ja ze swoim oprawcą i katem mieszkałam przez 13 lat pod jednym dachem. Wiedziałam, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć. Raz próbowałam. Moja matka wyciągnęła mnie wtedy za włosy z wanny i skatowała. Wielokrotnie razem z moim ojcem przekonywali znajomych, że jestem kłamczuchą, że wymyślam, że sprawiam kłopoty. Myślę, że każdy wiedział, co się działo w naszym domu – łącznie z matką, ale każdy udawał, że tego nie widzi. Na początku płakałam, później zrozumiałam, że to gorzej, że moje cierpienie wzbudza w moim ojcu jeszcze większą agresję, że wszystko trwa przez to dłużej.

Tak samo było z biciem. Katowali mnie na zmianę, kijem od szczotki, smyczą, kablem od grzałki... Miałam ciągle powyrywane włosy, poprzecinane dłonie, którymi zakrywałam twarz, ponadrywane uszy.

Spadłam na samo dno

Kiedy byłam starsza, liczyłam w myślach od jednego do dziesięciu. To pozwoliło mi przetrwać w ciszy. Było szybciej... Kiedy ojciec miał wrócić do domu, ulgę sprawiało mi wyrywanie włosów z głowy i wykręcanie palców. Wiedziałam, że za chwilę znów „to” będzie. Byłam małą dziewczynką. Kiedy sytuacja stawała się niebezpieczna dla matki, zabierała mojego brata i uciekała. Ja sama musiałam uspokoić ojca. Na Boga, miałam tylko kilka lat!

Kiedy miałam ok. 13 lat, moja matka ostatecznie wyrzuciła ojca z domu. Było to krótko przed moją pierwszą próbą samobójczą. W wieku 14 lat byłam już uzależniona od alkoholu, a gdy miałam 17 lat, zaczęłam się leczyć psychiatrycznie na depresję. Później doszły narkotyki, leki, kolejne próby samobójcze... Spadłam na samo dno. Zatrudniłam się w nocnym klubie jako telefonistka, czyli ogólnie rzecz biorąc, jako stręczyciel. W tamtym czasie czułam się bardzo dobrze w takim środowisku. Kiedy nie było pracy, siedziałyśmy razem z dziewczynami w moim „biurze” i opowiadałyśmy sobie wzajemnie o swoim tragicznym, parszywym życiu. Prawie każda z nas przeszła to samo. Tatuś, wujek, dziadziuś, prokurator, przyjaciel rodziny... Tabletki gwałtu i gwałty... Chleb powszedni. Znam dziewczynę, która wraz z siostrą rodziła swojemu ojcu dzieci. Każdy się domyślał, cała wieś, wiedziała matka. Nikt nie kiwnął palcem, żeby pomóc. Nikt nie chciał się wtrącać...

Kiedy poznałam tę dziewczynę, jej ojciec był już bardzo chory. Prosiłam ją, żeby mimo wszystko zawiadomiła policję. Odmówiła. Powiedziała, że bardzo kocha ojca. To właśnie robi z głową molestowanie. Znam dziesiątki, jeśli nie setki podobnych historii, z wieloma dziewczynami utrzymuję kontakt, ale nigdy nie słyszałam, żeby którakolwiek z nich była molestowana przez księdza.

Ocalone życie

Rok 2012. Pierwsza Komunia św. mojego syna. Byłam wtedy daleko od Boga, bo to Jego obwiniałam za całe to bagno. Po tej uroczystości mój syn zdecydował, że zostanie ministrantem. Bałam się. Poprosiłam znajomą, żeby prowadzała go do kościoła i pilnowała. Płaciłam jej za to, z czasem jednak musiałam zacząć chodzić z nim sama. Dla mnie nieważne było, czy to ksiądz, kościelny czy nawet organista – każdy był podejrzany, każdy był wrogiem. Zaczęłam jednak się modlić, korzystać z tego, co ofiarowuje Kościół. Przez wcześniejsze lata bezskutecznie szukałam terapii dla ofiar pedofilii.

Swoją pracę rzuciłam w czasie pobytu na Jasnej Górze. Zadzwoniłam do szefowej i powiedziałam, że więcej tam nie wrócę. Za ostatnie pieniądze kupiłam sobie Pismo święte i wróciłam do domu.

Dalej jednak nie potrafiłam przebaczyć. Nie chciałam. To mnie rujnowało, ale podejmowałam walkę. Rekolekcje, rekolekcje, rekolekcje... Msza św. z modlitwą o uzdrowienie wspomnień, relacji rodzice – dzieci, dzieci – rodzice. Wyjechałam do Medjugorie. Przebaczyłam. Korzystałam również z pomocy księży egzorcystów. Wiem, że moje koleżanki znalazły pomoc w Magdalence podczas rekolekcji uzdrowienia wspomnień. Dziś też śmiało mogę powiedzieć, że mojego syna wychował Kościół. Częste rekolekcje, wyjazdy w góry, ogniska, wycieczki, podczas których spał również w seminarium. Dużo rozmawiamy o pedofilii, mój syn nigdy nie był jej ofiarą, świadkiem, nie słyszał wśród swoich kolegów o molestowaniu. Dziś jest prawie dorosłym, zrównoważonym człowiekiem. Nie pije, nie pali, nigdy nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych. Po pierwszym filmie Sekielskiego przestał chodzić w tygodniu do kościoła, bo bał się, że będzie napiętnowany przez rówieśników. W gimnazjum wielokrotnie był prześladowany za wiarę. Brzydzę się kłamstwem i manipulacją, którymi posłużył się pan Sekielski w swoich filmach. Mnie, ofierze pedofilii, i mojej rodzinie Kościół uratował życie! Dzięki niemu dziś, od 7 lat, jestem normalnym człowiekiem. Jestem matką. Pracuję i wychowuję dzieci. Staram się pomagać w wielu fundacjach działających na rzecz obrony życia i pomocy dzieciom. W ten sposób pragnę podziękować Bogu za łaski, które otrzymałam. Zawsze będę chodzić do kościoła. Pedofil to nie ksiądz, pedofil to pedofil! Pójdzie zawsze tam, gdzie są dzieci pozostawione bez opieki. I bez względu na to, jaką pełni funkcję, należy mu się kara.

Przykro mi tylko, że wszyscy ci, którzy obrzucają kamieniami Kościół, słysząc za ścianą krzywdę innego dziecka, mówią, że to nie ich sprawa.

CZYTAJ DALEJ

Papież Franciszek wsparł „Kromkę Chleba"

2020-07-06 22:57

archiwum

Działająca w Tarnowie od 17 lat Fundacja „Kromka Chleba” pomaga i wspiera osoby bezdomne oraz ubogie, prowadząc dla nich noclegownię, misję dworcową – łaźnię, organizują również spotkania świąteczne przy wspólnym stole. Z działalności pomocowej organizacja pozarządowa nie zrezygnowała także w czasie pandemii. Teraz inicjatywę dostrzegł i wsparł papież Franciszek, który przez ręce Jałmużnika Papieskiego, kard. Konrada Krajewskiego przekazał tarnowskiej fundacji 5 tys. euro!

Prezes fundacji, Anna Czech podkreśla: - Dzięki tej pomocy przez kolejne miesiące nie będziemy musieli się martwić, skąd pozyskać środki na czynsz, media, środki czystości i higieny osobistej, szczególnie ważne i niezbędne w czasie trwającej epidemii.

Z przekazanych informacji wynika, że odkąd została uruchomiona łazienka, udzielono tam około pięćdziesięciu tysięcy usług w postaci kąpieli, możliwości wyprania rzeczy, ogolenia się oraz wypicia ciepłego napoju w atmosferze wzajemnego wsparcia. Fundacja stara się też zapewnić gorące posiłki pozyskiwane od darczyńców (np. lokalnych restauracji).

- Wsparcie Papieża jest o tyle istotne, że Fundacja buduje również pierwsze w mieście stacjonarne Hospicjum Via Spei dla chorych na raka – zaznacza Anna Czech. I dodaje: - Obecnie w planie mamy montaż drzwi wewnętrznych. Pandemia zaskoczyła wszystkich, przewartościowała nasze życie, ale też bardzo utrudniła nam dokończenie budowy. Czas epidemii się skończy, zostaną jednak dotychczasowe problemy osób cierpiących na nowotwory. Nie możemy zostawić ich w obliczu nieuleczalnej choroby, tuż przed metą budowy. Działamy dalej i wierzymy, że z Bożą Opatrznością i ludzką dobrocią uda nam się ukończyć to dzieło.

Fundacja prowadzi obecnie zbiórkę na portalu Siepomaga.pl, gdzie zbiera środki na zakup 89 sztuk skrzydeł drzwiowych wewnętrznych. Zbiórka znajduje się pod adresem https://www.siepomaga.pl/hospicjumviaspei Szczegółowe informacje o działalności Fundacji można znaleźć na stronie www.kromkachleba.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję