Reklama

Polityka

Niespójna spójność

Niedziela Ogólnopolska 50/2012, str. 14-15

[ TEMATY ]

Unia Europejska

DOMINIK RÓŻAŃSKI

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Pierwsze negocjacje na szczycie w sprawie budżetu UE na lata 2013-2020 nie zakończyły się tak bardzo oczekiwanym przez polski rząd kompromisem w imię dobra całej wspólnoty. Można zatem powiedzieć, że niepowodzeniem zakończyły się także dyplomatyczne zabiegi polskiego premiera. Jak Pan ocenia strategię Donalda Tuska w negocjacjach budżetowych UE?

DR ZBIGNIEW KUŹMIUK: - Ta dość dziwna strategia została przez premiera Tuska częściowo ujawniona w Sejmie 2 tygodnie przed brukselskim szczytem, gdy po raz pierwszy od wielu miesięcy poinformował posłów o swoich działaniach na forum UE. Wcześniej, mimo zabiegów opozycji, nie można się było niczego dowiedzieć. Nie było na ten temat debat na sesji plenarnej Sejmu. Żeby daleko nie szukać, np. kanclerz Angela Merkel przed każdym wyjazdem do Brukseli, gdy tylko decydują się ważne dla Niemiec sprawy, zawsze przedstawia w Bundestagu swoje zamiary, odbywa się debata, uczciwa informacja dociera także do opozycji, której głos też się liczy. U nas takich debat po prostu nie ma.

- Dlaczego ich nie ma?

- Dlatego, że premier arbitralnie uznaje - w przeciwieństwie do premierów innych krajów - iż nie musi w tego rodzaju negocjacjach wspierać się stanowiskiem Sejmu, a przede wszystkim całkowicie odrzuca zdanie opozycji, która - jak często mówi - tylko przeszkadza, jest zbędna. Bo Donald Tusk wykorzystuje dosłownie każdą okazję, by straszyć nie tylko własny naród, ale i kraje Zachodu polską opozycją - PiS. To naprawdę dziwne, że nasz rząd nie wysłał do krajów zachodnich żadnego zdecydowanego i klarownego stanowiska władzy ustawodawczej (Sejmu, Senatu) w sprawie polskich oczekiwań budżetowych.

Reklama

- Na czym polega ta nieklarowność polskiego stanowiska?

- Przede wszystkim na wprowadzaniu w błąd Polaków. Przedstawianą w wyborczym spocie Platformy sumę 300 mld zł, którą, głosując na PO, „Polska dostanie z UE”, premier Tusk tuż przed rozpoczęciem negocjacji nagle podbił do 400 mld zł! Nie dodał tylko, że ta druga kwota nie dotyczy już wyłącznie polityki spójnościowej, lecz całości negocjowanej dla Polski sumy, czyli pieniędzy na tzw. politykę spójnościową (wspomagającą cywilizacyjny rozwój nowych członków UE) oraz na wspólną politykę rolną (WPR), której celem jest wspieranie dochodów rolników i rozwój infrastruktury wsi. Można więc było sądzić, że pan premier podwyższył polskie aspiracje, podczas gdy w istocie je niestety zmniejszył.

- Tymczasem pod adresem opozycji padał zarzut przesadnej roszczeniowości i że domaga się gruszek na wierzbie. Niesłusznie?

- My domagamy się przede wszystkim przejrzystości polskiego stanowiska w negocjacjach. Premier zamiast wzmacniać swą pozycję w stosunku do zagranicy, próbuje coś zyskać w polityce wewnętrznej, szukając sposobów na ośmieszanie opozycji. A przecież my doskonale wiemy, jakie były propozycje Komisji Europejskiej - projekt europejskiego budżetu był jawny od połowy 2012 r. W naszej kopercie „spójnościowej” było 80 mld euro, czyli ok. 320 mld zł, zaś w kopercie WPR - 21 mld euro na dopłaty bezpośrednie i 14 mld euro w tzw. drugim filarze (na rozwój wiejskiej infrastruktury). W sumie dawało to ok. 460 mld zł (i to licząc tylko po kursie 4 zł za 1 euro). W tej kwocie nie było słynnego już wyrównania dopłat rolniczych do tzw. średniej unijnej, o czym zapewniał i minister Marek Sawicki, i minister Stanisław Kalemba, a to dodatkowo 7 mld euro, czyli 28 mld zł. Powinniśmy zabiegać więc przynajmniej o 490 mld zł. Dlaczego zatem w tym czasie, kiedy w naszej kopercie widniała jeszcze ta kwota, premier z dumą zadeklarował tylko 400 mld zł, dając w dodatku do zrozumienia, że to przecież więcej niż „możliwe aż 300 mld zł” (cytat z deklaracji przedwyborczej)?!

- Bo jak nikt inny tak wcześnie zrozumiał, że przyciśnięta kryzysem Unia musi redukować cały budżet...

- Wygląda na to, że premier Tusk chce być mężem opatrznościowym UE! Oczywiście w imię kompromisu powinniśmy nieco ograniczyć nasze oczekiwania, tyle że moglibyśmy ustępować z początkowych ok. 500 mld zł. Tymczasem pan premier jeszcze przed negocjacjami, obniżając nie wiadomo dlaczego nasze oczekiwania początkowe, sprawił, że musimy ustępować z 400 mld zł... Dlaczego polski premier wykonał ten „uprzejmy” i bardzo kosztowny gest w stosunku do bogatych krajów?

Reklama

- Pana zdaniem, dlaczego?

- To jest próba płynięcia w głównym nurcie, za wszelką cenę. A może ta manipulacja liczbami ma też pokazać domniemany sukces negocjacyjny polskiego rządu, jeśli tylko po uprzednim obniżeniu poprzeczki uda się cokolwiek dodatkowo wytargować?

- Rząd obiecywał jednak starania o wyrównanie dopłat. Uważa Pan, że też wcale się o to nie starał?

- Niestety, tak uważam. Musimy oczywiście przyjąć, że całkowite wyrównanie nie będzie jeszcze możliwe, ale powinniśmy zabiegać przynajmniej o zbliżenie Polski do średniej, która wynosi ok. 270 euro na hektar, bo w przeciwnym razie polscy rolnicy będą w UE dyskryminowani. Potwierdza to odpowiedź na interpelację europosła Janusza Wojciechowskiego (wiceprzewodniczącego Komisji Rolnictwa w Parlamencie Europejskim) - jasne oświadczenie Komisji Europejskiej, że już dłużej nie można w ten sposób dyskryminować rolników z państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak polski rząd dopłatami się zupełnie nie przejmuje. Przypomnę tylko, że nie wpisano tej kwestii do priorytetów polskiej prezydencji. A przecież jeżeli policzyć tylko wyrównanie dopłat do średniej, to moglibyśmy zyskać dodatkowo 7 mld euro, czyli w sumie razem ze środkami przewidzianymi przez KE (35 mld euro) mielibyśmy ok. 170 mld zł na wspólną politykę rolną. Pan premier z góry proponuje jednak tylko 100!

- I raczej nie boi się krytyki w kraju, ponieważ tzw. dopłaty nie cieszyły się aprobatą ogółu polskiego społeczeństwa.

- To prawda. Zapominamy tylko o tym, że pieniądze z WPR, idące do gospodarstw, nawet tych biednych, natychmiast zamieniają się na popyt wewnętrzny, natomiast te z funduszu spójności w dużej mierze wracają z powrotem do bogatych krajów. Dlatego to WPR powinniśmy pilnować jak powietrza, bo oznacza ona nie tylko poprawę dochodowości wsi - konkurencyjność polskiego rolnictwa na rynku UE - ale poprawia ogólną sytuację w kraju. Ceny płodów rolnych mogą być niższe. Dopłaty bezpośrednie są po prostu dotowaniem konsumentów.

- W Polsce jednak tłumaczy się dziś, że to polityka spójnościowa jest dla nas ważniejsza niż wspólna polityka rolna. Niesłusznie?

- Przedstawiciele rządu mówią wprost, że nieefektywnie jest wydawać na krowy, lepiej wydawać na rozwój terenów wiejskich, czyli: poświęćmy WPR, a starajmy się o pieniądze na fundusz spójności. I na takie wypowiedzi nie reagują w żaden sposób ministrowie z PSL. To obecne zamieszanie w PSL jest na rękę premierowi Tuskowi: ile pieniędzy by nie wynegocjował dla polskiej wsi, to i tak będzie dobrze. PSL, zajęty swoimi wewnętrznymi sprawami po zmianie prezesa, nie będzie protestował.

- Kibicujące premierowi, polskie media wprost wyśmiewały oświadczenie PiS, że domagająca się największych cięć Wielka Brytania zapewniała, iż w najmniejszym stopniu powinny one dotyczyć państw biedniejszych.

- Konserwatyści brytyjscy zaprezentowali w poważnych rozmowach we frakcji Europarlamentu (do której należą także eurodeputowani z PiS) bardzo rozsądne stanowisko dotyczące polityki spójnościowej. Premier David Cameron oświadczył, że domaga się redukcji budżetu na politykę spójności, ale nie kosztem krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ze względu na ich pokomunistyczne zapóźnienia. Uważa natomiast, że korzystanie ze środków funduszu spójności przez wschodnie landy Niemiec, niektóre regiony Portugalii, Hiszpanii czy południowych Włoch jest po prostu skandalem, bo są to jednak regiony relatywnie zamożne. Zwłaszcza że w latach 2007-2013 do tych regionów krajów starej Unii trafi aż 40 proc. obecnego funduszu spójności. Cameron zaprezentował więc pomysł, który premier Tusk powinien chwycić w lot. Jednak o strategii negocjacyjnej naszego premiera wiemy z pewnością tylko tyle, że nie poprze on niczego, co dotknie w jakiś sposób Niemiec.

- Premier Tusk od dawna przekonuje, że dla Polski korzystniejsze jest stawianie na wspólnotowość Europy niż na egoizmy narodowe, że dla nas ważny jest kompromis niemal za wszelką cenę.

- Oczywiste jest, że Polska nie może walić pięścią w stół, ale nie widzę zupełnie podstaw, by zaczynając negocjacje, podcinać gałąź, na której się siedzi.

- Tak uważa zapewne również premier, prezentując swoją spolegliwość i układność...

- I dlatego bardziej dba o europejskich partnerów niż o własny kraj? Polityka unijna naszego premiera nie może zakończyć się dla Polski sukcesem - może jedynie piarowskim... Pan premier, przedstawiając sytuację Polski w UE, nawet się nie zająknął, że nasza składka do wspólnego budżetu z roku na rok rośnie i w 2013 r. będzie wynosić 4,5 mld euro, a w 2014 r. - najprawdopodobniej ok. 5 mld euro. W następnej perspektywie budżetowej wpłacimy przynajmniej 35 mld euro do budżetu Unii.

- Ciągle jednak pozostajemy beneficjentami...

- To prawda. Ale nie zwraca się też uwagi na to, że z każdego euro wpłacanego przez Niemcy na fundusz spójności aż 90 eurocentów wraca do gospodarki niemieckiej. Rozwinięte kraje zachodnie, tzw. płatnicy netto, są płatnikami netto głównie na papierze, bo ich gospodarki na tym znakomicie zarabiają. Nawet pokazują to w swoich statystykach, że np. o 0,5 proc. rocznie rośnie ich PKB właśnie dzięki rozszerzeniu Unii o biedne postkomunistyczne kraje.

- Opłaca się im zatem wspierać biedniejsze kraje i nie jest to wspaniałomyślność, lecz zdroworozsądkowy egoizm?

- Tak. Najlepszą ilustracją jest tu sektor ochrony środowiska, szczególne oczko w głowie UE. Dostawcą technologii i urządzeń do biednych krajów (które muszą się dostosować do unijnych wymogów) są bogate kraje, które w ten sposób nadal mogą utrzymywać odpowiednią produkcję. W wielkich przetargach na inwestycje autostradowe w Europie Środkowo-Wschodniej zawsze większe szanse mają przedsiębiorstwa zachodnie, mające lepsze zabezpieczenia bankowe dużych kontraktów. Żaden bank w Polsce nie da polskiej firmie gwarancji na kontrakt wart 0,5 czy 1 mld zł! Zatem to zagraniczne firmy korzystają najwięcej z polskich pieniędzy spójnościowych.

- Pieniądze spójnościowe wędrują z Polski z powrotem na Zachód, ale w Polsce pozostaje konkretny majątek w postaci nowoczesnej infrastruktury.

- Okazuje się, że to też nie jest takie oczywiste, choć oczywiście pieniądze unijne wyraźnie wpłynęły na polski wzrost gospodarczy. Jednak i część narastającego długu publicznego powstała właśnie ze względu na środki europejskie, ponieważ do tzw. inwestycji unijnych potrzebny był wkład własny (15-50 proc.), a przecież w wielu przypadkach trzeba było te pieniądze pożyczać. A poza tym zrealizowano sporo projektów, które tak naprawdę nie poprawiają naszej sytuacji gospodarczej, nie wpływają na budowanie przyszłej bazy podatkowej, a wręcz przeciwnie - generują koszty. Powstały piękne obiekty, których koszty utrzymania już dziś przekraczają możliwości ich właścicieli (stadiony, aquaparki, hale sportowe, dworce kolejowe).

- Dlatego w obecnych negocjacjach chodzi nie tylko o wielkość budżetu, ale także kładzie się nacisk na reguły wydawania pieniędzy, które mają ulec zaostrzeniu.

- Tak. I z pewnością będą one trudniejsze do spełnienia niż te w obecnej siedmiolatce, np. najprawdopodobniej VAT nie będzie już tzw. kosztem kwalifikowanym. A to znaczy, że podrożeją koszty inwestycji. Do tej pory VAT można było sobie wliczyć w koszty, teraz może już nie być takiej możliwości. Poważnym obostrzeniem może być też likwidacja dotychczasowych tzw. list rankingowych w ramach różnych programów operacyjnych (kolejka do finansowania). Jeśli jakikolwiek projekt z jakichkolwiek powodów nie będzie certyfikowany przez Komisję Europejską, to pieniądze nań przeznaczone nie trafią już do następnego w kolejce, lecz wrócą do budżetu unijnego.

- A to oczywiście bardziej uderzy w te biedne i niedoświadczone kraje?

- Zdecydowanie tak. Jeżeli tego rodzaju zapisy zostaną ostatecznie przyjęte, to niezależnie od poziomu kwot będziemy mieli bardzo poważne problemy z ich wykorzystaniem, właśnie w obrębie polityki spójnościowej, na którą zresztą, według ostatniej wersji budżetu, Polska ma dostać o 7,6 mld euro mniej, niż proponowała KE (zamiast 80 mld euro tylko 72,4 mld euro). Dlatego m.in. Polska nie powinna być już dziś na czele tych, którzy za wszelką cenę prą do kompromisu. Powinna, jak wszyscy inni, dobrze dbać o swe własne interesy.

2012-12-03 14:22

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Juncker z Putinem

Niedziela Ogólnopolska 27/2016, str. 41

[ TEMATY ]

polityka

Unia Europejska

Factio popularis Europaea

Budowa kolejnej nitki Nord Stream 2 godzi w strategiczne interesy wielu krajów członkowskich Unii, w tym Polski.

Szef Komisji Europejskiej poleciał do Rosji. Spotkał się tam (i w świetle kamer uścisnął jego dłoń) z prezydentem kraju, który Unia Europejska od dwóch lat obkłada sankcjami oraz izoluje. Jak widać, niezwykle skutecznie. Władimir Putin od początku, czyli od zbrojnej interwencji na Ukrainie, nie bardzo się przejmował unijnymi sankcjami, wręcz ostentacyjnie je ignorował. Także teraz zorganizował w Sankt Petersburgu Międzynarodowe Forum Ekonomiczne, na które przyjechali nie tylko politycy, ale przede wszystkim inwestorzy, szefowie kilkuset największych koncernów energetycznych. Można bowiem bardzo dużo zarobić na odbiorze i przesyłaniu rosyjskiego gazu i ropy. A budowa kolejnej nitki Nord Stream 2 tuż-tuż. To nic, że godzi ona w strategiczne interesy wielu krajów członkowskich Unii, w tym Polski; nic, że przeczy zapisom Traktatu Lizbońskiego o solidarności energetycznej (art. 194). Ważny jest biznes. Jednakże tak doświadczony polityk i były oficer KGB jak Władimir Putin dobrze wie, że nie mniej ważna jest propaganda. I tu w sukurs przyszedł mu Jean-Claude Juncker, były wieloletni premier Luksemburga, obecnie przewodzący Komisji Europejskiej. Bez względu na intencje i wypowiadane słowa Juncker musiał zdawać sobie sprawę, że jego wizyta w Rosji zostanie tam przedstawiona jako potwierdzenie racji Putina w kwestii aneksji Krymu. Odbył ją, jak się dowiadujemy, wbrew radom własnych ekspertów, a za namową „wielkich krajów członkowskich”. Nie jest tajemnicą, że najwięcej na Gazociągu Północnym korzystają Niemcy. Są głównym odbiorcą i zarazem największym pośrednikiem odsprzedającym rosyjski gaz w Europie. Za nic mają argumenty, że zyski, które Rosja czerpie z tego interesu, przeznacza na zbrojenia i de facto także wzmacnia zbrojną interwencję na Ukrainie. Nasz największy zachodni sąsiad twardo obstaje jednak przy tezie, że to wyłącznie biznes. Od polityki są inni, jak Juncker, który zaraz na początku urzędowania w Komisji Europejskiej zdefiniował ją jako „Komisję polityczną”. A skoro tak, to czy możemy się dziwić, że już osiem miesięcy temu w niemieckim mieście Passau deklarował, że Europa musi poprawić swoje relacje z Rosją i nie powinna pozwalać, aby decydował o nich Waszyngton... Już wówczas zapowiadał złagodzenie napięcia na linii UE-Rosja oraz nawiązanie praktycznych relacji, choć, jak się finezyjnie wyraził, nie będą one „sexy”. Stąd prawdopodobnie ostatnio w Sankt Petersburgu tylko, albo aż, Juncker z Putinem uścisnęli sobie dłonie.

CZYTAJ DALEJ

Kongres Rodzin - Naszym charyzmatem jest miłość

2021-10-23 20:05

Magdalena Lewandowska

Prelegenci Kongresu, od prawej Marcin i Monika Gomułkowie, od lewej strony organizatorzy Tomasz i Katarzyna Węgrzynowie

Prelegenci Kongresu, od prawej Marcin i Monika Gomułkowie, od lewej strony organizatorzy Tomasz i Katarzyna Węgrzynowie

W parafii Świętej Rodziny we Wrocławiu odbył się I Charyzmatyczny Kongres Rodzin zorganizowany przez Rodziny w Duchu Świętym Archidiecezji Wrocławskiej. Prelegentami byli Monika i Marcin Gomułkowie – znani jako „Gomułeczki”, szczęśliwi małżonkowie i rodzice trójki dzieci, prowadzą vloga „Początek wieczności”, na którym promują sakramentalne małżeństwo – i dominikanin o. Mateusz Kosior, ceniony kaznodzieja i duszpasterz.

– Kto myśli, że zostanie kanonizowany po śmierci? – pytał zebranych na Kongresie małżonków Marcin Gomułka. – Wiem, że w nas jest takie myślenie: wszyscy, ale nie ja. Ale to powinno być nasze pragnienie. Ja chcę być święty. Nie będę na pewno jak św. o. Pio czy św. s. Faustyna, ale chce być święty jako mąż i ojciec, bo tego pragnie dla mnie Bóg. I was też do tego zapraszam – zachęcał.

CZYTAJ DALEJ

Abp Wacław Depo po wizycie ad limina Apostolorum: dziękuję Bogu za łaskę spotkań

2021-10-24 17:04

[ TEMATY ]

abp Wacław Depo

Ks. Tomasz Podlewski

Trwa wizyta biskupów polskich ad limina Apostolorum. Zakończyła się trzecia z czterech tur tej wizyty, w której brali udział biskupi Kościoła częstochowskiego: abp Wacław Depo, metropolita częstochowski i bp Andrzej Przybylski.

Abp Wacław Depo podsumowując spotkania w Watykanie podkreślał znaczenie prawdziwego dialogu, zwłaszcza w świetle rozpoczynającego się procesu synodalnego (którego prace w Kościele częstochowskim rozpocznie Msza św. Bazylice Metropolitalnej Świętej Rodziny w piątek 29 października o godz. 18.00).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję