Gdy jeszcze mnie nie było i potem
Ta opowieść rozpoczyna się gładko. Kard. Gulbinowicz zamyka na chwilę oczy i prawie szeptem mówi: Moja mama, Waleria z domu Gajewska, herbu Sulima urodziła się w 1895 r. Młodość mamy to czas I wojny światowej, potem rozruchy, rok 1920. Była naznaczona historią. Pochodziła z rodziny wielodzietnej, specyficznej, np. imiona wszystkich dzieci Gajewskich zaczynały się na literę „W”. Tradycje w domu państwa Gajewskich były staropolskie: trzymano krótko, wymagano dużo, kształcono, na miarę możliwości. Pamiętam moją mamę od bardzo wczesnego dzieciństwa jako człowieka zatroskanego o całą rodzinę. Nie była surowa, była raczej taktowna, pogodna. Gdy się wstało z łóżka, trzeba było od razu biec do mamy, do taty, jeszcze w koszuli, i mówić: Mamo, krzyżyk. Tato, krzyżyk. Przywiązywano bardzo dużą wagę do błogosławienia dzieci. Dlatego, gdy dziecko wychodziło na dwór się bawić - prosiło o błogosławieństwo. Potem, gdy chodziliśmy do szkoły, też czekaliśmy na błogosławieństwo rodziców. Bez tego nie dało się żyć.
Przyjaźnie mojej mamy
Reklama
Przyjaźniła się z różnymi osobami, ale też s. Wandą Boniszewską, stygmatyczką. Skąd one się znały - nie wiem, mówi Kardynał, ale Siostra Wanda przygotowywała mnie i moją siostrę Wacławę do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Była moją katechetką. Zawdzięczam jej wiele. To właśnie ona nauczyła mnie służenia do Mszy św. po łacinie. Zanim przychodziła do nas s. Wanda, była też inna z sióstr od Aniołów, którą rodzice prosili o uczenie nas katechizmu i pacierzy. To pokazuje jedno: rodzicom zależało, abyśmy do religijnego życia byli przygotowani jak najlepiej. To od mamy dostałem nauczkę, gdy źle odezwałem się do księdza proboszcza: Heniu, pamiętaj, trzeba powiedzieć do księdza: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
A ja, po pierwszej ministranckiej służbie stuknąłem proboszczowi obcaskami, powiedziałem dzień dobry, poprosiłem o rękę do pocałowania. I...zdziwiłem się, że nie dał.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Maniery i kindersztuba
Skąd dziecko ma wiedzieć, jak się zachować, jeśli nie nauczą go tego rodzice? Kardynał wspomina, że w jego domu to mamie szczególnie na tym zależało. Trzeba było stukać obcasami, recytować wiersze, kłaniać się ciotkom, siostra musiała dygać. Niezwykle dbano o to, aby dzieci umiały się właściwie zachować. Kiedy mieli przyjechać goście, my zawsze byliśmy wcześniej do tych spotkań przygotowywani. To mama wszystko nam tłumaczyła, wyjaśniała, troszczyła się o to, abyśmy właściwie się zachowywali. Jeśli odwiedzali nas ludzie, co do których mama miała zastrzeżenia, nie mogliśmy uczestniczyć w spotkaniach. Mówiono nam, że tylko dorośli i nie wchodziliśmy do salonu.
Pomaganie innym
Reklama
Była osobą, która rozumiała ludzi, którzy znajdowali się w różnych kłopotach. Dzieliła się naszymi dobrami z innymi. Podpatrywaliśmy ją. Przykłady można by mnożyć, ale opowiem jeden - mówi Kardynał. Przychodził do nas z miasteczka Niemenczyn stary Żyd (miasto na Litwie położone na płn-wsch. od Wilna, przed II wojną światową 35% mieszkańców stanowili Żydzi - przyp. red.). My, dzieci, nazywaliśmy go pan Fisiel, ale jak naprawdę się nazywał, nie pamiętam. Był biedny, nie stać go było na konia, więc na plecach w drewnianym pojemniku dźwigał szyby. Nieraz mama kazała jakąś szybę stłuc, aby tylko dać mu zarobić. Nie mówiła: trzeba pomóc, pomagała.
Ten Żyd często u nas nocował. Kiedyś wstaliśmy wcześnie, wpadliśmy do kuchni, a on stał pod oknem i kiwał się na boki. Z hałasem pobiegliśmy do mamy i oznajmiliśmy od drzwi: mamusiu, pan Fisiel się kiwa! Mama powiedziała wtedy stanowczo: Cisza, on odmawia swoje pacierze, to trzeba uszanować.
Cudze życie pod ochroną
Przypominają mi się różne obrazy - zamyśla się Kardynał - w których mama konsekwentnie uczyła mnie nowych, ważnych rzeczy. Byliśmy w miejscowości Arturowo. Tam było trzech szlachciców o tym samym nazwisku Kulesza i każdy z nich mieszkał w swoim, osobnym domu. Najmłodszy z nich miał żonę, panią Michałową. Gdy szliśmy na spacer, pani Michałowa już paliła pod płytą. Ogień rzucał na szybę ładne, czerwone refleksy. Podbiegłem do okna i przykleiłem nos do szyby, aby zobaczyć, jak to wygląda w środku. Była straszna awantura. Mama mnie odciągnęła. Tłumaczyła, że bez zgody drugiego człowieka nie można zaglądać w jego prywatne sprawy, że nie można w taki sposób zaglądać do cudzego domu. Zaprowadziła mnie do pani Michałowej i kazała ją pocałować w rękę. Zapamiętałem tę lekcję. Na długo.
Przeproś za ranę i winę
Głos Kardynała zawiesza się, a na twarzy pojawia się uśmiech. Nie było łatwo - mówi. Gdy byliśmy już po pierwszej Komunii i przygotowywaliśmy się do spowiedzi w różnych okresach liturgicznych, trzeba było przed spowiedzią każdego w domu przeprosić zaczynając od ojca, potem mamę, ciotki, i każdego ze służby. Była pani Gienia, z którą nam się nie układało i przepraszanie jej było najtrudniejsze. Ale nie było żadnej taryfy ulgowej.
Są słowa, które nie przystoją
Reklama
Pewnego dnia, jesienią, przyjechała do nas z sąsiedztwa jedna z dam, linijką, zaprzęgniętą w jednego konia. Była lekko ubrana, choć panował chłód i paliło się w kominku. Ponieważ zmarzła, stanęła przy ogniu i próbując się ogrzać opowiadała o czyś żywo. W pewnym momencie cug wciągnął spódnice pani do ognia. My krzyknęliśmy głośno: Mamusiu, pannie Filomenie pupa się pali! Mama wyprosiła nas do pokoju obok i kazała nam klęczeć. A z klęczeniem to cała opowieść o karach się wiąże. Otóż: klęczenie przy tapczanie, kiedy można było mieć zabawki, to była mniejsza kara. Jeżeli nie można było mieć zabawek, kara była ciężka. Najcięższa kara była wtedy, jeżeli trzeba było klęczeć i mieć wałek od bielizny na plecach.
Modlitwy poza świątynią
Kiedyś poszliśmy na grzyby - wspomina Kardynał. Na Wileńszczyźnie okres borowików to bardzo ważna rzecz. Tam mama spytała mnie, czy umiem Psalm 91. Ja mówię, że nie. Ona mi na to, że codziennie ten psalm odmawia za nas wszystkich, i że powinienem go umieć. Chodziliśmy za grzybami, a ona głośno mówiła „Kto się w opiekę odda Panu swemu” i próbowała mnie tego psalmu nauczyć. Musiałem głośno za nią powtarzać. Wiele lat później pytała mnie znów, czy umiem. Umiałem, to było od niej.
Zwyczaje i wymagania
Zwracano wielką uwagę na to, aby dzieci wiedziały, do jakiej rodziny należą, kim są. Wiązały się z tym różne zwyczaje, np. taki, że po bierzmowaniu trzeba było pójść do dziadka ze strony ojca po błogosławieństwo. Był rok 1940, wróciłem po bierzmowaniu i tata mówi, że muszę pójść do dziadka. Poszedłem. Dziadek czekał, pocałowałem go w rękę, a on mówi: klękaj. Położył ręce na mojej głowie i usłyszałem jego głos: „Jesteś jasny, świećże jaśniej, albo niech cię piorun trzaśnie”. Wstałem po chwili i pytam: Dziaduniu, co też dziadunio mówi? A on mi na to, że to samo, co jemu powiedział jego dziadek. Jesteś szlachetnie urodzony, otrzymałeś dary Ducha Świętego i masz świecić, a nie być zakała rodziny.
Piłsudski był u nas w domu zawsze na pierwszym miejscu.
Rodzice nie wychowują sami: jest Matka
Reklama
Tradycje katolickie, rodzinne na Wileńszczyźnie były pilnie przestrzegane. Rodzice, kiedy ich dziecko umiało już pacierz, kiedy wiedziało, kim jest Pan Jezus, a kim Matka Boża, powierzali jego wychowanie Tej, która też była Matką, zapraszali Ją do wychowywania.
Kardynał wspomina, że były dwie formy tego zawierzenia. Jedna dla tych, którzy nie mogli dojechać do Ostrej Bramy, bo mieszkali bardzo daleko, i wtedy ofiarowywali dziecko w parafii. I druga dla tych, którzy mogli pojechać do Wilna i ofiarować dziecko Matce Najświętszej w Ostrej Bramie.
- Pamiętam to wydarzenie - mówi - miałem wtedy 5 lat, to był rok 1928. Ci, którzy ofiarowywali dziecko, musieli to zrobić w sposób najbardziej godny, czyli rodzice i krewni musieli być u spowiedzi i Komunii św., uczestniczyli we Mszy św. w kościele św. Teresy, a potem po tych ciemnych schodach wchodziło się do Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej. Byłem ubrany na biało, bałem się ciemności i trzymałem się mocno mojej mamy. Wyszedł do nas karmelita ubrany odświętnie, odczytał coś nade mną po łacinie, potem pobłogosławił mnie i moich bliskich, dał do pocałowania relikwie, a potem podniósł moją buźkę do góry i powiedział: Patrz, to jest twoja Mama. Ta ziemska jak długo będzie żyła - nie wiemy, ale ta będzie z Tobą zawsze.
Potem mama spytała jak mi się podobało, a ja popełniłem gafę, bo nie rozumiejąc łacińskiej modlitwy powiedziałem mamie, w tej dostojnej chwili, że nie wiem, co on nade mną mamrotał. Upomniała mnie wtedy stanowczo, mimo uroczystej chwili.
Ostatnie chwile
O tych chwilach mówi się najtrudniej. I choć Kardynał przyznaje, ze łzy trudno mu przychodzą, cichnie, i ostrożnie snuje opowieść.
Mama zawsze chorowała na nadciśnienie. W listopadzie, po Wszystkich Świętych zobaczyła w ogrodzie przy domu, że krzak chryzantemy jest niewykopany. Wzięła jakiś rydel, ziemia była już twarda, i ten wysiłek spowodował, że źle się poczuła. Jeszcze wieczorem wszystko robiła, jak zawsze. Odmawiała w łóżku pacierze, żegnała dom na cztery strony: od pożaru, złodziei i wszystkiego złego. Potem zawołała ojca mówiąc, że z nią źle. Poprosiła, by zadzwonił po pogotowie i po księdza dziekana. Dziekan przyjechał pierwszy, ale ona już straciła mowę. Przyjechało pogotowie.
Powiadomiono mnie rano, więc po południu już byłem. Czuwałem przy niej. Była świadoma, ale nie mogła mówić. Prawą rękę miała sparaliżowaną, ale lewą jeszcze sprawną. Zaczęła dotykać mojej twarzy. Zrozumiałem, że sprawdza, czy ja nie płaczę. Ścisnęła mi rękę, pokazując: Dobrze, nie płacz.
Pogrzeb mamy
Potem została przewieziona do szpitala Wojewódzkiego na ul. Marjańską w Olsztynie. Wydawało się, że jest coraz lepiej. Czuwała przy niej moja siostra, i siostra zakonna z seminarium. Kiedy siostra poszła do domu, mama nagle otworzyła oczy, uśmiechnęła się i skonała. S. Zofia, z seminarium, była świadkiem jej śmierci. Pogrzeb odbył się w kościele Serca Jezusowego, tam, gdzie miałem prymicje. Została pochowana na cmentarzu w Olsztynie. Wiele lat później dołączył do niej tato, a potem szwagier. Zostałem tylko ja i siostra. Rodzice dożyli święceń 18 czerwca 1950 r., w Białymstoku. Sakry biskupiej doczekał tylko tato, mama już nie. Ale chyba tam była ze mną.