Reklama

Edukacja

Służyć młodemu człowiekowi prawdziwie

Niedziela Ogólnopolska 48/2012, str. 14-15

[ TEMATY ]

wywiad

szkoła

religia

KS. PIOTR NOWOSIELSKI

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Co jest dziś priorytetem Komisji Wychowania Katolickiego KEP?

BP MAREK MENDYK: - Mamy sporo zadań, przypisanych statutowo przez Konferencję Episkopatu Polski, ale tym, co szczególnie nas dzisiaj zajmuje, jest miejsce nauczania religii w polskich szkołach. Ta sprawa leży nam na sercu, gdyż jest to troska o przyszłość polskiej katechezy. Wprawdzie MEN zapewnia nas, że się nic nie zmieni, ale działania, które są podejmowane, budzą nasz niepokój.

- Podpowiedzmy niezorientowanym czytelnikom, o co konkretnie chodzi.

- 7 lutego br. zostało podpisane rozporządzenie w sprawie ramowych planów nauczania, które wyraźnie marginalizują obecność religii w programie szkolnym. Do tej pory religia znajdowała się w tzw. ramówce, czyli w grupie przedmiotów obowiązkowych, mimo że sama jest przedmiotem nieobowiązkowym, co oznacza, że z chwilą decyzji rodziców, iż dziecko będzie chodzić na religię, ten przedmiot staje się obowiązkowy. Dzisiaj religia wraz z etyką znajdują się w zupełnie innym bloku - tzw. zajęć szkolnych, czyli tych, które szkoła organizuje. Powoduje to zmianę statusu nauczania religii w szkole, ale też zmienia się sposób podejścia samorządów do tego przedmiotu. Wprawdzie ministerstwo wystosowało specjalny list do jednostek samorządu terytorialnego, w którym informuje, że gdy chodzi o organizację zajęć z nauczania religii, wszystko pozostaje na tym samym miejscu, nie wiemy jednak, czy taka będzie interpretacja tego rozporządzenia w kolejnych latach.

- Jeżeli jakiś samorząd będzie uważał, że religia jest niekonieczna - zwłaszcza tam, gdzie władzę mają ludzie lewicy albo wprost ateiści - to można będzie wprowadzić jakiś inny porządek, który eliminuje katechizację ze szkół na tym terenie. Czy tak?

- Taka możliwość i takie niebezpieczeństwo istnieją. Spotykaliśmy się już z tym, że nawet jeśli samorząd jest przyjaźnie nastawiony do nauczania religii w szkole, to wyraźnie sugeruje się, że subwencja na tego typu zajęcia jest niewystarczająca. Pojawiają się też głosy, czy nie sprowadzić dwugodzinnego wymiaru katechezy w tygodniu do jednej godziny albo wprowadzić jakąś dodatkową, choćby symboliczną odpłatność. Przy czym to, co nas szczególnie niepokoi, to brak zrozumienia dla przedmiotu, jakim jest religia w szkole. Powiedziałem o tym na spotkaniu w ministerstwie przed kilkoma dniami: dziwi nas, iż ministerstwo nie szuka w procesie kształtowania młodego pokolenia sojusznika, który by wspierał działania edukacyjne właśnie w Kościele, w katechetach, w samej katechezie. My niczego innego nie robimy na lekcjach religii, jak uczenie otwartości, szacunku, odpowiedzialności, miłości do ojczyzny. Dlatego też trochę nas zaskakują tego typu działania ministerstwa.

- Słyszymy czasem, że religia jest mało ważnym przedmiotem. Ja sam m.in. w swoich felietonach przekonywałem wielokrotnie, że człowiek odchodzi na tamten świat z myślą religijną i w tej ostatniej chwili nie będzie pamiętał wzorów fizycznych czy chemicznych lub innych pewników naukowych, ale będzie wiedział, co znaczy przejście do wieczności. Czy Księdzu Biskupowi udaje się takich ludzi merytorycznie przekonać?

- Podejmujemy rozmowy. Nie ukrywam, że są bardzo trudne, bo mówiąc kolokwialnie, patrzymy na to samo i każdy widzi co innego. Bardzo nam zależy, żeby wypracować wspólny model patrzenia na religię, jak też i na jej obecność w szkole jako przedmiotu, który będzie wspierał działanie edukacyjne szkoły. Szkoła, dzisiejsi nauczyciele i wychowawcy muszą sobie uświadomić fakt, że człowiek to nie tylko to, w czym można się wyspecjalizować, gdy chodzi o codzienność, o obsługę urządzeń, instrumentów, ale to także pewna umiejętność życia. Wiara, która działa przez miłość. Na lekcjach religii staramy się pokazywać, że warto i trzeba, szukając odpowiedzi na różne życiowe pytania, odwoływać się do tego, czym człowiek żyje, w co wierzy, co myśli, co czuje. Ten element wychowania religijnego - w tym momencie nie jest ważne, czy to będzie religia katolicka, czy inne wyznania religijne - jest czymś niezmiernie ważnym w procesie wychowania.
Miałem kiedyś takie doświadczenie. Byłem na stypendium za granicą, miałem okazję w diecezji Eichstätt odwiedzać szkoły, katechetów w nich posługujących, także katechetów niekatolickich. I pamiętam spotkanie z dyrektorem szkoły, kiedy na zakończenie mojego rocznego pobytu tam poszedłem do niego, żeby podziękować za możliwość zbierania nowych doświadczeń. Podczas naszej rozmowy, kiedy mówiliśmy o polskiej szkole, o współpracy z katechetami, z dyrektorami szkół, z Kościołem, w pewnym momencie ten przeprosił, mówiąc: - Przepraszam, jest godzina 11.15, muszę nadać dla szkoły komunikat. Podszedł do urządzenia, włączył radiowęzeł i nadał komunikat tej treści: „Przypominam, że dzisiaj jest wtorek, spotykamy się na naszym szkolnym nabożeństwie o godz. 13 w kościele św. Jana”. Podziękował i usiadł przy stole. Kiedy zauważyłem: - Panie dyrektorze, my w Polsce mamy dobre relacje z dyrektorami szkół, ale prawdopodobnie tego typu ogłoszenie leżałoby już w gestii katechetów lub duszpasterzy w danej szkole. Odpowiedział: - Proszę księdza, stoję na czele tej szkoły, organizuję zajęcia z różnych przedmiotów, także z religii. Uczą się u nas grekokatolicy, katolicy, jest sporo ewangelików, a ja jestem odpowiedzialny za to, żeby uwzględniać też to, z czym te dzieci przychodzą ze swoich domów.

- Obserwowałem kiedyś w Niemczech stosunek państwa do religii. W Polsce traktuje się ją jak coś wstydliwego, coś, co jest prawie zabronione. Myślę, że są to relikty komunistyczne. Tam traktuje się religię jako coś normalnego...

- Bo to jest coś normalnego. Jednak kiedy spotykamy się z katechetami, z dyrektorami wydziałów katechetycznych, słyszymy, że ciągle religia jest takim piątym kołem u wozu w szkole, że te środowiska ciągle nie widzą ogromnej pracy, którą wykonują katecheci w szkołach. To nas trochę martwi. Wiele już udało się zrobić, ale na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia. To, co robią katecheci, naprawdę budzi uznanie i szacunek. Uczestniczymy w komisjach na kolejne stopnie awansu zawodowego, przysłuchujemy się, co mówią dyrektorzy szkół. Naprawdę z uznaniem mówią o pracy nauczycieli religii. Pamiętam też świadectwo - zresztą kilka razy się pojawiało i w różnych miejscach - że jedyną osobą, na którą naprawdę można liczyć w szkole, jest pani katechetka, ksiądz katecheta czy pan od religii.
Trzeba zwrócić uwagę, że nauczyciele religii, katecheci mają jakby dodatkową motywację w misji, którą podejmują w szkole, tzn. motywację wiary, wrażliwość wiary, że się nie załamują, choć jest im ciężko. Często są jedynymi nauczycielami czy jedyną grupą w szkole, która jest gotowa do poświęceń, nie liczy czasu, czasem swoich pieniędzy. Są bardzo dyspozycyjni i ofiarni. Myślę, że jest okazja, żeby katechetów jakoś uhonorować.

- A jak Ksiądz Biskup ocenia stan polskiej katechezy, poziom merytoryczny, przygotowanie nauczycielskie?

- Na pewno jeszcze 20 lat temu spora grupa nauczycieli religii trafiła do pracy w szkole, powiedzmy szczerze, trochę z przypadku. Po latach u wielu z nich odkrywa się jakieś życiowe powołanie. Może tak właśnie Pan Bóg to wszystko poukładał, że mogli się trochę przekwalifikować i na nowo odczytać swoją misję w szkole. Dzisiaj, po 22 latach, mogę powiedzieć, że to są fachowcy, którzy mają dobrze zorganizowany warsztat pracy, dobre podręczniki. Kiedy patrzymy na podręczniki polskie i te wydawane za granicą, nie musimy mieć najmniejszych kompleksów. Wszystko jest na wysokim poziomie. Co mnie jakoś szczególnie buduje, a co też widać podczas wizytacji w szkołach, to fakt, że katecheci są grupą świetnie zorganizowaną w zakresie technologii informacyjnej. Idą z duchem świata, ale nie poddają się zbyt łatwo temu, co niesie świat. I to jest piękne. Tym, co jakoś nas chyba dodatkowo motywuje do pracy, która czasami wydaje się być bez nagrody i bez jakiegoś szczególnego zauważenia, jest motywacja wiary.

- Kiedy religia zaczęła wchodzić do szkół, na kwestionowanie jej przez jedną z redaktorek pewnego pisma, jakoby katolickiego, odpowiedziałem 8-stronicowym listem, oczywiście broniąc katechezy w szkole. Tłumaczyłem, że religia ma prawo i miejsce być w szkole. Dzisiaj też są tacy, którzy chcieliby, żeby religii w szkole nie było, którzy myślą, że można byłoby znaleźć pieniądze, wyrzucając religię ze szkół.

- Religia musi mieć swoje miejsce w szkole. To żaden przywilej. Po prostu musimy być w tej przestrzeni, w której jest człowiek. To, co dokonało się w roku 1990, było działaniem opatrznościowym. To, że jesteśmy w szkole, że mamy możliwość oddziaływania na młodych ludzi, że mamy możliwość szukania razem z nimi odpowiedzi na różne życiowe pytania - to nie był przypadek. Na pewno łatwiejsza była katecheza w parafii, bo przychodzili na nią najgorliwsi. Łatwo było zbudować wspólnotę. Po 6 czy 8 godzinach pracy nie przychodziłem do domu taki zmęczony, jak później, kiedy poszedłem do szkoły i wracałem po 4 godzinach.
Dzisiaj nasze być - to szkoła, co nie znaczy, że nie mamy szukać jakiegoś sposobu, żeby organizować zajęcia dodatkowe, uzupełniające, pogłębiające właśnie w środowisku parafialnym. Tu się ostała katecheza sakramentalna, ale gdzieś po drodze umknęły nam kontakty z rodzicami, katecheza dorosłych, której praktycznie nie ma. Trzeba szukać różnych sposobów, żeby ich ewangelizować, żeby podejmować pedagogizację rodziców, pokazywać, jakie są zagrożenia, szukać sposobów, żeby pomóc im w wychowaniu. Po to jest też chyba nowa ewangelizacja, żeby obudziła nowe motywacje, nową energię i siły oraz nowe zaangażowanie. To jest chyba dobry czas dla Kościoła w Polsce.

- Czy Ekscelencja zauważa rolę prasy katolickiej w katechezie szkolnej?

- Przez 13 lat towarzyszyłem biskupowi w wizytacjach, które prowadził. Dzisiaj czynię to sam przez pracę innych. Za każdym razem w zaleceniach powizytacyjnych było napisane: promować prasę katolicką i wprost: przynosić do pokoju nauczycielskiego prasę katolicką - nawet dużymi literami było napisane: „NIEDZIELA”. Nie wyobrażamy sobie, jako duszpasterze, funkcjonowania Kościoła bez prasy katolickiej. Pamiętam, w mojej rodzinnej parafii był taki czas, że „Niedziela” przychodziła już we wtorki. Dwóch, trzech ministrantów brało adresy osób, które zadeklarowały chęć otrzymywania „Niedzieli” do swojego domu już wcześniej (czwartek, piątek, sobota), i rowerami jeździło po miejscowości, rozwożąc gazety. Przyjeżdżałem do mamy w czwartki, bo miałem zajęcia blisko domu rodzinnego, i tam już w czwartek była „Niedziela”. To było piękne, że to, co będzie czytane na ambonie w niedzielę, mogliśmy przeczytać już w czwartek. Zawsze tę gazetę dawało się potem komuś innemu, czytali nawet ci, którzy nie mieli szczególnych relacji z Kościołem. Czytając różne artykuły, komentarze, felietony, ludzie poszerzali swoje myślenie, wiedzę. To, czego nie znaleźli w innych mediach, to znajdowali w pismach katolickich.

- Myślę, że Księdza Biskupa musi też interesować katolicka prasa dziecięca. Jak ją Ekscelencja postrzega? Czy znane jest Księdzu Biskupowi wydawane przez nas „Moje Pismo Tęcza”?

- Bardzo się cieszę, że są różnego typu propozycje, także dla dzieci. Kiedy odwiedzam parafie, zawsze księża dodatkowo gromadzą dzieci, najczęściej te, które przygotowują się do I Komunii św., ale także dzieci młodsze, po to, żeby dać im do ręki np. „Tęczę”. To ogromna pomoc w pracy wychowawczej dla rodziców. To dodatkowy katecheta, nauczyciel religii w domu.

2012-11-19 14:14

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Anna Rastawicka: kard. Stefan Wyszyński widział w każdym człowieku dziecko Boże

2020-07-07 12:01

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

śmierć

człowiek

ARCHIWUM

W każdym człowieku, również w tym odnoszącym się do Kościoła z nienawiścią, kard. Stefan Wyszyński widział Boże dziecko.

Miał przekonanie, że często ludzie, którym się wydaje, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś Jego fałszywym obrazem a prawdziwego Boga zupełnie nie znają – mówi Anna Rastawicka, jedna z najbliższych współpracownic Prymasa Wyszyńskiego. Jak podkreśla w rozmowie z KAI, Prymas Polski był głosicielem Boga Miłosierdzia.

Maria Czerska (KAI): Wybrała Pani życie konsekrowane w instytucie świeckim. Czy postać Prymasa Wyszyńskiego miała wpływ na wybór tej drogi?

- Tak. Poznałam Księdza Prymasa jako dziecko – 14 września 1952 w kościele Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku udzielił mi sakramentu bierzmowania. Miałam 8 lat, gdyż w tym czasie do bierzmowania przystępowało się zaraz po pierwszej komunii świętej, a ja przyjęłam Pana Jezusa mając 7 lat. Przed bierzmowaniem baliśmy się, że Ksiądz Prymas będzie nas pytał z katechizmu. Ale on pytał tylko o imię jakie sobie wybraliśmy i tak przechodził od jednego dziecka do drugiego. Pamiętam jego wysoką, ciepłą postać. I ten majestat – to mi pozostało w sercu do dzisiejszego dnia.
Gdy miałam 13 lat zaczęłam uczestniczyć w młodzieżowych spotkaniach ruchu Rodzina Rodzin. Ruch prowadziła członkini Instytutu – ciocia Lila, czyli p. Maria Wantowska. Przychodziliśmy czasem do Księdza Prymasa na opłatek, czy „jajko”. Po maturze, miałam 18 lat, gdy p. Wantowska zabrała nas do Niepokalanowa na zakończenie roku pracy formacyjnej Rodziny Rodzin. Pamiętam, odtworzyła nam wtedy nagranie kazania kard. Wyszyńskiego z 1962 r. do lekarzy. Mówił, o potrzebie obrony Kościoła przez ludzi świeckich. Zapamiętałam taką myśl – Kiedyś chciano ukamienować Chrystusa a teraz lecą kamienie na Kościół. I nie ma kto by stanął i osłonił. Pomyślałam wtedy: „czy mogłabym coś lepszego zrobić z moim życiem, niż stanąć i próbować chociaż trochę osłonić?”. I tak podjęłam decyzję o wstąpieniu do Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła (obecnie Instytut Prymasa Wyszyńskiego).

- To był dopiero początek współpracy z kard. Wyszyńskim.

Już jako członkini Instytutu, po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pracować w Sekretariacie Prymasa Polski na Miodowej. Oprócz mnie zatrudnione tam były jeszcze 4 osoby z Instytutu. Początkowo przygotowywałam dary dla grup, które przychodziły do Księdza Prymasa na audiencje. Nie było możliwości druku, więc organizowałyśmy przepisywanie tekstów kard. Wyszyńskiego, które wręczałyśmy uczestnikom wraz ze zdjęciami Prymasa. Protestował – „Dzieci, nie róbcie tego, nie dawajcie moich zdjęć…” – „Ale Ojcze, ludzie o to proszą”. Ostatecznie pozwolił.
Po kilku latach zaczęłam pomagać naszej założycielce, p. Marii Okońskiej, w opracowywaniu redakcyjnym kazań Księdza Prymasa. Maria Okońska miała głębokie przekonanie, że każde słowo kard. Wyszyńskiego trzeba ocalić, gdyż to jest mądrość nie na jedne pokolenie. Tymczasem on mówił zawsze z głowy, nigdy nie pisał kazań, chyba, że najważniejsze cytaty. Początkowo nagrywaniem zajmowały się członkinie Instytutu, później poproszono o to księdza kapelana, który wszędzie towarzyszył Księdzu Prymasowi. Te nagrania były spisywane a następnie – właśnie przez nas – opracowywane językowo. Dzięki temu mamy 67 autoryzowanych tomów maszynopisu. Każdy po kilkaset stron.
Jeśli chodzi o nagrania, część z nich znajduje się w Polskim Radiu, które pomagało nam utrwalić je cyfrowo. We własnym archiwum mamy ok. tysiąca nagranych kazań. Posiadamy też archiwum fotograficzne z tysiącami zdjęć robionych przez m.in. br. Cypriana Grodzkiego – franciszkanina z Niepokalanowa i innych fotografów, którzy towarzyszyli Księdzu Prymasowi podczas rozmaitych uroczystości.
Natomiast fotografie prywatne, w tym również fotografie z czasu uwięzienia, wszystkie poza małymi wyjątkami, zrobiła p. Maria Okońska. Kiedy dostała przepustkę i pierwszy raz jechała do Komańczy do uwięzionego Księdza Prymasa, właśnie br. Cyprian przyniósł jej na dworzec aparat i pokazał, jak ma go obsługiwać. I chociaż uważała, że jest człowiekiem a-technicznym i rzeczywiście nie miała talentu do tych spraw, otrzymała jakąś szczególną łaskę do tego zadania. Zrobiła ich ok. 10 tys. Są w zbiorach Instytutu.
Na początku lat 90. wspomniane autoryzowane kazania kard. Wyszyńskiego zaczęły ukazywać się w edycji „Dzieła zebrane kard. Wyszyńskiego”. Do tej pory wydane zostało 20 tomów. Teksty uporządkowane są chronologicznie. Zostało jeszcze wiele do zrobienia, gdyż jesteśmy dopiero w 1967 roku.

Powiedziała Pani w jednej z rozmów: „Pamięć o kard. Wyszyńskim wydaje mi się bardzo okaleczona”. Co okalecza pamięć o kard. Wyszyńskim? - Prymas w społecznej świadomości najczęściej kojarzony jest jako bohater drugiego planu z filmów o Janie Pawle II. Stojąca w tle monumentalna, pomnikowa postać, trochę przywodząca na myśl Inkwizycję. Nieustraszony obrońca Kościoła, pancerny kardynał gromiący swoim pastorałem komunistów. Tymczasem to był człowiek wielkiej dobroci, niezwykłej wrażliwości, który na swoich nieprzyjaciół potrafił patrzeć z miłością i wyrozumiałością, bo - jak mówił - tak właśnie patrzy na nas Bóg. To był człowiek, który z takim samym szacunkiem odnosił się do najniżej i najwyżej stojących w hierarchii społecznej ludzi. Ze współczuciem potrafił dostrzec z ambony, że płacze dziecko, bo wypadł mu z ręki miś. Kard. Wyszyński zwyciężał miłością. Był jednym z najpiękniejszych duchowo ludzi, jakich spotkałam. Niestety i on sam jako człowiek i jego nauczanie są bardzo mało znane. KAI: Jakie elementy tego nauczania zostały najbardziej zapomniane?

- Przede wszystkim szacunek dla o wielkiej godności każdego człowieka. „Dziwisz się, że Bóg ciebie miłuje, bo nie znajdujesz w sobie nic, co by było dla Niego do miłowania. Ale on znajduje. Bo on widzi w Tobie swoje dziecko” - tak nauczał. I takimi właśnie oczami starał się patrzeć na innych ludzi. Widział w nich Dzieci Boże.
Jeszcze jako kleryk, przed święceniami zapisał sobie postanowienie: „Miłosierdzie Boże na wieki wysławiał będę”. Prawda o Bogu Miłosierdziu była czymś bardzo mu bliskim, choć nie łączył tego z nabożeństwem polecanym przez św. siostrę Faustynę (trzeba pamiętać, że w czasach, gdy kierował Kościołem w Polsce Stolica Apostolska zakazała tego kultu).
Pewnego razu Ksiądz Prymas mówił konferencję o miłości nieprzyjaciół. Pamiętam - często o tym opowiadam, bo mnie to szczególnie urzekło - nie mogłam zrozumieć tego jak można kochać nieprzyjaciół. Był to czas, gdy Pierwszym Sekretarzem PZPR był pan Gomułka i rzeczywiście wiele zła wyrządził Kościołowi i samemu Księdzu Prymasowi. Może krzywdy bym mu nie zrobiła, ale kochać takiego człowieka? Po konferencji zebrałam się na odwagę i zapytałam – „Ojcze, a tego Gomułkę to ty też kochasz?”. Odpowiedział: - “Aniu, przecież Bóg go kocha. To co ja mam do powiedzenia?”.
Z komunistami rozmawiał z ogromną cierpliwością. Jedna z rozmów z Gomułką i Cyrankiewiczem trwała 11 godzin. Kiedy miał odejść Gierek, Ksiądz Prymas spotkał się z nim. Pojechał nawet do niego do domu, do Klarysewa. Potem Gierek to wspominał – „On ze mną rozmawiał, jak z człowiekiem”.
Nie wszyscy rozumieli sens Porozumienia rządem w 1950 r. Przecież komuniści byli obłożeni ekskomuniką. W Watykanie, w Sekretariacie Stanu pytano ze zdumieniem - Czy Prymas z diabłem rozmawia? Odpowiadał: „Z diabłem nie, ale z ludźmi będę rozmawiał”. Miał też głębokie przekonanie, że często ludzie, którym wydaje się, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś fałszywym obrazem Boga, z wytworzonym przez siebie majakiem, „monstrum”, którego się boją, a które z prawdziwym Bogiem nie ma nic wspólnego. Prawdziwego Boga, który jest Miłością - nie znają. Uważał, że wciąż mają szansę - bo przecież w istocie nie odrzucają Boga, tylko Jego fałszywy obraz.
Zawsze z podziwem patrzyłam na jego umiejętność łączenia miłości i prawdy. Nie zamazywał jej, nie był ugodowy, łatwy dla swoich rozmówców. Widział błędy, piętnował je ale potrafił oddzielić błąd od człowieka. Prymas - o tym się bardzo mało mówi – zawsze podkreślał, że cały ład społeczny powinien opierać się o szacunek dla człowieka. Sam ustrój, forma rządów jest w gruncie rzeczy czymś wtórnym. Zwracał na to uwagę i po wojnie, gdy zaczynał się socjalizm i w roku 1980, gdy zdawało nam się wszystkim, że koniec socjalizmu jest już bliski i że to co po nim nastąpi będzie rajem na ziemi. Podkreślał, że istotą zmiany jest wewnętrzna przemiana człowieka. Bo nie chodzi o to, by pieniądze z kasy państwowej przeszły z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei, a krążąca butelka wódki z rąk jednych pijaków w ręce drugich pijaków, tylko żeby przyszło „nowych ludzi plemię”. Żyjemy już 30 lat w wolnym kraju i wciąż przekonujemy się o prawdzie tych słów.

- Prymas Wyszyński w swoim nauczaniu społecznym bardzo podkreślał też wartość codziennej pracy. W jaki sposób on sam pracował?

- Miał wielką umiejętność pracy, co wiązało się też z umiejętnością dobrego wykorzystywania czasu. O tym też pisał w swoich postanowieniach przed święceniami - trzeba cenić każdą chwilę, bo każda chwila jest w życiu ważna. Fakt, że podołał tak ogromnej pracy, jaką miał do wykonania – wydaje się cudem. Był arcybiskupem Gniezna i Warszawy. To jest obecnie 5 diecezji: warszawska, warszawsko – praska, łowicka, gnieźnieńska i bydgoska. Oprócz tego był administratorem apostolskim Ziem Odzyskanych. Wszędzie tam bierzmował, udzielał święceń. Gdy się czyta „Pro Memoria” łatwo zobaczyć jak jego dzień był wypełniony co do minuty. Przechodził od jednego zajęcia do drugiego z ogromną sprawnością.
Rano na jego biurku leżał zawsze stos korespondencji. Po godzinie - wszystko było uporządkowane. Odpisywał zawsze na każdy list, nawet dziecku. Kiedy miał napisać np. list pasterski - po prostu siadał i pisał, wiedział, co ma napisać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których wymknęła mu się uwaga: „O, tak bym poszedł na spacer, a muszę coś pisać...”. To, czego mu naprawdę brakowało, to czasu na spokojną adorację Eucharystyczną. Pamiętam, kiedyś zatrzymał się przy mnie w kaplicy i powiedział: “Jesteś szczęśliwa, że możesz się modlić. A ja muszę gonić od jednych ludzi do drugich…” Ofiarowywał to Bogu - “To dla Ciebie, Boże, idę do tych ludzi”.
Praca była jego modlitwą, służbą Bogu poprzez służbę bliźnim. Na tej służbie był cały czas. To było jego życie, które kochał. W czasie uwięzienia największym jego bólem było to, że nie może być w czynnej służbie - w głoszeniu Słowa, w katedrze, między kapłanami. Gdy był chory i nie mógł gdzieś pojechać - był bardzo nieszczęśliwy. Zwłaszcza, gdy nie mógł pojechać na Jasną Górę. Kiedyś - pamiętam - nie mógł uczestniczyć w jakiejś uroczystość Matki Bożej i żartobliwie narzekał - “Nie chciała mnie, nie chciała. Teraz będę siedział pod murkiem...”.
Kard. Wyszyński właściwie nie miał prywatnego życia. Sam mi kiedyś powiedział: “Wiesz, ja chyba naprawdę nie mam już nic swojego”. Odpoczywał 20 minut po obiedzie. Wtedy też zresztą najczęściej przeglądał prasę i czytał.

- Jakie książki czytał?

- Czytał bardzo dużo, jednocześnie kilka książek - coś z teologii, coś z socjologii, coś z literatury. To była cała jego rozrywka - nie chodził przecież do teatru, nie oglądał telewizji. Jego ulubione książki to „Trylogia” Sienkiewicza, ale bardzo lubił też Makuszyńskiego, Tołstoja, „Chłopów” Reymonta. Po śmierci kard. Wyszyńskiego uczestniczyłam w spotkaniu z Ojcem Świętym w Rzymie. W pewnym momencie papież się zamyślił i powiedział: „Prymas to odchodził jak Boryna…”

- Kard. Wyszyński mówił o szacunku i miłości do drugiego człowieka. W jaki sposób okazywał to w życiu codziennym?

- Np. przy stole. Ksiądz Prymas nie zajmował się tylko własnym talerzem, ale rozglądał się, czy komuś czegoś nie podać. Zachęcał do jedzenia. Był uważny. Potrafił dostrzec, że ktoś jest zmęczony, że źle się czuje. Martwił się tym. W sytuacji złego samopoczucia trzeba było się naprawdę dobrze maskować, żeby go nie niepokoić. Choć czasem przeciwnie - to mogła być szansa na wyciągnięcie Księdza Prymasa na wspólny spacer i chwilę odpoczynku. Ludzie pisali do niego z prośbą o pomoc w załatwieniu zagranicznych lekarstw - pomagał, gdy tylko mógł. Dzieci prosiły o znaczki watykańskie - gdy tylko znał adres dziecka, zawsze odpisywał. Do ludzi odwiedzających go odnosił się z taką samą uwagą i szacunkiem - czy to był prosty chłop czy ważny ambasador.
Znana jest opowieść człowieka, który kiedyś, jako młody chłopak odwiedził kard. Wyszyńskiego z grupą polonijną. Był najmłodszy z tego grona. Wszyscy zajęli miejsca a dla niego akurat zabrakło krzesła. Prymas to dostrzegł, poszedł do drugiego pokoju i przyniósł krzesło. Po latach ten chłopiec ufundował pomnik kard. Wyszyńskiego u stóp Jasnej Góry.

- Dobrze znany jest szacunek kard. Wyszyńskiego do kobiet, otwartość na kobiety w Kościele oraz troska o duchowość i duszpasterstwo kobiet. Jakie elementy nauczania i postawy Prymasa wobec kobiet są do odkrycia na nowo w Kościele w Polsce?

- Przede wszystkim Ksiądz Prymas patrzył na kobietę w perspektywie planu Boga. Uważał, że i kobieta i mężczyzna mają przed sobą zadania równie ważne, choć inne. Uważał, że mają być dla siebie pomocą, co nie umniejsza znaczenia żadnego z nich. Nie chodzi o to, by ze sobą konkurowali poprzez jakieś formy feminizmu czy maskulinizmu - lecz by się dopełniali.
Kard. Wyszyński patrzył na kobietę całościowo, z szacunkiem dla wszystkich wymiarów jej powołania. Bardzo doceniał duchowe i intelektualne możliwości kobiet. Był przekonany, że Bóg je bardzo hojnie wyposażył i należy z tego korzystać. Nigdy nie dyskwalifikował kobiet, nie sprowadzał ich roli jedynie do zadań domowych. Widział wartość tego, co wnoszą w życie społeczne i życie Kościoła. Miał też świadomość wagi duszpasterstwa kobiet i szczególnych potrzeb duchowych. Powtarzał, że odejście mężczyzn od Kościoła nie jest jeszcze największym dramatem, ale odejście kobiet – jest ostateczną katastrofą.
Warto przypomnieć, że Ksiądz Prymas miał też ciekawe i konkretne propozycje rozwiązań społecznych doceniających rolę kobiety. Był przekonany, że kobieta, która wychowuje dzieci powinna otrzymywać uposażenie porównywalne do tego, jakie można uzyskać pracując zawodowo, gdyż wypełnia najważniejsze zadanie dla narodu – przedłuża jego życie. Postulował stworzenie elastycznych rozwiązań, które umożliwiałyby połączenie macierzyństwa z pracą zawodową. Zawsze stawał po stronie kobiet i w obronie kobiet. Światłem na tej drodze była dla niego Matka Boża.
Myślę, że swój naturalny, prosty stosunek do kobiet wyniósł z domu rodzinnego. Bardzo kochał swoją matkę, miał trzy siostry rodzone i jedną przyrodnią. Wszystkie okazywały mu wielkie serce. Szczególnie bliski kontakt miał ze swoją siostrą Stanisławą. To z nią pojechał na Mszę świętą prymicyjną na Jasną Górę. Ostatnią Mszę świętą przed śmiercią odprawił też dla swoich sióstr, które odwiedziły go w rocznicę sakry biskupiej, 12 maja 1981 r.

- Czy w codzienności kard. Wyszyńskiego była Pani świadkiem szczególnych ingerencji Opatrzności?

- To, co było cudem – to pokój serca, który zachował mimo wszystkich trudnych okoliczności życia. I to, że podołał tej wielkiej pracy. Jako młody człowiek, podczas własnych święceń kapłańskich marzył o tym, aby litania do Wszystkich Świętych trwała jak najdłużej. Leżąc krzyżem na posadzce bał się, że gdy wstanie, to nie utrzyma się na nogach. Zakrystianin powiedział mu wtedy – „księże, z takim zdrowiem, to lepiej od razu na cmentarz…”. Ale już następnego dnia pojechał z siostrą na Jasną Górę, na prymicję – prywatną, bez żadnych uroczystości. Mówił – pojechałem, żeby mieć Matkę, żeby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej.

- Jak na obecną sytuację w Kościele w Polsce należałoby patrzeć z perspektywy nauczania kard. Wyszyńskiego?

- Przede wszystkim – z nadzieją. Prymas zawsze ją miał. Mówił – nie ma kryzysu Kościoła, choć może być kryzys w Kościele. Uczył, że Kościół to żyjący Chrystus a Chrystus nie umiera i nie podlega kryzysom. Kiedy pytano z niepokojem – Eminencjo co teraz będzie? Odpowiadał: „Tylko Bóg na pewno będzie, a my w Nim”

CZYTAJ DALEJ

USA: Prezydent Trump oficjalnie wycofał swój kraj ze Światowej Organizacji Zdrowia

2020-07-07 22:14

[ TEMATY ]

USA

Donald Trump

WHO

Wikipedia

Prezydent Donald Trump oficjalnie wycofał USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zarzucając jej spóźnioną reakcję na pandemię koronawirusa - poinformował we wtorek na Twitterze wywodzący się z Partii Demokratycznej członek Komisji Senatu ds. zagranicznych Robert Menendez.

Zdaniem Trumpa reakcja WHO na wybuch pandemii koronawirusa nie była właściwa, gdyż Chiny "całkowicie kontrolują" tę organizację. Trump oskarżył też władze w Pekinie o wywieranie presji na WHO i nieprzesyłanie obowiązkowych reportów.

29 maja Trump oświadczył, że USA zrywają relacje z WHO.

Środki, które miały być skierowane z budżetu USA do WHO, zostaną przekazane innym organizacjom, zajmującym się zdrowiem publicznym - zapowiedział przywódca USA. Składka Stanów Zjednoczonych do WHO była największa ze wszystkich krajów świata. W 2019 roku amerykański rząd przekazał WHO ok. 400 mln USD, czyli ok. 15 proc. budżetu tej organizacji.

Przekazana ONZ notyfikacja o wycofaniu się USA z WHO wchodzi w życie za rok, 6 lipca 2021 roku. (PAP)

jo/ mal/

arch.

CZYTAJ DALEJ

USA: Prezydent Trump oficjalnie wycofał swój kraj ze Światowej Organizacji Zdrowia

2020-07-07 22:14

[ TEMATY ]

USA

Donald Trump

WHO

Wikipedia

Prezydent Donald Trump oficjalnie wycofał USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zarzucając jej spóźnioną reakcję na pandemię koronawirusa - poinformował we wtorek na Twitterze wywodzący się z Partii Demokratycznej członek Komisji Senatu ds. zagranicznych Robert Menendez.

Zdaniem Trumpa reakcja WHO na wybuch pandemii koronawirusa nie była właściwa, gdyż Chiny "całkowicie kontrolują" tę organizację. Trump oskarżył też władze w Pekinie o wywieranie presji na WHO i nieprzesyłanie obowiązkowych reportów.

29 maja Trump oświadczył, że USA zrywają relacje z WHO.

Środki, które miały być skierowane z budżetu USA do WHO, zostaną przekazane innym organizacjom, zajmującym się zdrowiem publicznym - zapowiedział przywódca USA. Składka Stanów Zjednoczonych do WHO była największa ze wszystkich krajów świata. W 2019 roku amerykański rząd przekazał WHO ok. 400 mln USD, czyli ok. 15 proc. budżetu tej organizacji.

Przekazana ONZ notyfikacja o wycofaniu się USA z WHO wchodzi w życie za rok, 6 lipca 2021 roku. (PAP)

jo/ mal/

arch.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję